Płytowe antyki owiane mgłą zapomnienia po odkryciu mienią się dziś blaskiem klasyki. Tak jest w przypadku albumu „Pictures” krótko istniejącego szwajcarskiego zespołu Island. To jedna z moich ulubionych progresywnych płyt, którą odkryłem w czasach, gdy była znana jedynie wąskiej grupie miłośników progresywnego rocka. Długo wahałem się, czy jest sens pisać o niej w tym miejscu, gdzie z założenia przedstawiam płyty wykonawców, o których muzyczny świat poza samymi zainteresowanymi i ich rodzinami nie miał kompletnego pojęcia o ich istnieniu. Z drugiej jednak strony myśl, że to wydawnictwo do tej pory nie pojawiło się w tym miejscu długo odbijało mi się czkawką. Czas to naprawić.
Szwajcaria raczej nie jest kojarzona z rockiem progresywnym, ale ten album, obok „Movin’ On” zespołu Circus z tego samego roku, dowodzi, że Szwajcarzy nie są neutralni jeśli chodzi o niesamowitą muzykę. Niestety, jak wielu wykonawców z tamtej epoki, Island był zespołem, który szybko przeminął. Za szybko. Informacji o nim też nie było wtedy za wiele, a jeśli chciało się do nich dokopać po wpisaniu słowa island w raczkującym wtedy Internecie wyskakiwały obrazki egzotycznych wysp.
Grupę tworzyło czterech bardzo utalentowanych muzyków o szerokiej muzycznej wyobraźni: Benjamin Jäger (wokal prowadzący, instrumenty perkusyjne), Güge Jürg Meier (perkusja), Peter Scherer (klawisze, bas pedałowy) i René Fisch (saksofon, flet, klarnet). Jak widać nie ma tu gitary i basu (tę ostatnią rolę pełnią pedały basowe), a nacisk położony jest na instrumenty perkusyjne, klawisze, wokale i dęte. Brzmi to tłoczno, ale jest dużo przestrzeni. Każdy instrument brzmi jakby był na osobnej wyspie, a jednak współgra z resztą zespołu. W pięciu utworach jakie znalazły się na albumie wyczuwalna jest mroczna atmosfera, którą potęguje niepokojąca okładka H.R. Gigera idealnie wpasowując się w klimat muzyki. A ta przemieszcza się między równoległymi światami przechodząc od rocka progresywnego, przez zeuhl, po muzykę kameralną i jazz. Wszystko to łączy się w całość tworząc pięknego, a zarazem osobliwego potwora jakim jest ten album.

Niesamowite, półtoraminutowe „Introduction” rozpoczyna się śpiewami mnichów, po których do głosu dochodzi klarnet tworząc upiorną, a zarazem melancholijną atmosferę. Niezrozumiałe szepty wkradają się, budując szaleństwo wraz z perkusją, by w finale stworzyć czysty chaos. To otwarcie doskonale oddaje grozę i zapowiada progresywny klimat, który tu na nas czeka i przenosi prosto do „Zero”, sześciominutowego pokazu niesamowitego talentu całego zespołu. Poza fenomenalnymi umiejętnościami gry na instrumentach, członkowie grupy wypracowali niezwykłą synchronizację. Ich najbardziej unikalną i potężną umiejętnością jest możliwość jednoczesnej zmiany tempa zachowując przy tym synchronizację. Tworzy to oszałamiający efekt, który sprawia, że zastanawiamy się jak oni to zrobili? Łapię się na tym, że mniej szalona środkowa część – delikatny taniec między perkusją Güge Meiera, a klawiszami i basowymi pedałami Petera Scherera – zachwyca mnie za każdym razem. Ten schemat jest tak złożony, że aż trudno uwierzyć, że grają tu tylko dwie osoby! Wielowymiarowy, szesnastominutowy „Pictures” jest moim ulubionym utworem łączącym wszystkie wymienione wyżej gatunki muzyczne. Po raz pierwszy słyszymy tu śpiewającego Benjamina Jägera. Jego linie wokalne przeplatają się i wykraczają poza poziom złożoności Gentle Giant, do którego tak chętnie niektórzy porównują Island. Angielski ewidentnie nie jest jego językiem ojczystym, ale co zaskakujące, dobrze to współgra ze złowieszczym tonem muzyki. Jeśli ktoś ma problem ze zrozumieniem tekstu dołączona do płyty książeczka szybko to wyjaśni. Najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem tego utworu jest fraza „Gastric juices…” powtarzana w szybko zmieniającym się tempie. To dowodzi, że chłopaki mieli poczucie humoru i nie jestem pewien, czy kiedykolwiek po usłyszeniu tej frazy zdołam opanować chichot. Ale kiedy zaczynam analizować ten skomplikowany numer, po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że ci muzycy byli naprawdę niesamowici.

Druga strona oryginalnej płyty zaczyna się od „Herold And King/Dloreh”. Osoby spostrzegawcze zauważą, że „Dloreh” to „Herold” czytane wspak dając wskazówkę, co będzie dalej. Po melancholijnym fortepianowym wstępie zostajemy przeniesieni do mrocznego lochu atonalnych dźwięków z Jägerem mamroczącym coś, co brzmi jak bełkot. Broszura dołączona do płyty CD po raz kolejny udziela podpowiedzi: to teksty czytany od tyłu. Co więcej, robi to z taką werwą, że brzmi naprawdę niesamowicie i zapada w pamięć. Ta cała sekcja a cappella jest jak nie z tego świata, po której następuje porywająca, instrumentalna część, w której czynnik upiorności wciąż jest obecny i wywołuje dreszcze. Przynajmniej u mnie. Ostatnie nagranie, „Here And Now”, ma dokładnie tę samą długość jak „Herold And King / Dloreh”, ale pod względem dynamiki ma odwrotną strukturę. Tym razem pojawia się spokojniejsza, wolniejsza część środkowa zatytułowana „The Stillbirth Of A Harvest” zamknięta dwoma frenetycznymi fragmentami. Nie jest zaskoczeniem, które fragmenty lubię bardziej, ale w centrum utworu pojawiają się dobrze wykonane eksperymenty muzyczne Jägera. Końcówka utworu, mimo wzmianki o „słońcu Ibizy”, jest nie mniej gotycka i stanowi ekscytujące zakończenie niezwykłej płyty.
Jeśli komuś mało tej muzyki podpowiadam, że kompaktową wersję albumu kończy bonus, 23-minutowy jam zatytułowany „Empty Bottles”. Różni się on od całej reszty i wpisuje się bardziej w canterburyjską scenę eksplorując wiele różnych stylów, co tylko potwierdza, że ci zdolni muzycy mogli grać w każdym gatunku. „Pictures” to gęsty, mroczny, wymagający album, który wymaga wielu ponownych przesłuchań, ale wyjątkowy talent muzyczny zespołu i kreatywna wizja sprawiają, że każde kolejne odsłuchanie od początku do końca jest czystą przyjemnością.

Nie znam, ale jestem po wrażeniem. Ten typ muzyki, tak odmienny od surowego rocka garażowego z przełomu lat 60/70, od dawna należy do często słuchanej przeze mnie muzyki. Podzielam pogląd wielu. Island bardzo przypomina Gentle Giant, ale te niezwykle zawiłe meandry dźwiękowe, w których dominujące jest brzmienie saksofonu nieznacznie tylko wspomagane klawiszami i basem, to coś więcej niż GG. Dobrze się tego słucha, ale nie jest to muzyka „do poduszki”. Wymaga uwagi, skupienia a wtedy odwdzięcza się niezwykle przyjemnymi doznaniami. Można odnieść wrażenie, że po naturalnym „wyschnięciu” rocka progresywnego w swoim pierwotnym charakterze w połowie lat 70 przyszedł czas na bardziej subtelną i wymagającą jej odmianę. Kto wie czy nie ciekawszą.
Tak Januszu….. zgadzam się z tym co napisałeś. Przyznam, że nie pamiętam w jakim czasie poznałem zespół Island. Było to więc bardzo dawno, ale nie na tyle dawno, żeby w epoce trafił w moje ręce winylowy egzemplarz wydawnictwa. Myślę, że była to druga połowa lat 90 i wydanie CD firmy Laser’s Edge. Jeszcze nie znając muzyki zaintrygowała mnie okładka. Zapewne pomyślałem coś w stylu „ej, przecież ja znam tego typka” 🙂 To niemal wykapany, słynny „Obcy” – niezbyt sympatyczny pasażer statku Nostromo. Okazało się, że tak jest naprawdę – Obcego stworzył ten sam artysta, którego projekt ozdobił okładkę płyty zespołu Island. O muzyce Zibi napisał już wszystko… a mi pozostaje dodać, że można podziwiać muzyków, którzy w tak trudnych dla rocka progresywnego czasach zdecydowali się wydać taki materiał. Punkowo-nowofalowa rewolucja wypierała ze sceny ambitnych rockmanów. Owszem – nadal istniało i wydawało płyty mnóstwo zespołów starej ery progresu – ale umówmy się, że byli to artyści o już ugruntowanej pozycji i sporej grupie już oddanych fanów. Wystartować w 1977 z tak ambitnym projektem jak Island było przedsięwzięciem raczej z góry skazanym na niepowodzenie. Należny szacunek przyszedł wiele lat później.