KRISTOFFER GILDENLÖW „Empty” (2024)

Dla miłośników współczesnego rocka progresywnego nazwisko Gildenlöw pewnie nie jest obce. Szczególnie dla fanów zespołu Pain Of Salvation, którego założycielem był gitarzysta i wokalista Daniel Gildenlöw. Przez kilka dobrych lat w zespole tym na basie grał jego brat Kristoffer, który w 2006 roku zaczął uprawiać własny „ogródek”. Na początku był rozchwytywanym muzykiem sesyjnym, potem dołączył do grupy Kayak, z którą nagrał trzy albumy, a następnie zaczął nagrywać autorskie płyty. W 2012 roku wydał bardzo ciepło przyjęty krążek „Rust”, co utwierdziło go w przekonaniu, że obrał dobry kierunek. „Empty” jest jego piątym albumem. Wszystkie wpisują się w klimat progresywnego rocka z silnymi wpływami Pink Floyd z atmosferą Mike’a Oldfielda i Marka Knopflera, na których Kristoffer nagrał większość instrumentalnych partii i solówek. Tym razem artysta zaprosił do współpracy innych muzyków. Spodziewajmy się więc pięknych solówek gitarowych Paula CoenradiePatricka Drabe’a i Marcela Singora, oraz świetnych partii organów Hammonda zagranych przez Jorisa Lindnera. Ten sam Lindner gra również na perkusji u boku Dirka Bruinenberga i Jeroena Molenaara. Dodajmy smyczki, wokale w tle i trochę instrumentów dętych, a słuchanie tego albumu staje się czystą przyjemnością.

Są płyty, które nie próbują zdobywać słuchacza od pierwszej sekundy. Nie błyszczą efektownością, nie kuszą przebojowością. Zamiast tego siadają obok człowieka jak stary przyjaciel w deszczowy wieczór i zaczynają opowiadać o rzeczach trudnych: przemijaniu, rozczarowaniu, samotności, ludzkiej niedoskonałości. I ten album taki właśnie jest – subtelny, melancholijny i głęboko humanistyczny. Oparty na temacie, a nie na koncepcji. Już otwierające go „Time To Turn The Page” brzmi jak uchylenie ciężkich drzwi prowadzących do świata pełnego cieni. Delikatna melancholia miesza się tu z narastającym napięciem, a głos Gildenlöwa niesie w sobie rodzaj zmęczonej mądrości człowieka, który widział zbyt wiele, by jeszcze wierzyć w łatwe odpowiedzi. To krótki prolog, ale pozostawia po sobie niezatarty ślad.

W The End Of The Run” muzyka staje się bardziej przestrzenna. Niezwykle pięknie brzmiące skrzypce i subtelne partie klawiszy tworzą pejzaż przypominający opustoszałe ulice o świcie. To utwór o końcu pewnej drogi – nie gwałtownym, lecz nieuchronnym. Gdy pojawia się gitarowa solówka, brzmi ona jak ostatnie spojrzenie za siebie przed zamknięciem ostatniego rozdziału. To jeden z tych mrożących krew w żyłach momentów emanujący głębią i uczuciem. Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest „Harbinger Of Sorrow”. Gildenlöw potrafi tutaj połączyć intymność z rockową ekspresją. Fortepian prowadzi narrację niczym narrator tragedii, a kolejne warstwy instrumentów budują poczucie nadciągającego zagrożenia. To muzyka, która nie krzyczy o bólu – ona go cierpliwie odsłania.

Kristoffer Gildenlöw

Głęboko floydowski „He’s Not Me” z mnóstwem emocji i powoli narastającą intensywnością wnosi więcej bluesowej tkanki i jest kolejnym moim ulubionym kawałkiem. Gitara ślizga się między frazami niczym wspomnienie dawnych błędów, a wokalista zdaje się prowadzić rozmowę z własnym odbiciem. Emocjonalna szczerość okazuje się tu ważniejsza od formalnej doskonałości.

Z kolei w „Black & White” pojawiają się echa późnego Pink Floyd. Nie chodzi jednak o kopiowanie stylistyki, lecz o podobną umiejętność budowania nostalgii. Utwór płynie spokojnie, niemal filmowo, a jego refren po ostatnich dźwiękach pozostaje długo w pamięci. Prawdziwe serce albumu zaczyna bić w „Down We Go”. Ponad siedmiominutowa kompozycja rozwija się powoli, jak ciemne chmury zbierające się nad horyzontem. Każdy instrument ma tu swoje miejsce, a kulminacyjna solówka gitarowa należy do najpiękniejszych momentów całej płyty. Nie jest pokazem techniki – jest krzykiem bez słów. Utwór hipnotyzuje i jednocześnie porusza. Po tej emocjonalnej podróży „Turn It All Around” działa jak krótki oddech. Smyczki nadają mu niemal kameralny charakter, a całość przypomina muzyczną refleksję zapisaną na marginesie większej opowieści. Podobnie „Means To An End”, gdzie fortepian i subtelne aranżacje tworzą atmosferę pogodzenia się z tym, czego nie można już zmienić. Szczególnie urzeka „Beautiful Decay”. Już sam tytuł – „Piękny Rozpad” – doskonale oddaje naturę tej kompozycji. Jest w niej delikatność jesiennego światła i świadomość, że wszystko, co piękne, nosi w sobie zalążek końca. To jedna z najbardziej wzruszających chwil albumu. Króciutki „The Brittle Man” przypomina miniaturę literacką. Kilka minut wystarcza, by nakreślić portret człowieka kruchego, niepewnego własnej siły. Smyczki i fortepian współistnieją tutaj niemal jak bohaterowie kameralnego dramatu. Przed finałem pojawia się pełen gorzkiej refleksji nad współczesnością „Saturated”. Jego przestrzenne brzmienie i wyraźne floydowskie inspiracje sprawiają, że słucha się go jak muzycznego snu o świecie przeładowanym bodźcami, lecz coraz bardziej pustym wewnętrznie. Kulminacją wszystkiego jest niemal dziesięciominutowe tytułowe „Empty”. To kompozycja monumentalna nie przez rozmach, lecz przez emocjonalną głębię. Powolny puls rytmu przypomina bicie serca, a kolejne partie wokalne brzmią jak pytania zadawane ludzkości przez kogoś, kto utracił wiarę w jej zdolność do nauki i przemiany. Finałowa solówka gitarowa choć znów w stylu Gilmoura jest niczym długi, bolesny zachód słońca zapowiadający noc – piękny a zarazem smutny. Każde podciągnięcie strun i żałobne vibrato wbija kolejny gwóźdź do metaforycznej trumny ludzkości. To zakończenie nie daje ukojenia, ale pozostawia przestrzeń do przemyślenia. Idealne podsumowanie płyty i jej zakończenie. I to nie dlatego, że jest wystarczająco dobry, ale że pozostawia słuchacza wypranego z wszelkiej nadziei i afirmacji życia. Szczerze mówiąc jest tak mocny i tak ponury, że albo go kochasz, albo wkładasz do ołowianego pudełka, więc pojawienie się po nim kolejnego utworu byłoby pomysłem absurdalnym.

„Empty” nie jest albumem łatwym. Wymaga ciszy, cierpliwości i gotowości do wejścia w jego melancholijny świat. W zamian oferuje coś, co staje się rzadkością we współczesnej muzyce: autentyczność. Każdy utwór jest tu osobnym rozdziałem większej opowieści o człowieku zagubionym między nadzieją a rozczarowaniem. Kristoffer Gildenlöw stworzył dzieło dojrzałe, poruszające i pięknie niepokojące, które nie tyle się słucha, co przeżywa. To jedna z tych płyt odsłaniająca swoje największe atuty dopiero po kilku przesłuchaniach. I uwierzcie – im dłużej obcuje się z tą muzyką, tym bardziej dostrzega się kunszt aranżacyjny, subtelne emocje ukryte między dźwiękami i wyjątkową umiejętność budowania nastroju. Ona nie narzuca się słuchaczowi lecz cierpliwie zaprasza do swojego świata. Grzech z tego zaproszenia nie skorzystać.

9 komentarzy do “KRISTOFFER GILDENLÖW „Empty” (2024)”

  1. Zbyszku, Ty to potrafisz zaskakiwać ! Takie albumy i taką muzykę „kupuję” w ciemno. Całkowicie wpisuje się w moje klimaty i nie ma znaczenia, że powstała … ledwie parę lat temu. Wielkie dzięki.

  2. Ach, co za wspaniała płyta! Dużo tu odniesień do Pink Floyd (gitara w stylu Gilmoura jest nieziemska), ale też jak zauważył Autor słychać dźwięki lirycznego Dire Straits. Zaproszenie do muzycznego świata Kristoffera Gildenlöwa jak najbardziej przyjęte! Proszę więcej takich płyt!

  3. Przychylam się do zachwytów moich poprzedników. Absolutnie fantastyczna płyta i cieszę się, że mogę ją poznać. To album z ogromną ambicją i bardzo emocjonalnym ciężarem, a nawet więcej.. Ale… Nie jest to album idealny: przy dwunastu utworach i 60 minutach wydaje mi się, że jest nieco za długi. Mam wrażenie, że w drugiej połowie nie angażuje tak mocno, prawdopodobnie z powodu „zmęczenia materiału” podczas intensywnego słuchania. Jest też kwestia wokalu. Nie chodzi o to, że głos Gildenowa jest słaby – wręcz przeciwnie. Znaczną część treści przekazuje konspiracyjnym szeptem, jakby to, co ma do powiedzenia, było ważne i nie powinno wpaść w ręce wroga. To z pewnością działa w niektórych momentach, ale są miejsca, w których mógłby pozwolić swojemu głosowi wznieść się i ryknąć z całych sił, co ewidentnie jest możliwe. Pomimo tych uwag (subiektywnych) twierdzę, że „Empty” ociera się o miano arcydzieła współczesnego progresywnego rocka!

    1. Godzina obcowania z tą płytą mija mi jak 60 sekund. Gdyby tak szybko upływał mi czas w kolejce do dentysty chodziłbym tam każdego dnia 😂

  4. Ech…
    No to będzie łyżka dziegciu wśród miodu peanów poprzednich wpisów. Sorry – nie siadło 😕 Czekałem na zachwyt, a z kawałka na kawałek rosła tylko nuda. Nie żebym nie lubił takiego grania (np. płyty Bjørna Riisa), ale w tym wypadku jakoś nie polubiłem. No zdarza się 🙂

  5. W pełni zgadzam się z moim przedmówcą (Pan Welon). Każdy ma prawo do posiadania własnej subiektywnej oceny, co w muzyce jest szczególnie ważne. Ja z tym problemem stykałem się wielokrotnie. Przeglądając recenzje wielu płyt często nie zgadzam się a opiniami recenzentów. Również na tym blogu spotkałem się z sytuacjami, gdy większość piszących prześcigało się w zachwytach a ja miałem odmienne zdanie. Wielki szacun za odwagę mówienia „pod prąd”.

    1. Wiele, wiele lat temu byłem aktywnym i bardzo zaangażowanym uczestnikiem pewnego forum muzycznego. W tamtych latach to było naprawdę nieocenione źródło informacji o niszowych wykonawcach rockowych, tam zresztą pisywał autor określenia „NKR”, którym chętnie posługiwał się sam Tomek Beksiński. Aż pojawiło się kilka osób uzurpujących sobie samozwańcze stanowiska eksperckie. Nie zgadzanie się z ich ocenami powodowało natychmiastową agresję słowną. Nie lubisz (tu padała nazwa konkretnego wykonawcy lub tytuł płyty) to jesteś „tępym, zakompleksionym, nie znającym się na muzyce burakiem”. I był to zwrot niemal elegancki przy kolejnych epitetach serwowanych przez rozmówców. Po kilku latach forum upadło, dziś nie ma po nim śladu, ale część tamtych „ekspertów” nadal jest obecna w sieci. Szkoda, że wciąż są osoby, którym tak trudno zrozumieć, że możemy kochać zupełnie inne dźwięki, innych artystów i inne tytuły płyt (choć w wymiarze globalnym dotyczy to nie tylko muzyki, a właściwie każdego aspektu naszego życia).

  6. Moje klimaty. Jestem pod wrażeniem tej muzyki. A wyrażenia w opisie takie jak „delikatność jesiennego światła”, „krzyk bez słów”, „opustoszałe ulice o świcie”, „długi, bolesny zachód słońca” podkreślające atmosferę poszczególnych utworów sprawiają, że nabiera ona dla mnie większego znaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *