A BOLHA „Um Passo A Frente” (1973); LOCH NESS „Prologue” (1991).

Nie dajmy się zwieść, że Brazylia to tylko kraj samby, pięknych mulatek i piłki nożnej. Jest też rock w różnych odmianach, który od lat zachwyca nie tylko Amerykę Południową. W latach 60-tych zespoły, takie jak The Beat Boys, Os Brazões i Liverpool tworzyły genialne dzieła, które pozostają w pamięci do dziś. Mniej znane, jak Bango, Equipe Mercado, A Tribo, Moto Perpétuo zapoczątkowały nową dekadę swoimi brzmieniowymi mieszankami. Grupa Spectrum dwa lata po Woodstocku wyprodukowała jeden z najbardziej kultowych albumów psychodelicznych. Z kolei pochodzący z Rio de Janeiro zespół Módulo 1000 zapoczątkował tamte lata swoją psychodeliczno progresywną płytą „Não Fale Com Paredes” – kolejny klasyk brazylijskiego rocka wszech czasów wznowiony na CD w 2004 roku przez niemiecki World In Sun z siedmioma bonusami. Dzięki tym wczesnym doświadczeniom kolejni artyści przenieśli tamtejszą młodzież w swobodniejsze i bardziej kreatywne przestrzenie wykraczające poza ograniczenia narzucane przez ówczesną dyktatorską cenzurę. Muzycy mieszali rock, barok, jazz, muzykę klasyczną, orientalne brzmienia, muzykę regionalną i wszystko inne, co było dostępne tworząc w tamtych czasach jeden z najbardziej kreatywnych wszechświatów dźwiękowych. Zapytałem kiedyś zaprzyjaźnionego Brazylijczyka, Pablo, o ówczesny rock progresywny. Z jego punktu widzenia gatunek ten spotykał się z niechętną postawą wytwórni płytowych i mediów. Podziwiał herkulesowe wysiłki muzyków, którzy oprócz grania podejmowali się również roli menedżera, technika, kierowcy i wielu innych obowiązków. Na zakończenie powiedział coś, co sobie zanotowałem: „W kraju takim jak nasz, który faworyzuje muzykę jednorodną i ulotną oldskulowy prog był i jest spychany na margines.” No cóż, z mojej strony wyglądało to inaczej. Wszak byli i są tacy, którzy nie bacząc na wszelkie trudności nagrywali i nagrywają swoją ukochaną muzykę. Kilka przykładów już tu przedstawiłem. Dziś dwa kolejne. Pierwszy to A Bolha, zespół założony w Rio przez braci Cesara i Renato Ladeira w 1965 roku.

Początkowo byli grupą beatową, grali covery i nazywali się The Bubbles. Odnieśli sukces dzięki singlowi z 1966 roku „Não Vou Cortar O Cabelo” (Nie obetnę włosów) będący coverem urugwajskiego Los Shakers. Kierując się tą samą logiką strona „B” oferowała wersję „Get Off My Cloud” The Rolling Stones tutaj zatytułowana „Porque Sou Tão Feio” (Dlaczego jestem taki brzydki).

W 1970 roku muzycy towarzyszyli brazylijskiej piosenkarce Gal Costa w jej trasie po Portugalii ,wzięli też udział w festiwalu na Wyspie Wight. To właśnie wtedy Pedro Lima (gitara, wokal), Renato Ladeira (instrumenty klawiszowe, wokal), Arnaldo Brandão (gitara basowa, wokal) oraz Gustavo Schroeter (perkusja) postanowili, że nadszedł czas na zmianę kierunku muzycznego. Pod nową już nazwą, A Bolha, ukierunkowali swoje brzmienie na hard rocka, a później na progresywno-psychodeliczne klimaty. W 1971 roku wydali świetnego moim zdaniem hard rockowego singla „Sem Nada”. Dwa lata później na rynku pojawia się ich debiutancki longplay „Um Passo A Frente” wydany przez Continental Records. Album eksploruje głównie rock progresywny i hard rock wplatając w to pewne elementy jazzowe. 

Front okładki debiutanckiej płyty.

Płytę otwiera „Um passo a Frente” (O krok naprzód). Bardzo progresywny, pełen niuansów utwór z nutą jazzowego brzmienia. Trwa ponad dziewięć minut, jest dość eteryczny, z długim gitarowym solo, bardzo energicznym brzmieniem organów Farfisa i z gościnnym udziałem maestro Luiza Eça grającym na elektrycznym pianinie. Tuż po nim prosty (gitara, bas i perkusja), ale ujmujący „Razão de Existir”, klasyczny rockowy hymn w duchu The Rolling Stones, pozostałość etosu „pokoju i miłości”… Melancholijny „Be My Friend” mówiący o pożegnaniu, ma bardzo smutną harmonię i melodię. Gitary grają frazy, jest piękne czyste solo, a w tle przygrywający Hammond w stylu gospel. Pierwszą stronę zamyka instrumentalny „Epitáfio”. Zaczyna się od funkowego brzmienia, po chwili zmienia się w utwór z lat 50-tych, kończy zaś improwizacją z udziałem fortepianu i gitary… Drugą otwiera „Tempos Constates”, hard rockowy kawałek pełen riffów i groove’ów, z ciężką dopracowaną aranżacją. Kolejny, „A Esféra” to połączenie rocka progresywnego z psychodelią, folku z nutą free jazzu i niepokojącym solem saksofonowym Iona Muniza (kolejny znakomity gość), który w stosunku do wcześniejszych numerów robi różnicę nie wspominając o progresywnej improwizacji w stylu Gentle Giant. Uważam, że to najlepszy ich utwór. Album zamyka „Neste Rock Forever”, kolejny klasyczny rockowy numer w stylu angielskich zespołów z lat 60-tych. Niektóre kompaktowe reedycje mają dodatkowe utwory. Mój CD z 1993 roku zawiera trzy nagrania pochodzące z jedynego, obecnie bardzo rzadkiego singla wydanego w 1971 roku.

Debiutancki krążek, dziś wart małą fortunę, to klasyk brazylijskiego rocka, ale w epoce sprzedał się kiepsko. Będąc bez grosza przy duszy zespół zawiesił działalność. Po raz drugi wszedł do studia dopiero w 1977 roku, nagrał album, „É Proibido Fumar” (Zakaz palenia) i tuż po jego wydaniu rozpadł się.

W stosunku do debiutu A Bolha następną płytę dzielą dwie dekady. Wiele rzeczy zmieniło się w tym czasie na świecie, także  i muzyka. Niewiele natomiast zmienił się stosunek do progresywnego rocka w Brazylii, który w 1991 roku był tak samo niszowy jak dwadzieścia lat wcześniej. Mimo to wciąż było grono wytrwałych i niestrudzonych artystów, którzy z wielkim trudem nagrywali taką muzykę wydając jeden, lub dwa albumy, a potem rozpływali się jak dym na wietrze. Takim przykładem był zespół Loch Ness założony w Volta Redonda w stanie Rio de Janeiro, który w małej wytwórni Som Interior zlokalizowanej w historycznym mieście Petrópolis wydał jedyną swą płytę, „Prologue”. To unikatowe wydawnictwo wytłoczone na winylu w limitowanym nakładzie 1000 sztuk obecnie jest pożądanym przedmiotem kolekcjonerskim. Okładkę zaprojektował i wykonał znany fotograf i aktywista kulturalny z Rio, miłośnik prog rocka, Carlos Vaz Ferreira. Płytę podarował mi wspomniany wyżej Brazylijczyk, który pilnie musiał wrócić do swego kraju. Żegnając się miał jedną prośbę: „Wspomnij o niej kiedyś na swoim blogu.” Czynię to z wielką radością. Amigo! Obrigado por este album. Hoje teno o prazer de atender ao seu pedido!

O samym zespole praktycznie nic nie wiadomo. Tworzyli go czterej muzycy zapatrzeni w brytyjski i niemiecki rock progresywny. Byli to: Roberto Reese (g, voc)), Alexandre „Caph” (kbd), Claudio Cotia Barreto (gb) i Ailton Sgon (dr). Jak można się domyślić nazwa została zapożyczona od jeziora Loch Ness. Płytę nagrano w studiu Sonoviso w Rio de Janeiro pomiędzy styczniem, a lipcem 1988 roku. Z przyczyn od zespołu niezależnych jej wydanie opóźniło się o całe trzy lata.

„Prologue” to w zasadzie symfoniczny rock progresywny pełen żywotności, dramatyzmu i dynamiki, w którym słychać wpływy Pink Floyd, Eloy, Triumvirat. W całości śpiewany po angielsku rozpoczyna się tytułowym utworem „Prologue (The Gipsy Gull)”, w którym dominują syntezatory. W dynamicznych fragmentach pasaże fortepianowe przeplatając się z gitarami i syntezatorami tworzą atmosferę space rocka. Bardzo ładne otwarcie. Instrumentalny „Halloween” utrzymany jest w tym samym symfonicznym i onirycznym stylu. Pomimo, że trwa dwie i pół minuty zachwyca znakomitą aranżacją. Bardzo gustowna kompozycja choć szkoda, że taka krótka… Silnie inspirowany grupą Pink Floyd „The Third Eye” ma zdecydowanie ostrzejsze, hard rockowe brzmienie z mocnymi i zróżnicowanymi solówkami gitarowymi. Z kolei „To Breathe One’s Last” rozpoczyna się bitwą między fortepianem, a gitarą z pięknym solo, które przeplata się z melodyjnym wokalem. Po raz kolejny uwagę przykuwają śliczne instrumentalne aranżacje nie tylko w tych lżejszych fragmentach, ale też w bardziej wyrazistych partiach. Bez wątpienia najjaśniejszy punkt całego albumu.

Druga strona zawiera tylko dwa nagrania. Otwiera ją epicki „Satan’s Ville” podzielony na cztery mini suity mające swoje tytuły z czego trzecia, „The Entity” dedykowana jest Davidowi Gilmourowi. To znakomity przykład kompozycji o bogatym instrumentalnym brzmieniu, zakorzenionej w symfonicznym rocku progresywnym. Pogodny, przyjemny, z hojnymi nutami hard rocka. I znów – jakość instrumentalnych aranżacji jest bezkonkurencyjna! Płyta kończy się nagraniem „Death”. Zaczyna się ciężko, z przytłaczającą solówką gitarową, ostrą sekcją rytmiczną, czyli ciężkim uderzeniem perkusji i pulsującym, głośnym basem z jazzowymi ozdobnikami. Praktycznie od pierwszej do ostatniej nuty zespół nie schodzi z wysokiego pułapu utrzymując go do samego końca. 

Choć „Prologue” nie grzeszy perfekcyjną jakością produkcyjną, to zespół na trwałe odcisnął swoje dźwiękowe DNA stając się rzadkim i niezbędnym elementem brazylijskiego rocka progresywnego. Warto tej płyty posłuchać przynajmniej raz. Jeśli się spodoba trudno się z nią rozstać. Album obecnie jest niedostępny i nie został wydany w formacie cyfrowym. Swój egzemplarz jednej strony traktuję jako drogocenną pamiątkę po sympatycznym Brazylijczyku, z drugiej to płytowy rarytas, który na półce ma swoje wyjątkowe miejsce.

4 komentarze do “A BOLHA „Um Passo A Frente” (1973); LOCH NESS „Prologue” (1991).”

  1. Świetna recenzja brazylijskiego rocka! A Bolha to faktycznie kawał historii. Jeśli interesują Cię współczesne polskie projekty, które łączą folkowe korzenie z rockową energią (podobnie jak niektóre z tych niszowych perełek), polecam sprawdzić zespół Słone Gardła. Ich 'Ostatni Toast’ na Spotify ma w sobie tę samą bezkompromisowość. Pozdrawiam!

    1. Jestem jak najbardziej otwarty na współczesne polskie projekty łączące folk z rockiem i nie tylko. Dziękuję za Słone Gardła – z przyjemnością odsłucham. Pozdrawiam!

  2. Faktycznie, Brazylijska scena muzyczna w tamtych czasach, w porównaniu do dużo „bogatszej” pod tym względem Argentyny nie wygląda imponująco. Jak się jednak zapoznać z nią nieco dokładniej to działało tam wiele znakomitych grup. Dla wielu muzyka brazylijska może kojarzyć się z takimi wykonawcami jak Gal Costa czy Milton Nascimento. Nic bardziej mylnego. Brazylijski rock to nie tylko szerzej znani wykonawcy jak (Os)Mutantes, Modulo 1000 czy O Terco. O wspaniałym i jedynym albumie Spektrum już na RZG już wspomniano, ale nie można zapomnieć o takich wykonawcach jak Manduka czy Lula Cortes. Jego drugi album „Paebiru” to prawdziwa perełka na brazylijskim muzycznym niebie. Mam nadzieję, że niektórzy a nich pojawią się kiedyś i na tym blogu.

    1. Janusz, dokładnie – mam jeszcze kilka fajnych płyt mało znanych brazylijskich wykonawców, którym poświęcę w niedalekiej przyszłości czas i miejsce w Rockowym Zawrocie Głowy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *