Muzyczny miraż – OLIVE (1976).

Japoński zespół Olive jest jednym z bardziej tajemniczych na jaki trafiłem przez wszystkie lata poszukując ukrytych rarytasów. Zostawił po sobie jeden album po czym ślad po nim bezpowrotnie zaginął. Co więcej, informacje o samych muzykach są niezwykle skąpe, różne źródła podają odmienne fakty, co dodatkowo utrudnia stworzenie jednoznacznej dokumentacji. Wiadomo, że Olive działał w połowie lat 70-tych i w zasadzie był muzycznym projektem duetu składającego się z wokalistki Keiko Ohtsuki i gitarzysty Masamitsu Nakanowatari. Podczas nagrań dołączyli do nich zaproszeni muzycy: drugi gitarzysta Toshikazu Ishijima, basista Kiyoshi Hagono, perkusista Kazumori Kawamura, oraz klawiszowiec Ken Miyazawa. To ważne, ponieważ słuchając płyty odnosi się wrażenie, że to gitary są jej głównym językiem, a nie wszechobecne zazwyczaj klawisze. Te ostatnie są tu raczej kolorowym podkładem na malowanym obrazie.

Płyta „Olive” [*] to absolutnie niezwykle interesujące znalezisko należąca do tych, które otarły się o całkowite wymazanie z kart światowej historii muzyki. I od razu powiem: to pozycja, którą warto potraktować nie tylko jako kolekcjonerską ciekawostkę, ale jako bardzo osobliwy dokument japońskiego undergroundu tamtych lat. Nie jest arcydziełem na miarę Far East Family Band czy najbardziej znanych dokonań Carmen Maki, ale ma coś, czego wielu znacznie bardziej dopracowanym płytom brakuje: atmosferę zagubienia, samotności i niepokoju. Ukazała się w 1976 roku [**] nakładem wytwórni Studio-3 Records i zawiera osiem kompozycji trwających pięćdziesiąt sześć minut, co jak na płytę winylową było wtedy imponującym czasem.

Front okładki.

Są płyty, które próbują opowiedzieć jakąś historię. Są też takie, które nie opowiadają niczego — one po prostu tworzą miejsce, do którego słuchacz zostaje wpuszczony. „Olive” należy do tej drugiej kategorii. Już od pierwszych minut ma się wrażenie, że muzycy nie próbują udowodnić światu, iż potrafią grać progresywnego rocka. Nie ma tutaj tej charakterystycznej dla wielu zespołów z epoki potrzeby epatowania techniką. Zamiast tego jest pewnego rodzaju surowość i półmrok. Muzyka balansuje pomiędzy hard rockiem, psychodelią, ciężkim prog rockiem i momentami symfoniczną przestrzenią. Pojawiają się długie partie instrumentalne, gitarowe pojedynki, organy, ciężka sekcja rytmiczna i Mellotron. A nad tym wszystkim unosi się głos Keiko Ohtsuki. I właśnie on sprawia, że Olive przestaje być kolejną interesującą płytą hard-progowego undergroundowego zespołu. Jej śpiew jest wysoki, teatralny, chwilami operowy, ale równocześnie bardzo japoński w sposobie prowadzenia frazy. Zderzenie tego głosu z ciężkimi gitarami tworzy niezwykłe napięcie. Nie zawsze jest to połączenie całkowicie harmonijne — niektórzy mogą go uznać za najbardziej kontrowersyjny element płyty — ale właśnie dzięki temu album ma własną tożsamość.

Całość rozpoczyna się niezwykle sugestywnie od utworu „Pierrot”. Najpierw pojawia się Mellotron, brzmiący jak samotna wiolonczela dochodząca z oddali. To bardzo dobry zabieg, ponieważ zanim jeszcze pojawi się właściwy rockowy ciężar muzycy tworzą teatralną przestrzeń. I wtedy wchodzi głos Keiko zaczynając przedstawieni na pustej scenie. Pierrot – klaun, który przestał się śmiać i którego twarz przykrywa maska – jest jednym z najbardziej klasycznych symboli rozdźwięku pomiędzy tym, co pokazujemy światu, a tym, co naprawdę czujemy. I właśnie tak brzmi ta kompozycja. Gitary nie są jeszcze agresywne. Raczej krążą wokół wokalu, pozostawiając dużo miejsca na atmosferę. Technicznie to świetny początek: Mellotron plus głos plus gitara tworzą przestrzeń, którą stopniowo zagęszcza rytm. To nie jest utwór, który chce zachwycić od pierwszego riffu. On chce wciągnąć słuchacza do środka.

„Densetsu” oznacza „Legendę” i rzeczywiście ma w sobie coś archaicznego. Tutaj Olive zaczynają już mocniej pokazywać swoje progresywne oblicze. Gitary są bardziej zdecydowane, a sekcja rytmiczna zaczyna budować napięcie. Kompozycja ma kilka wyraźnych zmian nastroju i pokazuje, że Nakanowatari oraz Ishijima potrafili myśleć o gitarze nie tylko jako o instrumencie riffowym. Jeden grający obok drugiego tworzą rodzaj gitarowego dialogu. To bardzo charakterystyczne dla płyty: muzyka nie zawsze rozwija się według klasycznych zasad progresywnego rocka. Czasami bardziej przypomina psychodeliczną improwizację, w której temat jest zaledwie punktem wyjścia. „Densetsu” ma więc charakter opowieści, ale nie opowieści linearnej. To raczej wspomnienie czegoś, co wydarzyło się dawno temu i czego nikt już dokładnie nie pamięta. Tuż po nim „Kuro no Miwaku”, jeden z najbardziej interesujących fragmentów całego albumu. Już sam tytuł, „Czarna pokusa” sugeruje zejście w ciemniejszy obszar. I muzyka rzeczywiście robi się cięższa. Tutaj najlepiej słychać hard rockowe korzenie zespołu. Gitary nabierają masy, bas staje się bardziej wyrazisty, a perkusja zaczyna prowadzić muzykę w stronę ciężkiego rocka. W pierwszej części Olive osiągają bardzo ciekawą równowagę pomiędzy progresją i psychodelią. Potem jednak następuje charakterystyczne dla tego albumu odejście od jednej stylistyki. Zespół potrafi nagle przejść w bluesujący fragment jakby muzycy podczas sesji pozwolili sobie na spontaniczne odejście od pierwotnego planu. I właśnie tutaj najlepiej widać zarówno siłę, jak i słabość Olive. Siłą jest spontaniczność, słabością, brak kompozycyjnej dyscypliny. Tylko czy ja naprawdę chciałbym, aby ta płyta była bardziej uporządkowana..? Nie. Jej urok polega właśnie na tym, że sprawia wrażenie nagrania znalezionego w zakurzonej piwnicy, a nie dopieszczanego miesiącami albumu.

„Toki wa Kaze no Youni” jest jednym z najpiękniejszych momentów płyty. Sam tytuł, „Czas płynie jak wiatr” jest niezwykle poetycki. I trudno wyobrazić sobie lepszą nazwę dla tej muzyki. Kompozycja jest bardziej przestrzenna, mniej agresywna, a wokal Keiko nabiera niemal lamentacyjnego charakteru. Tutaj najlepiej działa kontrast: delikatny i eteryczny głos versus ciężki ziemisty zespół. To właśnie w tym przeciwieństwie Olive znajdują swoją najciekawszą estetykę. Nie chodzi nawet o to, że wokalistka śpiewa „ładnie”. Jej głos nie jest typowym rockowym wokalem. Czasami brzmi jak głos aktorki występującej w tradycyjnym teatrze japońskim. I właśnie dlatego ten utwór ma tak osobliwy klimat. Jak spotkanie starej Japonii i zachodniego rocka lat siedemdziesiątych.

Tył winylowej okładki.

I oto Olive wchodzą w najciemniejszą część swojej podróży. „Masoukyoku” (Muzyka diabła”) jest jednym z najcięższych i najbardziej rozbudowanych utworów albumu. Nakanowatari dostaje więcej przestrzeni. Jego gra jest daleka od finezyjnego prog rockowego popisu. To gitarzysta instynktowny, mocno osadzony w hard rocku. Słychać w nim ducha Deep Purple i Uriah Heep, choć Olive nie kopiują tych zespołów bezpośrednio. Najciekawsze są partie instrumentalne. Gitara i organy zaczynają się wzajemnie ścigać pod niebiosa, podczas gdy bas i perkusja utrzymują całość na ziemi. I nagle pojawia się wrażenie, że tytuł rzeczywiście ma sens. To muzyka, która nie brzmi jak opowieść o diable. Ona brzmi jak muzyka człowieka, który go spotkał.

Po kilku długich ciężkich fragmentach tytułowa kompozycja działa jak chwila odpoczynku. Jest krótsza i bardziej skupiona. Ale ten odpoczynek jest pozorny. Wokół głosu powstaje atmosfera pewnej melancholii, a zespół nie próbuje budować wielkiej kulminacji. Tytuł „Olive” można potraktować jako nazwę zespołu, ale także jako symbol. Po wcześniejszej „czerni”, „diable”, „legendzie i „upływie czasu” pojawia się nagle słowo będące jednocześnie imieniem, kolorem, rośliną, symbolem pokoju. To bardzo ciekawy środek albumu. Jakby po całej tej psychodelicznej podróży nagle ktoś otworzył okno wpuszczając świeże powietrze i pierwsze, nieśmiałe promienie porannego słońca… Emocjonalne centrum albumu odnajdujemy w „Isho”. W języku japońskim isho to testament. I muzyka rzeczywiście brzmi jak pożegnanie. Nakanowatari ponownie dostaje dużo przestrzeni gitarowej, ale tym razem jego instrument nie jest tylko narzędziem ciężkiego rocka. On zaczyna przemawiać. To jeden z tych utworów, w których techniczna niedoskonałość nagrania paradoksalnie pomaga muzyce. Brzmienie jest nieco przybrudzone, przestrzeń nie zawsze idealnie rozdzielona, a wokal nie został wygładzony studyjnymi sztuczkami. Dzięki temu wszystko brzmi naturalnie. Po ludzku. Osobiście odbieram to nagranie jako list napisany przez człowieka, który wie, że już nie będzie miał okazji napisać następnego. I pewnie dlatego ta kompozycja zostaje mi długo w pamięci… Płytę kończy instrumentalny „Shinkirou” (Miraż). Bardzo trafne zakończenie. Po całym albumie pełnym głosu Keiko nagle zostajemy sami z gitarą, klawiszami i sekcją rytmiczną. To nie jest wielki finał. Raczej rozpływa się w powietrzu, jak obraz widziany na rozgrzanej autostradzie. I dlatego ostatnia nuta pozostawia pewien niedosyt. Ale jest to niedosyt piękny. Bo przecież mirażu nie można dotknąć, ani go sobie zatrzymać.

Label wytwórni Studio-3 Records

Najważniejszą postacią w Olive bez wątpienia jest Masamitsu Nakanowatari. Nie jest wirtuozem w rozumieniu późniejszego rocka progresywnego. Nie imponuje szybkością, ani technicznym perfekcjonizmem. Jego największą zaletą jest brzmienie i wyczucie nastroju. Gra ciężko, momentami brudno, czasami wręcz garażowo. I właśnie dlatego jego partie tak dobrze współgrają z wokalem Keiko. Drugi gitarzysta, Toshikazu Ishijima, jest bardzo ważnym elementem brzmienia. Dzięki obecności dwóch gitar Olive nie brzmią jak klasyczny power trio z klawiszami. Gitary tworzą szeroką płaszczyznę, w której jedna może przejąć riff, druga odpowiedzieć frazą, a następnie razem przejść w improwizację. Bas Kiyoshi Hagono nie próbuje wychodzić na pierwszy plan. I dobrze. Hagono wykonuje niezwykle ważną pracę: utrzymuje tę chwilami chaotyczną muzykę w ryzach, a w cięższych fragmentach jego partie stają się fundamentem dla gitar. Perkusja jest surowa i pozbawiona przesadnej ornamentyki. Kazumori Kawamura nie próbuje być drugim Carlem Palmerem. Gra funkcjonalnie, ciężko i momentami bardzo psychodelicznie. To właśnie jego prostota powoduje, że gitarowe improwizacje oddychają swobodnie. Klawisze Kena Miyazawy pełnią stosunkowo dyskretną rolę. To on dodaje albumowi progresywnego, niemal symfonicznego koloru. Mellotron na początku płyty jest jednym z jej najbardziej pamiętnych momentów. Z kolei organy w cięższych partiach zbliżają Olive do estetyki Deep Purple i Uriah Heep. I na koniec wokalistka, Keiko Ohtsuka. Tutaj trzeba być ostrożnym. Jej głos można pokochać, albo znienawidzić. Nie ma nic pomiędzy. Nie jest rockowy i pewnie dlatego jest tak fascynujący.

Technicznie płyta jest produktem swojego czasu. Nie należy oczekiwać przestrzenności i separacji instrumentów znanej z późniejszych realizacji progresywnych. Brzmienie jest miejscami surowe, nieco zamglone i nierówne. Paradoksalnie działa to na korzyść albumu. Najważniejszym elementem jest relacja: gitara, głos, organy, sekcja rytmiczna. Nie jest to coś w stylu Yes, czy Genesis. Znacznie bliżej mu do hard rocka, ciężkiej psychodelii, proto-proga i space rocka. Może dlatego porównania z Carmen Maki & Oz pojawiają się tak często. Nie jest to też album zespołu, który marzy o stadionach. Brzmi jak muzyka kilku osób zamkniętych w pomieszczeniu, którzy próbują stworzyć coś własnego, nie bardzo przejmując się czy ktokolwiek poza nimi tego potrzebuje. Jest w niej noc, dym, puste ulice, zamglone światła, tradycja starej Japonii, melancholia, erotyczne napięcie i pewien rodzaj egzystencjalnego niepokoju. A przy tym wszystkim pojawia się coś jeszcze. Poczucie przemijania. „Toki wa kaze no youni”, „Isho”, „Shinkirou” – czas. pożegnanie i zniknięcie. Wygląda to jak nieświadoma trylogia. I kiedy po ostatnim utworze zapada cisza, nagle okazuje się, że cały album można odczytać właśnie jako opowieść o czymś, co istniało przez chwilę.

Niezwykłe jest to, że płyta przez lata nie doczekała się reedycji ani na winylu, ani na CD, przez co stała się jednym z najbardziej poszukiwanych artefaktów japońskiego undergroundu. Mam nadzieję, że doczekamy się jej oficjalnego wydania  jeszcze za naszego życia. Album jest zbyt dobry, aby znany był tylko osobom pobierającym pliki i szukającym go na YouTube. Jak na razie od kilku dosłownie dni mam nieoficjalny kompakt, który jak na „pirata” o dziwo brzmi doskonale. W tym miejscu chciałbym też bardzo podziękować mojemu stałemu Czytelnikowi mojego bloga, Januszowi N. dzięki któremu jakiś czas temu mogłem poznać tę płytę. Drogi Januszu, gdyby nie Ty dziś tego wpisu pewnie by nie było. Dziękuję.

[*] Niektóre źródła (np. Discogs) zapisują tytuł płyty jako „Olive First Album” – jakby istniał  jeszcze „Second Album”, a może i „Third Album”… [**] Powszechnie przyjmuje się, że data jej wydania to rok 1976. Nie wiadomo skąd pochodzą te dane – nie ma ich nawet na oryginalnej płycie. Na wspomnianym już Discogs jest kilka innych albumów wytwórni Studio-3, ale i one nie posiadają dat wydania. Tak więc „Olive” równie dobrze mógłby pochodzić z 1979, lub 1980 roku szczególnie biorąc pod uwagę ówczesny boom na progresywnego rocka w Kraju Kwitnącej Wiśni. Ale tym niech się już zajmą profesjonalni badacze i archiwiści.

14 komentarzy do “Muzyczny miraż – OLIVE (1976).”

  1. Bałem się tego wokalu. Niepotrzebnie. Fenomenalna płyta. Cudo, cudo, cudo! Wielkie dzięki za jej prezentację!

  2. To skandal, że firmy wydają takie niesamowite płyty, a potem ich nie udostępniają szerokiemu odbiorcy. Wstyd i hańba! Ludzie, opamiętajcie się i nie skazujcie nas na słuchanie tak znakomitych rzeczy tylko z yuotuba i platform streamingowych!

    1. Tak to skandal. W tym jednak przypadku sprawa ma się inaczej. Macierzysta wytwórnia akurat tej płyty dawno temu przestała istnieć. Główny gitarzysta i założyciel zespołu ponoć zmarła kilka lat temu. Nie wiadomo kto ma prawa autorskie do nagrań. A temat dotyczący „wydawania” płyt w serwisach streamingowych, lub TYLKO w wersji winylowej to odrębny i szeroki temat.

  3. Kolejna wielka rzecz!. Dlaczego tyle lat musiałem czekać, by odkryć takie arcydzieło???!!! Muzyka wciąga jak magma i nie odpuszcza do samego końca. Jestem w Niebie!

  4. Kolejny klejnot w koronie rockowej muzyki. Keiko powinna zaśpiewać kiedyś z Peterem Hammilem – byłby to naprawdę ciekawy duet.

  5. Ja również nieco się obawiałam wokalu , chociaż lubię takie operowe ,perliste wibrata. W pierwszym utworze trochę średnio mi on pasował, ale muzycznie płyta to arcydziełko !Dalej już było dużo dużo lepiej , zwłaszcza jak wokalistka schodziła już nieco niżej z wokalem .
    To kolejny album który nigdzie mi nawet nie “mignął” na YouTube . I nic dziwnego , bo największe kanały archeologów muzycznych skupiają albumy w sumie w większości tylko europejskie bądź Ameryk .
    Olive ma w sobie tą melancholię którą uwielbiam i która jest mi tak bliska . Długo myślałam co mi przypomina i doszłam do tego, że w pewnych momentach mam skojarzenia z Carol of Harvest, albumem który absolutnie kocham .
    Uwielbiam takie niespodzianki , gdy znajduję coś takiego , ekscytacja jest ogromna . Pewnie coś takiego czują archeolodzy, gdy kopiąc , znajdują coś niezwykłego pod ziemią . Swoją drogą bardzo długo marzyłam o pracy w tym zawodzie , będąc nastolatką .

    1. Kiedyś na obozie harcerskim odwiedziliśmy archeologów robiących wykopaliska niedaleko nas. Byłem zafascynowany ich pracą, opowieściami jakie skarby odnajdują w ziemi. Przeszło mi, gdy zobaczyłem ludzkie kości 😂 Po latach wziąłem się za archeologię, ale tę bezpieczniejszą – muzyczną.
      Wspomniałaś o Carol Of Harvest. Dla mnie to też jeden z najpiękniejszych prog-folkowych zespołów ever. Jak więc widzisz dużo mamy ze sobą wspólnego. A co do japońskiego rocka – mam jeszcze kilka asów w rękawie i co jakiś czas będę wykładał je na stół.

    2. Carol of Harvest…. cóż, jedna z najpiękniejszych płyt tamtych lat. Po ponad 30 latach powstała druga ich płyta, w dodatku z polskim akcentem. Pamiętam, że dostałem wtedy ten album do recenzji i było mi głupio, że tak niewiele dobrego potrafię o nim napisać. Ale te nowe wydawnictwo nie miało już nic z magii debiutu. Swego czasu urzekło mnie też Sandrose z takim urokliwym, kobiecym wokalem. Po latach jeden numer z tamtej płyty nagrał The Samurai of Prog.

      1. No tak – nasza Ewa Grams to niestety nie Beata Krause. Miałem tę płytę krótko i szybko się jej pozbyłem 😊

  6. Album bez wątpienia niezwykły i pod każdym względem unikatowy. Moją przygodę z muzyką lat 70-tych zacząłem przeszło 50 lat temu. Przez moje uszy przeszło setki a nawet tysiące albumów i nigdy, przenigdy nie natrafiłem na ten album. Do teraz i zakochałem się w tej muzyce od pierwszego akordu. „Zaraziłem” nią Zbyszka licząc, że będzie mogła ja poznać szersza grupa fanów tej muzyki. Tak też się stało. Bardzo często porównywana do Carmen Maki & Oz, co potwierdzam. Mam chyba wszystkie jej albumy z połowy lat 70-tych. Podobnie jak Zbyszek ja również posiadam ten „piracki” kompakt. Smaczku dodaje fakt, że na okładce jest kod pod jakim wytwórnia Studio 3 wydało ten winyl w roku 1976 (STL-1015 ). Czyżby wytwórnia zrobiła coś nieoficjalnego? Oficjalnie reedycji do dzisiaj nie ma. Z tą płytą może być problem. Wytwórni już nie ma. Nie wiadomo gdzie są taśmy matki. Jeśli wiadomo kto je ma a jeśli wiadomo to czy posiada prawa autorskie do reedycji tego albumu. Nic nie wiadomo co się stało z głównymi autorami zawartej na albumie muzyki (wokal, gitara). Wokalistka gdzieś się „rozpłynęła”. Nic o niej nie wiadomo. To samo dotyczy gitarzysty (Masamitsu Nakanowatari). Muzycy aktywni w latach 70-tych obecnie mogą mieć 70 lat i więcej. Nie wiadomo czy jeszcze żyją. To prawdziwy koszmar.

    1. Pewnie masz na myśli zespół VSOP (mała literówka). Zgadzam się – płyta godna polecenia, o której pisałem już jakieś pięć lat temu.

    2. W Japonii w pierwszej połowie lat 70-tych działało więcej takich rockowych „twardzieli” by wspomnieć jedynie o bardziej znanych jak Gedo, Ranmadou czy Ginbae.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *