Młodszy brat Jethro Tull..? RUFUS ZUPHALL „Weiß der Teufel…” (1970); „Phallobst” (1971).

O Rufus Zuphall założonym w 1969 roku w Aachen (Akwizgran)  mówi się, że był „niemiecką odpowiedzią na Jethro Tull”, lub jego „młodszym bratem.” Hm… czy każdy zespół, w którym dużą rolę odgrywa flet musi być z urzędu porównywany od ekipy Iana Andersona, a ten z dominującym brzmieniem organów do Uriah Heep, lub Deep Purple..? Inni zaszufladkowali go do wczesnego krautrocka, choć moim zdaniem Rufus Zuphall był na tyle oryginalnym zespołem, że wymykał się różnym klasyfikacjom. Jedno jest pewne – jego muzyka z melancholijnymi i hipnotycznymi melodiami ze skłonnościami do jamowania (próbkę takiego grania dostaniemy na debiutanckiej płycie) była hybrydą progresywnego rocka (momentami bardzo ciężkiego) i psychodelicznego folku z bluesowymi i jazzowymi naleciałościami. Jeśli ktoś naprawdę upiera się do porównań z Tull, to wskazałbym na ich debiutancką płytę „This Was”. Tyle w „temacie Marioli”. Grupa powstała w 1969 roku w Aachen (Akwizgran), rzut beretem od Belgii i Holandii, a założyli ją flecista Klaus Gülden, gitarzysta i główny wokalista Günter Krause, basista Helmuta Lieblang i perkusista Udo Dahmen. Na starcie grał z nimi wykształcony w szkole muzycznej pianista, ale zrezygnował dość szybko i skupił się na muzyce klasycznej.

O zespole zrobiło się głośno po koncercie na Festiwalu Jazzowym w belgijskim Bilzen w 1970 roku, gdzie przed trzydziestotysięczną publicznością wystąpili obok Cata Stevensa, Black Sabbath i May Blitz. Sporo koncertował w Holandii, gdzie zyskał wcale nie małe grono fanów. Być może to sprawiło, że debiutancki album „Weiß der Teufel…” nagrali za własne pieniądze właśnie tam, w małej wytwórni Good Will. Jego minimalistyczny nakład zyskał status legendy i to wcale nie ze względu na swoją rzadkość.

Płytę zaczyna „Walpurgisnacht”. Ten pełen gitarowego fuzzu i mocnego pogłosu rockowy blues ze świetnym wokalem i fletem, zdaje się krzyczeć „Hej! Jest rok 1969!” i uderza między oczy. Mimo, że trwa tylko trzy minuty jest pełen kontrastów i zmian tempa tak, że aż w głowie się kręci…  Bardziej akustyczny i pełen dobrych wibracji „Knight Of Third Degree” to numer z dominującym fletem i tablą. Przewijające się elementy hiszpańskiej i średniowiecznej muzyki w połączeniu z metaforycznym tekstem czynią go jednym z ciekawszych na płycie. Potem robi się jeszcze lepiej bowiem następne utwory z ekscytującymi instrumentalnymi partiami są bardziej złożone. Szczególnie gra na flecie sprawia, że ​​ta płyta jest czymś więcej niż kolejnym psycho-progresywnym albumem. Za sprawą niestrudzonego Klausa Guldena ​​„Spanferkel” brzmi zaskakująco podobnie do debiutu Osanny (LP. „L’Uomo”). Jedynym problemem jest jego pewna powtarzalność i to, że jest zbyt krótki.  Godne uwagi jest też solo na flecie we „Freitag”, w którym Gulden w jednej trzeciej utworu niemal niezauważalnie przechodzi na flet prosty, a następnie wraca do poprzecznego. No a popis Güntera Krause grającego szaloną gitarową solówkę to wisienka na torcie. 

 Siedemnastominutowy utwór tytułowy kryje wiele niespodzianek: zaskakująco powściągliwe (krótkie) solo perkusyjne tuż na początku, cytat z „Summertime” Gershwina, oraz solówkę, w której Gulden kompletnie szaleje. W pewnym sensie ten improwizowany jam jest podsumowanie całej płyty, na którą złożyło się wiele elementów. I, co by nie mówić, wyszedł z tego wspaniały i emocjonalny rockowy epos. 

Obiektywnie patrząc płyta ma swoje wady i zalety, nie od razu wpada w ucho, ale (paradoksalnie) to właśnie stanowi o jej atrakcyjności. Zespołowi nie chodziło o perfekcję – bardziej o emocje, które niemiecka młodzież długo w sobie tłumiła. Warto postarać się o kompaktową reedycję z 2004 roku, która zawiera blisko czterdziestominutowy zapis ich pożegnalnego koncertu w Aachen z czerwca 1972 roku. Take bonusy to ja kocham.

Niedługo po wydaniu „Weiß der Teufel…” Helmut Lieblang opuścił kolegów, a jego miejsce zajął Manfred Spangenberg. Do zespołu dołączył także drugi gitarzysta, Thomas Kittel, który grał także na klawiszach. Tę ostatnią umiejętność wykorzystano w trakcie nagrywanie drugiego albumu. Podczas pierwszej wizyty w studio Dietera Dierksa przypadkiem natknęli się na mellotron stojący gdzieś w kącie, skorzystali z okazji i włączyli go do swojego instrumentarium. Zespół miał już podpisany kontrakt z legendarną wytwórnią Pilz, która odkryła go przypadkiem w… radiowej audycji. Los czasem bywa naprawdę łaskawy. Ale nie wszystko wyglądało tak różowo. Byli pod presją, gdyż płytę musieli nagrać i zmiksować w ciągu tygodnia. Zrobiono to na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Album „Phallobst” trafił do sklepów dwa miesiące później. Jego rozkładana okładka przedstawiająca zgniłą gruszkę pożeraną przez robaki jest jedną z najbardziej niesmacznych okładek tamtych czasów. Równie niesmacznie wyglądają robale z twarzami muzyków na jej tylnej stronie. Oczywiście, sami zainteresowani wcześniej nie widzieli projektu, więc możemy tylko wyobrazić sobie ich miny, gdy gotowy produkt trafił im do rąk.

Pomimo ograniczonego czasu zespół go nie zmarnował. Słowa uznania należą się Dieterowi Dirksowi za genialny miks, dokładnie taki, jaki zespół sobie wymarzył. W stosunku do debiutu album wydaje się bardziej zwięzły, utwory są krótsze i nie przekraczają sześciu minut. Muzycznie niewiele się zmieniło (bo i po co?) – wciąż dominuje urzekający, psychodeliczny prog rock z elementami folku i bluesa z ognistymi gitarowymi solówkami, płonącym fletem, akustyczną wirtuozerią i wspaniałym brzmieniem mellotronu wyłaniającym się z piekielnych głębin. Wokal jest cichy, czasem zniża się do szeptu i brzmi mrocznie. Ale nie dziwmy się – ten album pełen jest starogermańskich i staroangielskich mrocznych, mistycznych klimatów. Kiedy go słucham podnosi mnie na duchu i poprawia humor. I taka jest między innymi rola muzyki – ma poprawiać nastrój, a nie wpędzać w rozpacz. Co ważne, nie ma tu wypełniaczy. Wszystkie kompozycje są fantastyczne i nie sposób wyróżnić jednej, czy dwóch. Zaczyna się od genialnego „Closing Time”, psych rockowego utworu o „kupcu sprzedającym pokój” utrzymanego w szybki tempie, ale dla kontrastu zaśpiewany cicho, spokojnie i hipnotyzująco. Znakomity początek, który otwiera drogę dwóm następnym instrumentalnym numerom, „Wenn Schon, Denn Scon” z ładnym basowym intro i magicznym „Schupfner”. W tym ostatnim, jak i w „Makröjel” flet Güldena, oraz partie gitarowe Krause i Thomasa Kittela wchodzą w porywające, progresywne dialogi, którymi można się tylko zachwycać. Godnym największej uwagi jest  także „Waste Land” – mroczna, melancholijna ballada w tonacji molowej, w której gitara akustyczna i powtarzalny motyw fletu budzi skojarzenia ze starymi, angielskimi kołysankami. Słucha się tego wybornie!

Pozostałe utwory trzymają wysoki poziom. W „Pricket Pit” pojawiają się mocarne gitarowe riffy, zaś „Portland Town” to genialna, ciężka, podszyta mellotronem aranżacja tradycyjnej pieśni folkowej, która stała się ich koncertowym hitem. Finałowy „I’m On My Way” nie miał prawa się tu znaleźć. Zespół uważał, że jest jeszcze niedopracowany. W zasadzie to szkic, demo wymagające szlifu i poprawek, które po nagraniu zostało przez nich odrzucone. Wytwórnia umieściła go na płycie bez ich wiedzy, o czym dowiedzieli się po fakcie. Nie był to jedyny problem jaki z nią mieli. Studio w którym nagrywali było w trakcie remontu, stąd pośpiech, o którym już wspomniałem. Na dodatek właściciele wytwórni za plecami zespołu namawiali Krause’a do odejścia z grupy obiecując zrobić z niego niemieckiego Neila Younga. Były też i inne grzechy, ale je przemilczę…

W 1971 roku  w muzyce wiele się działo i zespołom takim jak Rufus Zuphall najbardziej zależało na tworzeniu świetnej muzyki, a nie na zbijaniu fortuny. Album ma swoje drobne wady – część utworów w końcówkach została mechanicznie wyciszona (tzw. fade-out), co głównie wynikało z mało komfortowych warunków w studiu. Mimo to, „Phallobst” broni się fenomenalnym wykonaniem i niesamowitym klimatem. To jedna z tych mniej znanych perełek wczesnych lat 70-tych i godna polecenia pozycja nawet dla wymagającego fana klasycznego rocka.

Niektóre wznowienia posiadają różne bonusy, w tym utwory z przygotowywanego, ale nigdy nie wydanego trzeciego albumu „Avalon And On”. Reedycja wytwórni Long Hair zawiera drugą część pożegnalnego koncertu z Aachen, tak więc jest w czym wybierać.

8 komentarzy do “Młodszy brat Jethro Tull..? RUFUS ZUPHALL „Weiß der Teufel…” (1970); „Phallobst” (1971).”

  1. Po raz kolejny miłe zaskoczenie. Miałam poczytać wieczorem, ale po pierwszym zdaniu „łyknęłam” szybko cały (znakomity) tekst. A potem odsłuchałam płyty. Obie znakomite, obie zabrały mnie w inny muzyczny świat. Trochę mroczny, ale w pozytywnym znaczeniu. Wrócę do nich, gdy zapadnie zmrok, bo takie dźwięki w ciemności mają inny wymiar.

  2. Na wspomnianej, niewydanej płycie jest długie (12 minut) kapitalne nagranie „The Ballad Of Hollis Brown”. Jak byłem na praktykach w Niemczech usłyszałem je w radiu. Nie pamiętam nazwy stacji, ale grali głównie muzykę z lat 60/70. Zdążyłem zapisać sobie tylko nazwę zespołu. Poza tym jednym nagraniem nie znałem żadnego innego. Aż do dzisiaj. Wielkie dzięki!

  3. Mam oba albumy w wersjach z bonusami. To właśnie dla TAKICH bonusów warto je mieć. Jak wiadomo, bonus bonusowi nie równy. Są albumy, w których do reedycji dodano bonusy jakościowo mocno odbiegają od oryginalnego albumu. Nie tym razem. A co do „Tullowskiego” porównania to podzielam zdanie Zbyszka. To spore nadużycie, ale muzyka robi jakość. W mojej opinii bratem Jethro Tull, ale starszym, mógłby być debiutancki album Hands z roku 1977. Coś pomiędzy JH (z okresu Aqualung), Kansas i Gentle Giant. A krautrock z połowy lat 70 bardzo lubię. Ma swój niepowtarzalny styl.

    1. Janusz, myślę, że era bonusów, na które składały się nagrania z singla, lub dwóch minęły bezpowrotnie. Obecnie są takie dodatki, które biją czasem o głowę oficjalny materiał. Dzięki za komentarz i serdecznie pozdrawiam.

  4. Muzyczna podróż dookoła świata i bez kalendarza.. Tym razem z Niemiec i lat 70-tych.. Co będzie dalej? Diabli wiedzą 🙂
    Na razie słucham z przyjemnością.

    1. Haniu, zależy jak zakręcę globusem. Może będzie to sąsiad zza miedzy, a może coś egzotycznego – tego jeszcze sam nie wiem 😂 Słuchaj dalej z przyjemnością, a ja będę kręcił 😊

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *