Muzyka, którą rdza nie pokrywa. BLUES ADDICTS; OASIS; WOODEN LION i inni…

Chcąc zmieścić w jednym artykule kilka znakomitych rarytasów jakie w ostatnich miesiącach wpadły mi w ręce tym razem do minimum ograniczę ich opis. Jak mawiał Frank Zappa: „Pisanie o muzyce jest jak tańczenie architektury.” Dobrą muzykę rdza nie zżera. To raz. Dwa – dobra muzyka nie potrzebuje reklamy. Obroni się sama bez względu na czas w jakim powstała.

BLUES ADDICTS „Blues Addicts” (1970)

Ten duński zespół grający acid/garage rocka inspirowany Jimi Hendrixem został założony w połowie lat 60-tych jako Bawdy Male Section. Po zmianie składu i nazwy nagrał jedyny album wydany w 1970 roku przez małą wytwórnię Spectator Records. Nakład większości ich płyt wahał się między 300, a 500 egzemplarzy, prymitywne okładki i etykiety były wykonane z taniego materiału, a mimo to większość z nich stała się kultowa wśród kolekcjonerów płyt na całym świecie. W sumie wytwórnia wydała zaledwie 23 albumy i 9 singli różnych wykonawców. Pewnie byłoby ich dużo więcej gdyby nie to, że budynek firmy spłonął w sierpniu 1972 roku razem ze wszystkimi taśmami-matkami i niesprzedanymi kopiami. Z tego też powodu późniejsze reedycje zostały remasterowane z  zachowanych oryginalnych płyt, a nie z taśm-matek. Nie dziwi więc, że „Blues Addicts” to jeden ze „świętych Graali” skandynawskiego psycho rocka, w którym na plan pierwszy wybija się gitarzysta Ivan Sonne Horn. W nagraniu „Bottleneck” prezentuje fenomenalną grę na gitarze slide, którą pokochają fani blues rocka. Jednak to utwory psycho rockowe są tu najczęściej komentowane przez fanów. Gitara i wokal w „Simple Expression” są zabójcze, a dziesięciominutowy „Hailow” i niewiele krótszy „Electric” to psychodeliczne gitarowe popisy, które mogłyby być ozdobą Alvina Lee i Ten Years After. Kompaktowa reedycja Karma Music z 2006 roku, którą posiadam zawiera sześć wspaniałych bonusów i tę wersję gorąco polecam. Krótko mówiąc ten skandynawski klasyk to kolejny z długiej listy przykład, dlaczego kolekcjonerzy z całego świata wciąż polują na takie zapomniane europejskie wydawnictwa.

OASIS „Oasis” (1973).

Spokojnie, to nie jest TEN Oasis, o którym myślicie. „Mój” Oasis to amerykańska siedmioosobowa grupa z hrabstwa Marin w Kalifornii, która działała w latach 70-tych. O dziwo, ich jedyny album został wydany tylko w Kanadzie przez małą wytwórnię Cranbus, którego nakład podobno wyniósł 150 egzemplarzy. Piszę „podobno”, gdyż niektóre źródła podają, że było ich 500, więc ostateczna liczba zależy od tego kogo się słucha. Jaka jednak by ona nie była, to jak na tak wielki kraj ilość iście mikroskopijna. Ten rzadki i jak można się domyślać obecnie drogi album to hipisowski folk rock z wpływami psychodelii.  Ma niesamowitą jak na prywatne tłoczenie produkcję. Wokalistka Sherry Fox współpracowała z kilkoma znanymi artystami w swojej karierze, podobnie jak basista Kelly Bryan. Album zawiera doskonałe utwory jak choćby „The Wake”, a także bardziej nastrojowe hipisowskie kawałki z poruszającym „To Be Born Again” na czele. Zespół nie bał się też rozciągnąć i zaszaleć czego przykładem „High Revs”. Uważam, że to jeden z lepszych albumów wydanych w prywatnym tłoczeniu w tym gatunku. I to nie nie tylko ze względu na muzykę, ale także na wyjątkowo klarowne brzmienie.

THE ELECTRIC TOILET „In The Hands Of Karma” (1970).

Prowadzony przez gitarzystę Dave’a Halal The Electric Toilet pochodził z Memphis, a ich jedyny album „In The Hands Of Karma” wydany w 1970 roku od dziesięcioleci cieszy się ogromnym zainteresowaniem kolekcjonerów. Ten porywający bluesujący krążek z growlującym wokalem, któremu akompaniują chórki w stylu chóru kościoła baptystów z różnymi efektami dźwiękowymi i psychodeliczną, acidową gitarą pokochałem od dwóch sekund. Może zabrzmieć to humorystycznie, ale kontakt z tą Elektryczną Toaletą okazał się lepszy niż się mogłem spodziewać. Nie ma tu walnięcia obuchem w łeb jakiego można by się spodziewać po tytule. Jest bardziej przyziemnie i poważnie, z lekko zawoalowanym, ale wyczuwalnym klimatem gospel. Te dwie pierwsze sekundy, o których wspomniałem pochodzą z nagrania tytułowego rozpoczynającego płytę podniesionego na zupełnie nowy poziom przez bogaty melodyjny gospelowy refren. Drugi, prawie ośmiominutowy „Within Your State Of Mind” zbudowany na niezwykle solidnym funkowym podkładzie to niesamowita psychodeliczna podróż dająca mnóstwo miejsca na przyjazne pompowanie Hammonda gdzieś pomiędzy Bookerem T. a młodzieńczym Charlatans. Zespół pokazuje również swoją wszechstronność w kapitalnych, blues rockowych magraniach „Revelation” i „Don’t Climb Nobody Else’s Ladder” (ten drugi bardziej Stax-owski). Ponad pięćdziesiąt lat później ich mieszanka country, blues rocka i acid fuzzu wciąż brzmi znakomicie. Jak przystało na grupę młodych, pełnych pomysłów mężczyzn bawili się też ideą śmierci: „Czy jest jakiś powód, dla którego miałbym żyć dalej?” – śpiewali w utworze „Goodbye My Darling”, którego czterominutowe outro samo w sobie jest absolutną gratką. „Jestem gotowy umrzeć…” – śpiewają na zakończenie. Jakże prorocze okazały się te słowa. Dwa tygodnie po wydaniu albumu jechali do Searcy w Arkansas, aby odebrać sprzęt. Na międzystanowej autostradzie Nr. 30 mieli wypadek samochodowy, w którym zginęło dwóch członków zespołu, co ostatecznie zakończyło historię The Electric Toilet.

WOODEN LION „Wooden Lion” (1973).

Nazwa Wooden Lion pojawiła się, gdy Roy Wood (gitara slide, elektryczna, 6 i 12-strunowa akustyczna) i Johnny Lyons (bas) rozwiązali Grope, swój poprzedni zespół. W nowym składzie byli też: John Phillips (wokal), Gareth Kiddier (gitara 12-strunowa) i Wai Mansfield (perkusja). To właśnie ten oryginalny kwintet był odpowiedzialny za nagranie pięciu utworów, które zostały pieczołowicie zremasterowana z niezwykle rzadkiego acetatu (oficjalnie potwierdzono istnienie tylko tej jednej kopii). Oryginał, traktowany jak relikwia, umieszczono w rozkładanej kopercie ze zdjęciami i ręcznie napisanymi tekstami. Jak słychać na tych embrionalnych demach, wczesny wpływ Hawkwind jest tu i ówdzie wyczuwalny, a mroczny wokal bardzo przypomina Trevora Thomasa, wokalistę Iron Maiden z Basildon z końca lat 60-tych. Wooden Lion uwolnili swoją melancholijną teatralność i mroczną kosmiczną energię zachwyconej publiczności w pubach i klubach w całej południowej Anglii przy okazji supportując koncerty innym wykonawcom. Podczas jedynej sesji nagraniowej zespół nagrał pięć hard rockowych utworów (w tym dwie mini suity) wytłoczonych na acetacie, który wkrótce zaginął na długie lata. Utwór otwierający, „She Paints Strange Pictures”, rozpoczyna przygodę, której kulminacją jest ponad sześciominutowy „Ice Maiden”, oraz dziewięcioipółminutowa mini suita „McAlistaire’s Phantom”. W 2014 roku wytwórnia Audio Archives odnalazła ten niezwykle rzadki acetat i udostępniła go nieświadomemu o jego istnieniu całemu światu na kompaktowej płycie. Jakość nagrań daleka jest od ideału, ale akurat w tym przypadku nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

LEVEE CAMP MOAN „Levee Camp Moan” (1969).

Kwintet Levee Camp Moan powstał w Windsor w hrabstwie Berkshire w 1968 roku, a swoją nazwę wziął od starego bluesowego numeru z Delty Missisipi. Chcąc odizolować się od miejskiego hałasu muzycy zamieszkali w wiejskim domu w Bracknell w gospodarstwie Peacock Farm. To właśnie tam rozstawili na stałe swój sprzęt i mogli w spokoju ćwiczyć całymi dniami. W sielskim otoczeniu pracowali nad standardami bluesowymi Otisa Rusha, Buddy Guya, Juniora Wellsa, Skipi Jamesa… Wspaniałym źródłem inspiracji był też biały blues Paula Butterfielda i Johna Mayalla. Szybko zyskali popularność grając w klubach Marquee, Crawdaddy, Klooks Kleek, Eel Pie Island i Rikki Tik; intensywnie koncertowali z Chicken Shack, Canned Heat i Muddy Watersem. Na początku 1969 roku weszli do studia Virgin Sound w Windsor, gdzie nagrali osiem utworów na debiutancki album wydany za własne pieniądze w ilości 99 sztuk. Ocenia się, że „Levee Camp Moan” jest jednym z najrzadszych i najbardziej prestiżowych prywatnych wydawnictw jakie powstały na prężnie rozwijającej się brytyjskiej scenie bluesowej końca lat 60-tych. Nie posiadał okładki. Z braku pieniędzy zapakowano go w szarą, wykonaną na zamówienie, tekturową kopertę z naklejonym logo zespołu. Dziś oryginał jest tak rzadki, że ​​tylko ci, którzy gotowi są wydać kwotę z czterema zerami na końcu mają szansę na jego zdobycie. W momencie powstania płyty termin private press nie miał znaczenia w kręgach muzycznych i nie dawał wglądu w naturę projektu. Płyta w każdym calu była archetypiczna – nieoszlifowana i wolna od jakiejkolwiek zewnętrznej ingerencji. Rozpoczyna się świetną wersją „Sweet Little Angel” BB Kinga i od tego momentu zespół nie zwalnia tempa. Uwielbiam całość, ale pamiętam, że po pierwszym przesłuchaniu najbardziej zapadł mi w pamięć instrumentalny „Damp” i rozgrzany do białości „Whisky Tumble”. Ten ostatni znalazł się dopiero na kompaktowej reedycji i pochodził z mini albumu „Peacock Farm’ Concert’s”, którą Audio Archives dołączyła jako bonus do podstawowego materiału. Reasumując, zespołowi udało się zachować porywający, surowy charakter dzięki czemu „Levee Camp Moan” pozostaje pierwotnym, pełnym życia i ducha bluesowym dziełem. Każdy miłośnik gatunku koniecznie powinien go mieć, a przynajmniej posłuchać.

THREE SOULS IN MY MIND „Three Souls In My Mind” (1970).

Meksykański Three Souls In My Mind był częścią rozwijającego się w latach 70-tych tamtejszego ruchu rockowego powiązany z afroamerykańskimi korzeniami, amerykańską kontrkulturą i globalizującym się wówczas przemysłem muzycznym. Pierwotnie tworzyła go trójka dzieciaków: Alejandro Lora (g. voc), Ernesto de Leon (g), oraz Carlos Hauptvogel (dr) buntujących się przeciwko szkole, rodzicom i wszystkim innym. Trójka dzieciaków zafascynowanych bluesem i hard rockiem, do tego stopnia, że ​​ich piosenki brzmią czasem zbyt podobnie do piosenek ich mentorów. Inteligentni, szybko zrozumieli czego chcą ich rówieśnicy. Debiutancki album pierwotnie wydany przez Discos Raff  w 1970 roku jest jednym z najbardziej pożądanych albumów wszech czasów w Meksyku i na całym, południowoamerykańskim kontynencie. Ten undergroundowy produkt z rozmytymi gitarami i mocnym basem to niesamowita mieszanka hard rocka, psychodelii, blues rocka i surowego garażowego klimatu, które doskonale ze sobą współgrają.  Zespół gra z pasją, a wokalista robi wszystko co może, chociaż jego umiejętności są dość ograniczone. Nie ma tu wyróżniających się momentów – wszystkie utwory są naprawdę solidne. Pierwsza strona przeplata tradycyjne bluesowe numery takie jak „Lennon Blues”, „Don’t Want You”, i „Red Dressed Lady” (ten ostatni z fajnym fletem) z blues rockowymi „Let Me Swim” i „Bring It On Home To Me”. Na drugiej stronie do głosu dochodzą także psychodeliczno rockowe kawałki: „Lolita” i „Dejenme Vivir”, gdzie cała trójka daje upust swojej pasji. W sumie ta mieszanka stylów i brzmień tworzy niesamowity klimat. Dawno czegoś takiego nie słyszałem. Dla niektórych być może będzie to nieco dziwna płyta, ale uwierzcie mi – wciąga!

MIDNIGHT „Into The Night” (1978)

W 1974 roku czterech nastolatków, uczniów pierwszej klasy liceum, Dave Hill (organy, wokal), Frank Anastos (gitara), Scott Marquart (perkusja) i John Falstrom (gitara basowa) założyło rockowy zespół Midnight. Zainspirowani tytanami rocka tamtych czasów (Black Sabbath, Led Zeppelin, Aerosmith, Deep Purple) wypracowali własne surowe, ciężkie brzmienie. W 1975 roku występowali w szkołach średnich i na imprezach. Rok później koncertowali na uczelniach i w klubach w Chicago, mimo że wciąż chodzili do liceum. Oprócz coverów swoich idoli śmiało włączali własne kompozycje. Jesienią 1977 roku, kilka miesięcy po ukończeniu szkoły średniej, weszli do studia i nagrali utwory, które własnym sumptem, bez rozgłosu i z niewielką promocją wydali na płycie „Into The Night”. Album, będący potęgą garażowego rocka i metalu rozpoczyna się od „Train Of Thought” i „Into The Pit”, dwoma utworami z ciężkimi, porywającymi riffami gitarowymi przypominającymi Black Sabbath. W przypadku tego drugiego ognista solówka gitarowa jest klasą samą w sobie… „Crazy Little Mama” zmienia biegi znajdując równowagę gdzieś pomiędzy The Doors, a psychodelią lat 70-tych z dominacją syntezatorów. Z kolei „Smoke My Cigarettes” zaczyna się od mulistego riffu bluesowego i przechodzi w optymistyczny jam syntezatorowy, zaś „Time Will Tell” to praktycznie power rockowa ballada i porównania do Iron Butterfly, czy do Vanilla Fudge są tu szczególnie trafne. Teksty nie odbiegają zbytnio od młodzieżowej, narkotycznej twórczości, ale są też one częścią uroku Midnight. Reedycja kompaktowa nie posiada wkładki, ani jakiejkolwiek informacji biograficznej, co jeszcze bardziej zaciemnia tajemnicę początków i wczesnego upadku zespołu. Muzyka na „Into The Night”, czasem chaotyczna, ma jednak tak duży potencjał, że aż szkoda, że ​​chłopaki nie kontynuowali tego dalej. Słychać, że muzycy jeszcze nie dopracowali własnego, charakterystycznego stylu. Ale, kurczę, dali czadu, szukając swojej drogi. I za to ich cenię.

Jeden komentarz do “Muzyka, którą rdza nie pokrywa. BLUES ADDICTS; OASIS; WOODEN LION i inni…”

  1. Pod tezą, że „muzyka, jakakolwiek by nie była, obroni się sama” podpisuję się obiema rękami. Gdybym potrafił dodałbym jeszcze podpis złożony nogą. Wpis sprzed tygodnia może nie zachwycał muzycznie (no może poza japońskimi samurajami), ale to wciąż całkiem niezła muzyka i przede wszystkim rzadka. Natomiast najświeższy wpis to miód dla moich uszu. Jako nieuleczalny fan bluesa znalazłem tam dwie pozycje z gatunku „must have”. Mówię tu o dwóch albumach, które cieszą mnie już od dawna: niezwykle rzadki Wooden Lion oraz wspaniały Leeve Camp Moan. Ten drugi mam w wersji uzupełnionej o zapis ich występu na Peacock Farm Free Concerts. A co do reszty to przyznam się z ręka na sercu, że …. amerykańskiego „starego” Oasis kompletnie nie znam (do nadrobienia). Elektryczną Toaletę z kolei znam, ale poza przepięknym utworem otwierającym album, reszta jakoś nie zachwyca. No ale to tylko mój subiektywny dodatek, z którym można się nie zgadzać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *