MAGGIE BELL na żywo (1974-1975).

Maggie Bell była (i pozostaje) posiadaczką jednego z najlepszych brytyjskich głosów bluesowo-rockowych, jakie pojawiły się w latach 70-tych, a fakt, że nie zrobiła kariery w późniejszych latach jak jej przyjaciółka Elkie Brooks (ex-Vinegar Joe) jest jeśli nie parodią, to jakimś chichotem losu. Gdyby kiedykolwiek pojawiła się kandydatka, która mogłaby zostać uznana za „brytyjską odpowiedź na Janis Joplin” bardzo trudno byłoby ją na tej liście pominąć. Kojarzona jest głównie z zespołem Stone The Crows, z którym nagrała cztery świetne płyty, a po jego rozwiązaniu na przestrzeni lat 1974-1988 wydała zaledwie trzy solowe krążki. Jej wielka osobowość objawiała się podczas występów. Scena to było jej naturalne środowisko o czym możemy przekonać się choćby z omawianego tu wcześniej znakomitego zestawu Stone The Crows, „Live At The BBC” (2023). Za czasów swojej kariery nie nagrała płyty „na żywo”. Na początku tego wieku ukazały się dwa koncertowe wydawnictwa z materiałem z połowy lat 70-tych, ale przepadły w natłoku innych płyt i od dawna były niedostępne. Na szczęście po dwóch dekadach pojawiły się ponownie. Obie są mile widziane nie tylko wśród fanów Maggie, choć z drugiej strony są frustrujące (przynajmniej dla mnie). Ale zanim przejdziemy do części „frustrującej” przyjrzyjmy się im po kolei.

Trzeba to jasno i bezwzględnie powiedzieć, że „Live At The Rainbow 1974” jest jednym z najlepszych jakościowo nagrań na żywo jakich dawno nie słyszałem. Zwłaszcza, że w tamtych czasach nagrania vintage brzmiały jakby były nagrywane przez kilka par skarpet. W tym przypadku, już od momentu gdy zespół rozpoczyna niesamowity „Coming On Strong”, pod względem separacji instrumentów i równowagi dźwięku jest to krystalicznie czyste. Bas jest tak mocny, że napędza muzykę jak precyzyjnie dostrojony silnik Rolls-Royce’a.

Towarzyszący Maggie zespół muzyków z Pete’em Wingfieldem na klawiszach, w niesamowitej salwie pięciu utworów przerabia wersję „Wishing Well” grupy Free, znakomity „As The Years Go Passing By”, namiętne „I Was In Chains” ze świetnymi partiami gitarowymi nieznanego mi Briana Breeze’a, oraz  „Suicide Sal” – tytułowy numer z jej drugiego solowego albumu. Przekręcając zaimki, cover Beatlesów „I Saw Him Standing There” przekształca się z prostej piosenki w porywającą sześciominutową bestię, w której Maggie wplata ulubioną przez publiczność przeładowaną aluzjami  wersję „Penicillin Blues”. Jak dotąd, przez około 40 minut nie było minuty przerwy! A na koniec pozostaje jeszcze znakomity „The Ghetto” i kulminacyjny, długi „Shout” zamykając imprezę w luźnej atmosferze. Jedynym niewypałem w tym zestawie (przynajmniej moim skromnym zdaniem) jest „Soul Medley”, w którym Pete Wingfield akompaniując Maggie na fortepianie gra fragmenty starych standardów, takich jak „Ain’t Misbehavin”, „Blueberry Hill”, „I Get A Kick Out Of You”, „The Way You Look Tonight”… Biorąc pod uwagę solowe albumy Maggie i doskonały katalog Stone The Crows dziwi mnie tak duża liczba coverów, ale cóż – set lista jest jaka jest i kropka.

W marcu 1975 roku wokalistka supportowała Bad Company na koncercie w Music Hall w Bostonie. Kilka dni później wystąpiła w jednym z tamtejszych klubów z nowym, jeszcze lepszym zespołem na pokładzie. Występ uwieczniono na płycie „Live In Boston 1975”. 

Koncert jest absolutnie porywający, rockowy i ma jeszcze więcej energii w porównaniu z „Rainbow”. Ale jest haczyk. Jakość nagrania jest ewidentnie gorsza. Źródło nie jest określone (poza tym, że znaleziono je w kolekcji samej Maggie) i brzmi jak ponadprzeciętny bootleg nagrany przez kogoś z widowni. Wielka szkoda, bo pomimo niedoskonałości widać, że muzyka jest absolutnie REWELACYJNA i zdecydowanie zasługuje na wysłuchanie. Różni się też set listą. Nie ma tu na przykład takich pewniaków jak „As The Years Go Passing By”, „Suicide Sal”, czy „The Preacher”, w zamian dostajemy „What You’ve Got Is So Good”, „Goin’ Down” i „If You Don’t Know, I Can Tell You”. Biorąc pod uwagę słabszy dźwięk siłą rzeczy należałoby doradzić fanom, aby kupili „Rainbow”, a unikali „Boston” – ale tu właśnie pojawia się owa frustracja. Oznaczałoby to odradzanie słuchania genialnej muzyki i szczerze mówiąc, nie potrafię tego zrobić. Dziennikarz muzyczny Charles Shaar Murray, który tam był i widział jej występ napisał: „Po Mao Tse-Tungu nikt nie przyćmi wspaniałej i niepowtarzalnej Maggie Bell! Zobaczyć ją w pełnej krasie jak wykonuje ulubione przez fanów utwory z czasów Crows, takie jak „Going Down” Dona Nixa i potężny „Penicillin Blues”, a także klasyki z „Suicide Sal” na żywo to jak sięgnąć Nieba!” Nie jestem też skłonny namawiać kogoś na wydanie pieniędzy na coś, co jest poniżej przyjętej jakości. Rozwiązać tę kwestię można w prosty sposób – wydać oba koncerty na podwójnym albumie w stylu „Alive 1974-1975”. Pozwoliłoby to zainteresowanym zapoznać się z obydwoma występami bez konieczności zakupu osobnych płyt, co uważam za słuszne i praktyczne. Jednak w obliczu jego braku (przynajmniej na razie) musimy cieszyć się tym, co mamy. I dlatego, biorąc pod uwagę niedobór nagrań koncertowych Maggie, polecam oba albumy jako pozycje obowiązkowe. Bądźcie jednak świadomi różnic w ich jakości. Jeśli to zrobicie i odpowiednio dostroicie swoje uszy i oczekiwania, czeka Was najprawdziwsza uczta!

5 komentarzy do “MAGGIE BELL na żywo (1974-1975).”

  1. Artykuł jak zawsze bardzo ciekawy, ale uczciwie przyznaje, że ten typ rockowej wokalizy zupełnie do mnie nie trafia. Płyt solowych Maggie Bell nie znam i chyba nie zamierzam poznać. Dokonania ze Stone the Crows świetne od strony muzycznej (ulubiona płyta „Ode to John Law”) wokalnie jednak powodują u mnie sporą niechęć do kolejnych odsłuchów. Jako człowiek na wskroś przesiąknięty rockiem progresywnym uwielbiam panie śpiewające jednak bardziej kobieco, nastrojowo. Ulubione wokalistki raczej oczywiste: Haslam, Gaskin, Kristina, Grimes, Krause, Haan, Podwojny i jeszcze kilka innych – też tych współczesnych. Nie zawsze te panie mają idealny warsztat, a często też spore ograniczenia wokalne, ale najzwyczajniej w świecie urzeka mnie klimat nagrań z ich udziałem. Podobnie rzecz ma się z wokalistkami psych / prog folkowymi, wręcz doskonale operującymi nastrojem, subtelnością, jakimś ulotnym pierwiastkiem jesiennej romantyczności. A będące na drugim biegunie rocka wokalistki takie jak właśnie Bell, czy wręcz sztandarowy przykład Janis Joplin całkowicie mnie zniechęcają. Niestety płyty Janis chyba nie udało mi się nigdy wysłuchać do końca, a i tak owe próby porzuciłem ze 40 lat temu i od tego czasu po jej nagrania już nie sięgam. Zresztą żadnej jej płyty nigdy nie miałem na półce. Tak to niekiedy bywa……

    1. Bardzo ciekawa wypowiedź, która zachęca do dyskusji (zapraszam moi mili Czytelnicy😊). To samo można powiedzieć o wokalistach. Jedni dadzą się pokroić za Lemmy’ego, inni oddadzą dusze i serce za Jona Andersona, a to dwie odległe od siebie Galaktyki. Ale nie to mną wstrząsnęło – serio nigdy do końca nie przesłuchałeś żadnej płyty Janis?!

    2. Panie Sławku, całkowicie się z Panem zgadzam czym się chyba narażę Panu Zbyszkowi. Maggie była świetna pod skrzydłami Stone the Crows. Jej solowe albumy (słyszałem jedynie pierwszy) już nie zachwycają. Niestety tak też często bywa. Wymieniona tu Kristina jako wokalistyka Curved Air „popełniła” kilka solowych albumów, które są niestety daleko od tego co pokazuje w zespole. Ja do tej listy świetnych wokalistek dopisałbym jeszcze Lynn Carey, Wendy Saddington by nie zapomnieć o japońskiej Janis czyli Carmen Mako. Niestety podobnie jak Pan nie podzielam powszechnego zachwytu nad Janis. Owszem była ikoną swoich czasów ze wspaniałym głosem. Z tym się w pełni zgadzam. Nikt jak ona nie był w stanie wykonać „Summertime”. Mam kilka płyt z jej udziałem, ale nie słucham ich zbyt często. To klasyka tamtych czasów i …. nic więcej. To zjawisko ma szerszy zasięg. Bardzo często wymienia się Jimiego Hendrixa jako ikonę gitary, który z gitary zrobił coś znacznie więcej niż tylko deskę z kilkoma strunami. W historii muzyki zapisał się złotymi literami. Ja się z tym zgadzam w 100%. Jako wielki fan rocka i blues rocka lat 70-tych ma wiele jego albumów i często do nich wracam. Przez lata pojawiło się jednak wielu znakomitych gitarzystów, którzy w niczym Jimiemu nie ustępują. Tak samo jest z żeńskim wokalem. Panie Sławku, zawsze jak czytam Pana wpisy na blogu to wypływa w nich wielkie doświadczenie i ogromna wiedza muzyczna z tamtych wspaniałych lat. Wielki szacun. W ramach wokalnego suplementu dodałbym pewną niezwykłą i całkowicie zapomniana wokalistkę. To Keiko Ohtsuka o niezwykle oryginalnym operowym wokalu. Jako wokalistka progresywnej grupy Olive nagrała w roku 1976 album pod tym samym tytułem. Album zapomniany, niezwykle rzadki, nigdy nie wznawiany i praktycznie niedostępny (1000 Eur). Gorąco polecam.

      1. Panie Januszu…. lub jeśli pozwolisz po prostu Januszu! Bardzo dziękuję za miłe słowa. Wszystko się zgadza – wychowałem się na starym rocku – choć ze smutkiem przyznaje, że większość znajomych z tamtych lat już dawno porzuciła słuchanie rocka. Kiedyś zbieraliśmy płyty, jeździliśmy razem na koncerty…. dziś dawni znajomi albo nie słuchają niczego, albo O ZGROZO! słuchają disco polo. Grupa ludzi słuchających starego rocka topnieje z każdym miesiącem, ale taka widać jest kolej rzeczy. A co do naszych odmiennych niekiedy gustów – cóż, nie ma w tym nic złego i dobrze wiemy, że Pan Zbyszek na pewno się o to nie pogniewa. W różnorodności nasza siła! Ale, ale…. Janusz sprawiłeś mi ogromną radość i przyjemność słuchania tym japońskim Olive. Nie znałem tego, a to jest rewelacja, to są dźwięki które pokochałem od pierwszych sekund. Świetna płyta. Dzięki i pozdrawiam!

        1. Dziękuję za link. Mam jednak nadzieję, że ktoś kiedyś wyda ten materiał na oficjalnej płycie. Nie mogę się oderwać od tej muzyki 🙂 To chyba najlepsza rzecz wśród tych nieznanych, jaką usłyszałem w ostatnich miesiącach. Fantastyczna gitara, świetny, choć specyficzny wokal. Bardzo dobra płyta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *