Między baśnią a snem. SKRYVANIA (1978)

Jest połowa lat 70-tych. Wielki sen progresywnego rocka zaczyna już powoli gasnąć. Punk stoi za drzwiami, muzyczny przemysł coraz mniej interesuje się długimi suitami i rozbudowanymi kompozycjami.  Ale gdzieś na przedmieściach Paryża grupa nastoletnich przyjaciół z liceum dzieląca wspólne uwielbienie do Genesis, Yes, Pink Floyd i King Crimson wierzy, że można stworzyć muzykę większą od swych idoli. W końcu postanowili  wyjść poza fandom i założyć własny zespół. Owi muszkieterowie o otwartych umysłach to Olivier Marina (g, voc), Alain Yvorra (bg), Benoît Reeves (dr), oraz Henry-Jean Aubin (org. violin). Nazwa zespołu niesie w sobie cząstkę jego historii: Skryvania została wybrana na cześć dziewczyny jednego z tych chłopaków. Mały intymny szczegół doskonale oddający młodzieńczego, naiwnego, ale jakże szczerego ducha stojącego za jedynym albumem jaki wydali w 1978 roku.

Zaczynając od grania coverów stopniowo budowali własny repertuar i wypracowali swój styl. Brzmienie Skryvanii to gęsta tkanina utkana z progresywnego rocka wzbogacona psychodelicznymi podtekstami i ciężkim space rockiem. Cechą dominującą w ich muzyce były hipnotyczne klawisze, które zapewniały całą paletę barw. Organy, syntezatory i skrzypce tworzyły przestrzeń wyczarowując oniryczną atmosferę przypominającą swych rodaków z Pulsar i niemieckiego Novalis. Równoważenie tych eterycznych faktur możliwe było dzięki rockowej gitarze. Olivier Marina nie próbuje kopiować liryzmu Steve’a Hacketta, czy Andy Latimera. Jego gra ze skłonnościami do budowania napięcia poprzez długie frazy jest ostrzejsza, bardziej spontaniczna, momentami wręcz hard rockowa przywodząca na myśl Hendrixa i Jimmy Page’a. Bas Yvorra jest fundamentem całej tej konstrukcji. Jego instrument często prowadzi muzykę równie mocno jak gitara solowa. Znakomitym motorem zespołu okazał się Reeves, którego gra na perkusji pełna jest rytmicznych zmian dzięki czemu długie kompozycje nie rozpadają się na luźne epizody.

Pod koniec 1977 roku zgromadzili wystarczająco dużo materiału by nagrać płytę. W tym samym okresie w zespole nastąpiła dość znacząca zmiana: odszedł Aubin, a jego miejsce przy czarno-białych klawiszach zajął Harold Bakobza. Pomimo ograniczeń finansowych, które uniemożliwiały dostęp do profesjonalnego studia grupa znalazła nieocenionego sojusznika w osobie Phillippe de Magnée, znanego prezentera radiowego i realizatora dźwięków. De Magnée nie tylko pełnił funkcję producenta i mentora, ale także osobiście sfinansował cały projekt działając jak katalizator bez którego album prawdopodobnie nigdy by nie powstał. Zresztą został on wydany przez jego własną wytwórnię D.M. Recordings w limitowanym, ręcznie numerowanym nakładzie trzystu egzemplarzy. Z wyboru, a może z młodzieńczej naiwności zespół nie zabiegał o promocję radiową, ani o rozgłos w prasie muzycznej koncentrując się wyłącznie na swojej działalności koncertowej. Rezultat: całkowita anonimowość komercyjna. Od tamtej pory  oryginalne wydanie stało się artefaktem francuskiego progresywnego undergroundu.

Okładka płyty przedstawiająca zespół jako uskrzydloną istotę, która obala swoich idoli pod postacią myszy i przejmuje ich tron jest bardzo symboliczna. Ta grafika nawiązująca do Rogera Deana mówi wszystko o tych ambitnych, nieustraszonych, zuchwałych i głodnych sukcesu nastolatkach.

Front okładki.

Są płyty, które słucha się dla perfekcji. Są też słuchane dla samej literackiej historii. I wreszcie istnieją albumy, które mają w sobie coś znacznie trudniejszego do uchwycenia — atmosferę utraconego świata. „Skryvania” należy właśnie do tej ostatniej kategorii. Dla mnie to podróż przez krainę, w której czas zatrzymał się między baśnią a snem stworzona przez bardzo młodych ludzi. I właśnie to słychać. Nie dojrzałość. Nie doświadczenie. Marzenie. Zespół gra tak jak grają muzycy przekonani, że muzyka może otworzyć drzwi do innego wymiaru. Ich utwory są pełne zmian nastroju, nagłych eksplozji, organowych chmur, syntezatorowych przestrzeni, gitarowych uniesień i rytmicznych komplikacji. Czasami przypominają młodych uczniów kształcących się u  Yes i Genesis, chwilami zaglądają w stronę King Crimson, ale mają też własną, bardzo francuską melancholię. Nad wszystkim zaś unosi się charakterystyczne, lekko archaiczne brzmienie. Produkcja nie jest profesjonalna; album praktycznie powstał dzięki entuzjazmowi de Magnée. I paradoksalnie ta techniczna niedoskonałość dzisiaj jest częścią tej legendy.

Album zaczyna się opowieścią o miłości, która od początku skazana jest na tragedię. Epicki „Tristan et Yseult” przywołuje legendę o Tristanie i Izoldzie. Ale Skryvania nie próbuje jej opowiadać słowami. Zamiast tego tworzy muzyczny pejzaż średniowiecznej baśni. Początek jest niemal teatralny. Klawisze budują przestrzeń, gitara pojawia się niczym narrator, a całość stopniowo nabiera rozmachu. W pewnym momencie kompozycja zaczyna przypominać procesję zmierzającą ku nieuchronnemu przeznaczeniu. To właśnie tutaj najlepiej słychać fascynację Genesis. Gitara Oliviera Marina ma jednak więcej rockowej ostrości niż instrument Steve’a Hacketta, natomiast partie klawiszowe tworzą tę charakterystyczną dla Londyńczyków symfoniczną mgłę. Pojawia się również wokal — teatralny, niemal aktorski, daleki od klasycznego rockowego śpiewania. Nie jest on najważniejszym elementem utworu. Jest kolejnym instrumentem, który dopowiada historię. „Tristan et Yseult” ma w sobie coś z muzycznej tragedii. Najpierw jest oczekiwanie, potem zachwyt, następnie coraz większe napięcie i wreszcie poczucie, że nad pięknem tej historii od początku krąży cień. Te jedenaście minut czystej prog rockowej wspaniałości ukazują niezwykłe umiejętności techniczne, oraz kompozytorskie ambicje kwartetu. Jest to szczególnie imponujące w przypadku nastolatków nagrywających przy tak ograniczających środkach technicznych i budżetowych. To tylko początek albumu, a już mamy jeden z jego najpiękniejszych momentów.

Koperta winylowej płyty.

Po jedenastu minutach romantycznego dramatu następuje gwałtowne przebudzenie. „Raid” jest krótszy, bardziej agresywny i zdecydowanie bardziej rockowy. Gitara wysuwa się na pierwszy plan, rytm przyspiesza, a klawisze przestają być jedynie tłem. To hard-progowa Skryvania. Marina gra tutaj znacznie ostrzej. Jego gitara ma w sobie coś z ciężkiej rockowej tradycji przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jednocześnie Benoît Reeves pokazuje, że nie jest typowym perkusistą akompaniującym gitarzyście. Jego gra jest ruchliwa, pełna drobnych przejść i zmian akcentów. Gwałtowny, nerwowy i niepokojący „Raid” brzmi jak krótki pościg po ruinach świata przedstawionego w pierwszym utworze. Zaraz potem otwierają się drzwi do zamku Orfeusza. „Le Château D’Orphée” pokazuje swoją najbardziej francuską twarz zespołu. Klawisze tworzą niemal baśniową scenografię, natomiast gitara snuje się między nimi jak samotny wędrowiec. Jest w tym utworze coś bardzo filmowego. Można odnieść wrażenie, że muzycy nie komponują piosenki, a malują obraz. Nie jest to jednak spokojna ilustracja. W jego wnętrzu kryje się napięcie. Muzyka raz wznosi się ku symfonicznym przestrzeniom, by chwilę później zejść w bardziej mroczne rejony. To właśnie tutaj można usłyszeć jak Skryvania zgrabnie łączy symfonicznego rocka z psychodelią i space rockiem. Słuchając tego utworu, mam wrażenie, że tytułowy zamek nie jest budowlą. Jest stanem świadomości.

Tył okładki kompaktowej reedycji wytwórni Musea.

Druga strona zaczyna się jak otwarcie nowego aktu. „Intro” jest krótkie, ale niezwykle istotne. Po baśniowej przestrzeni pierwszej strony muzyka zaczyna nabierać bardziej abstrakcyjnego charakteru. Klawisze przygotowują grunt pod największą kompozycję albumu. To nie tyle samodzielny utwór, ile otwarcie drzwi. I za tymi drzwiami znajduje się „Epopée” – serce całej płyty.

Jeżeli miałbym wskazać jeden utwór, który najlepiej pokazuje, czym mogła stać się Skryvania, gdyby dostała profesjonalne warunki i kilka następnych lat, wskazałbym właśnie na „Epopée”. Jego rozmach jest tu imponujący. Mamy potężne partie klawiszowe, zmiany tempa, gitarowe eksplozje, rytmiczne komplikacje i momenty niemal symfoniczne. Henry-Jean Aubin i Harold Bakobza  tworzą wielowarstwową przestrzeń, podczas gdy Alain Yvorra nie ogranicza się do podtrzymywania rytmu. Jego bas jest melodyczny, często wysuwa się do przodu i prowadzi muzykę razem z gitarą. A Benoît Reeves? To chyba największa niespodzianka. Ma coś z Billa Bruforda, szczególnie w sposobie gry w jaki perkusja nieustannie komentuje to, co robią pozostali muzycy. „Epopée” jest jednak przede wszystkim opowieścią bez słów. Ma w sobie poczucie wyprawy, heroizmu, odkrywania nieznanego. A jednocześnie — i to jest szczególnie piękne — czuje się tutaj młodzieńczą wiarę, że przed człowiekiem istnieje jeszcze nieskończona przestrzeń możliwości. I wtedy następuje zakończenie. „Final” jest bardziej monumentalny niż sugeruje tytuł. Zamiast prostego podsumowania otrzymujemy ostatnią podróż. Klawisze i gitara prowadzą muzykę ku coraz większemu napięciu. Reeves buduje rytmiczną konstrukcję, a Yvorra nadaje jej ciężar. Jest tutaj coś z kina drogi, w której bohater odchodzi w dal, a kamera powoli się oddala. I kiedy utwór się kończy, pozostaje uczucie niedosytu. Nie dlatego, że album jest niepełny, ale dlatego, że czujemy, że ta historia mogłaby trwać znacznie dłużej. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku zawsze sobie myślę: jakim cudem coś takiego mogło przejść niezauważone..?

A potem jest tylko cisza. I chyba właśnie ona jest największą wartością „Skryvanii”.

Pod względem produkcji płyta nie jest doskonała. Momentami wręcz bolesna. Instrumenty potrafią się ze sobą zderzać, niektóre partie giną, a brzmienie nie posiada tej przestrzenności, którą znamy z profesjonalnych nagrań Yes, czy Genesis. Ale paradoksalnie właśnie dlatego album ma tak niezwykłą atmosferę. Słychać w nim ludzi. Nie produkt studia. Nie perfekcyjnie wyprodukowaną maszynę do tworzenia progresywnego rocka. Słychać czterech, pięciu młodych muzyków, którzy mieli ogromne ambicje, ograniczone środki i bardzo dużo wyobraźni. Ich fascynacje są oczywiste i dość czytelne. Ale nie odbierają muzyce szczerości. I dlatego „Skryvania” brzmi trochę jak sen o wielkim progresywnym dziele. Sen, który udało się przenieść taśmę. I tylko tyle. A może dla tych chłopaków aż tyle.

Dzisiaj trudno uwierzyć, że album takiego zespołu mógł niemal całkowicie zniknąć. Zbiegiem lat oryginalne kopie stały się jednym z najbardziej poszukiwanych artefaktów francuskiego undergroundowego progresywnego rocka. Współczesne źródła kolekcjonerskie podają ceny oryginałów przekraczające trzy tysiące euro! Ale najpiękniejsze w tej historii jest to, że po wielu latach album przestał być wyłącznie kolekcjonerską ciekawostką. Reedycje pozwoliły ponownie usłyszeć tę muzykę, a wydanie PQR-Disques z 2023 roku zostało przygotowane na podstawie oryginalnych taśm uzupełnione materiałem bonusowym. Zespół nie zdołał jednak rozwinąć swojej kariery – rozpadła się latem 1979 roku. I tutaj historia robi się trochę smutna, bo „Skryvania” brzmi jak początek, a nie koniec. Słuchając tej płyty, trudno nie zastanawiać się, co by się wydarzyło, gdyby ci młodzi muzycy nagrali kolejne albumy, dostali profesjonalnego producenta i kilka lat na dojrzewanie. Być może powstałaby z tego jedna z ważniejszych francuskich progresywnych grup. Ale tego nie dowiemy się nigdy.

Osobiście cenię sobie tę płytę bardzo wysoko. Nie za produkcję. Nie za techniczną perfekcję. I nie za oryginalność. Cenię za atmosferę. Za emocje. Za wyobraźnię. To płyta, która wymaga od słuchacza pewnej cierpliwości, może parokrotnego przesłuchania. A wtedy odkrywa się szczery do bólu album. Bo nad całością unosi się coś, czego nie można wyprodukować, ani kupić za żadne pieniądze: młodzieńczą wiarę, że można stworzyć własny świat za pomocą kilku instrumentów, taśmy magnetofonowej i odrobinę wyobraźni. I chyba właśnie dlatego „Skryvania” po tylu latach wciąż żyje. To nie jest zapomniana płyta dlatego, że była słaba. To zapomniana płyta dlatego, że świat nie zdążył jej wtedy usłyszeć. Kiedy się kończy przychodzi cisza i chwila zadumy. I chyba właśnie one są największą wartością „Skryvanii”.

6 komentarzy do “Między baśnią a snem. SKRYVANIA (1978)”

  1. Ciekawy, choć nierówny, dokument muzyczny ze stosunkowo mniej znanego obszaru Europy lat 70-tych. Przesłuchałem sobie debiutancki, i chyba najlepszy, ich debiutancki album po raz któryś z kolei. Dobrze się tego słucha. Muzyka wciągająca i tytuł tego postu „Między baśnią a snem” doskonale pasuje do zawartej na tym albumie muzyki. Zespół porównywany jest niekiedy do Genesis czy Yes. Moim zdaniem zdecydowanie bliżej mu do Genesis a właściwie to do niezwykłego klimatu dwóch pierwszych albumów Steve Hacketta. Całość mocno psują nieco irytujące partie elektronicznych klawiszy. Bardziej „gitarowe” fragmenty są dużo ciekawsze. Nie zmienia to faktu, że to interesująca muzyka do słuchania wieczorna porą, gdy hałasy dnia codziennego ustąpią spokojnej refleksji.

  2. „A potem jest tylko cisza…” To krótkie zdanie zamieszczone pod koniec artykułu mówi więcej niż tysiące słów. I zgadzam się z Panem Januszem – muzyka do słuchania wieczorową porą, gdy hałas dnia nam nie przeszkadza. Dziękuję za kolejny, cudowny opis. No i za tę niezwykłą, nieznaną mi płytę.

  3. A niektórzy z uporem maniak twierdzą, że to we współczesnym prog roku wydarza się coś duże lepszego. W życiu!

  4. Płyta, którą słucha się z przyjemnością. Nie wypada mówić o ich stylu, ani o tym, kogo przypominają. Ta muzyka poruszyła wszystkie struny mojej wrażliwości. Pozostaje jedynie podziękować im za te emocje.

  5. Wow! W końcu to znalazłem. Lubię ten styl progresywnego rocka. Czasem łagodny i spokojny, ale potrafi nabrać tempa. Dziś nie ma takich rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *