CHARLEE – kanadyjski wirtuoz gitary i jego power trio. (1972).

„Ciągle słyszałem te same bzdury. Że powinienem pisać komercyjne piosenki.  Że wyglądam jak Anioł Piekieł.” Walter Rossi jak mówił, tak grał na gitarze. Był zuchwały, szczery do bólu, pewny siebie i nie znosił szajsu. Gdyby nie kilka pechowych momentów w jego drodze artystycznej i parę spalonych mostów jakie za sobą zostawił, jego dziedzictwo, poza entuzjastami klasycznego rocka w Quebecu gdzie czczą go jak boga gitary, mogłoby być bardziej znane. Nazywano go „kanadyjskim Jimi Hendrixem”, ale on dystansował się od tego stwierdzenia.

Urodził się w muzykalnej rodzinie włoskich imigrantów jako Walter Rossignulo. „Moja matka była neapolitańską Cyganką, która uwielbiała śpiewać, a ojciec, skromny cieśla, po pracy grał na gitarze” – i dodaje „Zawsze, gdy spotykali się z przyjaciółmi, wino lało się strumieniami, a dom wypełniał się muzyką.” Jeszcze w liceum młody Montrealczyk jeździł autobusem do centrum, aby występować z zespołem Soulmates w popularnych klubach, takich jak „Grand National” i „Esquire Show Bar”. To była jego pierwsza wielka szansa. Któregoś razu zapowiedziano, że w tym ostatnim wystąpić ma bluesowa kapela TV Mama. „Nigdy o niej nie słyszałem i to mnie zainteresowało.” – mówił w jednym z wywiadów. „Kiedy tam dotarłem, na korytarzu przedstawił mi się potężny czarnoskóry mężczyzna z gigantycznym afro. Powiedział, że nazywa się Buddy Miles i jest perkusistą w TV Mama, i zapytał na czym gram”. Nieznany wówczas Miles miał wyruszyć w trasę koncertową z Wilsonem Pickettem, który kompletował swój zespół. Buddy został więc w Montrealu i zaprzyjaźnił się z Walterem. Kiedy pod koniec pobytu zadzwonił do Picketta pytając kiedy ruszają z koncertami i dowiedział się, że ten wciąż szuka gitarzysty. Miles spojrzał na Rossiego i zanim się zorientował, młody gitarzysta był już w pociągu jadąc na przesłuchanie do Toronto. Pickett w połowie jednego z utworów przerwał mu i powiedział: „Chłopcze, witaj w moim zespole! Widzimy się w Nowym Jorku za dwa tygodnie.” Te dwa zdania odmieniły jego życie.

Rossi spędził z Pickettem większą część roku na trasie koncertowej. Byłby w niej dłużej, ale wezwały go rodzinne obowiązki. Jego ojciec bardzo podupadał na zdrowiu i nie mając nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować wrócił do Montrealu. Gdy ojcu się polepszyło dołączył do zespołu Influence, z którym nagrał całkiem niezłą płytę, a nawet odbył trasę ze Steppenwolf i The Doors. Mimo pozytywnego odbioru grupa nie przetrwała długo. Gitarzysta ponownie nawiązał kontakt z Milesem, zaangażował się w jego projekt pod nazwą The Buddy Miles Express i miał swój udział w nagraniu singla „Them Changes”, który był radiowym hitem. Sielanka nie trwała długo – Miles razem z Jimi Hendrixem, i Billy Coxem założyli Band Of Gypsys i ruszyli w trasę, a Rossi znów wylądował w Montrealu. Po czasie spędzonym w blasku reflektorów była to gorzka pigułka do przełknięcia. „Powrót do Kanady był bolesny” – żalił się później dziennikarzom. „Chciałem grać i wrócić do świata, do którego byłem już przyzwyczajony. Jedynym sposobem dla mnie było założenie rockowego tria, podpisanie kontraktu płytowego i powrót do USA”. Jak powiedział, tak zrobił. Zaangażował perkusistę Mike’a Driscolla („grał ostro, a jego wyczucie czasu było nienaganne”) i swojego starego kumpla z Influence, basistę Jacka Geisingera. Trio nazwał Charlee na cześć swojego pupila, owczarka niemieckiego.

Nie trzeba było długo czekać, by ktoś ich odkrył. Najszybciej zareagowała RCA, która zarezerwowała im miejsce w swoich starych studiach na Mutual Street w Toronto, z utalentowanym inżynierem dźwięku Markiem Smithem. „ Mark był wspaniały i wiedział, jak nagrywać głośne gitary… niewielu realizatorów dźwięku w Kanadzie miało taki talent. Wcześniej byłem na wielu sesjach Jimiego Hendrixa w nowojorskich Electric Lady Studios i widziałem Eddy’ego Kramera w akcji, więc wiedziałem, że będzie dobrze.”

Niestety RCA wstrzymała się z wydaniem materiału cały rok. „Jack Feeney, ówczesny prezes wytwórni, nie rozumiał jaką muzykę tworzę” – żartował Rossi. „Kiedy po raz pierwszy usłyszał nasz album dostał biegunki. Serio!” Warto było czekać. Płyta „Charlee” to marzenie każdego miłośnika gitary, a kunszt Rossiego – surowy amalgamat Hendrixa, Robina Trowera, Leslie Westa i Jima McCarty’ego z Cactus – w pełni widoczny jest we wszystkich ośmiu utworach.

Okładka oryginalnego wydania LP „Charlee” (1972).

Ten nieco zapomniany album jest niesamowity. Heavy rock w najlepszym wydaniu z domieszką ciężkiego bluesa podlany do tego psychedelicznym sosem zadowoli każdego, nawet najbardziej wybrednego konesera gatunku. To jeden z najcięższych kanadyjskich albumów z początku lat 70-tych.

Trio od razu przechodzi do sedna w otwierającym płytę zwięzłym, ciężkim instrumentalnym „Wizard”, w którym nasz gitarowy bohater pozwala, by solówki swobodnie przelatywały nam nad głową. W „Lord Knows I’ve Won” Rossi dorzuca trochę boogie i gitarowe fajerwerki łącznie z jednym z najbardziej potężnych riffów w historii rocka. Trzeba go usłyszeć, żeby go pojąć… a ja zacieram ręce! „Just You And Me” ma speeda hard rockowego  Deep Purple… „A Way To Die” to blues rockowa ballada, która wyje w swoim egzystencjalnym bólu. Szkoda, że obniża ją dość płaski niestety wokal Rossiego do czego sam się zresztą przyznał. „Nigdy wcześniej nie śpiewałem… kiedy słyszałem swój głos w studio już na taśmie kręciło mi się w głowie.” No cóż – Hendrix też nie był najlepszym wokalistą… Kolejne kawałki, jak pomysłowe „Just You And Me”, jak ” Wheel Of Fortune”, czy „Let’s Keep Silent” w stylu „idziemy na całość” z dużą ilością gitarowego fuzzu nie odbiegają od normy i do końca trzymają  wysoki poziom rockowej adrenaliny. Muzycznie płyta bez wad, tylko… trochę krótka. Oj, chciałoby się więcej, dużo więcej!

W prasie muzycznej album o dziwo otrzymał doskonałe recenzje. Jednak z zarządem, który Rossi określił jako „żałosny” i stacjami radiowymi, które uważały, że „jeśli artysta, lub zespół pochodzi z Anglii, lub Stanów Zjednoczonych musi być lepszy niż kanadyjski”, Charlee nie miał żadnych szans. Myślę, że po części zawiniła też kiepska okładka niezbyt zachęcająca do jej kupna. Na nic zdały się też wspólne koncerty z New York Dolls i Joe Walshem. Dziwnym trafem płyta była bardziej znana w… Australii; na tamtejszych listach przebojów „A Way To Die” przez dwa tygodnie był nawet numerem jeden! Ale to nie wszystko. W sąsiednich Stanach album został promowany przez radiowego didżeja z Dayton w stanie Ohio, który usłyszał go podczas wakacji w Montrealu i nieustannie puszczał w swoich audycjach. W małym sklepiku, który prowadził sprzedał siedem tysięcy egzemplarzy w ciągu tygodnia! To była poważna sprzedaż zważywszy, że Dayton nie było wielką aglomeracją – jak na amerykańskie standardy miało „tylko” sto tysięcy mieszkańców. Cztery lata później amerykańska wytwórnia Mind Dust wznowiła go w zmienionej i chyba bardziej kojarzonej okładce.

Po rozpadzie zespołu, który nastąpił tego samego, 1972 roku, Walter Rossi dzielił swój czas pomiędzy opieką nad ojcem, a pracą muzyka sesyjnego. Odrzucił granie z kilkoma wykonawcami, w tym u Davida Bowie i w Three Dog Night. Po śmierci ojca, którą mocno przeżył, wydał kilka całkiem fajnych solowych płyt. Polecam debiut z 1976 roku „Walter Rossi”, na którym znalazł się instrumentalny, bardzo emocjonalny „Ripdad” (Spoczywaj w pokoju tato) – utwór poświęcony ojcu i wydany dwa lata później „Six Strings Nine Lives”. W latach 90-tych i później nagrywał z wieloma artystami i zespołami. W jednym z ostatnich wywiadów pytany o plany na przyszłość powiedział: „Szczerze mówiąc nie wiem… Nadal potrafię świetnie grać i pisać dobre piosenki… moje serce, moja pasja nigdy nie umrze. Zawsze mam szansę zrobić coś nowego.” Niestety w kwietniu 2022 roku Rossi przegrał walkę z rakiem. Z całym szacunkiem dla całej jego artystycznej spuścizny w mojej pamięci pozostanie jako twórca fantastycznego power tria Charlee, z którym nagrał jedną, ale za to kapitalną płytę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *