O.W.L. (1971) – Święty Graal amerykańskiego acid folk rocka.

„Sowa jest nocnym zwierzęciem, ma wyostrzony wzrok i słuch. Sowy naturalnie widzą w ciemnościach nocy i słyszą dźwięki w ciszy – iluzji ciemności. To uczy nas, jak patrzeć poza własne złudzenia i ufać intuicji oraz zmysłom percepcji.” (autor nieznany)

Spokojnie. To nie jest artykuł o fascynujących i budzących podziw ptakach będących symbolem mądrości. Nieprzypadkowo w nazwie zespołu pomiędzy trzema literami układającymi się w słowo owl (sowa) pojawiają się kropki. Rozwijając je odsłania nam się jego prawdziwa nazwa, OF WONDROUS LEGENDS.

Za tym muzycznym projektem stał Stephen Titra – młody artysta i muzyk z Chicago, który na przełomie lat 60 i 70-tych. udzielał się w lokalnych grupach psychodelicznych i folk rockowych, w tym w legendarnym jam bandzie Mountain Bus. Chcąc realizować własną bardziej wyrafinowaną wizję artystyczną opuścił Mountain Bus tuż przed tym jak zespół zyskał popularność i wydał kapitalny longplay „Sundance” inspirowany Grateful Dead… Pisząc utwory pełne poetyckich, uduchowionych tekstów podparte skomplikowanymi melodiami w 1968 roku Titra założył O.W.L. Trzy lata później dzięki swojemu agentowi wszedł do prestiżowego studia Universal Recording w Chicago i nagrał demo. Jego właściciel tak bardzo zachwycił się materiałem, że postanowił sfinansować nagranie dużej płyty. Artysta szybko skompletował znakomitych muzyków sesyjnych, z którymi nagrał coś, co wymykało się tradycyjnemu pojmowaniu folku. Zamiast surowego brzmienia gitary akustycznej, album zyskał bogate, barokowe i niemal filmowe aranżacje. W nagraniach wykorzystano między innymi wibrafon i marimbę, flet i wiolonczelę, sekcję dętą, fortepian, oraz wczesny model Mooga. Po zmiksowaniu wytłoczono dwadzieścia próbnych egzemplarzy, które rozesłano do największych amerykańskich wytwórni płytowych takich jak Elektra, Capitol, RCA, A&M, a nawet Playboy Records. Wszystkie odrzuciły go z tego samego powodu: muzyka była zbyt trudna, niekomercyjna, niszowa i zbyt „artystyczna” bez potencjału na przebojowy singiel. Zniechęcony Titra porzucił karierę rockową, ukończył studia artystyczne i przez kolejne dekady spełniał się jako ceniony malarz, oraz ilustrator. I tu historia O.W.L. mogłaby się skończyć gdyby nie jeden człowiek.

W 2004 roku szef  niezależnej wytwórni Locust Music z Chicago, Dawson Prater w małym antykwariacie natknął się na jedną z owych dwudziestu oryginalnych płyt. Zafascynowany tym co usłyszał, po nitce do kłębka dotarł do Stephena Titry. Za jego zgodą taśmy zostały oczyszczone, zremasterowane i wydane pod koniec 2008 roku na CD, a potem na winylu pod tytułem „Of Wondrous Legends”. Dla muzycznych archeologów było to jedno z najbardziej sensacyjnych odkryć roku i być może jedno z najważniejszych wznowień od lat. Uwagę zwraca znakomita okładka. Rysunek namalowany przez Titrę piórem i tuszem z motywami średniowiecza i wieloma detalami nawiązującymi do Tarota pokazuje jak utalentowanym i wszechstronnym był on artystą. Polecam pochylić się z lupą nad tą okładką i przekonać się jak wiele drobnych szczegółów jest tam do odkrycia.

Jeśli chodzi o muzykę, jedno jest pewne – projekt O.W.L w niczym nie przypomina Mountain Bus. Zresztą wiele z tych piosenek Titra grał na żywo w latach 1967/68. To muzyka pełna wolnej przestrzeni, pozbawiona przesterowanych gitar i typowych psychodelicznych efektów budująca niesamowity mistyczny klimat. To nie była muzyka na stadiony. Utkana z najszlachetniejszych nici akustycznego folku, muzyki dworskiej, oraz nienachalnej, pełnej zadumy psychodelii bardziej pasowała do miejsc kameralnych, intymnych, na wpół zaciemnionych. Nastrój, atmosfera… wszystko to jest eteryczne, momentami medytacyjne, a dryfujące od średniowiecznych ballad po gregoriańskie chorały kompozycje wyprzedziły swoją epokę. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obcuje się z muzycznym odpowiednikiem malarstwa prerafaelitów. Miniatury pokroju „Breton Landscape”, czy „Renaissance & Rococo” to dźwiękowe akwarele, w których każdy ruch smyczka, czy uderzenie w struny mandoliny są jak precyzyjne pociągnięcia pędzla.

Stephen Titra odwracając się plecami od surowego, chicagowskiego bluesa i modnego wówczas, kalifornijskiego rocka, skierował swój wzrok ku zamglonej starej Europie. Jego wokal, ciepły, czysty i niezwykle plastyczny, unosi się nad instrumentami niczym duch nad leśnym uroczyskiem niosąc ze sobą głęboko poetycki romantyzm. Tradycyjne instrumentarium folkowe zostało wzbogacone o dworskie barwy fletów, aksamitne brzmienie wiolonczeli, krystaliczne uderzenia wibrafonu i orkiestrowe dzwonki. To nie jest surowy, garażowy folk – to misternie skomponowana kameralistyka. W tle tych quasi średniowiecznych pieśni pobrzmiewają tajemnicze dźwięki Mooga nadając im mistycznego charakteru.

Wszystko co na tej płycie to złoto. Sielskie, czasem tajemniczo piękne kompozycje łączą mistykę, arturiańskie legendy i zachwyt nad życiem z idealnie wyważonymi akcentami kameralnymi. Choć album płynie niczym rzeka niespiesznie wijąca się przez obszar dzikiej przyrody, kryje w sobie momenty potężnego napięcia. Otwierający to misterium utwór tytułowy wprowadza nas w stan głębokiej medytacji. Będący oniryczną ucieczką od rzeczywistości „Upon The Wings Of Gabriel” i melancholijna baśń „A Tale Of A Crimson Knight” to mocne kawałki acid folku – tych utworów nie może przegapić żaden fan psychodelii.  „Salvation Song” mógłby znaleźć się na wczesnym albumie Tima Buckleya. Mimo że nie jest mu pochodny przekazuje ten sam rodzaj emocji; z kolei „Be Alive” to afirmacja życia w barokowym stylu. Ale prawdziwym sercem albumu jest mroczny, monumentalny, ponad ośmiominutowy „Midnight Carnival”. To hipnotyczny, transowy spektakl o jedności i chaosie, w którym sielska atmosfera gwałtownie gęstnieje, ustępując miejsca niepokojącej, niemal pogańskiej ekstazie i dźwiękowej iluminacji.

Album „Of Wondrous Legends” nie jest zwykłym archiwalnym znaleziskiem. To kompletne, organiczne dzieło sztuki, które rzuca wyzwanie czasowi i fizyce. Brzmi tak, jakby zostało zarejestrowane poza historią – jest kruche, a jednocześnie niezwykle odporne na przemijanie. Porównuje się je do zespołów i artystów z tamtej epoki jak Pearls Before Swine (szczególnie płyta „The Use Of Ashes”), The Left Banke (ze względu na barokowo popowe aranżacje), Tima Buckleya, Shawna Phillipsa, czy wczesnego Nicka Drake’a. Trudno więc zrozumieć dlaczego w epoce tak wspaniała i niesamowita rzecz została odrzucona i niemal wymazana z kart historii muzyki?! Dziś to nie tylko pozycja godna polecenia, ile bezcenny, odnaleziony po latach święty Graal.

Warto odnotować, że w 2015 roku Stephen Titra i członkowie O.W.L. pojawili się na płycie „Day Of Light” Constantine’a Hastalisa. Autorem baśniowej okładki był Titra, a sam album był jednym z moich odkryć tamtego roku.

11 komentarzy do “O.W.L. (1971) – Święty Graal amerykańskiego acid folk rocka.”

  1. Coś pięknego ! Brak mi słów. Album jest mi znany i podziwiany od dawna. To coś takiego, że wciąż chce się wracać. Klimaty Pearls Before Swine.

  2. Jak się okazuje w 2026 roku można poczuć dreszcz emocji słuchając tego niezwykłego albumu. Byłem przekonany, że nic mnie już nie zaskoczy w temacie folk rocka tamtych lat, a okazuje się, że wciąż są rzeczy, o których najstarszym filozofom się nie śniło. Brawo za jego przypomnienie!

  3. Przeczytałam (kolejny świetny tekst!), a teraz słucham, słucham i… nie mogę się nasłuchać. Bez zgiełku przesterowanych gitar, ciężkiej perkusji, basu odbijający nerki… cudo! Wyjątkowa płyta z pięknymi aranżacjami i spokojnym, intrygującym wokalem, za którą wypada tylko gorąco podziękować ❤️

  4. Aż trudno uwierzyć, że ten muzyczny klejnot został niemal zapomniany. Piękne zaprojektowane kompozycje nad którymi unosi się uwodzicielsko boski wokal pokazuje ile ta epoka wiele ciekawego miała do zaoferowania. Przyznam, że od kiedy znalazłem ten blog z niecierpliwością czekam na kolejne Pana artykuły z muzycznymi perłami.

  5. Zbyszku, może takie cudeńko jak „J.K. & Co. – Suddenly One Summer”. Album nagrany w roku 1968 przez 15-latka.

    1. Janusz, jak mogłoby zabraknąć i tego cudeńka. Będzie, ale nie obiecuję, że prędko. Kolejka długa… 😊

  6. Niesamowite,słuchając większości tego albumu w życiu bym nie pomyślała że to amerykańskie dzieło. Jest piękny … super że mogłam go poznać 🙂
    A ja muszę powiedzieć że wchodząc tu co jakiś czas czuję się jakbym rozpakowywała coraz to nowe prezenty niespodzianki 🙂

  7. Zbyszku, dzięki tej recenzji, posłuchałem wreszcie tego albumu, który przewijał się na mojej liście od dobrych kilku lat. Ale go nie posłuchałem i o nim zapomniałem aż do teraz. Kurczę, jak wiele bym stracił. Ja się w ogóle nie spodziewałem, że on jest aż tak dobry, tak nastrojowy od początku do końca, bez słabych momentów. Dawno żadna stara rzecz mnie tak nie zachwyciła. Jeszcze raz dzięki za wstawienie tej perełki i może niedługo podzielisz się z nami opisem płyty Synanthesia, może nie tak dobrej, ale również wartej poznania. Pozdrawiam.

    1. Paweł, zgadzam się – Synanthesia warta jest poznania i cieszę się, że o niej wspomniałeś. Kiedyś nawet przymierzałem się, by przybliżyć ich jedyną płytę. Z różnych powodów pomysł odłożyłem „na później” i… trochę o nim zapomniałem. Teraz widzę, że w końcu muszę się za nią zabrać 😊

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *