To, co kiedyś było zapomnianym, starym i nieznanym albumem dziś okazuje się białym krukiem osiągającym na aukcjach wysokie ceny. Ba! Nawet kopie, niezależnie od tego, czy pochodzą z oryginału, czy ze wznowień też nie są tanie. Jednym z takich artefaktów jest płyta „Facing Morning” zespołu Fleur de Lis wydana w 1972 roku przez małą wytwórnię Qualisound z Aalborgu w ilości 500 egzemplarzy. Dziś oryginał jest prawie niemożliwy do dostania, a jeśli już to za potężną kwotę..
Fleur de Lis został założony w małym miasteczku Skive na Półwyspie Jutlandzkim wiosną 1970 roku przez perkusistę Kaia Olesena i gitarzystę/wokalistę Leifa Nielsena. Wcześniej grali w lokalnych zespołach wykonując covery Beatlesów, Stonesów, The Who. Wraz z rozkwitem rocka progresywnego postanowili założyć własną grupę. Do tej dwójki dołączyli bracia Pedersen: gitarzysta Bjarne i basista Peder, oraz grający na organach Svend Thomsen. Nazwali się Fleur de Lys. Gdy okazało się, że na Wyspach istnieje zespół o takiej nazwie (pisałem o nim w lipcu 2024 roku) w słowie lys zamienili literę „y” na „i” i nikt już się nie czepiał. Wierząc w swój talent i słuszność obranej drogi rozpoczęli próby mając gotowe szkice, które potem mogły stać się potencjonalnymi utworami na wymarzoną płytę. Podekscytowani świetnym przyjęciem na lokalnych koncertach skontaktowali się z Palle Juulem, właścicielem Quali Sound, który w Nibe miał małe studio. Leif Nielsen pożyczył samochód od rodziców, załadował sprzęt i instrumenty i wyruszyli do studia, gdzie nagrali demo, a wkrótce album.
Od razu powiem – płyta jest naprawdę świetna. Co prawda daleko jej do elit ówczesnych wydawnictw progresywnego rocka, ale biorąc pod uwagę warunki w jakich została nagrana budzi mój podziw i szacunek. Królują na niej fuzz i gitarowa improwizacja podparta organami. Pełna jest wyluzowanych utworów, z których czuć zapach palonej trawki. Mieszają style, czego przykładem utwór tytułowy będący folkową balladą z hipisowskimi akcentami, w którym pojawia się cudowny wokal niejakiej Pat Funell podobny do Annie Haslam. A propos wokalu, 20-letni wówczas Nielsen jest naprawdę dobry i doskonale pasuje do mrocznego, depresyjnego rocka przewijającego się przez większość nagrań. Palący trawkę muzycy musieli naprawdę mieć dużego doła… Udręczony wokal (angielski i duński), płacząca gitara, samobójcze bębny, żałobny bas, jęczące organy… wszystkie te przymiotniki na ogół nie są pozytywne, ale występując razem pobudzają wyobraźnię i są jak mieszanka Van Der Graaf Generator z wczesnym Pink Floyd.
Oryginalne wydanie składa się z ośmiu nagrań. Pełen onirycznych organów „Bad Looser” był jednym z pierwszych utworów nagranych przez zespół, więc nie mogło go tu zabraknąć. Ten, jak i pozostałe nagrywane były w sali gimnastycznej liceum w Skive, do którego uczęszczał i Nielsen i Olesen. Oczywiście zmodyfikowali ją na tyle, na ile mogli wykorzystując wszelkie możliwe środki takie jak dywan, zasłony, kotary, by uzyskać jak najlepsze brzmienie. Całość nagrywali na „setkę” bez możliwości późniejszych poprawek. Jeśli ktoś coś zepsuł, popełnił błąd zaczynali od nowa… Album otwiera się świetnym „Home Of Mind” z oszałamiającym wokalem i płynną warstwą psychodelicznych partii klawiszowych, które w miarę rozwoju są coraz cięższe osiągając punkt kulminacyjny w postaci prostego, lizergicznego gitarowego solo. Szczerze? Wbiło mnie w ziemię! „Har I Set” podąża tą samą ścieżką, ale z bardziej akustycznym, introspektywnym i melancholijnym brzmieniem. Jest piękny. Najlepiej posłuchać go późną nocą, przy zgaszonym świetle… Agresywne gitarowe riffy nadają „In Love” acid rockowego brzmienia ze zwartą, bezpośrednią i surową sekcją rytmiczną; piękny (kolejny!) instrumentalny utwór… „Why” to doskonała ballada zaczynająca się kościelnymi organami z wędrującą psychodeliczną gitarą. I znów muszę to powiedzieć – cudo! Pewnym zaskoczeniem jest „Sympathetic Attitude” w klimacie komercyjnego popu lat sześćdziesiątych z tanecznym rytmem, a płytę zamyka wykonany a capella „Sneen” potwierdzający jakość jak i dramatyzm albumu.
Chociaż „Facing Morning” nie odniósł wielkiego sukcesu, szóstka przyjaciół kontynuowała wspólne granie. Ale jak to w życiu, sielanka nie trwa wiecznie. Wiele sporów, od muzycznych po polityczne, doprowadziło do odejścia Kaia Olesena, którego zastąpił Per Schou. To z nim, w małym domku na obrzeżach Skive, w sielskiej oazie spokoju udało im się nagrać kilka utworów na nowy album. Jednak rozpad Fleur de Lis był nieunikniony. Niektórzy kończyli liceum i wybierali się na studia, inni chcieli szukać szczęścia w większym mieście. Niedokończony drugi album nigdy się nie ukazał. Surowe nie do końca oszlifowane nagrania dołączone do kompaktowej reedycji z 2004 roku pokazały, że muzycy wciąż mieli potencjał i pomysł na swoją muzykę.
April Lawton, oszałamiająco piękna kobieta z długimi, ciemnobrązowymi włosami grająca na bogato zdobionym Les Paul Custom była cudownym dzieckiem gitary w epoce rock and rollowego szowinizmu. Legenda głosi, że pobierała lekcje gry u samego Hendrixa. Chwała wytwórni Atlantic Records, że doceniła jej talent otaczając ją takimi gwiazdami jak perkusista Mitch Mitchell, który przeżył przygodę życia w The Jimi Hendrix Experience, gitarzysta Mike Pinera z Blues Image i Iron Butterfly, a także legendarny producent Tom Dowd, który przyczynił się do powstania debiutanckiego albumu zespołu Ramatam wydanego w 1972 roku.
Ten album, zazwyczaj klasyfikowany do gatunku hard rocka (z czym nie do końca się zgadzam) może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Prawdopodobnie dlatego, że otwierający go „Ask Brother Ask” z gościnnym udziałem saksofonisty Tommy’ego Sulivana (były członek Brooklin Bridge) to mięsisty kawałek ciężkiego rocka robiący wrażenie pół wieku temu i dziś. Podoba mi się, że trio nie zamyka się w jednym gatunku. W „Whiskey Place” i „Wayso” można usłyszeć potężny funk rock z domieszką instrumentów dętych, w „Heart Song” acid rock z uroczym fletem, a „What Dream I Am” to czysty soft rock z gitarą akustyczną i delikatnie pojawiającym się fletem. „Changing Days” to kolejny łatwo przyswajalny, balladowy kawałek, zaś „Strange Place” śmiało można umieścić w jazz rokowych rejonach Zappy. Finałowy utwór „Can’t Sit Still” brzmi jak zapętlone taśmy Ornette’a Colemana i Alman Brothers i pewnie gdyby nie wykonywali go na koncertach ktoś mógłby pomyśleć, że to właśnie to. Ten eklektyzm nie wszystkim przypadł do gustu. Płyta okazała się komercyjną klapą. Z jednej strony trzeba uszanować czasy po Beatlesach, kiedy zespoły takie jak Ramatam nie chciały ograniczać swojego brzmienia do jednego stylu; z drugiej, trzeba zdać sobie sprawę, że nie każdy może być Led Zeppelinem. Osobiście uważam, że to przyzwoity album, ale żeby zaiskrzyło trzeba posłuchać go kilka razy.
Mitch Mitchel i Mike Pinera zniknęli z horyzontu, a ich miejsce zajął Jimmy Walker na perkusji i Tommy Sulivan, który tym razem dorzucił wokal, pianino, gitarę, bas i wszystko inne, co było potrzebne, by nowa płyta brzmiała tak schizofrenicznie jak absurdalny był jej tytuł.
Nowy producent, Geoffrey Haslam plus ciężka orkiestracja (jedenaście instrumentów smyczkowych i osiem dętych) pod dyrekcją Charlesa Gouse’a wniosła do brzmienia Ramatam pewną elegancję, który na żywo wciąż był totalnym wulkanem energii. Na szczęście nie zaszkodziło to samej muzyce. „In April Came The Dawning Of The Red Sun” to wciąż ciekawy, lekko koncepcyjny album rockowy łączący różne style i gatunki. Znajdziemy tu hipisowski rock („The Land/Rainy Sunday Evening”), rockabilly z lat 50-tych („Betty Lou”), miniaturę na gitarze klasycznej („Excerpt From Guitar Concerto #1”), czy interludia melotronowe („Free Fall”). Oczywiście znalazło się też parę hard rockowych kawałków jak wzmocnione dętymi „Downrange Party”, czy „Push A Little” i popisowy numer tej płyty, mocarny „I Can Only You Love”.
Gdy i ten album nie odniósł oczekiwanego sukcesu, zainteresowanie Atlantic osłabło, a Lawton przejęła rolę liderki nowej formacji, April Lawton Band, którą prowadziła do końca lat 70-tych, po czym całkowicie porzuciła muzykę i zajęła się projektowaniem graficznym. Niezwykle skryta rzadko udzielała wywiadów, częściowo z powodu powtarzających się plotek na temat jej tożsamości seksualnej. Zmarła w listopadzie 2006 roku na zawał serca. Miała 58 lat.
Jeśli chcecie nazwijcie mnie neandertalczykiem uzależnionym od ciężkich brzmień i zniekształconych dźwięków, ale nikt w dzisiejszych czasach nie goni już za albumami Ramatam tak jak ja i kilku innych pozytywnie zakręconych maniaków muzycznych. Maniaków, którzy podziwiali grę April na sześciu strunach mając wtedy po jedenaście, góra piętnaście lat…






Dzięki za polecenie Ramatam – pierwszy album wpadł mi w ucho od pierwszego odsłuchu ! Szkoda, że drugi zaprezentował już zupełnie co innego i zupełnie mnie nie porwał , ale to zupełnie nie szkodzi . Cieszy mnie , że mogłam poznać coś czego jeszcze nie słyszałam . Najciekawsze jest to , że w zespole grającym taką muzykę na gitarze grała kobieta . Naprawdę pozycja godna polecenia!