Wiele osób często pyta mnie, dlaczego tak konsekwentnie tropię zapomniane albumy, w tym te z rockiem progresywnym z lat 70-tych (a są ich setki, jeśli nie tysiące)..? Odpowiadam krótko: bo tęsknię za tym retro brzmieniem. Tymczasem pochodząca z Austrii grupa Amanda uświadomiła mi, że nie muszę ciągle grzebać w przeszłości, skoro współcześnie istnieją zespoły tworzące dokładnie taką muzykę, jaką chcę słuchać. Choć nie można określić ich mianem oryginalnych, składają one fantastyczny hołd progresywnemu rockowi tamtych lat i to jest jeden z tych czynników, który zachęca mnie do ich poznawania.

Zespół został założony w górach środkowej Austrii, konkretnie w Graz w 2018 roku w składzie Maximilian Mitterwallner (kbd), Klaus Messnitzer (g, voc), Michael Meissnitzer (bg) i Herbert Adelwöhrer (dr). Styl i brzmienie nawiązuje do ich ulubionych wykonawców spod znaku progresywnego rocka lat 70-tych w tym między innymi Pink Floyd, Pulsar i niemieckojęzycznego Novalis. Jest taki trend, że wiele zespołów w dzisiejszych czasach stara się brzmieć jak najbardziej retro, tyle, że większość oprócz staromodnego dźwięku nie wnosi praktycznie żadnej innowacji. W tym przypadku jest inaczej. Oni wypracowali swój indywidualny styl, który plasuje się gdzieś między psychodelicznym space rockiem, a austriacką tradycją eksplorując jednocześnie inne terytoria muzyczne. Nie mogę sobie darować, że przegapiłem ich w 2020 roku, gdy wydali debiutancki album „Durch die Ewigkeit” (Przez wieczność). Album, będący oszałamiającą mieszanką psychodelicznego space rocka z długimi i płynnymi pasażami klasycznych, folkowo-chóralnych brzmień. To tak, jakby Pink Floyd spotkał Petera Corneliusa* gdzieś pomiędzy średniowiecznym klasztorem mnichów, a kosmiczną przestrzenią.

Amanda zabiera nas tu w podróż po Wszechświecie, w trakcie której mierzy się z odwiecznymi pytaniami o byt, sens istnienia, harmonię… Metaforycznie Wszechświat symbolizuje wieczność, piękno, mistycyzm i tęsknotę. Po harmonijnym wstępie gitary akustycznej w „Luna” niezwykła sekwencja taktów (dwa 4/4 i jeden 5/4) jest symbolem wewnętrznej walki związanej z wyruszeniem w nieznane, podróż przez bezkresną wieczność. Doskonale ilustruje to oficjalny teledysk, drugi po „Aus ewigem Liacht”, które najlepiej obejrzeć jeden po drugim. Oprócz transcendentalnych doświadczeń w „Aus ewigem Liacht” (Zrobiony z wiecznego światła), „Wenus” i w „Astra” tekst w „Malevada” krąży tym razem wokół relacji międzyludzkich i nieokreślonego uczucia ponadczasowej miłości. Długie wstępy w nagraniach wprowadzając nas w emocjonalny świat, poszerzają dźwiękową przestrzeń zagłębiając się w jego mroczną otchłań, a gościnnie występujące wokalistki, Annalena Trummer i Julia Bukettis swoimi anielskimi wokalizami potęgują podniosłość całej muzyki. Mimo to Amanda w pewnym sensie pozostaje zespołem rock and rollowym. Z jednej strony wpływy Pink Floyd, Camel, czy scena Canterbury, z drugiej austriaccy kompozytorzy tacy jak Hubert von Goisern** łączą się w wyjątkową formę sztuki, w której (i to jest moim zdaniem ciekawe) nastrojowe aranżacje spotykają się z czysto popowym urokiem. Podsumowując, „Durch die Ewigkeit” to koncepcyjne dzieło z dużym polem do własnych interpretacji, które porusza duszę i ma w sobie to „coś” od czego trudno się oderwać. Ponowne odkrywanie magii Kosmosu, natury i samego siebie przy jego dźwiękach to prawdziwe katharsis.
Moja przygoda z zespołem zaczęła się nie od debiutu, ale od drugiej, wydanej dwa lata później płyty „Weltenraum” (Przestrzeń). Płyty, na której znalazły się dwa długie epickie nagrania: „Apoll” (23:11) i „Abraxas” (19:27).

Pierwsza myśl jaka zaświtała mi w trakcie pierwszego słuchania była mniej więcej taka: „Ot, grupa austriackich muzyków, która usiadła, posłuchała „Shine On You Crazy Diamond” i poszła nagrać coś podobnego”. W miarę rozwoju stało się dla mnie jasne, że Amanda na tym albumie osadza swoje brzmienie w klimacie space rocka. To, co uderzyło mnie przy słuchaniu „Apoll” to fakt, że zespół nie ma zamiłowania do epatowania techniką, którą popisuje się większość współczesnych zespołów progresywnych. Zapewne zauważyliście jakże kusząca jest w nich chęć pójścia na całość i zagrania swojej muzyki jak najszybciej, prawda? Amanda wykazuje godną podziwu powściągliwość w swoich kompozycjach, stawiając na klasyczne brzmienie. Płynność obu utworów wydaje się z góry przesądzona, niemal przewidywalna, a mimo to bezgranicznie wciąga.
Choć większość muzyki, jak w „Shine On You Crazy Diamond” jest spokojna zespół znajduje czas na pokazanie różnych stron swojej osobowości w rozbudowanych instrumentalnych partiach. Szkoda tylko, że są krótkie i jest ich tak mało. W połowie „Apoll” następuje popis syntezatorów przed floydowską porcją muzyki konkretnej, a w „Abraxas” otrzymujemy bardzo klasyczne, progresywne solo organów Hammonda. Oba utwory wykorzystując powtarzające się motywy nadają całości jednolitą strukturę w formie suity. Tak też trzeba tę płytę odbierać. I jeśli czegoś mi tu brakuje, to tylko chórku niebiańskich głosów Annaleny i Juli. A teraz przymykam oczy i daję się ponieść wspaniałym dźwiękom skróconej wersji pierwszego utworu…
Po tak dwóch fantastycznych albumach z niecierpliwością czekałem na kolejne wydawnictwo. I zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ukazało się ono w czerwcu 2025 roku pod tytułem „Perpetuum”.

Trzecia płyta kontynuuje podróż przez bezkres wszechświata Amandy. Podróż ta odsłania również nieznane dotąd muzyczne oblicza zespołu. Niemniej „Perpetuum” można postrzegać jako ostatni album trylogii. Łacińskie perpetuum oznaczy „na zawsze” i dokładnie tak jest. Zabiera on nas w długą podróż przez przestrzeń i czas, z której być może nie ma powrotu, choć ostatecznie nie do końca wiadomo, czy wciąż będziemy unosić się w kosmicznej próżni, czy może wrócimy na Ziemię. W muzyce w zasadzie nic się nie zmieniło – nadal jest to ekspansywny psychodeliczny prog rock inspirowany gigantami muzyki lat 70-tych. Teksty śpiewane styryjskim dialektem spokrewnionym z językiem słoweńskim, ale z silnymi niemieckimi wpływami zespół wykorzystuje do malowania abstrakcyjnych obrazów. Mimo, że kompletnie ich nie rozumiem są magiczne. Krążek rozpoczyna się dramatycznym, mocnym intro. Dźwięki organów i chór prowadzą do „Morgenlandfahrt” (Podróż do Orientu) zanim kontrolę przejmą ekspansywne gitary. Żywe, nigdy niespieszne rytmy perkusyjne tworzą rytmiczny fundament. Pomiędzy utworami występują płynne przejścia, które sprawiają, że całość wydaje się jeszcze bardziej spójna. W kolejnych utworach, „Sunmaschin” i „Mondfieber” (Gorączka Księżyca) powstają rozległe pejzaże dźwiękowe nadając każdej nucie własną przestrzeń.
Centralnym punktem albumu jest tytułowa kompozycja. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju muzyce, Amanda wykorzystuje modus frygijski, który brzmi egzotycznie szczególnie dla zachodniego słuchacza. Zaczyna się spokojnie, ale stopniowo nabiera intensywności osiągając punkt kulminacyjny w muzycznym przeciążeniu nie naruszając struktury utworu. Podobnie jak w poprzednich nagraniach również tu następuje płynne przejście do „Zeitsprung” (Przeskok w czasie). Jego samplowany finał tworzy wrażenie spadania w przestrzeni i czasie. Cała podróż ostatecznie kończy się utworem „Radio Solis” z powracającymi w finale organami i ksylofonem. Krąg zamyka się głębokim, stłumionym trzaskiem, po którym następuje bezwzględna cisza…
Stworzone przez zespół Amanda „Perpetuum” to dzieło, które w pełni zasługuje na swoją nazwę. Urzeka i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej nuty. Dzieło, w którym zespół eksploruje różnorodne pejzaże dźwiękowe pozostając jednocześnie wierny swoim ideałom. I co ważne – brzmi ponadczasowo i współcześnie. Żeby nie uronić z tego żadnego dźwięku, ani jednej nuty koniecznie słuchać (jak i poprzednie) na słuchawkach – najlepiej późną nocą.
* Peter Cornelius – znakomity austriacki gitarzysta znany ze współpracy z Michaelem Cretu, twórcą projektu Enigma.
** Hubert von Goisern – kultowa postać austriackiej folk rockowej sceny, twórca stylu New Volksmusik and Alpine Rock z gatunku World Music.
Zbyszku, Ty to potrafisz zaskakiwać!. Jako zaprzysięgły fan rocka progresywnego przełomu lat 60/70 mógłbym w tym miejscu powiedzieć, że wszystko co najlepsze już było. Nic podobnego. We współczesnym świecie muzyki zapełnionym po brzegi produkcją opartą na elektronicznych samplerach i innych „wynalazkach” rock progresywny w starym dobrym brzmieniu spychany bywa na marginesy. Trudno jest mu się przebijać. Nie za często sięgam do produkcji z XXI wieku. Jest jednak wiele takich albumów powstałych całkiem niedawno, które poruszają moją muzyczną duszę z całą swoją mocą. Muszę się przyznać, że austriackiej Amandy kompletnie nie znam. Do dzisiaj. Zbyszku, bardzo, bardzo Ci dziękuję za takie niespodzianki. Jestem po wielkim wrażeniem.
Miło mi. Dziękuję.
Chętnie słucham… muzyka przenosi nas wszystkich w inny świat, świat magii, świat nostalgii, wzruszenia, w świat mistyczny, do innego wymiaru..
Tak, chętnie słucham 🙂
Dzień dobry, Durch die Ewigkeit, cała płyta, fantastyczna, ale utwór tytułowy i Epilog, wbiły mnie w fotel. Rewelacja. Pozdrawiam serdecznie.
Cieszę się i również pozdrawiam!