Historia francuskiego zespołu Pulsar to przede wszystkim opowieść o przyjaźni, o trójce szkolnych przyjaciół, którym nie zależało na sławie, a którzy pragnęli tylko jednego – grania muzyki. Przyjaźń jaka ich połączyła stała się nierozerwalną więzią, mieszanką szacunku, słuchania jeden drugiego i lojalności.
W 1966 roku, w szkole St-Just na wzgórzach wznoszących się nad Lyonem, młody Victor Bosch poznał dwóch młodszych chłopaków, którzy podzielali jego pasję do afroamerykańskiej muzyki, bluesa i soulu. Jacques Román miał za sobą kilkuletnie doświadczenie gry na fortepianie, a Gilbert Gandil, syn słynnego akordeonisty, był już zaznajomiony ze światem show biznesu. Co prawda Victor nigdy wcześniej nie grał na perkusji, ale uczył się szybko i robił postępy. Trzej muszkieterowie postanowili nazwać swój zespół Soul Experience i rozpoczęli przygodę wykonując covery Cream, Hendrixa, oraz standardy rhythm and bluesa. Moda się zmieniła i dwa lata później zafascynowali się psychodelią i improwizacją Pink Floyd, Soft Machine i innych wizjonerów tamtych czasów. Gdy dołączył do nich brat Jaquesa, Philippe Román grający na basie, oraz wokalista i flecista Georges Chalandon nadszedł czas na zmianę nazwy bardziej pasującą do nowego kierunku muzycznego. Tak narodził się Free Sound, który przez dwa kolejne lata serwował publiczności covery swoich nowych idoli. Zazwyczaj były to „Set The Controls…”, „Cymbaline”, „Careful With That Axe, Eugene”, Pink Floyd, „Rondo”, lub „Dawn” The Nice, a także „Hibou, Anemone And Bear” Soft Machine. Wkrótce pojawiły się autorskie kompozycje: „Pollen”, „Puzzle”, „Le Cheval de Syllogie”, czy nigdy nie nagrane „Oscurantis”. Po odejściu Chalandona, którego zastąpił Rolland Richard pozostało zrobić im jeszcze jeden poważny krok: stać się zespołem z własną tożsamością, a nie cover bandem. Aby odzwierciedlić tę transformację, po raz trzeci zmienili nazwę na Pulsar.
Już pod nową nazwą, latem 1971 roku wygrali konkurs młodych talentów, co zapewniło mu miejsce na scenie Golf Drouot, słynnego paryskiego klubu rockowego. Pulsar dzielił scenę z innymi wschodzącymi francuskimi artystami rockowymi, którym Philips zaproponował sesję nagraniową. W ten sposób Pulsar znalazł się na legendarnym albumie „Groovy Pop Session” między innymi u boku grupy Ange, która już wcześniej zaznała radości nagrywania. Jednak dla chłopaków z Lyonu był to debiut i jak to bywa w takim przypadku towarzyszyło im lekkie rozczarowanie. Potrzebowali czegoś więcej i w październiku 1974 roku w Diagram Studio w Saint-Étienne nagrali płytę „Pollen” (Pyłek kwiatowy), a kopie demo wysłali do kilku francuskich wytwórni płytowych. Bezskutecznie. Dopiero przyjaciel opowiedział im o pewnej angielskiej wytwórni, znacznie bardziej otwartej na tego typu awangardowy rock. Wytwórnia należała do byłego menadżera Caravan, Terry’ego Kinga i nazywała się Kingdom Records. To właśnie ona, w styczniu 1975 roku, wydała zespołowi debiutancką płytę z legendarną kosmiczną okładką. To był dobry moment, by stać się legendą…
„Pollen” to chyba jedyny pyłek, na którego nie jestem uczulony. Całość składa się z pięciu kompozycji, z czego „Pulsar” jest instrumentalny, trzy śpiewane po francusku przez autora tekstów, Phillipe’a, oraz po angielsku wyrecytowane przez Carmel Williams, przyjaciółkę Jacques’a. Kiedy natknąłem się na niego pod koniec lat 90-tych był dla mnie objawieniem. Słuchałem go w kółko w swoim pokoju, oczywiście nocami i na słuchawkach, aby w pełni docenić i muzykę i znakomite brzmienie. Kiedy przychodzi mi ochota, by ten naprawdę piękny album, który ucieleśnia wszystkie cechy muzyki progresywnej posłuchać kolejny raz robię tak samo. Oczywiście słychać tu wpływy Pink Floyd ery „Atom Heart Mother” i „Echoes” (gitara, efekty dźwiękowe), ale to wciąż marzycielski, relaksujący album zanurzony w klawiszach, który oczyszcza umysł.
Całość, która zaczyna się od krótkiego, trzyminutowego nagrania „Pulsar” jest zaproszeniem do elektryzującej podróży astralnej. Pulsujący bas i wzajemne oddziaływanie gitary i syntezatora są nieziemskie. Żal, że trwa to tak krótko, ale nic to, bo płynnie przechodzi on w przejmującą balladę progresywną „Apaisement” z uroczym wokalem w ojczystym języku. Jej majestatyczny klimat w dużej mierze zawdzięczać należy mądremu wykorzystaniu syntezatora, którego dźwięki unoszą się w powietrzu przedłużając melancholię wyczarowaną przez wokalistę. Jeśli dodać do tego magiczne solo na flecie zagrane przez Rollanda Richardsa, którego nie powstydziłby się nieodżałowany Ray Thomas z The Moody Blues, czy Ian McDonalds otrzymujemy darmowy wstęp do pulsarowej nirwany.
Ośmiominutowy „Puzzle/Omen” wciąga nas w kolejny piękny symfoniczno-krautrockowy wszechświat, przywodzący na myśl Mythos. To najbardziej złożony utwór na płycie, który rozpoczyna się progresywną fanfarą prowadzoną przez potężne partie gitarowe Gandila. Enigmatyczny wokal Carmel Williams w drugiej części recytuje tekst w stylu Nico do niepokojąco pięknej muzyki. Wykorzystując elementy symfoniczne znaleźli klucz do upiększania swojego stylu, który będzie zyskiwać na jakości w kolejnych arcydziełach zespołu.
Druga połowa albumu zawiera najbardziej tajemnicze nastroje na płycie. Rozpoczyna ją „Le Cheval de Syllogie”, utwór pełen gęstej, ponurej atmosfery, który pozwala zespołowi eksplorować swój kosmiczny klimat nieco dalej niż w którymkolwiek z poprzednich utworów. Mroczne fragmenty o germańsko-floydowskim zabarwieniu, przywodzą na myśl Jane/Eloy, ale niosą też w sobie nieodłączny mrok francuskiego progresu, w którym Francuzi byli i są mistrzami. Niepokojący klimat całości został tu doskonale oddany i tak sobie teraz myślę, że gdyby nie skłaniał się ku space rockowi idealnie pasowałby do „The Lamb Lies Down On Broadway”… No i wreszcie „Pollen” – kolejny muzyczny gigant o wspaniałej elegancji i najdłuższy utwór na płycie. Czy przesadzę, jeśli stwierdzę, że Pulsar prezentuje więcej pomysłów na sekundę niż Pink Floyd w tamtym czasie? Ich głęboka francuska nostalgia sięga zenitu w wokalu, a instrumentalnie porusza dziewięć muz z mitologii greckiej. Zwłaszcza Euterpe z urzekającym, delikatnym fletem. I Urania, za niebiański, kosmiczny i astronomiczny charakter tego niezwykłego dzieła. Dźwięki syntezatora naśladując fale morskie rozbijające się o skały podczas zimnej wietrznej nocy idealnie odzwierciedlają kontemplacyjny nastrój utworu.
Aby promować album zespół zagrał kilka koncertów w legendarnych londyńskich klubach, takich jak Marquee, gdzie odnieśli pewien sukces. Jednak we Francji entuzjazmu nie było. Prawdą jest, że rok 1975 był przełomowy dla francuskiego rocka progresywnego. Atoll był o krok od wybicia się ze swoim wspaniałym drugim albumem, „L’Araignée Mal”; Ange miał już na koncie „Au-Delà Du Délire”, który znawcy tematu uznają za jedno z najważniejszych osiągnięć francuskiego rocka progresywnego w latach 70-tych. Dla zespołu z Lyonu los nie był łaskawy; ich podróż była bardziej żmudna, mniej błyskotliwa. Co więcej, krytycy uważali, że większość utworów wybranych na debiutancki album znajdowała się w ich repertuarze od wieków. Dobrze przećwiczone, ale jakby zmatowiały przez lata ciężkich tras koncertowych. Patrząc jednak z dzisiejszej pespektywy był to rzeczywiście pierwszy krok do sukcesu. Wszystko już tam jest: gitary liżące nasze uszy, dudniące organy, które zdają się zaraz pęknąć z rozpaczy, rytm w agonii i te melodyjne piękności osadzone w otoczeniu schłodzonej lawy wulkanicznej. Mało kto wie, że po jego usłyszeniu Peter Hammill, który po koncercie z VDGG w Lyonie w październiku 1975 roku powiedział, że jest gotowy napisać teksty do ich kolejnego albumu. Współpraca jednak nie doszła do skutku – szefowie wytwórni nie dogadali się i temat si skończył. Z pewnością nieco zawiedzeni, ale dalecy od zniechęcenia, muzycy byli zdeterminowani, by zrobić wszystko co w ich mocy, aby nagrać drugi album. Tym razem zdecydowali się na nagranie w Aquarius Studio w Genewie, które wcześniej gościło między innymi Patricka Moraza.
Płyta „The Strands Of The Future” wydana we wrześniu 1976 roku rzeczywiście przyniosła znaczny postęp pod każdym względem: brzmieniowym (w końcu słyszę perkusję mającą doskonały dźwięk i niesamowicie brzmiący werbel!), interpretacyjnym i kompozycyjnym. Warto też podkreślić, że współautorem projektu okładki był perkusista, Victor Bosch.
Tym razem pozwolę sobie zacząć jego opis od strony drugiej. Króciutki, ale intensywny „Flight” pokazuje nowo odkrytą energię zespołu wciśniętą gdzieś pomiędzy Camel, a Tangerine Dream. Po nim następują dwa utwory śpiewane przez Gilberta po angielsku skomponowane w erze „Pollen” i szlifowane na koncertach. „Windows” przywodzi na myśl Pink Floyd epoki „More” – spokojny, ale bardziej niepokojący, nieprzesłodzony. Szczególną uwagę należy poświęcić delikatnym partiom fletu, które tworzą paletę barw otaczającą głos wokalisty. Tuż potem pojawia się niezwykle inspirujący „Fool’s Failure” o bardzo współczesnym brzmieniu (coś jak Anglagård). Mroczny i przerażający, gdzie Gilbert Gandil dając upust emocjom uwalnia swe rezerwy i wybucha desperackim tekstem pełnym dzikiej rozpaczy. Uff… jakże daleko odeszliśmy od małych pszczółek spokojnie żerujących w letnim słońcu…






Znam wszystkie płyty Pulsar, ale trzy pierwsze uważam za najlepsze. Fajnie, że ich przypomniałeś.
Czy to przypadek, że mój ulubiony „kosmiczny rock” zagościł akurat w tym samym czasie, gdy Artemis II leci z misją na Srebrny Glob..? 😊Żartuję! Znakomita muzyka, którą nawet pół wieku później fajnie się słucha.
Tak, przypadek 😁
Dziękuję,czytam ,słucham i pozdrawiam najserdeczniej.
Czy będzie recenzja ich trzeciej płyty „Halloween”?
Recenzja była, o czym wspomniałem wyżej. Na stronie głównej Rockowego Zawrotu Głowy w rubryce „szukaj” wystarczy wpisać nazwę zespołu 😊