COLOR (1978) – prog rock w pastelowych barwach.

Węgierski Color wciąż nie jest nazwą tak rozpoznawalną jak Omega czy znakomity East, ale ich debiut z 1978 roku należy do najbardziej interesujących przykładów tamtejszego progresywnego rocka. Co ważne, płyta powstała w czasie, gdy ambitna muzyka na Węgrzech miała dość trudną sytuację. Zespół wywodził się z Debreczyna, a założyli go w 1975 roku bracia Bokor: Gyula (klawisze), Attila (perkusja) i Tibor (bas). Dwaj ostatni  byli wówczas studentami Uniwersytetu Medycznego w Debreczynie. Nieco później dołączyli do nich Laszlo Polya (gitara) i Emil Lamer (wiolonczela). Jak wiele podobnych zespołów byli pod wpływem brytyjskiej szkoły prog rocka: Pink Floyd, Barclay James Harvest, Genesis… Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jak na węgierską scenę ich styl oparty głównie na Mellotronie, z bogatym polifonicznym wokalem i wiolonczelą był dość oryginalny. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Color” jest doskonałym przykładem symfonicznego progu, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem publiczności i krytyków. Słychać tu elementy fusion, elektronikę i charakterystyczną dla epoki fascynację brzmieniami syntezatorów. Jednocześnie zespołowi udało się zachować niezwykłą melodyjność. To muzyka trochę senna, trochę baśniowa, chwilami melancholijna, a niekiedy wręcz niepokojąca. Nie ma tu monumentalnej, katedralnej pompatyczności, którą kojarzymy z progresywnym rockiem lat siedemdziesiątych. Color wybiera drogę bardziej subtelną, a jego muzyka przypomina stary, lekko wyblakły obraz, na którym pastelowe kolory zaczynają mieszać się z cieniem.

Front okładki.

