SKORPIO „A Rohanás” (1974); „Ünnepnap” (1976).

Po odejściu z Locomitiv GT, basista Károly Frenreisz ani chwili nie siedział bezczynnie, od razu zabrał się za tworzenie nowego zespołu. Początkowo myślał o utworzeniu tria w stylu ELP. W tym celu zaprosił perkusistę Gábora Fekete, który właśnie został wypędzony z reaktywującej się wówczas Hungarii, oraz klawiszowca Gyulę Pappa, którego zwabił z Mini. Po krótkim czasie doszli do wniosku, że ich nowe pomysły muzyczne wymagają obecności gitarzysty. Negocjacje z Antalem Gáborem Szűcsem, który będąc jeszcze członkiem Hungarii odbywał właśnie niekończącą się trasę koncertową po Związku Radzieckim okazały się pozytywne. Tak narodził się Skorpio.

Czekając na powrót Szűcsa mieli mnóstwo czasu na komponowanie piosenek, a nawet na napisanie i nagranie albumu dla Sarolty Zalatnay. Jesienią 1973 roku wypuścili „szpiega” – singla „Hosszú az út” z unikalnie zaprojektowaną, piękną okładką. Na drugiej stronie w piosence „Szevasz, haver” Frenreisz zamieścił dość osobisty wers: „Minęły dwa lata, odkąd byłem u ciebie, ale nigdy nie powiedziałeś mi nic miłego / Dobrze, że widzę nowe twarze i już cicho słyszę nowe piosenki.” Ta zwrotka z pewnością podsumowuje emocjonalne więzi autora z Locomotiv GT, a jednocześnie wskazuje, że nowy zespół pracuje z entuzjazmem, a utwory na ich debiutancki album nabierają kształtu. Ten, pod tytułem „A Rohanás” (Pęd) wydany przez Pepitę ukazał się jesienią 1974 roku.

Zapierający dech w piersiach rozmach otwierającego i tytułowego utworu nie pozostawia wątpliwości, że Károly Frenreisz zgromadził wokół siebie wyjątkowo utalentowaną grupę muzyków. Brzmienie jest solidne. Szczególne wrażenie robi brutalne brzmienie basu zmiksowane za pomocą basowej gitary Fender Precision i wzmacniacza Marshall. Sufity drżą! Całość dopełnia doskonale nagrana, energiczna perkusja Gábora Fekete, a subtelność, jaką daje riff prowadzący, wykonywany na dwa głosy (gitara plus organy), to kropka nad „i”.

W swobodnym, doskonale dopracowanym „Jó lenne, ha szeretnél” (Byłoby dobrze, gdybyś mnie kochał) Gyula Papp zwraca na siebie uwagę swoim genialnym pianinem elektrycznym, ale to w utworze „Fantázia Gershwin Rhapsody In Blue-jának témáira” (Fantazja na temat Błękitnej Rapsodii Gershwina) przekonuje, że jest on jednym z największych geniuszy grającym na klawiszach w węgierskiej muzyce pop. Jeśli do tego dodamy bas, który wstrząsa ziemią, perkusyjne solo, krótkie interludia gitary akustycznej i fenomenalną grą Frenreisza na saksofonie, możemy delektować się progresywną, opartą na jazz rocku muzyką, a więc coś, co w tym samym okresie nasze SBB już grało. W „Keresem, keresem…” (Szukaj, szukaj…) dominujący bas równoważony jest delikatnym elektrycznym pianinem stanowiącym tło dla zwartej i treściwej sekcji rytmicznej. Po raz pierwszy Gábor Szűcs otrzymuje szerszą przestrzeń. Brzmienie jego gitary jest pełne, technika gry niezwykła, a do tego pięknie wymiata. Jeśli wcześniej ktoś miał jakieś wątpliwości to tutaj definitywnie potwierdza się, że Szűcs należy do ścisłego grona najlepszych węgierskich gitarzystów. Amen.

Wspaniałe unisono stanowi podstawę utworu „Minden nap szövehet velem” (Może to się przydarzyć każdego dnia). Chrupiący bas wspiera syntezator; pełna pomysłów gra Gyula Pappa ukazuje go w szczytowej formie. Chwilami, podobnie jak w „Keresem, keresem …” zespół przechodzi w tryb tria, ale tym razem główną rolę instrumentu solowego odgrywają organy Hammonda, a nie gitara. Teraz możemy poczuć, jak brzmiałby Skorpio, gdyby pierwotny pomysł grania w stylu ELP wypalił. Warto też  wspomnieć o dwóch nieco odmiennych nagraniach. Pierwsze, to ballada „Miért kell elfelednem” (Dlaczego muszę zapomnieć), którą fani zespołu znali z albumu „Hadd mondjam el című” Sarolty Zalatnay, o którym wspominałem wyżej. Ich wersja w zasadzie niczym się nie różni – nawet partie gitarowe Gábora Szűcsa są nuta w nutę takie same jak grane przez Mihály’ego Móricza. Jedyne co się wyróżnia, to wokal – Frenreisz daje tu najlepszy popis śpiewu w swoim życiu. Drugie nagranie, „Így szólt hozzám a dédapám” (Tak powiedział mi pradziadek) to kukułcze jajo, które zrobiło oszałamiającą karierę. Nie ma w nim śladu hard rocka, który słyszeliśmy do tej pory. To bardziej angielski folk z klimatem country, który wciska się  do głowy a potem długo z niej nie wychodzi. Mam wrażenie, że genialny motyw przewodni grany na Hammondzie w znacznym stopniu przyczynił się do jego popularności.

 Album odniósł oszałamiający sukces na Węgrzech; tuż po premierze sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzy! Do dziś często określany jest mianem „pierwszej węgierskiej hard rockowej płyty”. Nie umniejszając jej wartości i zalet nie do końca z tą sugestią się zgadzam.  Gdybyśmy chcieli za wszelką cenę wskazać pierwszy, czysto hard rockowy album z tego kraju to moim zdaniem  „Élő Omega” ze względu na swoją wyjątkowość byłby właściwszym wyborem, ewentualnie podobnie mocno brzmiący inny krążek Omegi, „Éjszakai orzásút”. Wśród pretendentów do tego tytułu aspirować mogą też dwie pierwsze płyty Locomotiv GT tak więc wybór nie jest taki oczywisty.

Popularność zespołu szybko rosła i to nie tylko dzięki przebojowi „Így szólt…” Między trasami koncertowymi trudno było znaleźć czas na nagranie utworów na nowy album. Skorpio nie tylko zagrał wiele koncertów na Węgrzech i w Europie Wschodniej, ale został zaproszony na trasę koncertową po USA i Kanadzie, która odcisnęła głębokie piętno na ich muzyce. Nawiasem mówiąc węgierscy artyści mieli w tamtym czasie dużo większą łatwość poruszania się po świecie spośród wszystkich innych krajów zza Żelaznej Kurtyny…

We wrześniu 1975 roku grupie w końcu udało się wejść do studia, gdzie w przeciągu trzech dni ukończono nagrania, a czwartego zmiksowano. Ten krótki czas wydaje się zaskakujący, ale ponieważ Skorpio grało już nowe kompozycje na koncertach wystarczyło tylko rozpakować instrumenty i włączyć magnetofon. Pełna profeska. Płyta „Ünnepnap” (Wakacje) została wydana wiosną 1976 roku.

Pierwsze, co mnie ponownie zachwyciło, to nieskazitelnie doskonała produkcja dorównująca zachodnim. Pomimo mniej nowoczesnego jak mniemam sprzętu nagrania są bardzo profesjonalnie i solidnie wyprodukowane. Na uwagę zasługuje również doskonała jakość brzmienia płyty, zwłaszcza potężna perkusja i bas. To sprawia, że ​​jest ona do dziś atrakcyjna.

Muzyka oscyluje między funkiem (pierwsza strona płyty), rockiem progresywnym i hard rockiem w stylu Uriah Heep i Deep Purple (druga strona). Utwory nie są długie, wszystkie śpiewane (tak jak na debiucie) po węgiersku. Ich fascynacja funkiem  widoczna jest już na samym starcie. W instrumentalnym „Menetirány”, który rozpoczyna album, gitara, bogata perkusja i instrumenty klawiszowe zapewniają najwyższej klasy funkowe wykonanie. Jest też miejsce na saksofon -szkoda, że pojawia się  na tej płycie tylko raz. Od samego początku bas daje jasno do zrozumienia, że ​​jest on jednym z kluczowych tu instrumentów napędzającym brzmienie. Wśród tej dźwiękowej  nawałnicy pojawia się kilka porywających partii Hammonda i niespokojny klawesyn. To jest ten rodzaj funku jaki jeszcze lubię. W „Rongylábkirály” (Król w łachmanach) odnajdujemy lekkie rytmy. Bas i klawinet grają „niedbałe” unisono urozmaicony gitarowymi solówkami między wersami. Nostalgiczny tekst jest interesujący. Frenreisz wspomina świat rock and rolla lat pięćdziesiątych z odpowiednią dawką humoru, w którym na próżno błaga odnoszącego niegdyś sukcesy tancerza na sceniczny powrót. Niestety koleś ma żonę, dwójkę dzieci, nie imprezuje, przytył, włosy mu się przerzedziły… Ale jest nadzieja, bo stary rytm wciąż bije w jego nogach…  „Ne haragudj rám” (Nie złość się na mnie) nawiązuje do prawdziwego amerykańskiego funku, ale jest nudny i monotonny. Nie ratują go nawet progresywne klawisze z przebijającą się nutą „Tańca z szablami” Chaczaturiana. No i jak tu się nie złościć na pana,  panie Frenreisz..? Pierwszy gitarowy riff w „Ágnes” jest genialny, zwłaszcza gdy złowrogi Hammond i smukły klawinet dołączają do niego w lewym kanale. Do tego utworu świetny wpasował się ironiczny tekst o pięknej, lecz naiwnej Ágnes, obiekcie pożądania wielu mężczyzn. Pierwszą stronę oryginalnej płyty zamyka utwór tytułowy z rozbudowaną partią basu, perkusją z latynoskim posmakiem i gitarą wah-wah wycinającą znakomite solówki w stylu Santany. Urzekający numer podczas którego czuję się jak na letnich wakacjach!

Druga część płyty zmienia jej oblicze. Wszelkie funkowe nut znikają bo do głosu dochodzi dzika gitara i ciężki rock. „Mondd, te szép lány!” (Powiedz mi piękna dziewczyno) od początku jasno daje do zrozumienia, że ​​hard rock jest w genach zespołu. Gitara staje się agresywna; sposób w jaki Gabor Szűcs ją atakuje przypomina mi Martina Barre’a w „Aqualung” Jethro Tulla, natomiast zadziorną grę na klawiszach pochwaliłby pewnie sam John Lord. Ściana dźwięku wyrasta jak chiński mur wypełniając przestrzeń setką watów mocy.

Z kolei najbardziej słyszalne kontrasty są w „Vezess Át Az Éjszakán” (Prowadź mnie przez noc); wita nas eteryczny, niebiański hymn, a zaraz potem agresywny riff, który przypomina Omegę i ich styl. To jeden z niekwestionowanych filarów węgierskiego rocka z monumentalnym refrenem, znakomicie rozwiniętym gitarowy solo i efektownym zakończeniem. Kolejny wachlarz harmonii można podziwiać w pięknej blues rockowej balladzie „Ha Újra Kezdenénk” (Gdybyśmy mogli zacząć od nowa). Przez cały utwór przewija się dywanowy podkład Hammonda towarzyszący soczyście brzmiącej gitarze. Warto zauważyć, że nawet pozornie banalny tekst: „Moja dusza jest niespokojna, choć życie zdaje się toczyć dobrze. Lecz wciąż są rzeczy, które ranią. Czemu, ach, czemu tak nagle się rozstaliśmy?” brzmi wiarygodnie. Więcej oryginalności oferuje „Nyújjtsd A Kezed Barátom” (Podaj mi rękę przyjacielu). Na pewno nie jest tak surowy i bezpośredni jak jego poprzednicy; skłania się bardziej ku progresywnemu brzmieniu niż hard rockowi z harmoniami wokalnymi – chyba najlepszymi na tej płycie.  Wszystko to wspierane jest przez solidną gitarę i organy z błyskiem zwiewnej funkowej perkusji. Album kończy „Újra Az Úton” (Znowu w drodze), a zaczyna się od ryku Hammonda, tak jakby ryknął silnik samochodu. I dokładnie tak się dzieje. Odczepiony od lokomotywy zespół przesiada się do autobusu i  wyrusza w dalszą trasę. Grające unisono organy nawiązują dialog z gitarą, Frenreisz śpiewa swobodnie dając wrażenie, jakbyśmy wspólnie tę podróż odbywali.

Zanim album trafił do sklepów, Gábor Fekete odszedł z zespołu; na szczęście nie spowodowało to wstrzymania tłoczenia płyty (jak to miało miejsce wcześniej w przypadku Locomotiv GT). Z powodu braku krajowych mocy produkcyjnych produkcję płyty zlecono czechosłowackiej firmie Supraphon, ale rok później, po przekazaniu zakładowi produkcyjnemu MHV w Dorogu, mniejszą serię wytłoczono również na Węgrzech.

Skorpio nie wymyślili prochu. To nie jest zespół, którego muzycy mieli ambicje i pragnienie stworzenia czegoś wyjątkowego. Z całą pewnością byli profesjonalistami, a ich twórczość wpisała się w kanon klasycznego rocka epoki. Muzyczny świat „Únnepnap” nie mógłby być bardziej odmienny od ich debiutanckiego albumu. Oczywiście, wszystko ma swoje korzenie w hard rocku, ale… Mariaż rocka i funku trwa od początku lat 70-tych. Nigdy się nie rozstali, a ten był bezkonfliktowy i kompletny jedynie przez krótki czas. Ten album to jedno z niewielu dzieł miłości łączących te dwa gatunki. I za to powinniśmy być im wdzięczni.

10 komentarzy do “SKORPIO „A Rohanás” (1974); „Ünnepnap” (1976).”

  1. Moi rodzice mieli Skodę i w latach 80-tych jeździliśmy nią na wakacje na Węgry, nad Balaton, głównie w okolice Tihany i Siófok. Z każdej takiej podróży tata przywoził płyty tamtejszych artystów. Uzbierało się tego trochę. Trzymam je z wielkiego sentymentu do tamtych czasów, czasów dzieciństwa, a także jako pamiątkę po rodzicach, których już nie ma.
    PS. Sprawdziłem i jedyną płytę Skorpio jaką mam to składanka „Aranyalbum 1973-1983”.

  2. Początkowo myślałam, że to błąd w nazwie i chodzi o zespół Scorpions… przepraszam… Powiem tylko, że fajnie grają i że bardzo mi się spodobali. Do tej pory muzycznie Węgry kojarzyły mi się z Omegą i piosenką „Dziewczyna o perłowych włosach”, którą uwielbiam ❤️

  3. Cóż za miła niespodzianka. Aż mi serce mocniej zabiło. Należę do pokolenia, dla którego dostęp do muzyki z tamtego „gorszego” świata był mocno utrudniony. Dużo lepiej było ze „swojakami”. Były sklepy kultury (czeski, węgierski i …. tak, tak rosyjski) do których trafiały produkty narodowych fonografii. Pamiętam jak dziś, gdy udało mi się kupić legendarny album Omegi „Elo” w aluminiowej kopercie. Traktowałem ją jak relikwię. Ja wychowałem się na dwóch węgierskich legendach Omega i Locomotiv GT. W dużym stopniu chyba zostało do dzisiaj. Coś takiego jak Skorpio czy Fonograf gdzieś tam tkwiło w cieniu. Scorpio znałem bardzo mgliście i przez długi czas nie byłem w stanie się do nich przekonać. Jak patrzę na to dzisiaj to dochodzę do przekonania, że moja opinia o Skorpio nie do końca była uzasadniona. Pierwszy album ” A Rohanas” dorównuje jakością „Elo” czy pierwszym albumom Locomotiv. No i ten ich wielki, ponadczasowy przebój „Így szólt hozzám a dédapám”. Zbyszku, wielkie dzięki za tą sentymentalną podróż do przeszłości.

    1. Janusz, z niektórymi płytami wiążą się piękne wspomnienia. Cieszę się, że sentymentalna podróż, w którą zabrał Cię zespół Skorpio przyniosła Ci radość.

  4. Mało kto dziś wspomina zespoły z byłych krajów socjalistycznych. Z tego co już zdążyłem przeczytać od czasu do czasu pojawiają się na tym blogu zespoły z Rumunii, Czechosłowacji, Jugosławii, Węgier… I bardzo dobrze. Rock to nie tylko Wyspy Brytyjskie i Stany Zjednoczone.

  5. Tak, rację ma Janusz, mówiąc że w tamtych czasach te płyty traktowało się jak relikwie. Z kupnem płyt węgierskich nie było większego problemu. Miałem sporo tych krążków, były relatywnie tanie w stosunku do płyt zachodnich, miały świetną poligrafię, lakierowane grube okładki. Ale przede wszystkim zawierały bardzo dobrą muzykę, choć kilku „gniotów” się nie ustrzegłem (choćby beznadziejny General). Z płytami niemieckimi (NRD oczywiście) też raczej nie było kłopotu (Karat, Prinzip, Magdeburg, Puhdys), natomiast niemal wcale nie miałem płyt czeskich, czy raczej prawidłowo wtedy czechosłowackich. Takie Collegium Musicum czy Modrý Efekt w Bydgoszczy było nie do kupienia. I to pomimo, że taki Pavol Hammel przez długie lata hulał w radio ze swoją Ucitelką tanca 🙂

    1. Otóż to – szata graficzna, o której nie wspomniałem – zawsze była doskonała. Wszystkie płyty oprócz doskonałego lakierowanego papieru, który się nie wycierał miały grzbiety, czyli coś czego nie miały polskie. Mała rzecz, a tak ważna szczególnie, gdy już stały w szeregu na półce.

      1. Miałem kiedyś winyl wydany przez czechosłowacki Supraphon, którego nieco koledzy mi zazdrościli, bo u nas był trudny do zdobycia. To była płyta SBB (znana jako „Wołanie o brzęk szkła”). Później ukazała się jako „Slovenian Girl” i te wydanie było jeszcze bardziej poszukiwane. Zresztą i dziś za obie te płyty w dobrym stanie wołają po 100 euro. To może w tym miejscu chciałbym namówić Autora RZG na jakiś retrospektywny artykuł o polskich płytach z tamtych lat, czy tych nieco późniejszych z czasów MMG. Tu pewnie nasze wspomnienia byłyby najciekawsze. Może w ramach wakacyjnego cyklu? 🙂

        1. Nie wiem czy ktoś z was zna (pamięta) album „Jazzrocková dílna / Jazzrock Workshop” wydany na winylu przez czeski Panton w roku 1975 z udziałem legendy czeskiego jazz-rocka Martina Kratochvila. Leżał u mnie na półce przez wiele lat. W ubiegłym roku po 50 latach pojawiła się jego reedycja na CD z bonusami wydana przez …. polski GAD.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *