Początek lat 70-tych był tak płodnym okresem dla brytyjskiego undergroundowego folku, że wiele znakomitych albumów zdołały umknąć uwadze. Płyta „Dreaming With Alice” pierwotnie wydana w 1972 roku należy do tych, które z biegiem lat urosła do rangi legendy gatunku. To typ albumu bardziej przeżywany niż słuchany – delikatny, pełen dziecięcej wyobraźni, psychodelicznej poezji i melancholii; podobny do tego co Incredible String Band nagrał w tym samym czasie. Mark Fry, mający wówczas dziewiętnaście lat, nagrał go podczas pobytu we Włoszech, gdzie studiował malarstwo.

Urodzony i wychowany w Essex był przede wszystkim artystą malarzem. Jego obrazy skłaniały się ku abstrakcji, która tak jak muzyka ma taką samą formę. W jego duszy te dwie struny biegły równomiernie. W malarstwie był pod wpływem futurystycznych idei; w muzyce fascynował go folk i glam rock. Laura Papi, przyjaciółka rodziny słysząc jego piosenki zachęciła go do nagrania albumu. Jesienią 1971 roku wspólnie wybrali się do Rzymu, gdzie udało im się dostać na przesłuchanie we włoskim oddziale RCA. Chłopięcy śpiew i niewinny wygląd oczarował przesłuchującą go komisję. Mark wyszedł stamtąd z kontraktem z IT Dischi, małym oddziałem RCA. Sprawy zaczęły się komplikować, gdy okazało się, że studio i producent dalekie są od przyjętych standardów. Realizator dźwięku, pasjonat wędkarstwa bardziej zainteresowany był łapaniem ryb na muchy niż nagrywaniem. Mark Fry: „Kiedy zapalało się czerwone światło i zaczynałem grać, kładł nogi na mikserze i znikał za podręcznikiem wędkarskim.” Na szczęście dzięki kilku anonimowym szkockim muzykom, którzy mieli prowizoryczne studio w rzymskiej piwnicy udało im się nagrać całość składającą się na „Dreaming With Alice”. Anonimowi wówczas muzycy okazali się członkami zespołu Middle Of The Road, którego pamiętany z takich hitów jak „Yellow River”, „Sacramento”, „Soley, Soley”, „Chirpy Chirpy Cheep Cheep”… Praca w domowym studiu z dwoma czterościeżkowymi magnetofonami szpulowymi, pozwoliło Markowi na połączenie wizji w onirycznym, zwiewnym stylu. Wytłoczona w niewielkim nakładzie płyta z okładką, na której widać go z młodszym bratem Wild’em początkowo przeszła bez echa i w zasadzie poza jego twórcą dla wielu pozostała nieosiągalnym arcydziełem. Trzy dekady później ponownie odkryta stała się jednym z najcenniejszych dzieł brytyjskiego psychodelicznego folku.

Niektóre płyty przypominają pamiętnik. Inne są niczym zbiór opowiadań. „Dreaming With Alice” jest snem – snem, którego logika nie poddaje się rozumowi lecz intuicji. Mark Fry nie opowiada historii w tradycyjnym sensie. Buduje raczej świat utkany z symboli, dziecięcych skojarzeń, literackich odniesień i psychodelicznych obrazów, w którym rzeczywistość przenika się z fantazją równie naturalnie jak światło z cieniem. To mistyczny trubadur, którego stonowany styl przypomina dym z fajki Gąsienicy z „Alicji w Krainie Czarów”. Zresztą już sam tytuł przywołuje nieuniknione skojarzenie z Alicją Lewisa Carrolla. Jednak Fry nie adaptuje klasycznej baśni. Tworzy własną Alicję – bardziej eteryczną niż konkretną, będącą uosobieniem utraconej niewinności, młodości i wyobraźni. Powracające pomiędzy utworami krótkie fragmenty tytułowej kompozycji działają niczym kolejne strony poetyckiego pamiętnika, lub ścieżki odnajdywane podczas wędrówki przez zaczarowany las. Ale co by nie mówić największą siłą tego albumu są teksty. Fry nie tworzy klasycznych narracji. Posługuje się obrazami przypominającymi senne wizje, gdzie samotna Kleopatra może siedzieć przy świątecznym cieście, Salome pojawia się na szklanej górze, a historyczne i literackie postacie spotykają się poza czasem. Nie chodzi tu jednak o surrealizm dla samego efektu. Te obrazy symbolizują przemijanie, samotność i tęsknotę za światem dziecięcej wyobraźni, który nie zna jeszcze granicy między prawdą a fantazją. Każda metafora zdaje się otwierać kolejne drzwi zamiast je zamykać.
Muzyka jest równie ulotna jak teksty. Bardziej malowana niż komponowana. Malownicze melodie zabierają nas w podróż na angielską wieś w łagodny wiosenny poranek do baśniowego świata. W tym kolorowym śnie można się zagubić tak bardzo, że nie chce się wracać do szarej rzeczywistości. Ta muzyka grzeje jak płomień miłości w sercu. Akustyczna gitara stanowi fundament całego albumu, lecz wokół niej wyrastają delikatne flety, lutnia, mandolina, ozdobniki grane na sitarze, subtelne pogłosy i psychodeliczne efekty studyjne. Wszystko zostało nagrane z niezwykłą oszczędnością, pozostawiając dużo przestrzeni dla ciszy. Ta cisza jest równie ważna jak dźwięki. Głos Frya nie imponuje skalą ani techniką. Jest kruchy, niemal szeptany, jakby bał się zburzyć delikatny świat własnych wizji. I chyba dzięki temu wszystkie piosenki brzmią niezwykle intymnie, a każdy kolejny wers jest jak nowy fragment snu prowadzący coraz głębiej do świata Alicji. Takie traktowanie piosenek zmienia „Dreaming With Alice” z dobrego folkowego albumu w mityczny acid folkowy kamień węgielny wszelkiej psychodelii oscylując gdzieś pomiędzy erotycznym mistycyzmem Donovana, a leśną paranoją Comusa.
Płyta zaczyna się od „Dreaming With Alice (Verse 1)”. To pierwsza z ośmiu część motywu rozciągnięta na cały album grana na gitarze akustycznej wspierająca refleksyjną, oniryczną melodię. Ten sen szybko nabiera cech koszmaru wraz z „The Witch”. Pierwsze wielkie arcydzieło albumu. Kompozycja zbudowana na okrągłym riffie gitarowym rozwija się powoli, hipnotycznie, wykorzystując repetycje i subtelnie narastające napięcie. „Czarownica patrzy przez moje okno / Jej zimny oddech zostawia ślad na szybie” – śpiewa Fry, co brzmi jak cicha inwokacja do sukkuba [*] z letniego wieczoru. Bicie serca na bębnie basowym sugeruje palpitacje strachu, podczas gdy gitara basowa dudni głównie na jednej nucie. Improwizacje na sitarze i flecie pomagają poprowadzić ten cudownie urzekający utwór czyniąc go niezbędnym elementem psycho folku. Tekst przedstawia wiedźmę nie jako postać grozy, lecz strażniczkę tajemnicy. To archetyp kobiecej intuicji i natury. Fry nie ocenia swojej bohaterki — pozwala jej istnieć jako część magicznego świata. „Song For The Wilde” to łagodniejsza propozycja dedykowana młodszemu bratu (temu z okładki). Delikatna melodia przypomina muzyczny list napisany z ogromnym szacunkiem. Akustyczne granie palcami wspierane jest przez prymitywne bongosy, a psychodeliczna nuta wyczuwalna jest w podwójnym mocno rozsynchronizowanym wokalu i pojawiającej się na zakończenie gitarze z wah wah. Jedna z najbardziej poetyckich kompozycji, „Roses For Columbus”, w którym Kolumb staje się symbolem odkrywcy nie nowych lądów, lecz ludzkiej duszy opiera się na pięknej, opadającej sekwencji akordów z ładną akustyczną melodią i subtelnym fletem. Róże oznaczają zarówno piękno, jak i kruchość marzeń. Fry zdaje się pytać, czy największe podróże odbywają się naprawdę na mapach, czy raczej we wnętrzu człowieka. Na końcu pojawia się wspaniałe outro, w którym bongosy zaczynają grać bardziej rockowo, bas staje się cięższy, a mruczane głosy nucą bezsłowną melodię. Te same głosy pojawiają się w „A Norman Soldier”. Tytułowy żołnierz nie jest bohaterem wojny. Przeciwnie. Jest zagubionym człowiekiem uwikłanym w historię. Fry pokazuje, że za wielkimi wydarzeniami zawsze stoją jednostki noszące własne lęki i tęsknoty.

„Lute And Flute” jest tu najbardziej pastoralnym fragmentem płyty. Instrumenty stają się równorzędnymi narratorami. Tekst schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca atmosferze przypominającej średniowieczne ogrody i renesansowe miniatury. Melancholijny „Down Narrow Streets” z opadającą melodią, idealnym dwunutowym riffem fletowym i swobodnymi wokalami w całej swojej prostocie jest piękny. Wąskie uliczki są metaforą pamięci. Każdy zakręt prowadzi do kolejnego wspomnienia, a narrator wydaje się szukać miejsca, którego być może nigdy nie było. Utwór cichnie po trzech minutach, ale mógłby trwać trzy razy dłużej. Tuż po nim pojawia się ponad ośmiominutowy „Mandolin Man”. Kulminacja całego albumu. Tytułowy mandolinista jawi się jako wędrowny bard. Ktoś, kto zachowuje opowieści świata i przekazuje je kolejnym pokoleniom. Powolnie rozwijająca się melodia tworzy prawdziwy trans. Instrumenty płyną niczym rzeka, a tekst staje się zaklęciem. Zaczyna się jazzowym riffem w stylu Berta Janscha, a potem nabiera bardziej rockowego charakteru z prawdziwą perkusją, elektryczną gitarą z efektem wah wah i rozciągniętymi harmoniami. Jak dla mnie to jedna z najpiękniejszych kompozycji brytyjskiego acid folku. Ostatnie dwie zwrotki „Dreaming With Alice” stanowią sprytne połączenie biblijnej symboliki z poprzednich zwrotek z samą „Alicją w Krainie Czarów”, ponieważ Salome zostaje porównana do Czerwonej Królowej [**]. Ostatnie słowa zawieszone są na zapętlonym riffie gitary akustycznej, podczas gdy głos Marka pobrzmiewa w tę i z powrotem w spektrum stereo dając ekstremalnie psychodeliczny efekt. Płytę kończy „Rehtorb Ym No Hcram”. Już sam tytuł zapisany wspak („March On My Brother”) zapowiada całkowicie odrealniony finał. Taśma puszczona od tyłu i eksperymentalna forma są jak sen rozpływający się o świcie. To muzyczny odpowiednik przebudzenia kiedy obraz zanika pozostawiając jedynie wspomnienie emocji.
„Dreaming With Alice” nie jest albumem, który imponuje wirtuozerią czy rozbudowanymi aranżacjami. Jego siła tkwi gdzie indziej – w atmosferze. Mark Fry stworzył dzieło niezwykle młodzieńcze, ale zarazem zadziwiająco dojrzałe w swojej poetyce. Jego teksty nie opowiadają historii, lecz otwierają przestrzeń dla wyobraźni słuchacza. Każda piosenka przypomina akwarelę: kilka delikatnych pociągnięć pędzla wystarcza, by powstał świat pełen barw, choć żadna nie jest namalowana wyraźną linią.

Po latach łatwo zrozumieć, dlaczego album osiągnął status kultowy. To jedna z tych płyt, które nie starzeją się bo nigdy nie należały do konkretnej epoki. Ona dryfuje poza czasem i słucha się jej jak starą księgę znalezioną na zakurzonym strychu – z każdą kolejną lekturą odkrywa się nowe symbole, nowe znaczenia i nowe odcienie melancholii. W świecie pełnym hałasu pozostaje cichym szeptem i właśnie dlatego do dziś brzmi tak przejmująco. Trudno znaleźć drugi taki album, na którym dziewiętnastoletni autor potrafiłby z taką naturalnością połączyć psychodelię, angielski folk i poezję inspirowaną Blake’em, Carroll’em, czy Wildem nie popadając przy tym ani w pretensjonalność, ani w naśladownictwo. To dzieło stworzone przez artystę-malarza, który wykorzystał moment swojego muzycznego geniuszu w sposób perfekcyjny.
[*] sukkub – żeński demon z dawnych wierzeń przybierający postać pięknej kobiety, która nawiedzała mężczyzn podczas snu i wysysała z nich wszelkie siły witalne doprowadzając do śmierci… [**] Czerwona Królowa – postać często mylona z Królową Kier, gniewną, impulsywną władczynią z „Alicji w Krainie czarów”. Tymczasem Czerwona Królowa to figura szachowa z drugiego tomu książki, „Po drugiej stronie lustra”, bardziej opanowana, z którą Alicja rozmawiała o zasadach panujących w owym świecie.
Przecudowna płyta! Jestem szczęśliwym posiadaczem remasterowanej reedycji z bonusami. Zastanawiające jest to, że niestety jest wiele takich niezwykłych albumów powstających w przypływie muzycznego geniuszu. Dla mnie takim albumem jest pierwszy i zdecydowanie najciekawszy debiutancki album klawiszowca Camel Pete Bardensa „The Answer”. Tam czuć było jeszcze ducha Camel, ale na kolejnych albumach ten duch gdzieś uleciał. Podobnie było z Markiem Fry. Na wiele lat zamilkł, by już w XXI wieku ponownie wejść do studia. To co z niego wyszło w niczym nie przypominało już Alicji.
Jestem zauroczona muzycznym światem, który Pan eksploruje. Będę z niecierpliwością czekała na nasze kolejne muzyczne spotkanie. Znając Pana dotychczasowe wybory, przeczuwam, że znów będzie to jakaś piękna, trochę zapomniana płyta, która zasługuje na to, by opowiedzieć o niej z czułością. Mark Fry skradł mi dziś serce. Dziękuję ❤️
Arcydzieło psychodelicznej fantazji. Lekka, płynna gitara w utworze „Dreaming With Alice” to wisienka na całym torcie. Każda piosenka Fry’a brzmi ponadczasowo. Szczęka odpadła mi już po pierwszym przesłuchaniu.
Twoje artykuły przypominają mi te z dawnych, ambitnych magazynów muzycznych – pisane z erudycją, ale przede wszystkim z miłością do muzyki. Tak jest też i w tym przypadku. Szacun!
Wspaniały album. Grajcie go latem, wiosną, zimą i jesienią.
Może to, co powiem potraktujesz to jako żart, ale czy wszystkie płyty, które przedstawiasz są naprawdę arcydziełami?
Nie. Nie wszystkie. Ale jeśli czytasz moje recenzje wiesz, że piszę o płytach, które mnie zainteresowały i które pokochałem. Żona powiedziała mi kiedyś, że moja wielka miłość do muzyki sprawiła, że straciłem wszelką wiarygodność nazywając niemal każdy utwór „zaginionym arcydziełem” 😊 To był żart, ale uświadomiłem sobie, że faktycznie jestem takim „generatorem pozytywnych recenzji”.
Intrygujący, przenikliwy, absolutnie jedyny w swoim rodzaju!
Cuda,cuda,cuda,dziękuję Zbyszku,tak bardzo koi,że się zapomina o doczesnym trudnym czasie.
Wiele reedycji nie spełnia moich oczekiwań. To, że ktoś nagrał płytę w nakładzie 20 sztuk nie oznacza, że jest arcydziełem, czy Świętym Graalem. Na szczęście płyta Marka Fry’a jest taka jaką zabrałbym na bezludną wyspę. Moim zdaniem ten klejnot lepiej przetrwał próbę czasu niż niektóre płyty Incredible String Band i wczesnego Donovana.