Oto nowy dodatek do rozdziału o zapomnianych perełkach ciężkiego rocka poświęcony zespołom, dla których osiągnięcie muzycznego Eldorado, tudzież Ziemi Obiecanej szybko się skończyło. Z głębokim żalem powiem, że dla niektórych za szybko. Do kategorii „wspaniałych przegranych” bez wątpienia zaliczyć można brytyjskie power trio o dość enigmatycznej nazwie CWT. Nie jest to żaden akronim, a nazwa starej angielskiej jednostki miary „centweight” (w skrócie cwt), powszechnie używanej w hodowli zwierząt, co odpowiadało około 112 funtom; mówiąc po ludzku było to dokładnie 50,81 kg. Ich jedyny album „The Hundredweight” wydany w 1973 roku przez niemiecki Kuckuck Records pozostaje do dziś fascynującym artefaktem ciężkiego progresywnego rocka z psychodelicznymi i bluesowymi podtekstami niezwykły nie tylko ze względu na muzyczną treść, ale też na okoliczności jego powstania. Nie zgłębiając się w dość tajemniczą historię powiem tylko, że trio zostało utworzone przez perkusistę Colina White’a wywodzącego się ze sceny Cantenbury, który dobrał sobie basistę Petera Kirka i gitarzystę Grahama Jonesa. Początkowo działali pod nazwą Fireweed. Idąc śladami wielu brytyjskich progresywnych i hard rockowych zespołów zadomowili się w Niemczech, gdzie znaleźli bardziej chłonną publiczność. Zapewne ten czynnik spowodował, że płyta jaką wydali tylko w Niemczech przez długie lata była nieznana na Wyspach. Zespołem zarządzał były menadżer The Rolling Stones, Andrew Loog Oldham. Za produkcję odpowiadał Adrian Millar, kolejna znana postać krążąca wokół brytyjskiej sceny heavymetalowej, oraz Cy Payne odpowiedzialny za aranżację instrumentów… dętych. Proszę nie prychać, ani się nie oburzać. To właśnie on jest jednym z kluczy do zrozumienia tej muzyki. Bo gdyby „The Hundredweight” był tylko albumem trzyosobowego zespołu hard rockowego, prawdopodobnie pozostałby jednym z wielu zapomnianych dokumentów epoki. Tymczasem Payne ciężkie brzmienie CWT wzbogacił o wybitną sekcję dętą w duchu Motown rozszerzając dźwiękową paletę daleko poza konwencjonalny schemat hard rocka. Powstała muzyka dziwna, czasem nieco niezgrabna, ale niezwykle charakterystyczna. W muzycznym krajobrazie tamtych czasów płyta była prawdziwą anomalią i pewnie z powodu tej fuzji trio czasami klasyfikowano jako progresywne. Pewną i nie do końca wyjaśnioną tajemnicą jest sprawa wokalisty, którego trio zaangażowało na poczet tego albumu. Nie ma go w opisie oryginalnej płyty. Niektóre źródła podają, że był nim Charlie Jardine przyjaciel Jonesa. Inne wskazują na Bobby Harrisona, który przewinął się przez Procol Harum w początkach działalności. Ktokolwiek nim był zrobił świetną robotę. Jego chropowaty, agresywny, bluesowy głos plasuje się gdzieś między Rodem Eavansem i Chrisem Farlowe’em. Chwilami przypomina mi młodego Dio, choć oczywiście bez jego późniejszej teatralności. I właśnie ten wokal sprawia, że CWT nie brzmi jak jakiś kolejny heavy progowy zespolik.
Zdjęcie na okładce albumu przedstawiające mroczny i ponury obraz nagrobków gotów był przyciągnąć fanów heavy, trash i doom metalu, którzy pojawią się dekadę później. I rzeczywiście – „The Hundredweight” spełnia ich oczekiwania.

Album otwiera „Widow Woman”, który od pierwszych sekund pokazuje, że CWT nie zamierzało bawić się w subtelności. Gitara Jonesa wchodzi ciężko, niemal fizycznie. Jest w niej coś z brytyjskiego blues rocka, ale także z rodzącego się heavy metalu. To nie jest jeszcze metal w znaczeniu, jakie nadały temu słowu Black Sabbath, czy później Judas Priest. CWT pozostaje zakorzenione w bluesie. Ale blues ten został przepuszczony przez wzmacniacz ustawiony na granicy eksplozji. To otwarcie pokazuje, że trio gra swobodnie i z wyczuciem. Wokalista ze swoim chropowatym głosem nie śpiewa z elegancją Roberta Planta, ani z teatralnością Arthura Browna. Jego wokal jest bardziej szorstki, ziemisty, niemal uliczny. A potem pojawiają się dęciaki. I nagle ciężki riff otrzymuje zupełnie inną perspektywę. Brass nie jest tutaj ozdobnikiem. Wchodzi w dialog z gitarą, tworząc coś w rodzaju hard rockowego soulu. To właśnie ta sprzeczność – ciężar gitar i taneczność sekcji dętej będzie jedną z najważniejszych cech całego albumu. Krótko mówiąc, „Widow Woman” jest znakomitym otwarciem: brudnym, mocnym i pełnym charakteru. Tytuł drugiego nagrania, „Take It Slow” jest nieco przewrotny, bo trio wcale nie zamierza zwalniać. Utwór oparty na pulsującym basie i charakterystycznym gitarowym frazowaniu pokazuje jego bardziej bluesową twarz. Tutaj szczególnie dobrze słychać, że CWT nie był zespołem nastawionym na wirtuozerię. Jego siła tkwiła w groove’ie. Kirk gra tu bardzo ważną rolę. Nie jest basistą, który próbuje za wszelką cenę wysuwać się na pierwszy plan. Jego partie są zwarte, mocne i doskonale sklejają gitarę z perkusją White’a. Z kolei White gra oszczędnie, ale zdecydowanie. Nie ma tutaj skomplikowanych progresywnych konstrukcji znanych z późnego Yes, czy King Crimson. Perkusja ma przede wszystkim napędzać ciężką machinę. I robi to wyśmienicie. „Roly Pory” – tu robi się ciekawiej, bo „Roly Pory” należy do utworów, w których CWT zaczyna wychodzić poza zwyczajną formułę hard rocka. Gitara Jonesa nadal pozostaje fundamentem, ale rytm staje się bardziej ruchliwy, a aranżacja nabiera niemal jazz-rockowego charakteru. I znowu pojawiają się dęciaki. To właśnie tutaj można najlepiej zrozumieć, dlaczego „The Hundredweight” wymyka się prostemu określeniu „hard rock”. CWT gra ciężko, ale nie jest zespołem jednowymiarowym. Ich muzyka ma funkowy nerw, bluesową podstawę i progresywną skłonność do zmiany nastroju. Jones jest przy tym bardzo ciekawym gitarzystą. Nie jest wirtuozem w rodzaju Ritchiego Blackmore’a, ale ma coś, czego nie można nauczyć się z podręcznika: własny styl. W ten surowy hałas znakomicie wpisuje się genialnie wykonany cover Love, „Signed DC”. Wybór tej kompozycji jest bardzo znaczący. Oryginał miał w sobie melancholię, psychodelię i kruchość. CWT bierze tę piosenkę i robi z niej coś znacznie cięższego. To trochę tak, jakby delikatny kwiat został wsadzony w ziemię pokrytą popiołem. Gitara otrzymuje większy ciężar, rytm zostaje utwardzony, a głos wokalisty nadaje całości ponury, niemal desperacki charakter. Subtelne dodatki jak flet i dzwonki wzbogacają aranżację nawiązując do klimatów Gravy Train. Paradoksalnie, to jeden z najbardziej emocjonalnych momentów albumu. Bo pod całą tą warstwą ciężkiego rocka pozostaje samotność i poczucie przegranej.

Jeżeli ktoś chciałby pokazać komuś, czym było wczesne brytyjskie heavy rockowe podziemie, „Steam Roller” byłby znakomitym wyborem. To najcięższy moment albumu, przy którym ręka automatycznie wędruje do pokrętła głośności. Riff, jeden z tych zapomnianych proszący się o ponowne odkrycie jest potężny, niemal pierwotny, a wokalista śpiewa tak jakby gardło szlifował grubym papierem ściernym. Jest tutaj coś, co rzeczywiście pozwala zestawiać CWT z amerykańskimi grupami pokroju Cactus, czy Sir Lord Baltimore. Takie porównania pojawiają się również w opisach współczesnych reedycji albumu. Ale CWT ma korzenie brytyjskie i jest brytyjski. Jego ciężar nie jest jeszcze metalową brutalnością. To blues, który właśnie odkrył, że może być ciężki. White wali w bębny z ogromną siłą, Kirk buduje fundament, a Jones wydobywa z gitary riff, który wydaje się niemal materialny. „Steam Roller” jest właśnie tym walcem drogowym, który sugeruje tytuł. Nie jedzie szybko. Po prostu miażdży wszystko, co znajdzie się na jego drodze. To nagranie zapowiada późniejsze zmiany w heavy rocku, co czyni go jednym z najbardziej przyszłościowych utworów na płycie. Po „Steam Roller” zespół robi rzecz bardzo rozsądną — pozwala słuchaczowi odetchnąć. „Simon’s Effort” jest krótszy, bardziej zwarty i mniej monumentalny. Ma w sobie coś z blues rockowego jamu jednocześnie pokazuje, jak znakomicie to trio funkcjonuje. Szczególnie ważny jest tu Kirk. Jego bas nie pełni wyłącznie funkcji rytmicznej – jest jednym z głównych instrumentów melodycznych. Dzięki temu Jones może pozwolić sobie na swobodniejsze frazy gitarowe. Z kolei White zachowuje fantastyczną dyscyplinę rytmiczną utrzymując całość w ryzach nie pozwalając, by ten fajny kawałek się rozjechał. Tuż po nim pojawia się „Mind Cage”, jeden z najbardziej interesujących utworów. Jest bardziej psychodeliczny, mroczny i niepokojący. Właśnie tutaj CWT najbardziej zbliża się do heavy psych/prog rocka. Gitara zaczyna pełnić nie tylko funkcję riffową, ale również kolorystyczną. Organy dodają muzyce głębi, a całość nabiera niemal klaustrofobicznego charakteru. Tytuł („Klatka umysłu”) dobrze oddaje atmosferę utworu. To utwór o zamknięciu. O człowieku uwięzionym we własnej głowie. I choć teksty CWT nie należą do najbardziej literacko wyrafinowanych, muzyka potrafi powiedzieć tutaj więcej niż słowa. Powtarzalność riffu staje się niemal metaforą psychicznego zamknięcia. To jeden z tych momentów, w których forma zaczyna ilustrować treść. I na koniec „Mephisophales”, najdłuższy kawałek albumu. Ponad pięć minut. Brzmi jak finał całej podróży: ciężki, mroczny, momentami niemal demoniczny. Sam tytuł przywołuje oczywiście postać Mefistofelesa, a więc figurę kuszenia, ciemności i paktu zawartego za cenę własnej duszy. Muzyka doskonale pasuje do tej symboliki. Gitara jest bardziej agresywna, sekcja rytmiczna nabiera ciężaru, a dęciaki zamiast rozjaśniać muzykę, potrafią ją dodatkowo zaciemnić. Cy Payne nie traktuje instrumentów dętych jak dekoracji. W rękach mniej pomysłowego aranżera mogłyby one zniszczyć ciężar zespołu. Natomiast tutaj często go podkreślają. Powstaje osobliwa hybryda: heavy rock spotyka soul, a blues psychodelię. „Mephistophales” nie jest kompozycją tak rozbudowaną jak wielkie finały progresywnego rocka tego okresu, ale ma coś ważniejszego: atmosferę. I właśnie atmosferą kończy się „The Hundredweight”.

W tym miejscu pozwolę sobie napisać kilka słów o głównych aktorach tych nagrań. Centralną postacią w CWT wydaje się być Graham Jones. Jego gitara nie jest wycyzelowana i perfekcyjna. Jest szorstka, brudna, czasami wręcz prymitywna, ale dzięki temu doskonale pasuje do całego materiału. Cichym bohaterem płyty jest Peter Kirk. Jego bas jest mocny, ale nie przesadnie efektowny. Doskonale rozumie, że w trzyosobowym składzie gitara basowa musi jednocześnie pełnić funkcję fundamentu i spoiwa. Co ważne, w szerszych opisach Kirk powiązany jest również z klawiszowym kolorytem zespołu, ale na okładce organy i fortepian przypisane są Jonesowi… Colin White gra tak jak powinien grać perkusista power tria: mocno, prosto i bez kompleksów. Jego perkusja nie próbuje konkurować z Bonhamem czy Wardem. Jest jednak bardzo skuteczna. Dzięki niej riffy mają ciężar, a spokojniejsze fragmenty nie tracą pulsacji. No i na koniec Cy Payne – człowiek, który nadał CWT najbardziej rozpoznawalną cechę. Bez jego aranżacji „The Hundredweight” byłoby konwencjonalną płytą hard rockową. Z jego udziałem stała się czymś naprawdę wyjątkowym: heavy rockiem z soulową duszą.

Historia CWT nie skończyła się jednak wraz z tą płytą. Pracując nad drugim albumem cała trójka zaangażowało się w zupełnie inny projekt. To miała być fucha po godzinach, a okazała się końcem ich krótkiego istnienia. Adrian Millar poprosił, by wsparli wokalistę Davida Kubinca, byłego członka Piece Of Mind i The World Of Oz. Projekt przekształcił się w The Rats. Była to już zupełnie inna stylistyka — glam rockowa i bardziej nastawiona na rynek. Co interesujące, historia The Rats była pełna zmian personalnych, a część muzyków pojawiających się później na zdjęciach w ogóle nie uczestniczyła w nagraniach. Te ostatnie dziwnym trafem zaginęły, płyty nie wydano, a The Rats się rozwiązali. Kilka dekad później odnalezione taśmy opublikowano na albumie pod dość dziwnym tytułem „Second Long Player Record”.
CWT pozostaje więc czymś w rodzaju migawki. Trzy osoby. Jedna płyta. Osiem utworów. Niewiele ponad trzydzieści minut muzyki. I koniec. Ale ten testament jaki po sobie pozostawili to fascynujący i niedoceniony dokument skrajnych rubieży brytyjskiego heavy rocka pokazujący jak fascynujący był on na początku lat 70-tych. W czasie, kiedy powstawały wielkie dzieła King Crimson, Genesis, Emerson, Lake & Palmer, Yes, a Black Sabbath i Deep Purple definiowały ciężar gatunkowy hard rocka istniały dziesiątki zespołów poruszających się pomiędzy tymi światami. CWT należało właśnie do nich. Nie byli tak ciężcy jak Black Sabbath. Nie byli tak progresywni jak Yes. Nie byli tak psychodeliczni jak Pink Floyd i nie byli soulowi jak zespoły Motown. Ale jak nikt inny potrafili połączyć wszystko po trochu łącząc blues, psychodelię, proto-metal, soulowy brass rock i progresywne ambicje. I właśnie dlatego „The Hundredweight” przetrwał próbę czasu. Zdaję sobie doskonale sprawę, że jest niedoskonały, momentami surowy, chwilami nieco chaotyczny. Ale za to niezwykle szczery. Nie ma tutaj kalkulacji. Jest gitara, potężny bas, perkusja, chropowaty głos i dziwacznie piękna sekcja dęta. Nie jest to arcydzieło brytyjskiego rocka. Raczej mały, ukryty klejnot jego historii. Akceptowany jako manifest artystyczny nagradza uważne słuchanie głębią, charakterem i nieoszlifowanym urokiem. A to są cechy, które posiadają tylko prawdziwe undergroundowe relikwie.
Witam serdecznie! CWT to rzeczywiście jedna z tych grup, które niemal idealnie pasują do Pańskiej kolekcji — zespół niemal zapomniany, istniejący krótko, a pozostawił po sobie jeden naprawdę znakomity album.
Kultowa płyta nie tylko dla kolekcjonerów rzadkich płyt. Dziwię się, że nasz „słynny guru archeologiczny” ze stolicy, JL, którego zresztą cenię, nie poznał się na niej.
Chyba nie jest tak źle skoro w jego książce dostała ocenę 7/10.
Podzielam opinię mojego przedmówcy. To jeden z tych albumów, które zostały mocno zapomniane. Zespołów, które pozostawiły po swoim krótkim istnieniu jest naprawdę wiele. Zastanawiam się tylko jak to się stało, że takie „monoalbumowe” grupy jak Jeruzalem, Indian Summer, Still Mill czy Bakerloo są dobrze znane większości fanom muzyki tamtych czasów a CWT jakoś trudno tam znaleźć. Bez dwóch zdań to znakomity album i tylko szkoda, że nie było kontynuacji.
Ależ petarda! Odpaliłam na full i wypłoszyłam staremu wszystkie gołębie (hi, hi). Mistrzu, jesteś the best!
Słucham od rana kolejny raz z rzędu i jeśli miałbym wskazać trzy utwory, od których warto rozpocząć spotkanie z CWT polecam „Widow Woman”, „Steam Roller” i „Mind Cage” — trzy różne twarze zespołu: bluesową, ciężką i psychodeliczno-progresywną.
Jestem pod wrażeniem wspaniałego opisu płyty. Czytając go wyobrażałem sobie wszystkie te dźwięki tak plastycznie opisane. A kiedy przesłuchałem całość padłem na kolana. Dlaczego wcześniej tego nie słyszałem?! Błagam o więcej takich opisów i takich płyt!!!
Uwielbiam czytać Twoje posty – są takie malownicze , obrazowe . Ja też w ten sposób odbieram muzykę . Nawet jak dany album mi nie podejdzie to i tak nie żałuję spędzonego tu czasu 🙂
W przypadku CWT zaczęłam odsłuch , ale niestety z reguły nie lubię sekcji dętej i tu niestety mi przeszkadza .
Dziękuję. Ja zaś lubię Twoje komentarze i zawsze się cieszę, gdy je tu zamieszczasz 😊 A co do dęciaków – całkowicie Cię rozumiem. Nie wszystkim one odpowiadają.
Sekcja dęta dobrze zgrana z rockowym brzmieniem nadaje mu dodatkowego smaczku. Nie każdym się to udało, ale jest wiele znakomitych przykładów. Choćby Mogul Thrash.