Pamiętacie legendarną kreskówkę dla dzieci o przygodach Bolka i Lolka? W trzeciej serii bracia podróżują po świecie, ale zanim wyruszą kręcą globusem i udają się tam gdzie zatrzymają go palcem. Ja co prawda globusem nie kręcę, a w muzyczną podróż wybieram się w bardziej prosty sposób – sięgam po płyty z różnych stron świata.
W 1965 roku w Limie, największym mieście i stolicy Peru, dwaj bracia Cornejo: Saúl (g) i Manuel (dr) zainspirowani grupą The Beatles założyli beatowy zespół Los Juglares. W jej składzie byli także: Eddy Zarauz (bg), Alberto Miller (g) i Alex Abad (voc). Pod koniec roku zmienili nazwę na The New Juggler Sound, co miało symbolizować przejście od świata beatu do bardziej złożonej muzyki. Wpływ na to miały „undergroundowe” zespoły – jak je nazywali – wśród których wyróżniały się The Animals, The Seeds i The Kinks. Na psychodelię nie trzeba było długo czekać. W połowie 1967 roku angielski artysta- malarz Rafael Hastings, który widział ich występ kilka dni wcześniej zaprosił całą piątkę na swój wernisaż. Byli minstrele założyli swoje najbardziej psychodeliczne stroje i wykonali własne utwory, co wywołało spore poruszenie. Na drugi dzień lokalna gazeta „Última Hora” na pierwszej stronie umieściła artykuł. Jego tytuł: „Hippies Invade Lima!” (Hipisi najeżdżają Limę), napisany wielką czcionką rzucał się w oczy bardziej niż uliczny bilbord.
Muzyka, ubrania i długie włosy, czyli coś czego nie zaprezentowała wówczas żadna inna peruwiańska grupa szybko przyciągnęły uwagę i zespół stał się medialną sensacją. O tym jak intensywnie w tym czasie pracowali świadczą fakty: w ciągu trzech lat napisali ponad sto piosenek, występowali w teatrach, na koncertach, w szkołach, wystawach, happeningach, galeriach sztuki i programach telewizyjnych. W 1968 roku wytwórnia FTA wydała im singla, po którym przyszły kolejne cztery i to całkiem dobre.

Czerpiąc inspiracje z brytyjskich zespołów, bracia Cornejo postanowili śmiało eksplorować nowe brzmienia. Zmiana kierunku nie spodobała się Alberto Millerowi, który wyjechał do Boliwii. To odejście otworzyło drzwi amerykańskiemu geniuszowi gitary, Davidowi Levene. Mając 16 lat przeprowadził się z rodziną do Limy, a potem podróżował autostopem po Peru ze swoją gitarą. Grając w parku zwrócił uwagę przechodzącego obok Eddy’ego Zarauzy, który zaprosił go na przesłuchanie. Levene był kwintesencją gitarzysty prowadzącego usadowiony gdzieś pomiędzy bluesem, a psychodelią. Inspirował się Claptonem i Hendrixem, uwielbiał Cream, Vanilla Fudge, Spirit, Blues Image. Był dokładnie tym, czego szukali; dzięki niemu mogli nadać swoim utworom nową dynamikę, a rezultat był wybuchowy. Natychmiast nagrali „Glue”, piosenkę, którą Saúl napisał po przeczytaniu wycinka z „Timesa” o najnowszej toksycznej modzie w USA i o presji, jaką społeczeństwo wywiera na jednostkę. Mimo, że szło to w dobrym kierunku wciąż im czegoś brakowało. Jeśli naprawdę chcieli zmiany potrzebowali klawiszowca. Znaleźli go w osobie Carlosa Saloma, pasjonata jazzu, brazylijskiej boss novy i… właściciela Hammonda. Tym samym byli jednym z nielicznych zespołów w Peru i Ameryce Łacińskiej, którzy używali tych organów. Ważne było to, że Salom wniósł swoje pomysły jazzowe w tym polirytmię Dave’a Brubecka. Chemia w zespole zadziałała i to wtedy zmienili nazwę (pochodną od słowa „Agonia”) na Lighonia. Tym samym nastąpiła trzecia i ostatnia transformacja zespołu. Ten okres zamyka również pierwsze bogate doświadczenie braci Cornejo, którzy z kolegami z sąsiedztwa chcieli jedynie naśladować Beatlesów i którym nie śniło się, że wkrótce położą podwaliny pod psychodelicznego rocka w tym rejonie. Uprzedzając bieg wydarzeń powiem, że dotarli nawet do kraju swoich idoli. Jeden z największych finansowych holdingów na świecie, HSBC, w 2012 roku wykorzystał utwór „Bahía” jako ścieżkę dźwiękową do swojej kampanii reklamowej w Wielkiej Brytanii. Teledysk opublikowany na YouTube zebrał setki tysięcy wyświetleń wzbudzając zainteresowanie tajemniczym zespołem stojącym za spotem.
Wydany w czerwcu 1970 roku debiutancki album „Glue” był w zasadzie zbiorem singli New Juggler Sound z dwoma nowymi utworami nagranymi już z Salomem i jego organowymi dogrywkami w utworze tytułowym.
Po albumie, będącym tak naprawdę hołdem złożonym swej muzycznej przeszłości, który łączył pop, garażowe brzmienie z elementami psychodelicznego rocka trudno oczekiwać arcydzieła. Żeby była jednak jasność uważam, że wszystkie utwory są świetne i słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie trzeba być geniuszem, by nie dostrzec tu inspiracji Beatlesami („Baby, Baby” brzmi jak odjechana wersja „Love Me Do”), usłyszeć gitarowe zagrywki przemycone z płyt Hendrixa, a także zachwycić się „psychodeliczną wersją” Simona And Garfunkela (w „I Must Go” nawet głosy są podobne). Moje ulubione „Neighbor” z latynoskim akcentem to prawdziwe cacko – jest jak połączenie War z Grand Funk Railroad, ale napisane zanim te zespoły wydały swoje pierwsze płyty. Z kolei tytułowe „Glue” to stuprocentowo narkotyczna psychodelia z przesterowaną gitarą, marzycielskimi organami i halucynogennym tekstem brzmiąca jak połączenie Hendrixa z wczesnym Pink Floyd. Cudo!
Koniecznie muszę też wspomnieć o „And I Saw Her Walking”. Ten znakomity utwór, będący mieszanką gatunków, balansuje między rockowym The Rolling Stones, a amerykańskim popem zachowując jednocześnie egzotyczny charakter południowoamerykańskiego psycho rocka. Niezależnie od tego, czy jest to punkt wejścia w świat egzotyki, czy sposób na rozkręcenie nudnego dnia, jest perełką wartą zapamiętania. No i jest jeszcze wspomniana „Bahia”, bez której ta płyta nie miałaby sensu.
Pod koniec 1971 roku rozpoczęli pracę nad drugą płytą. Nie obyło się bez pewnych komplikacji. W trakcie sesji Eddy Zarauza wyjechał na stałe do Boliwii. Zanim znaleziono nowego basistę w trzech utworach zastąpił go perkusista, Manuel Cornejo. Na szczęście przybycie Ernesto Samamé pozwoliło w spokoju dokończyć pracę. Płyta „Etcetera” ukazała się w grudniu jeszcze tego samego roku. Jej okładka to kolaż zdjęć i rysunków w bardzo psychodelicznym stylu zaaranżowana przez samego Manuela.
Album łączył w sobie wybitną muzykę i nowatorską produkcję w sposób, który zapowiadał „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd, a wyjątkowe połączenie psychodelicznego i progresywnego brzmienia o złożonych aranżacjach i nietypowym metrum dorównywało ówczesnym brytyjskim zespołom. Trzeba przyznać, że było to niezwykłe osiągnięcie w kraju, który w tamtym czasie był ściśle kontrolowany przez dyktaturę wojskową. Wszystkie kompozycje opierają się na mocnych melodiach. Mają też bardziej złożoną strukturę: od wspomnianej psychodelii i prog rocka, przez mroczne fragmenty, po wspaniale błyszczący pasterski folk. Zaczyna się od „Someday” z filozoficznym tekstem i znakomitym solo na Hammondzie na samym początku, do którego dołącza piękna gitara. Można powiedzieć, że to podręcznikowy przykład wczesnego progresywnego stylu… Mocna ballada „Mary Ann” (w slangu „maryann” oznaczało marihuanę) z ciężką gitarą prowadzącą i perfekcyjnym chórkiem wokalnym ostatecznie prowadzi w kierunku latynoskiego rocka. Dramatyczne zakończenie z udziałem skrzypiec powoduje ciary na plecach. Arcydzieło! Z kolei „Lonely People” z potężnymi partiami organów i przesterowanymi gitarami, złożoną aranżacją i zmianami tempa to pisz-wymaluj progresywny kiler i według mnie punkt kulminacyjny albumu.

Zupełnie inny klimat mamy w „I’m A Niger”, który miał być piosenką reggae. Manuel napisał ją zainspirowany artykułem jaki znalazł w magazynie „People” zatytułowanym „Czy czarnuch może pokochać miód?” (brrr…dziś taki tytuł by nie przeszedł). Utwór podczas prób wielokrotnie ewoluował; ostatecznie poszedł w kierunku rockowym i zespół dobrze na tym wyszedł. A jeśli mówić o inspiracjach, gdyby nie powrót braci do domu po jednym z koncertów w czasie potężnej ulewy, która spowodowała przerwę w dostawie prądu nie byłoby pewnie „Everybody On Monday” z uroczymi harmoniami wokalnymi. Był czas, że nie mogłem się od niego uwolnić… Przy „Speed Fever” wyobrażam sobie podróż ciężkim Harleyem ku niekończącym się bezdrożom. W tym konkretnym nagraniu muzycy używają metrum 5/4 i podobnie jak Dave Brubeck czują się w nim komfortowo.
Zarówno „Glue” jak i pełen nowatorskich pomysłów „Etcetera” to klasyki peruwiańskiej świetności rocka. Oba tytuły trudne do zdobycia, ale warto się potrudzić.
Po wydaniu „Etcetery” David wrócił do Stanów Zjednoczonych i zespół zakończył działalność. Nie na długo. Syn właściciela wytwórni Mag, która wydawała im płyty i single, Carlos Guerrero, namówił ich do nagrania piosenek z repertuaru Paula McCartneya, Badfinger i The Wings. Ponieważ Laghonia miała już wcześniej przygotowany utwór „We All”, a Beatlesi śpiewali swoje „All Together Now” nowy projekt nazwali We All Together. Pod takim szyldem w latach 1972-1974 nagrali dwie urocze płyty, które fani czwórki z Liverpoolu, czy solowego Paula McCartneya nie powinni odpuścić!. Choć obsesja na punkcie Beatlesów zazwyczaj oznacza kres twórczości, w tym przypadku rezultaty były imponujące. Może kiedyś na ten temat napiszę coś więcej, a na zachętę mały bonusik – cover grupy Badfinger w wykonaniu naszych bohaterów z drugiego krańca świata.


Cudowne płyty, cudowna muzyka. Ona nie jest z krańców świata. Ona jest z innego świata. Przez wiele lat oba albumy miały status kultowych. Wielkie dzięki za ich przypomnienie wraz z bardzo obszernym komentarzem.
Kolejny wspaniały tekst o kompletnie nieznanym mi zespole. Czyta się go znakomicie. No i ta muzyka – wierzyć się nie chce, że powstała w tak odległym od Europy miejscu jak Peru. Od dziś Laghonia stała się moją nową muzyczną krainą. Dziękuję, że mi ją pokazałeś.
Jak to możliwe, że dopiero teraz dowiaduję się o takim zespole? Szacunek dla autora za fantastyczną robotę!
Ja miałem to szczęście poznać i podziwiać oba albumy już wiele, wiele lat temu. Podziwiam je zresztą do dzisiaj. Zastanawiałem się tylko dlaczego dotąd nie pojawiły w RZG. Ponieważ wreszcie się pojawiły, więc dziękuję raz jeszcze.