Ikona holenderskiego rocka – GOLDEN EARRING.

Istniejący od ponad pięciu dekad Golden Earring obok The Rolling Stones i Status Quo może poszczycić się mianem najdłużej czynnego zespołu. Pełna biografia grupy z omówieniem wszystkich płyt zajęłaby bardzo dużo miejsca, więc mocno zainteresowanych polecam doskonałą, monumentalną biografię zespołu, „Golden Earring – De Biografie” Roberta Haagsma będąca hołdem dla ich twórczości. Moja przygoda ze Złotym Kolczykiem wbrew pozorom nie zaczęła się od „Radar Love”, wielkiego przeboju z 1974 roku, a od kapitalnej, blisko 20-minutowej wersji „Eight Miles High” The Byrds. Przypadkiem usłyszałem ją w jakiejś niemieckiej stacji radiowej i dość przytomnie nagrałem na taśmie magnetofonowej. Było to pod koniec lat 70-tych i przechowałem ją długie lata marząc, by mieć to kiedyś na płycie. Marzenie się spełniło, choć trwało to długo…

Golden Earring w holenderskim programie „TopPop” (1974)

Pierwsze zarysy Golden Earring pojawiają się na początku lat sześćdziesiątych w Hadze, kiedy to chłopaki z sąsiedztwa, 15-letni Rinus Gerritsen i dwa lata młodszy George Kooymans, zakładają zespół The Tornados. Gdy okazuje się, że istnieje już grupa o tej samej nazwie decydują zmienić ją na The Golden Earring. To był ten okres gdy muzyczna scena w Hadze zaczynała rozkwitać dzięki setkom zupełnie nowych zespołów występujących w lokalnych klubach i salach koncertowych. Nie minęło wiele czasu i The Golden Earring stali się jedną z czołowych postaci nowej ery holenderskiej muzyki pop. W 1965 roku podpisali kontrakt z Polydor i wydali debiutancki album „Just Earings” i kilka przebojowych singli z wyraźnymi wpływami The Beatles. W kolejnych latach grupa wykazuje spektakularny rozwój artystyczny. Zespół sięga po nowe inspiracje jednocześnie tworząc własne, wyjątkowe brzmienie. Ten  progres słychać na trzeciej, psychodelicznej płycie „Miracle Mirror” i pełnym przygód czwartym, podwójnym albumie „On The Double”. Prawdziwym przełomem okazał się jednak krążek „Eight Miles High” nagrany tuż po pierwszym tournée po Stanach Zjednoczonych gdzie dzielił scenę z takimi gwiazdami jak Led Zeppelin, MC5, Sun Ra, John Lee Hooker i Joe Cocker. W tym czasie oprócz Kooymansa (g, voc) i Gerritsena (bg, org) w zespole grali nowicjusze: perkusista Sieb Warner z The Motions (zastąpił Jaapa Eggermonta) i wokalista Barry Hay (za Fransa Krassenburga). Ten ostatni pochodził z Indii, grał na flecie i płynnie mówił po angielsku, co dało grupie przewagę nad wieloma innymi holenderskimi zespołami tamtego okresu.

Od tego albumu zaczyna się ten klasyczny rockowy Golden Earring, który tak uwielbiam. Zespół definitywnie odchodzi od czystego popu i pop psychodelii na rzecz ciężkiego, solidnego rocka w stylu Vanilla Fudge i wczesnego Deep Purple. Zmianę tę ilustruje tylna okładka: zdjęcie zespołu wykonane podczas koncertu na scenie jakiegoś undergroundowego klubu.

Mieszanina zniekształceń z przesterowanymi gitarami, organami Hammonda i abstrakcyjnymi improwizacjami powodują, że śmiało można uznać ten krążek za jeden z najlepszych przykładów hard rocka z progresywnymi wpływami końca dekady. Już pierwszy utwór, „Landing”, ostrzejszy niż cokolwiek do tej pory zrobili, pokazuje, że zespól wkracza w inną epokę. „Song Of Devil’s Servant” ma wszystko czego potrzeba, w tym dramaturgię i zmiany tempa, piękną partię fletu i znakomitą grę  Rinusa Gerritsena – jego bas działa cuda przez cały czas. Ciężki i powolny „One Huge Road” z bardzo intensywnym wokalem prowadzącym ma mnóstwo dynamiki i mocy. Z kolei „Everyday’s Torture” to tajemnicza, przejmująca pieśń o zrozpaczonej duszy z wbijającym w fotel basem i fantastycznym gitarowym solo. Oczywiście głównym atutem jest tu utwór tytułowy zajmujący całą drugą stronę oryginalnej płyty, który przechodzi przez szereg faz z mocarną solówką perkusyjną, przesterowaną gitarą i zabójczym basowym fuzzem na czele. To najlepsza studyjna wersja jaką znam. Na koncertach rozwijała się przyjmując formę improwizowanego jamu trwającego niekiedy ponad czterdzieści minut!

W lata siedemdziesiąte zespół wkracza silniejszy i bardziej pewny siebie. Kolejna trasa po Ameryce przynosi bogactwo nowych pomysłów, zarówno muzycznych, wizualnych, jak i technicznych. Wraz z przybyciem perkusisty Cesara Zuiderwijka klasyczny skład nabiera ostatecznego kształtu. Wydany w 1970 roku album „Golden Earring”, z powodu okładki w stylu voodoo zwany też „Wall Of Dolls”, dowodzi, że Zuiderwijk był brakującym elementem układanki. Jego kunsztowny i energiczny styl idealnie komponował się z wszechstronnym brzmieniem nowego stylu Golden Earring.

Słychać, że zespół wciąż eksploruje nowy teren. Oprócz typowych hard rockowych kawałków („Back Home” był hitem) album zawiera wiele innych utworów, które rozwijają atmosferę. Czasem tajemniczą i nieco mroczniejszą jak w „As Long As The Wind Blows”, w „The Loner”, czy utworze tytułowym. Ale to „Big Tree Blue Sea” w stylu Tull z niesamowitymi partiami fletu i chrupiącymi gitarami okazał się dziełem tego wydawnictwa.

Kolejne albumy, „Seven Tears” (1971) i „Together” (1972), pokazują, że zespół pogłębiał swoje brzmienie. Pierwszy, najbardziej progresywny, zawiera znakomity „Silver Ships”, mrożący w krew żyłach „Hope”, uwielbiany przez publiczność „She Flies On Strange Wings”, oraz szalony „You’re Better Off Free” z zabójczą gitarową solówką.  Widać, że muzycy byli w szczytowej formie. Drugi nie do końca wpisuje się w kategorię prog rocka, ale jego eklektyczność sprawia, że jest to naprawdę solidna, spójna i przyjemna płyta.

W 1972 roku grupa wyrusza w trasę koncertową po Europie jako gość specjalny The Who. To inspirujące doświadczenie, które oferuje również cenne kontakty. Rezultatem jest kontrakt płytowy z prestiżową wytwórnią Track, która wydała albumy The Who, a kilka lat wcześniej Jimiego Hendrixa. To inspiruje zespół do stworzenia albumu o międzynarodowym zasięgu. Muzycy poświęcają czas na pisanie i nagrywanie utworów, które ostatecznie ukazują się w 1973 roku na płycie „Moontan”. Misja kończy się pełnym sukcesem. „Candy’s Going Bad”, „Just Like Vince Taylor”, „The Vanilla Queen” i „Radar Love” należą do najlepszych utworów jakie do tej pory napisali. Ten ostatni okazał się wielkim przebojem i to nie tylko w Europie. Doskonała produkcja i gościnny udział Bertusa Borgersa (saksofon) i Eelco Gellinga (gitara) były wisienką na torcie. Utwory z tej płyty wykonywane były i są przez setki wykonawców w tym U2, White Lion, Ministry, Def Leppard… Zarówno singiel „Radar Love”, jak i album stanowią kamień milowy w historii holenderskiego rocka.

Wszystkie płyty z lat 1969-1973 są REWELACYJNE! Przynajmniej dla mnie. Dorzucam do nich także typowo rockowe albumy nagrane do 1977 roku wliczając w to podwójny koncert „Live”. Bo, co by nie mówić, Golden Earring kochał grać  na żywo, a jego fantastyczne występy publiczność przyjmowała z ogromnym entuzjazmem. I tylko dziwię się, że grając z taką mocą miał niewiele takich albumów.

Nie ukrywam, że to kapitalne wydawnictwo należy do ścisłej czołówki moich ulubionych „żywców” lat 70-tych. Po krótkiej zadyszce zespół powrócił na szczyt swoich możliwości. Wytrawna londyńska publiczność przyjmuje ich owacyjnie, co z kolei napędza muzyków, którzy przechodzą samych siebie. Występ był częścią europejskiej trasy promujący krążek „Contraband”, ale set lista obejmowała także starsze nagrania. I to jakie! Mamy tu trzy utwory z „Moontan” w tym 12-minutową(!) wersję „Radar Love”, znakomite jak zawsze „She Flies On Strange Wings”, czy totalnie powalająca na kolana „Vanilla Queen”.

Zatrudnienie na stałe Eelco Gellinga z Cuby And The Blizzard jako drugiego gitarzysty solowego dało większy komfort Kooymansowi mogącemu skupić się na długich gitarowych improwizacjach. W „Eight Miles High” obaj panowie grają solówki i to jest mistrzostwo świata – koncertowa wersja tego utworu bije tę studyjną z 1969 roku, co wydaje się czymś niemożliwym. Warto zainwestować odrobinę więcej grosza w rozszerzoną wersję tego albumu (2 CD plus DVD), którą holenderski Red Bullet wydał w 2021 roku. Nagrania są po masteringu i brzmią bosko, a bonusowy materiał z występów z Brugii, Winterswijk, oraz z Zwole (płyta DVD) wart tych dodatkowych pieniędzy!

Gitarzysta George Kooymans.

W latach 80-tych i późniejszych Golden Earring choć wciąż fantastyczny na scenie (latem 1986 roku w Scheveningen zagrał dla 185 tysięcy widzów!) nie ekscytował mnie tak bardzo jak w swoim złotym okresie. Szerokim echem odbił się jego jubileusz – 50 lat swego istnienia uhonorowano 12 grudnia 2015 roku specjalnym koncertem w wyprzedanej sali Ziggo Dome w Amsterdamie, który przyciągnął fanów z najdalszych zakątków świata. Z młodzieńczą energią wykonali klasyczne utwory, takie jak „Back Home”, „In My House”, „Long Blond Animal”, „The Vanilla Queen”, „Twilight Zone” i (oczywiście) nieśmiertelny „Radar Love”, który wywołał istne szaleństwo wśród publiczności… 16 listopada 2019 roku po raz kolejny zdmuchnęli dach, tym razem w hali widowiskowo-sportowej Ahoy w Rotterdamie. Nikt nie wiedział, że ten koncert przejdzie do historii jako ich ostatni. Kilka miesięcy później cały świat stanął w miejscu, gdy kryzys związany z koronawirusem dał o sobie znać. Jakby tego było mało, dwa miesiące później przychodzi wiadomość, że George Kooymans cierpi na nieuleczalną, neurologiczną chorobę SLA. Tego samego dnia zespół ogłasza, że ​​ta tragiczna sytuacja zmusza go do natychmiastowego zakończenia działalności. Reakcje oddanych fanów i muzyków z całego świata po raz kolejny pokazują, jak bardzo zespół jest kochany. Dla całej armii oddanych melomanów jego muzyka była nieodłącznym elementem ścieżki dźwiękowej ich życia. Koniec Golden Earring był też końcem pewnej epoki. George Kooymans odszedł 22 lipca 2025 roku. Był to czarny dzień dla nas wszystkich – tego dnia pożegnaliśmy też Ozzy Osbourna. Obaj byli w tym samym wieku – mieli 77 lat gdy od nas odeszli…

Życie toczy się dalej i niezależnie od tego, co przyniesie nam przyszłość Golden Earring pozostanie największym, najlepszym i odnoszącym największe sukcesy zespołem rockowym, jaki kiedykolwiek powstał w Holandii. By docenić jego wyjątkowość chociaż raz w życiu koniecznie trzeba posłuchać „Mad Love’s Coming”. Gdy będę schodził z tego świata proszę, byście zagrali mi go jeszcze ten jeden, ostatni już raz…

9 komentarzy do “Ikona holenderskiego rocka – GOLDEN EARRING.”

  1. O rany, jaki zbieg okoliczności! Nie dalej jak trzy dni temu natknąłem się na ich płytę „To The Hilt”, która bardzo mi się spodobała. Poza piosenką „Radar Love” wcześniej nie znałem nic innego i zacząłem szukać w sieci jakiś wiadomości o zespole i jego płytach. To chyba jakieś czary, bo dziś przypadkiem trafiłem na Pana bloga i na ten artykuł. Jestem pod wielkim wrażeniem – teraz wiem czego mogę się spodziewać i jakich płyt szukać. Wspaniała rekomendacja. Polecę bloga znajomym. Dziękuję!

  2. „Live” zrywa papę z dachu! Jak chcesz, potrzymam cię za rękę i razem posłuchamy „Mad Love Coming”.

  3. Golden Earring znam dość pobieżnie, co wymaga nadrobienia bo to klasyka, ale „Radar Love” to ich nieśmiertelny hit, którym się zachwycałem już wiele, wiele lat temu. I tak zostało, go on się nigdy nie zestarzał. Dzięki za przypomnienie.

  4. Cudownie jest móc poczytać o znanym i kochanym przeze mnie zespole . Moja przygoda ze Złotym Kolczykiem zaczęła się od albumu Seven Tears , później starsze płyty , na końcu Moontan ( którego się bałam trochę bo mój młody umysł wtedy dopiero uczył się widzieć piękno w progresywnych kompozycjach). Moontan to absolutne arcydzieło , ale bliżej mojego serca jest Wall of Dolls .
    Zespół znakomity pod każdym względem. Wokal momentami mnie drażnił, szybko się przyzwyczaiłam, ale gwiazdą od początku był dla mnie słodki George i jego gitara 😁 serio, jakbym była nastolatką w tamtych czasach , z pewnością byłby to mój crush ( tak się to mówi , nie ?) . Informacja przed kilku laty o chorobie gitarzysty zasmuciła mnie , pogrzebałam trochę po necie i znalazłam fragment wypowiedzi Barrego Haga , który parafrazując, powiedział coś w stylu , że oczywistym było to , że nie będzie zespołu bez Kooymansa , bo był jego sercem , a bez serca nie można żyć . Zapamiętałam to .

      1. Proszę bardzo 😌 i ja zwykle ciekawy post ☺️
        By the way , niedługo po przeczytaniu tego wpisu natrafiłam na solowy album George’a Kooymansa „Jojo” z 1971 , o którym nie miałam wcześniej pojęcia . Myślę, że wart przesłuchania , zwłaszcza przez fanów Golden Earring i jako ciekawostkę. Jest przyjemny w odsłuchu .

        1. Znam ten album. Podoba mi się jego okładka 😊 „Jojo” był efektem błyskotliwych i krótkich sesji nagraniowych w Phonogram Studio w Hilversum, gdzie Kooymans nagrał zbiór utworów z jednymi z najlepszych holenderskich muzyków sesyjnych – wśród gitarzystów Eelco Gellinga (Cuby + Blizzards) i Hans Hollestelle, oraz saksofonista Bertus Borgers (Sweet d’Buster). W Holandii ma status kultowego albumu. Dzięki, że o nim wspomniałaś 😊

  5. Znam. Bardzo przyjemna dla ucha i klimatyczna muzyka. Nie jest to może topowe arcydzieło, ale ma swój niepowtarzalny klimat. Nie rozumiem tylko dlaczego takie albumy bywają totalnie „zjechane” przez recenzentów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *