Są albumy, które powstają po to, by podążać za duchem swoich czasów. Są też takie, które odwracają się od współczesności i wyruszają na poszukiwanie świata dawno utraconego. „Day Of Light” należy właśnie do tej drugiej kategorii. Nie brzmi jak płyta nagrana w XXI wieku. Raczej jak ręcznie iluminowany manuskrypt odnaleziony na zakurzonej półce starej biblioteki, gdzie pomiędzy kartami wciąż pachnie mchem, kadzidłem i drewnem starych instrumentów.
Constantine Hastalis. Prawdopodobnie niewielu słyszało o tym znakomitym, amerykańskim multiinstrumentaliście greckiego pochodzenia od dzieciństwa mieszkającym w Chicago. Muzyk zdaje się akceptować swoje podwójne dziedzictwo: z jednej strony amerykańskie, z drugiej europejskie. Mało kto wie, że ma jedną z najbardziej imponujących kolekcji płyt, głównie z lat 60 i 70-tych, w której znaleźć można rarytasy przyprawiające ból głowy niejednego poważnego kolekcjonera oryginalnych winyli. Bezgraniczna miłość do tamtych lat widoczna jest w jego kompozycjach, które nagrywa razem ze swoimi muzykami pod nazwą Constatine. Ten zespół, lub jak kto woli projekt, porusza się po wysoce referencyjnym, celowo „staromodnym” wszechświecie nawiązując do ekscentrycznych zespołów takich jak Comus, czy Incredible String Band i ożywiając psychodeliczny folk, przy czym słowo „psychodeliczny” to idiom, z którym jeśli się zadziera, to zadziera się na zawsze. Ale Hastalis nie próbuje wymyślać psychodelii od nowa. Oddaje jej hołd z pokorą i miłością skromnego rzemieślnika. Inspiracje brytyjskim acid folkiem przełomu tamtych lat są tu oczywiste, lecz nigdy nie zamieniają się w bezmyślne kopiowanie. To muzyka zrodzona z fascynacji dawnymi mistrzami, ale przepuszczona przez własną wyobraźnię. Można się o tym przekonać słuchając drugiej płyty, „In Memory Of A Summer Day”, z 2020 roku, która zawiera wszystkie oczekiwane składniki psychodelicznego folku: średniowieczną obsesję widoczną na okładce, indyjskie brzmienia i teatralną narrację. Słuchając jej łatwo można sobie wyobrazić młodego Constatnine’a pochłoniętego lekturą „Silmarilion”, szukającego Toma Bombadila na rogach ulic, czy walczącego z papierowymi smokami na szkolnym podwórku. Wyobrazić sobie wyobcowanego małego chłopca zanurzonego w wyimaginowanym świecie będącym przedłużeniem jego samotnych wędrówek. Niewątpliwie muzyka pozwalała mu potem osadzić te samotne wędrówki w bardziej namacalnej rzeczywistości i dzięki poszukiwaniu tej empatii „Wspomnienie letniego dnia” tak głęboko mnie poruszyła… Wybiegłem nieco w przyszłość, bo zanim poznałem „In Memory…” najpierw zachwyciłem się wydanym pięć lat wcześniej debiutem „Day Of Light”. W jego nagraniu uczestniczyli muzycy związani z zespołem O.W.L. na czele z jej liderem Stephenem Titra, co dodatkowo wzmacnia autentyczny charakter tej podróży. Titra przyczynił się także do powstania wspaniałej, tolkienowskiej okładki gdzie z tyłu umieścił taki oto tekst: „Podążaj za dźwiękiem fletów i dzwonków snu mijając wierzby, daleko za wzgórzem. Stąpaj leśną ścieżką, gdzie królowie i magowie kryją się w drzewach. Strzeż się mroku lasu i ciesz się żywymi kolorami ziemi; klawesyny i mellotrony będą twoimi przewodnikami. Wędruj, aż dzień zniknie, zanim nowy nastanie…”
Album zawiera jedenaście oryginalnych kompozycji, w których usłyszymy niesamowitą ilość instrumentów, w tym te, które dziś wydają się zaginione, takie jak sitar i tabla – synonimy muzyki Wschodu i psychodelii w ogóle. Nie ma tu ani jednego przecinka nie na miejscu; wszystko zostało stworzone z tak wielką dbałością o szczegóły, że wydaje się niewiarygodne, że to dzieło początkującego artysty. Pierwotnie krążek został wydany w limitowanym nakładzie trzystu sztuk, dopiero później doczekał się szerszej reedycji. Już otwierające „(Into The Land) That Time Forgot” nie jest zwykłym wstępem. To uchylone drzwi prowadzące do krainy, gdzie czas płynie inaczej. Wystarczy kilkadziesiąt sekund, by słuchacz porzucił codzienność i przekroczył niewidzialną granicę między jawą, a snem. „The Trip (Parts I & II)” rozwija skrzydła niczym opowieść o mistycznej pielgrzymce. Nie chodzi tu o psychodelię rozumianą jako hałaśliwy eksperyment. To podróż wewnętrzna, prowadzona przez sitar, mellotron, flet, niebiańskie głosy, subtelne organy i delikatnie pulsującą sekcję rytmiczną. Kompozycja oddycha spokojem, pozwalając każdemu motywowi rozkwitnąć bez pośpiechu… „Egyptian Days” wnosi orientalny odcień. Nie jest to jednak egzotyka dla samej egzotyki. Wschodnie ornamenty stapiają się z folkową melodyką, tworząc pejzaż przypominający stare legendy opowiadane pod rozgwieżdżonym niebem pustyni. Maleńkie „Song Of The Seven Willows” przypomina muzyczny szkic wykonany cienkim pędzlem. Krótki, wręcz eteryczny, pozostawia po sobie więcej ciszy niż dźwięków. To jedna z takich miniatur, które wydają się zbyt krótkie tylko dlatego, że chciałoby się zostać w tym świecie znacznie dłużej. Więcej energii wnosi „On Through The Ages” z żeńskim wokalem przypominającym Annie Haslam. Psychodeliczny folk spotyka tu progresywną wrażliwość, a kolejne instrumenty budują kompozycję z niezwykłą cierpliwością. Nic nie dzieje się przypadkiem; każdy akord nie tylko wydaje się częścią większej opowieści, ale nim jest.
Centralną część albumu tworzą „Fountains / Reflections”, „Voyage Of The Crystal Bird”, oraz „Forest Path” – trzy utwory przypominające kolejne rozdziały tej samej baśni. Pierwszy odbija się niczym tafla spokojnej wody, drugi unosi słuchacza wysoko ponad ziemię, trzeci prowadzi przez gęsty las, w którym za każdym drzewem może czekać zarówno światło, jak i cień. To właśnie tutaj najpełniej objawia się talent Hastalisa jako aranżera. Flety, mellotron, klawisze, instrumenty strunowe i subtelna perkusja splatają się w niezwykle bogatą, lecz nigdy przesadnie zagęszczoną tkankę dźwiękową. Powracające „(Into The Land) That Time Forgot Pt. II” działa niczym oddech przed finałem. Krótkie przypomnienie motywu otwierającego zamyka się muzyczną klamrę. Najbardziej rozbudowaną emocjonalnie kompozycją pozostaje „Rania”, która rozwija się powoli, z niemal filmową dramaturgią. Zaczyna się delikatnie, lecz z każdą minutą nabiera siły, by zakończyć się pełnym psychodelicznego rozmachu finałem. Bez wątpienia jeden z najjaśniejszych punktów całego albumu. Na końcu pojawia się utwór tytułowy. Nie kończy albumu efektownym wybuchem. Przeciwnie – pozostawia słuchacza z poczuciem zadumy. To pieśń o świetle rozumianym nie jako triumf nad ciemnością, lecz jako nieustannie obecna siła życia i śmierci, miłości i przemijania. Zamiast postawić kropkę, Hastalis zostawia otwarte drzwi. Jakby chciał powiedzieć, że każda podróż kończy się jedynie po to, by mogła rozpocząć się następna.
Są albumy, które z biegiem lat bledną, bo były związane z chwilową fascynacją. Natomiast płyty takie jak „Day Of Light” dojrzewają razem ze słuchaczem. Po latach odkrywa się w nich nie nowe melodie, lecz nowe znaczenia. Cisza między dźwiękami zaczyna mówić równie wiele jak same kompozycje. To jest jedna z tych płyt, których nie tyle się słucha, ile w nich przebywa. Jej największym osiągnięciem pozostaje atmosfera. Nie ma tu ani jednej nuty, która próbowałaby imponować techniką. Wszystko podporządkowane jest budowaniu świata – świata pełnego lasów, średniowiecznych zamków, mgieł, dawnych wierzeń i dziecięcej wyobraźni. To muzyka, która nie spieszy się do celu, bo sama droga jest jej najważniejszym bohaterem. W obecnej dobie, gdy wiele albumów walczy o uwagę słuchacza głośnością i natychmiastową atrakcyjnością, Constantine proponuje coś odwrotnego – cierpliwość.
„Day Of Light” nie zdobywa serca od pierwszych sekund. Ono otwiera się przed nim stopniowo, niczym ścieżka prowadząca coraz głębiej w zaczarowany las. Ale to nie tylko znakomity acid folkowy album. To list miłosny do całej muzycznej epoki, napisany z ogromną kulturą, wyobraźnią i szacunkiem dla tradycji. To także niezbity dowód na to, że psychodelię można wynieść do rangi sztuki na wysoki poziom. Album, który przypomina, że czasem niezapomnianą podróż można odbyć nie ruszając się z miejsca. Wystarczy założyć słuchawki, przymknąć oczy i pozwolić, by poprowadziły nas dźwięki. I tylko tyle. Skorzystajmy z tej okazji – kolejna może nam się nieprędko trafić.



To folkowe arcydzieło pojawiło się znikąd i jak się okazuje można się nim ekscytować także dzisiaj. Mam wszystkie płyty Constantina choć trudno je zdobyć. Szkoda, że tak rzadko je wydaje.
Przeniosłam się w ten baśniowy świat i odpłynęłam. Poczułam zapach paczuli, dym z dogasającego ogniska, mgłę unoszącą się nad górskim strumieniem, miękki mech pod stopami… Moje klimaty, moja bajka. Dziękuję ❤️
Nie jest to innowacyjny album, ale zawiera tak piękne utwory, że zapierają dech w piersiach.
Płyta dobrze zagrana i dopracowana w najmniejszych szczegółach. Brzmienie jest zdecydowanie psychodeliczne, w najczystszym tego słowa znaczeniu, z nutą angielskiego acid folku. Pierwsze przesłuchanie przywodzi na myśl mroczne arcydzieło Marka Fry’a „Dreaming With Alice” – święty Graal dla wielu kolekcjonerów i to jest ten sam wysoki poziom. Chyba to nie przypadek, że Constantine pochodzi z Chicago, miasta, które widziało w swoich szeregach tak znaczące zespoły jak The Shadows Of Knight, H.P. Lovecraft i wielki, zapomniany Ultimate Spinach.
„Dreaming With Alice” …. na samą myśl o tym arcydziele przechodzą mi ciarki po plecach. Tak się czułem, gdy przesłuchałem ją po raz pierwszy.
Piękny album. Po tylu latach słuchania i zbierania płyt zawsze znajdzie się coś do odkrycia.