Album zaczyna się od „Álmatlanul”. Już sam tytuł (Bezsenność)  jest znakomitym wprowadzeniem do świata zespołu. Nie jest to jednak bezsenność nerwowa, pełna gwałtownych myśli. Raczej to ten rodzaj szczególnego stanu, kiedy noc staje się zbyt długa, a człowiek zaczyna słyszeć rzeczy, których w ciągu dnia nie dostrzega. Muzyka jest miękka, podszyta niepokojem. Klawisze tworzą przestrzeń, gitara nie dominuje, ale pojawia się niczym światło przesuwające się po ścianie, zaś wokal jest spokojny i jakby odległy. To świetny początek, ponieważ muzycy od pierwszych minut nie próbują olśnić techniką. Wciągają nas atmosferą. Jest jak pierwsza scena filmu, w którym jeszcze nie wiemy, co się wydarzy, ale czujemy, że wydarzyć coś się musi. Tuż po nim jeden z piękniejszych momentów albumu, „Hárommilliárd Év” (Trzy miliardy lat). Tekst posługuje się ogromną skalą czasu. Trzy miliardy lat zostają zestawione z jednym ludzkim momentem, ze spotkaniem, z uczuciem. W pewnym sensie cała ta historia staje się oczekiwaniem tylko na tę jedną chwilę. I tutaj muzycy robią coś niezwykle interesującego. Zamiast próbować zilustrować ogrom kosmosu monumentalnym brzmieniem budują kompozycję lekko i przestrzennie. Syntezatorowe plamy i melodyjne partie tworzą wrażenie unoszenia się ponad ziemią. Jednak jest w tym także ogromna czułość. „Trzy miliardy lat” można odczytać jako metaforę ludzkiego życia: tyle czasu musiało minąć, abyśmy znaleźli się dokładnie w tym miejscu, w tym momencie, obok konkretnej osoby. To utwór o przypadku, przeznaczeniu i kruchości chwili i zarazem jeden z tych fragmentów albumu, w których Color pokazuje, że progresywność nie musi być skomplikowany. Po kosmicznej refleksji pojawia się zupełnie inny rodzaj energii. „A Nap Siet” to bardzo smutna piosenka na koniec lata z floydowską solówką gitarową Emila Lamera. Czas zaczyna przyspieszać. Już sam tytuł (Słońce się spieszy) ma w sobie coś nieuchronnego. Przemijanie. Człowiek próbuje zatrzymać tę jedną chwilę, ale świat ani na sekundę nie zwalnia. Muzyka jest bardziej rytmiczna, a jednocześnie pozostaje melodyjna. Słychać tutaj tę cechę, która odróżnia ich od wielu zespołów progresywnych: nie budują napięcia poprzez ciężar, lecz poprzez ruch. Można jej słuchać jak zegara, który zamiast tykać — śpiewa… „Kölcsön” (Pożyczanie), ma najbardziej sarkastyczny tekst z pytaniami. „Co właściwie mamy na własność? Czas? Miłość? Życie? Pamięć? A może wszystko to otrzymujemy tylko na chwilę..?” Color nie odpowiada na te pytania wprost. I dobrze. Muzyka pozostawia przestrzeń dla słuchacza. Jest bardziej kameralna, mniej kosmiczna, a jej emocjonalny ciężar kryje się raczej pod powierzchnią. Utwór może wydawać się jednym z mniej efektownych, ale z czasem zaczyna działać inaczej. Jest jak poranna myśl wracająca jak echo pod koniec dnia. „Ikarusi zuhanás” (Upadek Ikara) zamyka pierwszą stronę oryginalnej płyty. To krótka, ale potężna, dramatyczna kompozycja z wiodącą rolą wiolonczeli. Tu Color pokazuje swój pazur. Mit Ikara jest jednym z najbardziej oczywistych symboli ludzkiego pragnienia przekroczenia własnych granic. Chcemy wzlecieć wyżej, dalej, szybciej — i właśnie dlatego możemy spaść. Muzycznie jest to jeden z najbardziej progresywnych fragmentów albumu. Słychać więcej zmian nastroju i instrumentalnej swobody. Nie bez powodu bywa wskazywany jako jeden z mocniejszych punktów płyty. Najciekawsze jest to, że upadek nie jest tutaj przedstawiony wyłącznie jako tragedia. Jest w nim także zachwyt. Ikar przynajmniej próbował. Możemy niemal usłyszeć ten moment, kiedy człowiek znajduje się wysoko nad ziemią i po raz pierwszy rozumie, że skrzydła, które miały dać mu wolność mogą również stać się przyczyną śmierci. Piękny i dramatyczny kawałek.

Tył okładki kompaktowej reedycji  z1999 roku.

Po upadku Ikara przychodzi pora na pamięć.  „Elkepzelt vilag”  (Wyimaginowany świat) opowiada o świecie, który kiedyś istniał — albo może nigdy nie istniał poza ludzką wyobraźnią. Tekst mówi o utraconej wierze, o czasie, który wszystko upiększył, o świecie rozbitym na części. I właśnie tutaj album staje się najbardziej nostalgiczny. To nie jest zwyczajna tęsknota za dzieciństwem. Bardziej przypomina tęsknotę za czymś, czego nie potrafimy już dokładnie nazwać. Być może za dawną wersję samych siebie. Muzyka jest miękka, pastelowa. Ma coś z jesiennego światła. Nie ma rozpaczy — jest raczej pogodzenie się z tym, że pewnych rzeczy nie można odzyskać. Nagranie to pokazuje, że „Color” nie jest wyłącznie płytą progresywną. „Jó lenne Tudni” (Dobrze byłoby wiedzieć) brzmi jak pytanie skierowane w pustkę. Co będzie jutro? Czy miłość przetrwa? Dokąd zmierzamy? Czy nasze wybory miały sens? Color wykorzystuje tutaj tę samą metodę, która pojawiała się wcześniej: tekst stawia pytanie, a muzyka nie daje jednoznacznej odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego ów kawałek tak dobrze przygotowuje nas do finału. Bo jeśli „Jó Lenne Tudni” jest pytaniem, to „Panoptikum” jest odpowiedzią.  A odpowiedź jest dość ponura. Ten wielki finał to ponad czternaście minut muzyki podzielonej na siedem części: „Belépés” (Wejście), „Előtér” (Przedsionek), „Barlang” (Jaskinia), „Gyilkosok” (Mordercy), „Férj, feleség” (Mąż i żona), „Császár” (Cesarz). oraz „Udvaron” (Na dziedzińcu). I nagle „Color” przestaje być tylko albumem. Staje się teatrem. Panoptikum to gabinet figur woskowych, ale w interpretacji zespołu jest ono czymś znacznie więcej: metaforą ludzkiego świata. Najpierw „wejście”; wchodzimy do miejsca pełnego cieni, złotych dzwonków i nieruchomych figur. Potem „labirynt”. Pojawia się jaskinia, ogień, pierwotny człowiek, a następnie śmierć. Tekst zaczyna przeskakiwać między epokami i obrazami… Pojawia się Cesarz. I tutaj dochodzimy do jednego z najbardziej sugestywnych fragmentów całej płyty. Cesarz jedną ręką rozdaje śmierć, drugą złoto. Jednym wypowiedzianym słowem może zatopić państwa, małym gestem przywrócić martwe królestwa do życia. To postać historyczna, ale równie dobrze może być symbolem władzy jako takiej. I wtedy następuje ostatnia scena. Dziewczynka bawi się w pałacowym ogrodzie. Jest piękna, niewinna, niemal baśniowa. Ale czas nie stoi w miejscu. W tekście pojawia się obraz Dantego i jego kręgi — dziewczynka zostaje powoli pochłonięta przez nurt czasu. I nagle rozumiemy sens całej płyty. Wszystko jest przemijaniem. Kosmos, miłość, człowiek, władza, pamięć, dzieciństwo, cywilizacja. Nawet nasze największe pragnienia i marzenia. Wszystko na chwilę pojawia się na scenie, a potem zostaje zamienione w figurę woskową. Muzycznie „Panoptikum” jest znakomitym zwieńczeniem albumu. Właśnie tutaj syntezatory, Mellotron, gitara i wielogłosowość mogły rozwinąć się w pełni, tworząc coś na kształt symfonicznego teatru. To także kompozycja, którą słusznie wyróżnia się wśród najlepszych nie tylko na tej płycie, ale w całym dorobku zespołu.

Warto zatrzymać się przy samym brzmieniu zespołu. Color nie gra jak grupa, która chce udowodnić słuchaczowi, że potrafi grać trudne rzeczy. Techniczna sprawność jest podporządkowana nastrojowi. Bardzo ważną rolę pełnią klawisze i elektroniczne brzmienia Bokora Gyuli, Mellotron Bokora Tibora, oraz gitara Lámera Emila. Charakterystycznym elementem jest także wiolonczela Pólyi László. To właśnie ona jest jednym z tych drobnych elementów, które nadają muzyce specyficzną barwę. Dzięki niej zespół potrafi być rockowy i kameralny. Nie ma tutaj obsesji na punkcie gitarowego ciężaru. Nie ma też klawiszowej przesady. Jest skromność, która tworzy magię. Jest przestrzeń. I wielogłosowość, która sprawia, że muzyka nabiera niemal chóralnego charakteru. Najbardziej w „Color” fascynuje mnie to, że album nie brzmi jak muzyczny eksponat z końca lat siedemdziesiątych. Oczywiście słychać epokę: analogowe syntezatory, sposób nagrywania, charakterystyczną konstrukcję kompozycji. Ale za to emocje są ponadczasowe. Bezsenność. Miłość. Upływ czasu. Marzenie o locie. Upadek. Utracony świat. Pragnienie poznania przyszłości. I wreszcie panoptikum, w którym każdy z nas kiedyś stanie się tylko wspomnieniem. To dlatego widzę tę płytę nie tyle jako węgierski odpowiednik brytyjskiego prog rocka, ile osobną, bardzo oryginalną próbę stworzenia muzycznej przypowieści o człowieku. Bo kiedy kończy się „Panoptikum” pozostaje dziwne uczucie pustki. Jak po opuszczeniu starego muzeum późnym wieczorem. Drzwi za nami się zamykają, gasną światła, a w środku pozostają nieruchome figury. Tylko że po chwili zaczynamy się zastanawiać, czy aby naprawdę były to figury woskowe, czy może to my sami..? I to w tym pytaniu kryje się cała niezwykłość tego albumu.

Moim skromnym zdaniem „Color” to jeden z ukrytych klejnotów europejskiego progresywnego rocka tamtych lat wciąż wart przypomnienia. Niekoniecznie spektakularny przy pierwszym spotkaniu, ale jeśli pozwoli mu się wejść pod skórę jest niezwykle głęboki. Co by nie mówić ambitna muzyka zespołu znalazła się w swoistym „pomiędzy”: dla masowego odbiorcy była zbyt wymagająca, a dla części miłośników prog rocka nietypowa. I właśnie to „pomiędzy” jest jej największą siłą.

9 komentarzy do “COLOR (1978) – prog rock w pastelowych barwach.”

  1. Album pełen cudownych melodii i genialnych aranżacji. Czasem pojawiają się folkowe akcenty co uważam za bardzo ciekawe i odważne. Nie przypomina Omegi, bardziej Barclay James Harvest, trochę Camel, niektóre włoskie grupy. „Panoptikum” to mój ulubiony utwór. Zmiękłam przy nim i lubię do niego wracać. Fajnie, że ten zespół został tu przypomniany.

  2. Płyta ta mocno mnie zaskoczyła. Nie znałem jej, ale z nie chciałem zabierać głosu na jej temat wyłącznie po przesłuchaniu jednego utworu, więc przesłuchałem całą. Płyta zaskoczyła mnie pozytywnie. Bardzo lubię rock symfoniczny. Jest bardzo klimatyczny. Album nagrany został w roku 1978. W tym czasie wielkie „gwiazdy” węgierskiej sceny muzycznej dostały zadyszki. Omega zaczęła niebezpiecznie dryfować w kierunku komercyjnego space hard rocka a Locomotiv GT kompletnie przepadł. I wtedy pojawia się coś takiego. To nie jest muzyka w stylu Genesis czy Yes. Węgierski Colour proponuje coś zupełnie innego. Do muzyki zawartej na tej płycie doskonale pasuje tytuł siódmej płyty Locomotiv GT „Zene: Mindenki másképp csinálja” czyli ni mniej ni więcej jak „Muzyka: Każdy robi to inaczej” i oni zrobili to inaczej. Czy jest to album wybitny? Z pewnością nie, ale pod wieloma względami ciekawy. W czasach, gdy syntezatory czy melotrony były wręcz obowiązkowe oni owszem używają nowych narzędzi, ale nie epatują nimi. I bardzo dobrze. Muzyki dobrze się słucha, między innymi ze względu na barwną i bardzo zróżnicowaną melodykę. Album godny polecenia.

  3. Bardzo… bardzo… dobre! Trudno dopisać do tej obszernej recenzji coś mądrego, by się nie powtarzać. Miła niespodzianka na jesienny wieczór. Dzięki!

  4. Muzyka to mój sposób na odreagowanie stresu w tym burzliwym świecie, w którym żyjemy. Dziękuję za dzielenie się tymi wspaniałymi albumami. Color to świetny zespół, świetni instrumentaliści. Nie pretensjonalni i nie tak pompatyczni jak to często słyszy się w innych zespołach w tego rodzaju muzyce. Płyty naprawdę chce się posłuchać jeszcze raz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *