Gitarzysta Benny Soebardja to jedna z najważniejszych postaci na indonezyjskiej scenie muzycznej. Był ogniwem łączącym dwa legendarne zespoły: Shark Move i powstały na jego popiołach Giant Step. Jest też jedynym muzykiem, któremu za życia postawiono w Indonezji pomnik. Urodził się w malowniczym Tasikmalaya, mieście położonym na Jawie u podnóży wulkanów Galunggung i Sawal. (Tak na marginesie – czy jest ktoś, kto mógłby oprzeć się pokusie by posłuchać jak brzmią zespoły pochodzące z tak egzotycznego zakątka..?). Mając dziesięć lat nauczył się grać na gitarze bez nauczyciela podpatrując innych. W 1968 roku, jeszcze w liceum, założył popowy zespół The Peel, grając covery Beatlesów, Jimi Hendrixa, Stonesów, Procol Harum… Dwa lata później, będąc studentem Wydziału Rolnictwa Uniwersytetu Padjadjaran w Bandungu razem ze swym przyjacielem grającym na klawiszach, Somanem Loebisem, powołali do życia Shark Move. Do składu zwerbowali najlepszego basistę na Jawie, Janto Diablo i perkusistę Sammy Zakaria. Wszyscy udzielali się także wokalnie. Nazwę wymyśliła im dziennikarka bardzo popularnego wtedy magazynu muzycznego „Aktuil”. W tym czasie mieli już swoje własne piosenki na czele z „My Life”, „Isan”, „Evil War” i „Butterfly”. W styczniu 1972 roku weszli do „Musica Studio”, należącego do jednej z najbardziej znanych wytwórni w Indonezji należącego do Hindusa indonezyjskiego pochodzenia, Bhagu Ramchanda, Wkład Bhagu był znaczący, ponieważ wsparł ich finansowo i podsunął pomysły, dzięki którym jedyny album Shark Move, „Ghede Chokra’s” stał się rzeczywistością. Okładkę zaprojektowała Choqie Samanta, ta sama dziennikarka, która wymyśliła im nazwę, nie biorąc od nich ani jednej rupii.

Podczas gdy inne zespoły w tamtym czasie wciąż grały słodką muzykę z indonezyjskimi tekstami, Shark Move jako pierwszy połączył rock z tradycyjnymi harmoniami i progresywnymi brzmieniami śpiewając po angielsku. Na moje ucho ta psychodeliczna ciekawostka z fantastyczną okładką i tytułem, który można przetłumaczyć jako „Wielkie wizje” zapowiada ciekawą podróż. I taką też jest. Całość brzmi jak wczesny rok progresywny z akcentami ciężkiego rocka zdominowany przez gitary z dużą ilością fuzzu, organami i elementami symfonicznymi. Prawdziwa kapsuła czasu. Fantastyczna od początku do końca. Zaczyna się wspaniale od „My Life” z gitarowymi szaleństwami (solo w trzeciej minucie warte każdych pieniędzy!), gustownymi partiami fletu, piękną melodią, egzystencjalnym tekstem i znakomitą aranżacją. Nie przesadzę mówiąc, że mamy tu do czynienia z arcydziełem progresywnego rocka. Nieco łagodniejszy „Butterfly” zachwyca nie tylko linią melodyczną, ale też pięknym śpiewem. Bardzo urokliwy popowy numer z progresywnymi akcentami. To samo można powiedzieć o „Harga”. Tu serce skradają mi naprawdę piękne partie fletu zagrane przez basistę, ale tak naprawdę to „Evil War” jest zwycięzcą tej płyty. Pięknie skomponowana kompozycja z gościnnym udziałem Bhagu Rhamchanda jako wokalistą emanuje energią klasycznego rockowego jam session. Tym razem Janto Diablo skradł mi serce i duszę, a jego solówka na basie to istny majstersztyk. Jakby tego było mało szalejące organy i oszałamiająca gitara Benny’ego sprawia, że całość to miód na uszy! Pozostałe utwory: „Bingung”, „Insan” i „Madat” to ballady. W pierwszej słyszymy fortepian; w drugiej Janto popisał się piękną partią fletu. On też jest autorem i głównym wokalistą w tej ostatniej idealnie oddając jej przesłanie – ostrzeżenie przed narkotykami.
Wydany przez Shark Move Records nakład to zaledwie sto sztuk, które rozeszło się w mgnieniu oka. Piraci sprytnie skopiowali je na kasety i sprzedawali w całej Indonezji. Oczywiście bez pozwolenia. Oni zarobili kokosy, zespół nie miał z tego nic. Oficjalne wznowienie pojawiło się dopiero w 2007 roku dzięki niemieckiej wytwórni Shadoks.
Tuż po wydaniu albumu zespół regularnie koncertował w dużych miastach Indonezji takich jak Bandung, Dżakarta, czy Palembang. Niecały rok później w wypadku samochodowym zginął Soman Loebis. Zszokowany śmiercią przyjaciela Benny rozwiązał zespół. Znalezienie następcy Somana nie wchodziło w rachubę. W 1973 roku gitarzysta pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wspólnie z Sammy Zakarią stworzył nową formację, Giant Step. Dwa lata później nagrali płytę „Mark I”. Stale zmieniający się skład nie wyszedł nowemu zespołowi na dobre. Przede wszystkim grupie nie udało się stworzyć spójnego brzmienia, a sama muzyka miotała się w różnych stylach i gatunkach jak bezgłowy kurczak. Przed nagraniem drugiej płyty, „Giant On The Move!”, nastąpiły kolejne roszady. Oprócz lidera, oraz drugiego gitarzysty, Alberta Warnerina pozostali członkowie byli nowi. Basista i flecista Adhy Haryadi, perkusista Haddy Arief i geniusz czarno-białych klawiszy Triawan Munaf byli już doświadczonymi muzykami zdolnymi do tworzenia bardziej złożonych kompozycji. Co ciekawe, tym razem materiał został wydany tylko na kasecie.

Dopiero po latach wznowiono go winylu i CD w różnych okładkach. Mój egzemplarz kupiony kilka lat temu w Hiszpanii pochodzi z 2016 roku i został wydany przez indonezyjski Rockpod Records.

Tym razem wszystko perfekcyjnie zatrybiło. „Giant On The Move!” brzmi o wiele lepiej niż „Ghede Chokra’s” i „Mark I”. Jest spójny i bardziej ekscytujący. Prawdziwa progresywna bestia z wpływami europejskich gigantów z chwytliwą melodyką. Pierwotnie na płycie promocyjnej (taka też była) znalazły się tylko cztery utwory: „Giant On The Move”, „Air Pollution”, „Decisions” i „Waste Time” trwające nieco ponad pół godziny. Wszystkie są dobre, ale lepiej zaopatrzyć się w wersję rozszerzoną z dziewięcioma utworami. Te nieobecne w oryginalnym wydaniu są równie dobre, a nawet lepsze od czterech oryginałów. Dzięki wielu zmianom tempa, wahaniom nastroju, dramatycznym wybuchom i różnym smaczkom muzykom udaje się przez cały czas utrzymać wysoki poziom. I co najlepsze, wszystko to zrobione jest ze smakiem.
Porywające otwarcie w postaci „Farewell Today” nawiązuje do ELP i Deep Purple. Triawan Munaf gra na swych syntezatorach i organach jak Keith Emerson, a Haddy Arief wali w bębny jakby jutra miało nie być. Mnóstwo tu zmian tempa, dynamiki i zero nudy. W tytułowym „Giant On The Move!” rozkoszuję się brzmieniem organów i gitarowymi solówkami, od których kręci się w głowie. No i muszę po raz pierwszy pochwalić Benny’ego za jego znakomity wokal, bo wcześniej bywało z tym różnie. Jeśli miałbym wskazać swoich faworytów bez zająknięcia powiem, że są nimi „Fortunate Paradise” i „Air Pollution”. Pierwszy przywodzi mi na myśl ciężki, psychodeliczny klimat Shark Move, a grane unisono gitarowe solówki Alberta Warnerina rozwalają mnie na łopatki. Drugi rozpoczyna się dwuminutowym solo perkusyjnym, a potem jest mu bardzo blisko do Deep Purple. Pod silnym wpływem Głębokiej Purpury jest także „Illusion Way”, kolejna schizofreniczna kompozycja, w której mocne riffy znakomicie współgrają z organami i syntezatorem. Ciekawy jest „Liar”. Może dlatego, że jest taki nieprzewidywalny. Z jednej strony aspiruje do bombastycznego prog rocka z ciężkimi gitarowymi riffami, z drugiej wydaje się prostym rockowym numerem z funkowym outro na basie. Ja to kupuję. Z kolei w „Decisions” mamy wszystko, co lubią tygryski: ciężkie riffy, ostry syntezator, gitarę akustyczną i świetną grę na flecie w wykonaniu basisty.
Nie ukrywam, że obie płyty są rzadkie i trudno dostępne, ale warto potrudzić się, by włączyć je do swojej kolekcji. Benny Soebardja wycofał się jakiś czas temu z grania i tworzenia muzyki. Mieszka obecnie w Dżakarcie ze swoją żoną. Na zakończenie wywiadu jakiego udzielił parę lat temu powiedział: „Nie zatrzymujcie się! Rock nigdy nie umrze. Słuchajcie naszych piosenek, a na Ziemi nastanie pokój.” I tego się trzymajmy.
Benny Soebardija był dla indonezyjskiej sceny muzycznej tym czym Shin Jung Hyun dla Korei Południowej. Legendą i ikoną. Pamiętam jak parę lat temu udało mi się w końcu „dopaść” do albumu Shark Move to nie mogłem wyjść z podziwu. Jak takie arcydzieło powstało w taki muzycznie „nieoczywistym” zakątku świata. Płyta trochę nierówna, bo obok takich perełek jak „My Life” czy „Evil War” są też i nieco słabsze utwory. Album niezwykle trudno dostać. Ceny wersji CD mocno przekraczają 100 zł. Ja dysponuję jedynie kopią. Paradoksem jest to, że drugie wcielenie Soebadriji czyli Giant Step zyskał w Indonezji status zespołu kultowego,, choć muzycznie do Shark Move nawet do pięt nie dorastał. Przynajmniej ja tak uważam. No taki jest świat muzyki, który potrafi często zaskakiwać. Polecam retrospektywny (2CD) album Soebadriji „The Lizard Years”.
Nie powinno się oceniać, który album jest lepszy. Każdy jest inny i każdy na swój sposób wspaniały. Porwały mnie oba. Dziękuję Autorowi za ich przybliżenie. Nie miałem pojęcia, że w tak egzotycznym zakątku powstały TAKIE arcydzieła.
Panie Radku, ocenianie muzyki od zawsze „skażone” było dużą dozą subiektywizmu. Ktoś kto uwielbia Led Zeppelin nieco się zawiedzie takimi wspaniałościami jak Khan czy Matching Mole, ale taka jest muzyka i taka też jest moja subiektywna ocena albumów zaprezentowanych w tym poście. Słuchając różnorodnej muzyki przez przeszło 40 lat w sposób naturalny nabywa się tego subiektywizmu. Pozdrawiam serdecznie.
Panie Januszu, ależ to nie było skierowane do Pana. I zgadzam się z Pana zdaniem. Pozdrawiam. Radek.
Natknęłam się na tego bloga przypadkiem i chyba zostanę tu na dłużej. Przede wszystkim dlatego, że w porównaniu z innymi nie ma tu nic z szeroko pojętego kanonu rocka. Bo ileż razy można czytać o Pink Floyd, Genesis, czy Metallice… Szanuję autora za to, że pokazuje mi różne perełki, o których w życiu pewnie bym nie usłyszała. A do tego pisze w sposób czytelny, prosty – tak jakby mówił tylko do mnie. Nigdy nie komentowałam żadnego muzycznego bloga. Robię to pierwszy raz. I tylko po to, by jego twórcy powiedzieć – dziękuję.
Ooo… jak miło. Dziękuję!
O rany! Skąd bierzesz takie płyty? Kolejna rewelacja.!
Z mojej półki Asiu 😊