ROCK ISLAND (1970); TROYKA (1970); HAIRY CHAPTER (1971).

Trzy zespoły z trzech różnych krajów, które miały jedną wspólną płaszczyznę – grały ciężkiego rocka w niezwykle ciekawym dla nich okresie, czyli na początku lat 70-tych. Odkrywanie początków takiego grania zawsze jest ekscytujące. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie.

ROCK ISLAND „Rock Island” (1970).

Pochodzący z Filadelfii (nie z Chicago jak podają niektóre źródła) kwintet Rock Island powstał w 1969 roku i zanim jego skład się ustabilizował zmieniał się praktycznie co tydzień. Nie mniej jego trzon od początku opierał się na trzech filarach. Byli to: gitarzysta Mark Kennedy, wokalista o potężnym głosie BJ Taylor i perkusista Frank Schallis – wszyscy wcześniej grali w zespole The Many Few. Na stałe do tej trójki dołączył grający na klawiszach Cobb Bussinger zapewniając wsparcie dla gitarowych riffów Kennedy’ego, oraz basista Tony Curcio. Dzięki występom w lokalnych klubach i plenerowych koncertach szybko zyskali popularność i całkiem pokaźną rzeszę oddanych fanów. Z nagranym demo zawierającym cztery utwory ruszyli do Nowego Jorku, gdzie obdzwaniali wszelkie możliwe wytwórnie płytowe licząc, że ktoś się nimi zainteresuje. Tym „ktosiem” okazał się producent Jeff Hest ze stosunkowo nowej wytwórni Project 3 Records, z którym podpisali z kontrakt. Wydany w 1970 roku singiel „Babe, I’m Gonna Leave You” odniósł sukces na Środkowym Zachodzie, oraz w kilku krajach Europy. Z gorącym przyjęciem spotkała się też duża płyta, która do sklepów trafiła dwa miesiące później. Zespół gra na niej solidnego hard rocka podszytego ciężkim bluesem i psychodelią. Nie jest to arcydzieło gatunku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Spośród dwunastu utworów moją uwagę zwróciły takie nagrania jak „Blue, Blue Lady” z miażdżącą linią basu i zaskakującymi harmoniami wokalnymi dające popalić CS&N; rockowa ballada „When I Was A Boy” nieoczekiwanie podążająca w jazzową stronę; niepokojący, choć zapadający w pamięć „Hard And Never Easy”, w którym gitarowe solówki mają klimat southern rocka, czy napędzany gustownymi organami i świetnym gitarowym riffem „Won’t You Stay Another Day”. Jest tu (a jakże!) „Babe, I’m Gonna Leave You”, znakomity „Runnin’ Through My Mind” ze wspaniałym gitarowym solem, a także ośmiominutowy blues rockowy kiler „Blues” z szalejącym Hammondem!

W maju 1970 roku, gdy zespół był u szczytu formy doszło do masakry na Uniwersytecie Stanowym w Kent podczas pokojowej manifestacji przeciw wojnie w Wietnamie, w której czterech studentów zginęło, a dziewięciu zostało rannych w wyniku ostrzału przez Gwardię Narodową. To wydarzenie spowodowało, że wiele uniwersytetów i szkół wyższych odwołało letnie koncerty, w tym te z udziałem Rock Island. Pozbawieni występów muzycy zaczęli powoli odchodzić z zespołu, zmiennicy okazali się zwykłymi rzemieślnikami przez co Rock Island stracił impet i kierunek aż w końcu został rozwiązany jeszcze tego samego roku. Dwa lata później Kennedy,  Bussinger i Schallis powołali formację Rain wydając dość przeciętną soft rockową płytę z elementami folku po czym ich drogi się rozeszły.

TROYKA „Troyka” (1970).

W nieustającym przypływie północnoamerykańskiego rocka psychodelicznego niewiele płyt było tak odważnie dziwnych, pomysłowych i całkowicie wyjątkowych jak „Troyka”, jedyny album z 1970 roku power tria o tej samej nazwie. Wydany przez wytwórnię Cotillion należącą do Atlantic i długo niedostępny (reedycja dopiero w 2014 roku) to pokręcone arcydzieło zrodzone z kontrkulturowego buntu, które rozciąga się na granicy wschodnioeuropejskiego folku, progresywnego rocka i ciężkiej psychodelii. A wszystko to wykonane z frenetyczną energią zespołu, który dokładnie wiedział, co robi, nawet gdy nikt inny tego nie wiedział.

Trio powstało w Edmonton, gdzie mieszkała liczna ukraińska społeczność kanadyjska. Zespół zrodzony z popiołów The Royal Family, który w 1965 roku wydał dwa beatowe single składał się z gitarzysty Roberta Edwardsa, perkusisty Michaela Richardsa i basisty Rona Lukawitskiego (później znanego jako Rumor Lukawietsky). Samodzielnie wyprodukowane demo trafiło w ręce nowojorskiego producenta Shela Kagana. Szefostwo z Atlantic Records zgodziło się wydać je na dużej płycie w satelitarnej wytwórni Cotillion. Chociaż zespół miał mieszane uczucia co do ostatecznego miksu i zdjęcia na okładce, umowa została zawarta. Longplay został wydany w marcu 1970 roku bez rozgłosu i reklamy. Określić go mianem psychodelicznym byłoby zbyt daleko idącym ograniczeniem. Owszem, jest progresywny, ale nie w sensie klasycznego brytyjskiego progu. Jest ciężki, ale nie metalowy. Etniczny, ale nie nowatorski. To, co Troyce udaje się osiągnąć, jest czymś zupełnie innym, ale też przemyślanym. Nie ma tu ani jednego nudnego kawałka. Utwory takie jak „Natural” i „Berry Picking” kipią funkowymi rytmami, absurdalnymi aluzjami seksualnymi i szorstkim wokalem, który brzmi jak naganiacz z wesołego miasteczka zapowiadający różne atrakcje. Zwariowana rymowanka „Rub-A-Dub-Dub Troyka In A Tub” wykrzykiwała ukraińsko-angielskie zaczepki z rozmytym basem i surrealistycznymi gitarowymi zagrywkami. Hiper bluesowy „Rolling Down The Back Road” kroczy z surową mocą i swobodą godną MC5: roztopione fuzzowe solówki Edwardsa, chodzący chłodny bas Lukawietsky’ego i gardłowy ryk Richardsa przywodzą na myśl duszne, piwniczne jam sessions, gdzie psychodeliczny chaos łączy się z proto speed metalem. W innym miejscu zespół całkowicie zmienia oblicze: „Dear Margaret” to żałobna pieśń miłosna, w której Richards śpiewa po ukraińsku, a Edwards gra na mandolinie, „Early Morning” oferuje delikatną, folkową psychodelię z marzycielską gitarą, a zamykający płytę „Go East Young Man Beautiful Pink Eyes” łączy progresywny rozmach z dzikimi solówkami wah-wah i folkowymi ozdobnikami Dołączony do późniejszych reedycji bonusowy „The Wedding Song” to szczery do bólu numer o emocjonalnej głębi.

Troyka to nie tylko relikt wczesnych lat 70-tych. To dokument surowej, nieustraszonej i wywrotowej sztuki z czasów, gdy rock wciąż odkrywał swoje granice. Do dziś pozostaje jednym z najgenialniejszych kanadyjskich debiutów – płytą, która mogła powstać tylko na ośnieżonych preriach, w piwnicznym studiu u trzech słowiańsko-kanadyjskich wizjonerów, którzy nie mieli nic do stracenia. Swego czasu był to dla mnie absolutny kiler, którego słuchałem na okrągło przez wiele tygodni i do którego z wielką przyjemnością wracam co jakiś czas.

HAIRY CHAPTER „Can’t Get Through” (1971).

„Can’t Get Through” to jedna z moich ulubionych niemieckich płyt wczesnych lat 70-tych, która powinna znaleźć się w kolekcji każdego fana ciężkich brzmień. Magazyn „Laser’s Edge” nazwał ją kiedyś „Nieokiełznaną gitarową rozpustą” i byłoby z mojej strony skrajnym nietaktem nie przyznać mu racji. Idąc podobnym tokiem myślenia niedocenionemu bohaterowi gitary jakim był Harry Titlbach należałoby nadać mu pośmiertny tytuł „Herosa Gitary”. Każdy jego gorący lick wyciśnięty jest z czystej desperacji; jakby słyszał tykający zegar swej śmiertelności. I nieważne, czy są to bluesowe piski w stylu Paula Kossoffa, czy urocze podejście do funku jego gra przyprawia o szybsze bicie serca. Ale zanim Hairy Chapter zostali w 1971 roku długowłosymi rockmenami rok wcześniej nagrali przeciętny, garażowo-funkowy krążek „Eyes”. Wraz z wysypem ciężkich płyt, z „leniwego” zespołu przekształcili się w dumną kastę wojowników Guitar Army z barbarzyńskim planem podbicia wciąż podzielonych Niemiec, a może i całej Europy. Zniknęły rzewne struktury, delikatne solówki, wokalne harmonie. W zamian pojawiły się długie i misternie zaaranżowane serie porywającego szaleństwa wyrywające dywan spod stóp słuchaczy rzucając ich w dźwiękowe podziemne tunele. Być może wpływ na to miało pojawienie się producenta, Dietera Dierksa, który dał sygnał, że to może być ich czas, ich moment. To on uwolnił psychodeliczną bestię i okiełznał ją na tyle, by pomóc im osiągnąć postmodernistyczne, rock and rollowe szczyty szaleństwa. Miks jest gwałtowny, elektryzujący i brzmi jak żywy: ciężkie gitary Titlbacha na pierwszym planie, przesterowany bas Rudolfa Oldenburga,  perkusja Wernera Fausawa stylu Mitcha Mitchella i desperacki, pełen bólu wokal Harry’ego Unte. Choć nie jest to album pełen ciężkich riffów, ma swoje atuty – mnóstwo nieokiełznanych solówek gitarowych i fajnych, mrocznych rytmów z nieoczekiwanymi zmianami kierunku. „Can’t Get Through” wydaje się być krwawą, maniakalną kombinacją pierwszej płyty Funkadelic, oraz albumów takich jak „Love It To Death Alice Coopera, „dwójki” Led Zeppelin, i „Yeti” Amon Duul II. I to w zasadzie podsumowuje istotę tego krążka.

„There’s A Kind Of Nothing” rozpoczyna się od czegoś, co zaczyna się jak dość prosty, zeppelinowy utwór. Nie powala, a mimo to miło się go słucha. Myślę, że to zasłona dymna, by nie wystraszyć potencjonalnego, nic niepodejrzewającego odbiorcy, bo już następny, prawie jedenastominutowy „Can’t Get Throught” zaczyna się od szalonego, aroganckiego wokalu Harry’ego Unte, którego punkowe wersy jak „”Rzeczywistość musi umrzeć”  i „Moja edukacja nigdy nie pozwoli mi być wolnym” stały się hasłami młodego niemieckiego pokolenia. Utwór skłania się bardziej ku metalowi niż prog rockowi. W każdym razie bliżej mu do Rush, niż Gentle Giant. Interakcja gitar i perkusji jest epicka, a potężne psychodeliczne metalowe riffy są wisienką na torcie.  Bardzo fajnie wpasowała się tu harmonijka ustna głównie dlatego, że zespół nie udaje, że wpada w bluesa, ale nurkuje w głębiny psychodelii i progresywnego grania. Dieter Dierks był prawdziwym demonem konsolety siejąc postrach wśród miłośników bawarskich szlagierów. Jednak moim ulubionym utworem (i to nie dlatego, że przypomina mi wczesne Budgie) jest ośmiominutowy gigant, „It Must Be An Officer’s Daughter”. Zespół wchodzi tu na głęboką wodę. Krótki, hałaśliwy wybuch na początku szybko przechodzi w blues rockową część, w której Harry Unte chce uprawiać seks przez całą noc. Każdy kto poczuł ciary na plecach słuchając „Green Manalishi” Petera Greena zesztywnieje i zblednie na myśl o seksualnej obsesji jakiej w tym utworze doświadcza wokalista. Kolejne nagranie, ” As We Crossed Over” dowodzi jak kompletnie niekonwencjonalny jest to zespół. Gotycki chóralny wokal i solo na trąbce piccolo ilustrują historię o przedarciu się do Zaświatów. Albo przez Mur Berliński. Albo jedno i drugie. Jest w tym trochę Bowiego z „Man Who Sold The World”, trochę krautrocka, ale tak szczerze, trudno przypisać go do konkretnego gatunku… „You’ve Got To Follow This Masquerade” kontynuuje serię świetnych tytułów kończąc album niemal tak, jak się zaczął – pozornie prostym klasycznym rockerem. Robi to jednak z chytrym przymrużeniem oka albowiem  zakończenie czymś tak prostym jest bardziej zagadkowe i, w pewnym sensie, progresywne niż cokolwiek innego, co mogli zrobić. Ale to nie jest subwersywny trolling, ani ironia – to znakomity rocker, a Hairy Chapter znał jego wartość równie dobrze, jak wartość progresywnej eksploracji. Sabbathowe riffy przeplatają się tu z bardziej surowymi fragmentami Led Zeppelin, które nagle urywają się po około czterech minutach, pozostawiając słuchacza z pytaniem, „Co do ch…?” Jak dla mnie to jeden z niesłusznie zapomnianych albumów tamtej epoki łączący blues rock i piękny noise z krautrockiem

Hairy Chapter był krótkim rozdziałem w wielkiej księdze niemieckiego rocka i jak wiele innych zespołów próżno czekał na swój moment. Trafnie skomentował to Dag Erik Asbjornsen w swojej wspaniałej książce „Cosmic Dreams At Play” pisząc o nim: „Byli jednym z tych krzyczących głupców obniżających IQ, których ludzie nigdy nie będą mieli dość.”  No właśnie!

PS. Zarówno „Eyes” jak i „Can’t Get Through” dostępne są na jednej płycie CD, która ukazała się nakładem wytwórni Second Battle. Ten sam skład wydał w 1970 roku album „Electric Sound For Dancing” pod nazwą The Chaparall Electric Sound Inc, ale ta płyta od dawna jest nieosiągalna.

5 komentarzy do “ROCK ISLAND (1970); TROYKA (1970); HAIRY CHAPTER (1971).”

  1. Świetna robota z tymi recenzjami. Podoba mi się to. Jako „stary pierdziel” słucham takich zespołów od dekad i zaszczepiam ją teraz swoim wnukom. Tak trzymać!

  2. Hairy Chaptel i jego okładka – rewelacja! Harry Unte był świetnym wokalistą. Szkoda, że tak szybko zszedł ze sceny.

  3. Troyka – perła! Nazwa obiła mi się kiedyś o uszy, ale myślałem, że to coś z byłego ZSRR i nawet nie starałem się tego znaleźć. Z kolei Rock Island pomimo różnorodności brzmi wyjątkowo spójnie. No, a Hairy Chapter powala – szkoda, że płyta jest taka krótka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *