Na zdrowy rozum w tym historycznym dla muzyki rockowej okresie ten zespół nie miał prawa istnieć. To była epoka dla najgłośniejszych brytyjskich gwiazd jakich świat nigdy wcześniej nie słyszał. Niektóre z nich, jak The Who, istniały już jakiś czas, Inne, jak Led Zeppelin, dopiero zaczynały. I oto pod ich nosem pojawia się ktoś, kto był inny, znacznie cichszy, grający melancholijne piosenki z ważnymi, do bólu szczerymi tekstami, w których dominowały delikatne dźwięki fletów, wibrafonu, gitar akustycznych i flügelhornu. Ktoś, kto na początku nie miał w składzie nawet perkusisty, przetrwał prawie dwie dekady, wydał pięć albumów nie licząc sporo wspaniałego, niewydanego w epoce materiału, który ukazał się po jego rozpadzie. I nazywali się tak jakoś inaczej niż cała reszta: Mark-Almond.

Połączenie dwóch nazwisk założycieli był początkiem wspólnego sojuszu i dał zespołowi nazwę. Gitarzysta Jon Mark i grający na saksofonie Johnny Almond zanim spotkali się u Johna Mayalla nagrywając z nim dwie płyty („The Turning Point” i „Empty Rooms”) karierę rozpoczynali w różnych kręgach. Jon Mark zaczął muzyczną przygodę w 1963 roku, kiedy to razem ze swoim szkolnym kolegą Alunem Davisem (później w zespole Cata Stevensa) wydali folkową płytę „Relaxing Your Mind”. W 1965 roku Jon akompaniował Marianne Faithfull na koncertach i napisał dla niej kilka piosenek. Trzy lata później, ponownie z Davisem, założył zespół Sweet Thursday. Wytwórnia Fontana wydała im singla „Getting It Together” i album sygnowany nazwą zespołu. Niestety wkrótce firma ogłosiła bankructwo i zespół się rozwiązał…
Johnny Almond zaczynał od grania w małych, nic nie znaczących zespołach. Tak było do 1969 roku kiedy to postanowił założyć własne combo, Johnny Almond’s Music Machine i nagrał dwie płyty. To, co wydarzyło się później przeszło do historii.

Do tej dwójki wkrótce dołączyli: basista Roger Sutton i klawiszowiec Tommy Eyre, ale na przestrzeni lat zespół przeszedł kilka zmian personalnych – w pewnym momencie grało w nim siedmiu muzyków. Dobre relacje między Markiem, a Almondem szybko przyniosły owoce. Podpisali kontrakt z małą wytwórnią Blue Thumb Records, z którą w 1971 roku wydali dwa albumy, z czego drugi, do którego zaprosili wspaniałego perkusistę Danniego Richmonda, człowieka grającego u Charlesa Mingusa, wzbudził spore zainteresowanie, zwłaszcza w USA. To skłoniło ich do podpisania kontraktu z Columbia Records, ważnym graczem na amerykańskim rynku. To właśnie tam, w 1972 roku, nagrali „Rising” – płytowe arcydzieło z cudowną okładką!

Ten delikatny album ze swoją stonowaną muzyką stworzoną przez anioły to mieszanka otwartych brzmień folku, rocka i smooth jazzu. Przyciąga różnorodnością nastrojów płynnie przemieszczających się od pierwszych do ostatnich sekund. W ciągu wielu lat słuchania płyt, a było ich tysiące, cenię sobie te, które wywołują u mnie różne, czasem skrajne emocje jak radość, ekscytację, głęboki smutek. Które przywołują wspomnienia i obrazy z przeszłości, powodują dreszcze i mrowienie kręgosłupa. Nie zdarza mi się to zbyt często. Raczej są to wyjątkowe przypadki, a ten był i jest jednym z nich. I tu tkwi mój problem – jak opisać uczucia, które towarzyszą mi podczas słuchania tej muzyki? Nie po raz pierwszy brak mi słów, które by to wyraziły, a uporządkowane zazwyczaj myśli kotłują się w głowie. Czuję za to coś, co określiłbym jako potok dziwnej energii, impuls przenoszący mnie do miejsc, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Prawdziwy rollercoaster uczuć.

Już pierwszy utwór, „Monday Bluesong”, otula melancholijnym klimatem z paletą barw podkreśloną trąbką Geoffa Condona w towarzystwie kontrabasu i molowych akordów. Idealny numer do słuchania w deszczowy dzień. Czuję, jak zaczynam lewitować za nic mając ziemską grawitację osiągając błogi stan umysłu i całkowite ukojenie. Chciałbym, aby trwało to nieskończenie, ale po czterech minutach z sekundami wszystko się niestety kończy. Osobliwy „Song For A Sad Musician” z gitarą podążającą za śpiewem Jona Marka idzie tą samą oniryczną ścieżką, w której czas zdaje się zwalniać, a wszystko poza nim staje się kruche i nieistotne. I gdy tak zatapiam się w tych osobliwych dźwiękach kolejny numer, „Organ Dinger”, przenosi mnie w inną epokę. Ta kompozycja brzmi jak baśń ze szczęśliwego dzieciństwa. Czuję tu tę rzadką, niewinną świeżość pełną dobrych intencji, oraz melancholijną nostalgię za minionymi czasami w aureoli czystości. Akustyczna gitara wspomagana prostymi, miękkimi i delikatnymi dźwiękami fletu, klawesynu i oboju wciągają, nabierają tempa, a potem przenikają w głąb mojej duszy docierając do samego serca. W smutnej historii „I’ll Be Leaving Soon” ponownie napotykamy delikatne struktury z gitarą i saksofonem, które prowadzą ten krótki utwór. Dopiero w „What Am I Living For”, jednej z najbardziej dopracowanych kompozycji, widzimy zespół grający i współpracujący ze sobą jak jeden żywy organizm. Akustyczny wstęp ustępuje miejsca organom, gitarze elektrycznej i perkusji. Emocje z przytłumionym szczęściem w końcu wzięły górę!

Na drugiej stronie oryginalnej płyty znajdują się dłuższe, bardziej rozbudowane instrumentalnie utwory. „Riding Free”, z żywszym kreolskim rytmem. zdaje się zaszczepiać w nas wolność sugerowaną przez sam tytuł. Rozwijająca się potężna, galopująca sekcja rytmiczna z wirtuozerską grą Dannie Richmonda na perkusji zajmuje tu centralne miejsce. Eksplozja dętych tworząc skomplikowane aranżacje powoduje, że perkusja jest bogatsza i bardziej zróżnicowana. Kolejny mniej oczywisty, ale wciąż doskonały numer, obok którego trudno przejść obojętnie. Po tym ośmiominutowym żywiołowym wstrząsie wracamy do punktu wyjścia. Spokojne „The Little Prince”, to kolejna opowieść o dzieciństwie osadzona w kruchej i delikatnej atmosferze. Zespół radzi sobie z tym pięknie, nasycając przestrzeń miękkim światłem, emocjami i melancholią. Na koniec zostawili najpiękniejszą perełkę, „The Phoenix”. Fortepian niosąc wątek przewodni przekazuje emocje zawarte w smutnym, nieco udręczonym tekście eksplorując różne stany emocjonalne, którego kulminacją jest błagalny chóralny śpiew. To jest moment kiedy przez moje ciało przebiega zimny dreszcz… Wykwintna elegancja, delikatność i subtelność to nie jedyne słowa, które cisną mi się na usta. Ale to nie one, a muzyka jest tu najważniejsza. Muzyka, którą trzeba po prostu posłuchać i na swój sposób przeżyć.
Johnny Almond, Tommy Eyre, Roger Sutton, Ken Craddock i Dannie Richmond w różnych latach odeszli grać do Największej Orkiestry Świata. Jon Mark przeszedł na emeryturę i osiedlił się w Nowej Zelandii. Zanim to zrobił nagrał sporo solowych płyt. Nawiasem mówiąc dwie z nich, „The Standing Stones Of Callanish” (1988) i „Land Of Merlin” (1992) zostały przeze mnie opisane (patrz Archiwa, marzec 2024). Inni, którzy przewinęli się przez zespół zniknęli bez śladu, ale to, co pozostało, to wierni odbiorcy, którzy pomimo upływu lat i zmieniających się mód wciąż fascynują się rzadkim połączeniem liryzmu, energii, wirtuozerii i wszystkiego co definiuje ich muzykę. Fanem zespołu jestem od lat, w zasadzie od czasu, gdy słowa takie jak Internet, czy płyta kompaktowa jeszcze nie istniały. Próżno było szukać jego winylowych płyt na bazarach (warszawski „bazar Różyckiego” oferował klientom wszystko, od zakrzywionego zardzewiałego gwoździa, po Kałasznikowa, ale nie Mark-Almonda!), czy na płytowych giełdach. Po raz pierwszy usłyszałem go w radiowej „Trójce” z koncertowej płyty „The Last & Live” i zakochałem się w ich eterycznym jazzie. Tak po prostu. Bez żadnej rekomendacji. Wszystkie studyjne albumy są świetne, ale to na koncertach Mark-Almond dawał nowe życie swoim starym utworom i udoskonalał je do perfekcji. Po wielu latach udało mi się w końcu zebrać niemal wszystko, co się do tej pory ukazało i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Smuci mnie jednak, że to wciąż jeden z najbardziej NIEDOCENIONYCH zespołów tamtych lat jaki znam… posłuchajcie „The City”, a zrozumiecie o czym mówię.
Znam tylko Marca Amonda z Soft Cell, a tu taka niespodzianka. Pięknie opisana płyta. Dziękuję Ci za nią.
Niestety nie znam tej „Muzyki Aniołów”. Po przesłuchaniu dodanych klipów mogę powiedzieć, że w pełni zasługuje na miano „Muzyki Aniołów”. Mam za to kopię jedynego albumu Sweet Thursday Jona Marka jeszcze z czasów przed uformowaniem grupy MarkAlmond. Bardzo klimatyczna i muzyka. Coś dla miłośników subtelnego folk rocka. Godne polecenia.
Trafiłam przypadkiem na tego bloga. Znalazłam tu tyle wspaniałych, kompletnie nieznanych mi wykonawców dzięki czemu mój muzyczny świat bardzo się poszerzył. Tego zespołu wcześniej też nie znałam. Jestem oczarowana! Dziękuję, że jesteś i że wciąż mnie czymś zaskakujesz. Pozdrawiam!
Z „Różyckiego” to ja pamiętam tylko pierogi gdzie chodziłem z ojcem 😂 Za to później często bywałem na Stadionie Dziesięciolecia i tam kupowałem za grosze piraty od ruskich, bo w sklepach takich płyt jak T2, Andromeda, Guru Guru, Amon Dull nie było, tylko jakaś sieczka. Dziś jest lepiej, tylko kasy czasem brak 😒