RHINOCEROS „The Elektra Albums (1968-1970)”.

Na początek szybkie pytanie: ile zespołów potraficie wymienić ze zwierzęciem w nazwie..? Wiem, niektóre są oczywiste (Scorpions, The Eagles, Camel, Whitesnake), inne nieco bardziej „subtelne” (Cat Stevens, Hawkwind). Po namyśle prawdopodobnie przychodzi ich do głowy wiele. Kiedyś znalazłem stronę internetową, która zadała sobie trud wymienienia około 150 (!), ale o dziwo nie było wśród nich nazwy Rhinoceros. Czy to oznacza, że są aż tak słabi, że nie warto ich posłuchać?  Cóż, teraz można samemu odpowiedzieć na to pytanie dzięki ludziom z Esoteric, którzy uwielbiają grzebać w mrocznych piwnicach historii rocka w poszukiwaniu perełek. W 2020 roku wytwórnia wydała zestaw składający się z trzech starannie zremasterowanych albumów studyjnych stanowiących cały dorobek Nosorożca.

Historia rocka pełna jest opowieści o przypadkowych spotkaniach w barach, lub koncertach, które doprowadziły do ​​narodzin słynnych zespołów. W przypadku Rhinoceros nie ma romantycznej historii, ponieważ był on tworem „wyprodukowanym”. Historia przedstawia się następująco: gdy pod koniec lat 60-tych producent Paul Rothchild odniósł wielki sukces z The Doors i Love założyciel Elektry, Jac Holzman, dał mu swobodę z wyborem wykonawców, których uważał za wartościowych. Wraz z innym producentem, Frazierem Mohawkiem związanym z Buffalo Springfield, postanowił stworzyć zespół składający się z najlepszych muzyków z okolic Los Angeles. W tym celu panowie zorganizowali żmudne przesłuchania ciągnące się miesiącami. Na początku 1968 roku w końcu uformował się pierwszy skład zespołu, któremu nadano nazwę Rhinoceros. Tworzyli go (proszę wziąć głęboki oddech): John Finlay (ex-Jon And Lee & The Checkmates) na wokalu, Danny Weis na gitarze i Jerry Penrod na basie (obaj z Iron Butterfly), Doug Hastings (z Daily Flash i Buffalo Springfield) na gitarze, Michael Fonfara (ex-The Electric Flag) na organach i pianinie, oraz Billy Mundi (ex-Mothers Of Invention) na perkusji. Siódmym członkiem zespołu był kompletny debiutant, 18-letni Alan Gerber (pianino, wokal), który zrezygnował ze studiów tylko po to, aby do nich dołączyć. Nazwanie ich supergrupą byłoby lekkim nadużyciem, nie mniej oczekiwania wobec zespołu podsycane przez kampanię marketingową wytwórni były wysokie.

Debiutancki album ukazał się pod koniec 1968 roku. Wielobarwny nosorożec zdobiący okładkę sugeruje, że to album psychodeliczny (w końcu jest rok’68), ale muzycznie zespół miksuje niemal każdy styl jaki egzystował pod koniec dekady. Album został opisany jako „będący pod wpływem Buffalo Springfield” chociaż mnie wydają się nieco twardsi i bardziej rockowi. Otwierający go „When You Say You’re Sorry” jest typowym, mocno rytmicznym rockowym utworem, w którym jak na siedmioosobowy skład przystało dużo się dzieje. Numer został napisany przez Gerbera – nieźle jak na nastolatka. Po nim następuje „Same Old Way”, gdzie zespół wciska dwie krótkie, leniwe bluesowe sekcje. Robi się ciekawie. Znakiem rozpoznawczym zespołu jest jednak instrumentalny kawałek „Apricot Brandy” trwający zaledwie dwie minuty. Współgranie organów i gitary jest imponujące, ale jednocześnie uwypukla jedną z wad zespołu: niezdolność do przekształcenia dobrego utworu w naprawdę świetny. W rękach The Allman Brothers Band byłby co najmniej pięciominutowym klasykiem i dwudziestominutowym koncertowym eposem. Mimo to, przyniósł im sukces i znalazł się na 46-tym miejscu listy przebojów w USA, co było niezłym wynikiem. Wolniejsze utwory, zwłaszcza bluesowe „That Time Of The Year” i „I’ve Been There” z nutą Procol Harum sprawdzają się szczególnie dobrze. Album zamyka „I Will Serenade”, kolejny doskonały numer, choć patrząc co później zrobił z nim Three Dog Night wydaje się, że nie do końca wykorzystali jego potencjał. Niewtajemniczonym podpowiem, że Three Dog Night zmieniło tempo i tytuł na „Let Me Serenade You” i wywindowało go na szczyt listy przebojów Top 20. Ogólnie rzecz biorąc, był to jednak bardzo interesujący, pełen wysokiej jakości album – jak na debiut, udany i obiecujący.

Między Rothchildem a zespołem pojawiły się spory na temat miksu, co doprowadziło do jego zwolnienia. Rhinoceros postanowił opuścić Los Angeles i udał się do Nowego Jorku. Z nowym producentem, Davidem Anderle, nagrał drugi album, „Satin Chickens”. Tytuł brzmi jak kolejna psychodeliczna inspiracja, ale jego pochodzenie jest bardziej przyziemne: to po prostu gra słów tytułów dwóch utworów na albumie: „Satin Doll” Duke’a Ellingtona, który otwiera album i lekko szalonego, instrumentalnego „Chickens”. Muzycznie album nie próbuje różnić się od debiutu zespołu, ale spójny muzyczny tygiel tego pierwszego wydaje się być podzielony na wyraźnie różne style w drugim. Nie jest jednak tak źle, jak się wydaje. Jazzowe wpływy wzmocnione współczesnym funkiem i przestrzenną psychodelią przenikają cały album. „Find My Hand” autorstwa Gerbera, ozdobiona jest świetną grą na organach i bluesową gitarą. Ta smutna ballada to najlepszy utwór zespołu. Z kolei zgrabny i porywający „Back Door” ozdobiłby każdy soulowy album Jamesa Browna. Patrząc z perspektywy czasu decyzja o porzuceniu Rothchilda nie była mądra. Mając tak silne fundamenty zespół powinien zbudować prawdziwą potęgę, tymczasem „Satin Chickens” pozwolił im tylko utrzymać się na powierzchni.  

W tym okresie zespół przeżył dość dziwny przypadek. Otóż ich management dostał zgodę na występ na festiwalu w mało znanym miejscu o nazwie… Woodstock. Tak, właśnie tam. Niestety, nikt z zespołu nie został o tym poinformowany. Ponoć management nie był zadowolony z kwoty zaoferowanej za występ, więc bez wiedzy muzyków odrzucił ją, a potem z dumą oznajmił, że zakontraktował im występ za trzy i pół tysiąca dolarów na… balu maturalnym. „Było to dwa razy więcej, niż zarobilibyśmy na Woodstock” – opowiada Finley w pouczającej, szesnastostronicowej broszurze dołączonej do tego wydawnictwa. I dodaje: „Wciąż zastanawiam się, co by było, gdybyśmy tam zagrali i dali czadu”. No cóż chłopaki, mieliście ogromnego pecha.

Trzeci i ostatni album, optymistycznie zatytułowany „Better Times Are Coming” ukazał się w 1970 roku. Producentem był Guy Draper kontrolując ich bardziej niż Rothchild. Jest tu z pewnością o wiele więcej energii niż na „Satin Chickens”. Przede wszystkim nie ma tu szaleństwa z „Chickens”, a kilka utworów zbliża się do ideału. Mam tu na myśli dwa instrumentalne nagrania: „Just Me” i „Insanity” aspirujące do stylu wytwórni Stax. Ten pierwszy z pewnością pochwaliłby Booker T. i spółka szczególnie gdy wsłuchać się w gitarowe przejścia w stylu Steve’a Croppera – ten gość zawsze robił na mnie wrażenie. Z kolei „Insanity” to hit tego albumu i co ciekawe, napisany przez Guya Drapera. Otwierający „Better Times” to ciężki blues rock z latynoskim brzmieniem, a do tego kołysze się w zaskakująco radosny sposób, jakby lepsze czasy rzeczywiście nadchodziły. Tuż po nim „Old Age” z zaraźliwą dudniącą linią basu Petera Hodgsona i to on kradnie tu show. Gospelowe ozdobniki w „Sweet, Nice 'N’ High” brzmią jakbym słuchał The Band i Delaney And Bonnie na wspólnej scenie. Na koncertach przyjmowano go z entuzjazmem.

W kilku innych utworach Nosorożec jakby dostał zadyszki. „Let’s Party” mogę opisać jako „Kool & The Gang w kiepski wieczór oferuje zabawę w stylu bujajmy się i klaskajmy do rytmu”, zaś „Happines” byłby fajnym chicagowskim bluesem, gdyby nie został zjechany przez krzykliwy wokal Finleya. Na szczęście inny, powolny i ciężki blues zatytułowany „Rain Child” kończy płytę na wysokiej nucie.

Album sprzedał się słabo i pomimo nieśmiałych prób utrzymania Rhinoceros przy życiu wszystko się rozpadło. Przyzwyczajeni do czytania o zespołach, które mimo wszelkich przeciwności dotarły na szczyt często zapominamy o tysiącach, którym nie udało się do niego dotrzeć. W tym konkretnym przypadku umiejętności były. Szczęścia z pewnością nie. Ten pakiet to doskonały wgląd w jeden z tych przypadków, któremu mimo wszystko warto poświęcić uwagę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *