Są płyty, które po prostu się słucha. Są też takie, które otwierają przed słuchaczem ciężkie, okute w żelazo bramy i zapraszają do świata istniejącego poza czasem. Płyta „Quasimodo” brazylijskiego zespołu Quaterna Requiem należy właśnie do tej drugiej kategorii. To nie tyle album progresywny, to muzyczna katedra, monumentalna budowla z dźwięków, w której każdy motyw, każda melodia i każdy akord stają się kamiennym filarem podtrzymującym ogromną opowieść inspirowaną powieścią Victora Hugo „Katedra Marii Panny w Paryżu”, w Polsce bardziej znana pod tytułem „Dzwonnik z Notre-Dame”. Muzyczna katedra zbudowana z marzeń, historii i nieprzemijającego piękna; wielowątkowa opowieść o miłości, zdradzie, buncie, a przede wszystkim o odkupieniu. Aby przekuć to na współczesną muzykę rockową trzeba mieć talent. Wybitny talent. A tego nie można odmówić grającej na klawiszach wykształconej klasycznie osobie jaką jest Elisa Wierman. Łącząc klasyczne motywy, barokowe aranżacje i typowo progresywną muzykalność, Elisa tka dźwiękową mozaikę wykorzystując bogaty arsenał czarnobiałych klawiszy (organy kościelne, niedoceniany w progresywnym rocku klawesyn, wszechobecny melotron, baterię syntezatorów), który zwali z nóg niejednego fana. Oczywiście wspomagane jest to przez znakomitych muzyków grających na gitarach elektrycznych i akustycznych, basie, perkusji, średniowiecznym krumhorcie i flecie. Autorem okładki jest perkusista, Claudio Dantas, współzałożyciel zespołu.
Całość otwiera się (dosłownie) od symfonicznej „Fanfare”. Klawisze przywodzą na myśl Wakemana, lub Emersona (w tej kolejności i w całej ich okazałości), z linią basu Squire’a i perkusyjną mocą zbliżoną do Palmera. Wysublimowany sposób na powrót do historii w odrodzeniu progresywnego rocka lat pierwszej połowy lat 90-tych. Prawdziwe bogactwo albumu ujawnia się jednak w ponad trzynastominutowym „Os Reis Malditos”. Utwór rozwija się powoli, niczym średniowieczna kronika. Delikatne partie fletu i klawesynu przeplatają się z pełnymi rozmachu fragmentami symfonicznego rocka. Muzycy nie spieszą się z opowiadaniem historii – pozwalają jej oddychać, dojrzewać i nabierać znaczenia. W tych dźwiękach pobrzmiewają echa włoskiego rocka progresywnego, ale także ducha klasycznych albumów Yes, czy Genesis. Nie można pominąć ani jednego szczegółu w tej doskonałej kompozycji, którą można porównać do utworów grupy Gryphon. Krótsza „Aquintha” przynosi nieco więcej światła. To pełen melodyjnego wdzięku utwór oparty na znakomitych partiach syntezatorów i żywej sekcji rytmicznej z powalającym Fabio Fernándezem na basie. Muzyka zdaje się płynąć swobodnie zachowując równowagę pomiędzy techniczną biegłością, a emocjonalną szczerością. Tuż potem pojawia się „Irmãos Grimm”, kompozycja, która niczym baśń prowadzi nas przez świat legend i fantazji. Jest w niej coś z dziecięcego zachwytu, ale także melancholii dawnych opowieści. Gitary subtelnie malują kolejne obrazy, podczas gdy klawisze budują rozległe, niemal filmowe tła.
Kulminacją całości pozostaje jednak niemal czterdziestominutowa suita „Quasimodo”, która mogłaby być wydana jako odrębna płyta. Dzieło imponujące rozmachem i odwagą. Poszczególne części prowadzą słuchacza przez losy książkowych bohaterów Victora Hugo, a wplecione w muzykę chorały gregoriańskie śpiewane przez autentycznych mnichów z Katedry Notre-Dame nadają całości niezwykłej autentyczności. Muzyka staje się tutaj teatrem, liturgią i opowieścią jednocześnie. Od mistycznych fragmentów pełnych zadumy, po dramatyczne kulminacje. Suita, która nieustannie zachwyca całym bogactwem pomysłów. Suita, w której czuć zapach kadzidła i palących się świec, snujących się cieni po zimnych murach, czającą się śmierć…
Największą siłą „Quasimodo” jest jej atmosfera. Quaterna Requiem nie tworzy muzyki dla żyjącego w ogromnym pośpiechu współczesnego świata. To album wymagający skupienia, cierpliwości i wyobraźni. W zamian oferuje podróż do średniowiecznego Paryża, gdzie dźwięk dzwonów miesza się z modlitwą mnichów, a w cieniu zimnych i wilgotnych korytarzy Notre-Dame rozgrywa się dramat odrzuconego dzwonnika. Ten album pozostaje jednym z najbardziej fascynujących osiągnięć południowoamerykańskiego rocka progresywnego lat dziewięćdziesiątych. Album pełen patosu, ale bez zbytniej przesady; wirtuozerii, lecz pozbawiony pustego popisu.
Muszę przyznać, że „Quasimodo” to wyjątkowo wdzięczny materiał do opisywania — pełen barwnych obrazów, muzycznego rozmachu i atmosfery, która zachęca do bardziej literackiego języka. Z drugiej strony zamiast kwiecistego opisu wystarczy, że uruchomimy swą wyobraźnię, a muzyka sama nas poniesie. Tak po prostu.


Dużo słucham progresywnego rocka, ale tego zespołu nie znam. Suita „Quasimodo” to prawdziwa perełka gatunku. Organy, dzwony, przyćmione światła, chorały gregoriańskie… to wszystko mam przed oczami. Nie mogę sobie darować, że tak późno ją poznałem. Czapki z głów Panie Zbyszku!
Rzadko zdarza się okazja obcować z taką płytą jak ta. Są tu niesamowite kompozycje, gustowne, orkiestrowe aranżacje, pomysłowe zmiany tempa i nastroju, dopracowane w szczegółach wykonania… Czego więcej mógłby chcieć taki fan jak ja od progresywnej symfonii!? Może kolejnych takich nieznanych, a znakomitych płyt?
Ten album jest doskonałym przykładem na to, że świetna muzyka powstawała nie tylko w tamtych „klasycznych” czasach. Tego albumu o dziwo nie znałem, ale za to mam ich album pierworodny „Velha gravura” z roku 1990 a także rewelacyjny koncert z roku 1999 „Livre”. Debiutancki album jest nieco surowy, z większym naciskiem na klimaty folkowe. Szkoda, że ich skrzypek Kleber Vogel odszedł przed nagraniem albumu „Quasimodo”. Bez skrzypiec zespół poszedł bardziej w stronę rocka symfonicznego. Czy to źle” Trudno ocenić, bo oba są na swój sposób ciekawe. Polecam jednak nagrania koncertowe. Są rewelacyjne, choć już bez Vogela. A jeśli mówimy o brazylijskim rocku progresywnym lat 80/90 to bez wątpienia warto wspomnieć o Bacamarte. Bardzo ciekawa muzyka. Nieco inna niż Quaterna Requiem, bardziej progresywna.
Bacamarte będzie. I to już niedługo 😊
Bacamarte cudne jest 🙂
A tych Brazylijczyków też posłucham.
Cholera jasna, tylko jedna płyta tego zespołu jest na Apple Music. Już po pierwszym Fanfarra jestem zauroczony!
@ Janusz Nowicki
„A jeśli mówimy o brazylijskim rocku progresywnym lat 80/90 to bez wątpienia warto wspomnieć o Bacamarte. Bardzo ciekawa muzyka. Nieco inna niż Quaterna Requiem, bardziej progresywna”.
Warto wspomnieć, że Bacamarte czasami mylnie jest zaliczany do rocka neoprogresywnego z lat 80. Słuchacze z uznaniem zauważają, że album ma „analogowe brzmienie”. Nie ma w tym nic dziwnego, bo tak naprawdę był nagrany jeszcze w 1978 roku. Podobno sesje rozpoczęły się jeszcze w 1977 roku. W owym czasie w Europie Zachodniej rock progresywny rozpływał się pod naporem przynajmniej dwóch fal – disco i punk rocka. Tymczasem w różnych, bardziej lub mniej, egzotycznych miejscach miał się jeszcze całkiem nieźle. Dobrym przykładem jest Argentyna.
La Máquina de Hacer Pájaros – Peliculas (1977)
Bubu – Anabelas (1978)
M.I.A. – Cornonstípicum (1978)
W Indonezji powstało tamtejsze progresywne opus magnum – Guruh Gipsy – Guruh Gipsy (1977). Jeden z najlepszych izraelskich – Sheshet – Sheshet (1977).
Przykłady można mnożyć…
Same rodzynki !!! A Guruh Gipsy to prawdziwa wisienka na muzycznym torcie. Muzyka przełomu lat 70/80 to bez wątpienia temat na oddzielną dyskusję. Część fanów, którym nieco „przejadło się” klasyczne granie z pierwszy lat 70-tych, poszło w stronę punka rocka i wszystkich odcieni nowej fali. Nie można zapomnieć, że w międzyczasie pojawiło się całkowicie nowe pokolenie słuchaczy. To pokolenie dzieci fanów dawnego, „klasycznego” rocka, we wszystkich jego odcieniach. To nie jest już ich muzyka. Oni po prostu chcieli pójść nowymi, swoimi drogami. Ja to wszystko rozumiem i nie zamierzam oceniać tego zjawiska zbyt krytycznie. To znak czasu.