Wspaniały Circus Maximus, lub jak mówią Włosi, Circo Massimo, w południowo-centralnym Rzymie, obok Koloseum jest celem każdej szanującej się wycieczki przybywającej do Wiecznego Miasta. Kiedyś ogromny podłużny stadion, na którym 250-tysięczne tłumy gromadziły się, by oglądać śmiertelne wyścigi rydwanów i ceremonie ku czci słońca i księżyca, wieczorem w pierwszych trzech dniach października 2024 roku stał się bardzo uporządkowanym miejscem wydarzenia dla nieco mniejszej, „ledwo” 18-tysięcznej widowni z perfekcyjnie przygotowaną ucztą dźwięku i obrazu. Na arenie żadnych przerażonych słoni. Tylko jedna, z daleka niepozorna, w rzeczywistości wielka postać i legenda rocka – David Gilmour ze swą gitarą.

Z Davidem Gilmourem jest tak, że po każdej trasie powraca pytanie: „Czy zrobi to jeszcze raz..?” Jego albumy studyjne wymagają czasu, a trasy koncertowe są zazwyczaj krótsze. Nie mniej optymistyczną i zauważalną zmianą jest to, że David wydaje się obecnie bardziej zrelaksowany i swobodniejszy. Być może spowodowane jest to tym, że jego odświeżony zespół składający się z dużo młodszych muzyków wnosi luźniejszy styl w stosunku do skoordynowanych i zsynchronizowanych wideo koncertów z jakich słynął Pink Floyd. Mówiąc „luźniejsze” mam na myśli to, że ci młodzi grają bardziej spontanicznie i nie odtwarzają nuta w nutę utworów z katalogu Holy Floyd. Zauważmy też, że podczas gdy Waters i Mason na swoich koncertach bazują na archiwaliach, Gilmour skupia się na swej ostatniej płycie. Możemy usłyszeć tu prawie wszystko z „Luck And Strange” i muszę przyznać, że wersje koncertowe mają więcej energii. Weźmy na przykład utwór tytułowy – na żywo ma w sobie więcej nonszalancji i swingu niż wersja albumowa, z imponującym, rozbudowanym podwójnym brzmieniem z drugim gitarzystą, Benem Worsleyem, który trafił do zespołu z polecenia producenta płyty, Charliego Andrew i chyba nigdy w życiu nie występował przed więcej niż setką osób. Wokal Gilmoura jest bardziej swobodny i spójny, a gra całego zespołu ze zwartą sekcją rytmiczną plus wspaniałe chórki są perfekcyjne.
Pamiętam, że podczas pierwszego odsłuchu płyty „Luck And Strange” pochodzący z niej numer „A Single Spark” przeszedł przeze mnie praktycznie niezauważony. Ot, wleciał jednym uchem, wyleciał drugim. Tymczasem na scenie (dodany wśród bonusów na DVD i Blue-ray) ma dodatkowego kopa, szybsze tempo i zaangażowany wokal. Z miejsca przykuł moją uwagę czego nie zrobił wcześniej. Można więc powiedzieć, że odkryłem go na nowo. Wspomniałem może o gitarowej solówce? Nie.?! Jest fenomenalna!
Dla mnie dwa najlepsze utwory na tym wydawnictwie to przede wszystkim „Scattered” zamykający pierwszy (główny) set, kandydat do tytułu najlepszego nowego utworu artysty i długiej, melancholijnej medytacji nad upływającym czasem, czego 80-letnia legenda jest doskonale świadoma. Swego czasu recenzenci albumu dyskutowali o jego hołdzie, o refleksyjnym brzmieniu wyjętym z serca „Dark Side Of The Moon” i fortepianowych nutach z „Echoes”. W tej wersji fortepian jest częściowo jazzowy, co w katalogu artysty jest czymś wyjątkowym. Wraz ze zmianą nastroju i tempa z floydowskim nawiązaniem do nylonowych strun, utwór staje się podstawą do popisowego solo. Czyste, łagodne intro prowadzi do klasycznej gry Davida, które intensywnie narasta i narasta, aż do punktu, w którym pytamy samych siebie, czy gitarzysta ma jeszcze coś do zaoferowania..? Ma! Tu powinienem wspomnieć o genialnych, refleksyjnych tekstach Polly Samson, „najbardziej błyskotliwej autorki tekstów wszech czasów” jak określił ją David. Zdolność do przekazywania myśli jej męża (tak przynajmniej zakładam) jest znakomita. I to właśnie te rodzinne więzi dają mi ów drugi punkt kulminacyjny. Mam na myśli „Between Two Points” w wykonaniu Romany Gilmour, który na Spotify jest najczęściej odtwarzanym utworem z albumu „Luck And Strange”!

Wyraźnie dumny ojciec od czasu do czasu rzuca czułe spojrzenie na swoją małą ukochaną, która nie tylko śpiewa, ale też gra na harfie. Kontrast, zarówno pod względem muzycznym jak i wokalnym panna Gilmour wykonała z dużą pewnością siebie. Mając w sobie sceniczne doświadczenie i geny ojca czuje się tak, jakby była na niej od wielu lat. Wspaniale byłoby usłyszeć ją nie tylko w tym jednym, cudownie eterycznym numerze.
Spektakle, podobnie jak wcześniejsze w Londynie, są imponująca, ale z jedną małą różnicą. Seria pokazów w centrum włoskiej stolicy przyciągała każdego wieczoru około 18 000 widzów, ponad trzy razy więcej niż w stolicy Anglii. Lokalizacje jakie David wybiera mają być wyjątkowe. Ostatnia trasa Watersa „This Is Not a Drill” była świetna, ale wizualizacje tego charakterystycznego włoskiego miejsca pomogły muzyce wznieść się w sposób, w jaki nie potrafią tego zrobić zadaszone miejsca. Wrażenia potęgują ujęcia z drona pokazujące panoramę miasta i otoczenie teatru, a zdjęcia w zwolnionym tempie idealnie dopasowane do tempa muzyki również robią swoje. Ale dla mnie to zbliżenia na Gilmoura są najważniejsze. Co więcej, jego intensywna gra i całkowite skupienie sprawiają, że włosy na rękach stają dęba. Pomimo gry na wielu różnych gitarach, maestro zawsze brzmi jak on sam.
Jak wspomniałem, koncert skupia się głównie wokół utworów z albumu „Luck And Strange”, który był również tytułem tego tournee. Nie ma jednak koncertu Davida Gilmoura bez kawałków Pink Floyd, na które wszyscy zawsze czekamy z wypiekami na twarzy. Wspominałem wcześniej o luzie, a grając klasyki Floydów mimo wszystko trzeba zachować ostrożność i równowagę szczególnie, gdy ma się w zespole „młode wilki”. Na szczęście nie ma tu fragmentów reggae, ani solówek basowych chociaż obecny jest tu stary znajomy, Guy Pratt, któremu wybaczam małe grzeszki z przeszłości: wszak były to lata 80-te i pewne rzeczy tak się grało… Gdy Gilmour gra pierwsze akordy „Breathe” scenę spowija teatralny dym publiczność ryczy z aprobatą, a gdy utwór płynnie przechodzi w „Time” (z oryginalną animacją z 1974 roku na tylnym ekranie) uderza w akord porównywalny z tym, który Tony Iommi zagrał w „Iron Man” Black Sabbath. Wszyscy śpiewają „Quiet desperation is the English way” – najbardziej floydowski wers autorstwa Watersa będący jednym z kluczowych elementów twórczości zespołu, czego przykładem kompozycja „Echoes”. Gilmour już jej nie gra, ale wciąż gra „Fat Old Sun”. Lżejsza, bardziej jazzowa wersja (szczególnie w partiach fortepianowych) pokazuje, że mistrz wciąż potrafi śpiewać wrażliwym głosem. I choć czasem brakuje mu oddechu na ostatnie kilku nut rekompensuje to sobie z nawiązką eksplodując potężnym gitarowym solo.

Zespół bez wysiłku zmienia biegi i jest tu wiele, o czym mógłbym pisać, jak choćby o mistrzowskim wykonaniu „Marooned”, w którym Gilmour gra w stylu Santany. Entuzjastycznie przyjęty „Wish You Were Here” z cudownymi organami Hammonda i fortepianem akompaniującym głównemu riffowi przypomina o licznych duchach nawiedzających ten starożytny stadion – w tym ducha Syda Barretta i Ricka Wrighta. Jest też mroczny „Sorrow” z brudną, przesterowaną solówką; apokaliptyczny lament w „High Hopes” i nowe podejście do „Great Gig In The Sky” jakiego wcześniej nie słyszeliśmy, z chórkiem z Romany Gilomour, Charley Webb, Louise Marshall i Hattie Webb w składzie[*]. Dodajmy do tego nasycony pesymizmem „A Great Day For Freedom”, który nabiera tempa nim Gilmour rozpocznie swą epicką solówkę (dzieloną z Worsleyem) graną z cudownie miodową płynnością, oraz triumfalny „Coming Back To Life” zadedykowany żonie, podczas którego zarówno scena jaki i stadion zapłonęły blaskiem świateł.

Po krótkim zniknięciu zespół powraca na scenę z utworem „Comfortably Numb” (żadna niespodzianka, prawda?), który porywa publiczność. Guy Pratt zajmuje się zwrotką, brzmiąc niepokojąco podobnie do swojego teścia, Richarda Wrighta. Publiczność śpiewa razem z nim, podczas gdy Ben Worsley na gitarach, Adam Betts na perkusji, Rob Gentry i Greg Phillinganes na klawiszach umiejętnie wspierają ten klasyk. Wiemy jak to się dzieje; główne solo idzie zgodnie z planem tak jak powinno. W momencie, gdy zmasowany tłum i chórek na scenie razem krzyczą „Aaaaj…”, a Gilmour dołącza swoje „I have become comfortably numb” przez całe moje ciało przechodzą ciary! Końcowe solo pokazuje jak David czerpiąc energię z zespołu i publiczności przeżywa grę na gitarze zgodnie ze swoim stylem – z przymkniętymi oczami, głową skierowaną w dół… To nie jest moment na autopilocie. To muzyk z wielką klasą w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu! Końcowy dźwięk oznacza, że doszliśmy do finału tego wspaniałego widowiska. Uśmiechnięty bohater wieczoru i jego muzycy wykonują głęboki ukłon i schodzą ze sceny żegnani ogromnymi brawami i nieprawdopodobnym krzykiem rozentuzjazmowanego tłumu, który mógłby wskrzesić umarłych.
Czy po takim spektaklu potrzebuję kolejnego albumu koncertowego Davida Gilmoura? TAK! Po obejrzeniu i wysłuchaniu spektaklu z rzymskiego Circus Maximus jednoznacznie stwierdzam, że Gilmour wciąż potrafi dać porywający występ i życzę mu kolejnych tak udanych. Jedno jest pewne – choćby nie wiem jak długo, będę na nie cierpliwie czekał.
[*] Romany, wspólnie z dziewczynami z chórku stworzyły własny zespół o nazwie Marshall Gilmour Webbs. Wszystkie grają na instrumentach, tworzą własną muzykę i występują (jak na razie) głównie w londyńskich klubach. Poniżej akustyczna wersja utworu „The Sea Bride”.

Dziękuję,koncert w Pompejach powalił mnie totalnie.Arcy,arcydzieło wszechczasów.
Wszystkie są znakomite!
Właściwie żadna z solowych płyt Gilmoura nie dostarczyła mi nigdy takich emocji, jak płyty Floyds. To co najwyżej dobre, poprawne albumy, które nigdy nie wzniosły się na wyżyny podobne do tych, jakie przyniosły nam „Meddle”, „Atom Heart Mother”, „Wish You Were Here” czy „The Wall”. Tak naprawdę dziś potrafię wrócić jedynie do „On An Island”, pozostałe czeka raczej wieczny odpoczynek. Co ciekawe ostatni album Davida „Luck and Strange” został nawet w pewnej polskiej audycji uznany jako płyta roku. Niestety…. wygrało nazwisko, a nie muzyka, bo akurat w 2024 było wiele ciekawszych produkcji niż wymęczony na siłę album Gilmoura. No ale żeby nie być samotnym w tych ocenach posłużę się przykładami z RYM, gdzie międzynarodowa społeczność też ocenia dorobek artysty nawet nie na 3.5 w pięciostopniowej skali (o koszmarkach nagranych z The Orb nawet nie warto wspominać, ten niewątpliwy „paw” nie powinien się wcale ukazać). „Luck and Strange” jako album roku nie zmieścił się nawet w pięćsetce. Niestety, ale żaden z Floyds nie nagrał płyty ani lepszej, ani nawet równej temu, czego dokonali w czwórkę. I stąd właśnie wynikają wyższe oceny koncertówek Gilmoura czy Watersa. Bo tam widz, słuchacz dostaje to co kocha najbardziej – floydowe klasyki. Solowe produkcje Gilmoura niestety nie dorastają im do przysłowiowych pięt.
Zgadzam się, że solowe produkcje Gilmoura i jego kolegów z Pink Floyd nie dorównują dziełom „Meddle”, „Ciemnej strony”, czy „Atomowego serca”. To tylko dowodzi, że w zespołowej jedności tkwił sekret ich geniuszu. I to samo można powiedzieć o solowych płytach członków innych wielkich zespołów: Deep Purple, Led Zeppelin, Yes, Genesis… Dziękuję za Twój komentarz i mam nadzieję, że będzie on przyczynkiem do szerszej dyskusji, do której zachęcam.
Z powyższą opinią zgadzam się całkowicie. To zjawisko niestety spotyka się dość powszechnie i nie dotyczy wyłącznie bohatera tego postu, Davida Gilmoura. Za każdym razem jak oglądam film z ich legendarnego koncertu w ruinach Pompei (wracałem do niego wielokrotnie) to widać jakąś niewidzialną i magiczną więź pomiędzy tymi czterema muzykami. A efekt widać i słychać. Próby wejścia do muzycznego świata poza PF to jak „odcięcie pępowiny”. czyli oderwanie od organizmu, który cię powołał do życia. Tak jest Gilmourem ale tak też jest w przypadku wielu innych muzyków, nawet wielkich, którzy w pewnym momencie próbują zaistnieć na przysłowiowy „własny rachunek”. Dobrym przykładem jest Ian Anderson, który w JT był geniuszem, ale jego solowe płyty już nie zachwycają. Podobnie jest z Peterem Hammillem, który po rozwiązaniu VDGG poszedł w jakąś dziwaczną muzyczną stronę, choć pierwsze albumy jeszcze dobrze rokowały. Nie wiem czy to zwyczajne „wypalenie” czy brak tej magicznej pępowiny. John Lord poza DP też nie zrobił oszałamiającej kariery. Pewnym wyjątkiem może być Robert Plant, którego solowe albumy są naprawdę znakomite.
Tak, przykładów jest mnóstwo. W rozmowie ze Zbyszkiem wymieniłem też Hacketta, który na swoich solowych krążkach nigdy nie utrzymał poziomu dzieł Genesis, wspomniałem też Fisha, który solowo nawet nie zbliżył się do „Script For…” czy „Fugazi”. Brooker poza Procol Harum nagrał kilka słabych albumów, muzycy genialnego tria Emerson, Lake & Palmer na swoich płytach też nie osiągnęli wyżyn, Ozzy poza BS miał nieco dobrej muzyki, ale poziomu macierzystej kapeli nigdy nie osiągnął. Page poza LZ właściwie nie zaistniał. I tak można wymieniać i wymieniać. Ale żeby nie być źle zrozumianym….. oni wszyscy na swoich solowych krążkach nadal trzymali dobry, momentami wysoki poziom, raczej nieosiągalny dla setek innych muzyków. Tyle, że brakowało na nich tego piętna geniuszu znanego z zespołów, z których właśnie odeszli. Siła była więc raczej w kolektywie, można powiedzieć, że „w chemii” która w magiczny sposób zespoliła utalentowane jednostki, tworząc z nich przemnożony przez indywidualne talenty absolut muzycznego geniuszu. Ale kiedy zaczęły pojawiać się własne ambicje, własne pomysły, to jednak ten współczynnik geniuszu znów dzielił się na części, a wypadkowa nie dorównywała poprzednim, zespołowym dziełom. Ale podkreślę raz jeszcze – wiele tych solowych płyt nadal trzymało dobry poziom, o jakim mniej utalentowani twórcy mogli jedynie pomarzyć.
A ja bardzo cenię sobie dwie pierwsze znakomite płyty solowe Hacketta. One oczywiście są całkiem inne od Genesis, ale wynika to z indywidualnego stylu Hacketta, który w pewnym momencie chciał wyjść z cienia nieco megalomańskich pomysłów Gabriela, choć to Gabriel opuścił zespół nieco wcześniej.