Zespół Absolute Elsewhere, prawdopodobnie nazwany na cześć tekstu w znakomitym utworze Johna Lennona „Mind Games”, w 1976 roku wydał jedyny, nieoszlifowany klejnot progresywnego rocka, album „In Search Of Ancient Gods”. Zainspirowany książkami Ericha von Dänikena uchwycił ich ducha. Jego niezwykłe teorie wysuwały sugestię, że wiele starożytnych budowli, takie jak egipskie piramidy, budowle Azteków, posągi z Wyspy Wielkanocnej, czy Stonehenge nie mogły zostać zbudowane przy użyciu technologii tamtych czasów. Autor całkiem serio dowodził, że zostały one zbudowane przez przybyszów z kosmosu, lub przez ludzi pod ich kierunkiem. Prace zostały w dużej mierze zdyskredytowane w kręgach akademickich, co nie dziwi, ale w latach 70-tych zamieszanie wokół jego tez w tych publikacjach było spore. Nie dziwi więc, że intrygująca okładka i tytuł albumu przyciągnęły do niego ciekawskie dusze. Poza tym skład zespołu, w którym udział wzięli byli, lub przyszli członkowie King Crimson, Gang Of Four, Re-Flex i innych zapowiadał duże emocje. A byli to: klawiszowiec Paul Fishman, basista Jon Astrop, gitarzysta Phil Saatchi i najbardziej znany z tej czwórki, Bill Bruford, perkusja.
Całkowicie instrumentalny album łączył rock progresywny z muzyką elektroniczną i wahał się od wieloczęściowych suit po krótkie elektroniczne ćwiczenia. Jak dla mnie najlepszą rzeczą jaką płyta ma do zaoferowania jest „Miracles Of The Gods”, gdzie wiele fragmentów brzmi jak kosmiczna wersja wczesnego brzmienia King Crimson. Nawet gra na perkusji Bruforda przypomina wiele z tego, co Giles zrobił w „In the Wake Of Poseidon”. Niestety, nawet obecność Bruforda nie przyciągnęła aż tylu, by go uratować. Album został zmyty przez nową falę punk rocka, który zalał brytyjskie media pod koniec 1976 roku. Siłą rzeczy kontynuacja debiutu planowana jeszcze tego samego roku została przez wytwórnię płytową odrzucona. Album przez wiele lat pozostawał w archiwach studyjnych, aż do 2024 roku, kiedy to został odnaleziony i wydany pod tytułem „Playground”.
Lata jakie upłynęły od odłożenia płyty na półkę, tylko zwiększyły jej urok i ponadczasowość, której brakuje wielu współczesnym wydawnictwom. Tym razem nie ma koncepcji o interakcji między Obcymi, a Ziemianami. To po prostu album pełen dobrej i zaskakująco ponadczasowej muzyki wart tak długiego oczekiwania. Lojalnie też uprzedzam – to nie jest coś, co przywołuje dźwiękowe pejzaże w stylu Pink Floyd, czy Genesis. Nie ma tu wirtuozerii ELP, ani labiryntowej złożoności Yes. Dla mnie brzmi to jak połączenie dwóch niezwykle szanowanych przeze mnie zespołów, Gentle Giant i Greenslade, które pod względem sukcesów plasowały się na szczycie drugiej ligi zespołów progresywnych. Pierwszy zapewnia kontrast w misternie złożonych aranżacjach i kompozycjach z dźwięcznym tłem przeplatanym potężnymi partiami gitarowymi. W niektórych momentach słychać znakomite połączenie jazzu z rockiem, ale zawsze w odpowiedniej dawce. Drugi wyraźnie widoczny jest w nieśmiałym stylu wokalnym i w brzmieniu klawiszy, oraz w osobie Andy’ego McCullocha, który zastąpił Bruforda za perkusją, a wcześniej był współzałożycielem Greenslade grając w nim do końca, to jest do 1976 roku. McCulloch był również członkiem King Crimson (album „Lizard”). Tak więc Absolute Elsewhere jak żaden inny w tym czasie zespół mógł pochwalić się, że w swoich szeregach miał dwóch byłych członków King Crimson na swoich dwóch albumach!
Całość składa się z ośmiu utworów napisanych głównie przez Paula Fishmana. Zaczyna się najlepiej, jak to możliwe, epickim „Relax” składającym się z kilku mini-suit zabierając nas w muzyczną podróż zanurzając się w brzmieniu silnie przesiąkniętym progresywnym rockiem drugiej połowy lat 70-tych. Solidna i rozbudowana sekcja rytmiczna wzbogacona zmianami tempa z przeplatającymi się gitarami i klawiszami przenoszą nas do magicznej atmosfery tamtej epoki. Długi czas trwania (dziesięć minut) pozwala muzykom rozwinąć temat za pomocą intensywnego i rozbudowanego frazowania klawiszy i solówek, a intensywne partie wokalne idealnie wpasowują się w ten muzyczny kontekst. Jego wielowymiarowość dała im ogromną swobodę wciągając nas w ich orbitę. Bez odpowiednich umiejętności ten eklektyzm mógłby przerodzić się w niemożliwy do słuchania kolaż muzyczny, jednak zespół łączy wszystkie te rozbieżne elementy w spójną całość, dzięki czemu utwór płynie niczym rzeka bujnego jedwabiu zmierzająca w nieznanym kierunku. Klawisze i melodyjny wokal otwierają „Time To Change” rozwijając się w intensywny utwór łącząc progresywny „stary” rock z nowoczesnym akcentem. Połamana sekcja rytmiczna ze zmianami tempa pozwala zespołowi zręcznie poruszać się między gatunkami eksplorując różne aspekty brzmienia żartobliwie przeze mnie nazywanego „gentle-greenslade’owym”. Równie imponujące są „The Seven Year Itch”, w którym centralne miejsce zajmuje gitara, instrumentalny i nastrojowy „Tides” z zabójczą linią basu, oraz krótki, ale za to z imponującym tytułem „It Doesn’t Take A Burglar Long To Fall In Love” jazzowy popis. Z kolei „Elementary Fools” podąża podobną ścieżką co „Schooldays” Gentle Giant z albumu „Three Friends”, choć bez błyskotliwej lekkości Giant. Wyraźne poczucie humoru widoczne jest w lekkim „The Other Nine Worst Dressed Men” z funkową rytmiką i głęboką, napędzającą linią basową. Już z tych krótkich opisów widać, że sporo tu kreatywnych zmian i nietypowego metrum, które zaskakują i trzymają w napięciu. Żałuję, że jest tu tylko osiem nagrań i że album nie jest dłuższy…
Absolute Elsewhere to jeden z tych zespołów, które zostały przeklęte przez swój czas. Gdyby pojawili się kilka lat wcześniej prawdopodobnie i tak nie zdobyliby szczytu muzycznego rynku, ale pewnie zgromadziliby lojalną rzeszę fanów rocka progresywnego, którego nazwa byłaby przez nich ciepło wspominana i szanowana do dziś. Z jednej strony to, że „Playground” ukazał się dopiero teraz jest jakimś nieporozumieniem i chichotem losu. Z drugiej, cieszę się, że w końcu dane jest nam usłyszeć to, co miało pojawić się tuż po „Starożytnych Bogach”. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to genialne dzieło inspirowane kosmitami, ale na pewno jest skarbem przybyłym po latach w kapsule czasu.


