Na granicy jawy i snu. FOREST „The Full Circle” (1970).

Trio Forest (początkowo Foresters) powstało w Grinsby w połowie lat 60-tych, a jego założycielami byli bracia Adrian i Martin Welham, oraz ich szkolny przyjaciel Derek Allenby. Dzięki Dylanowi  muzyka folkowa była wówczas równie modna, jak dziś miksowanie przez DJ-ów cudzych utworów na gramofonach. Fala uderzeniowa po pojawieniu się Beatlesów rozprzestrzeniła się szybciej niż myśl, a świat stał się bezgraniczną psychodeliczną wizją. Jednoczesna miłość do innych form, takich jak beat i blues prowadziła ich do wyłamania się z tradycyjnego schematu, co zaczęło się dziać mniej więcej w okresie rozkwitu Lata Miłości w 1967 roku. Revivalism ustąpił miejsca solidnemu zestawowi oryginalnych utworów. Powstały dema, nawiązano kontakty i pod kierownictwem Marca Williamsa przyjęli chwytliwą nazwę, Forest.

Mniej więcej w tym czasie znaleźli trwałe i silne wsparcie w osobie Johna Peela, który pomógł w promocji i ostatecznie zapewnił im kontrakty menedżerskie i agencyjne. Dema zawierały wiele z tego, co prezentowali w tym czasie na scenie, a wraz z emisją radiowych programów „Night Ride” i „Top Gear” w BBC Radio 1, ostatecznie zapewniły im kontrakt z wytwórnią Harvest i w mgnieniu oka wkroczyli do ówczesnej undergroundowej rockowej kontrkultury. Ich muzyka z odrobiną hipisowskiej nostalgii nie miała w sobie elektryczności rocka, ale też nie można było określić ją jako typowo folkową. Jak na trzyosobowy skład wykorzystywali całkiem pokaźny arsenał instrumentów w tym dudy, fisharmonię i klawesyn. To było później, bowiem debiutancki album z 1969 roku będący klonem Incredible String Band był zdecydowanie akustyczny i nie odniósł sukcesu. Z perspektywy czasu widać, że stali wtedy na rozdrożu między dwoma światami: klubowego folku i rozkwitającej sceny progresywnego rocka, Ta rozbieżność mogło być ich zgubą. Na szczęście mieli już w rękach gotowe do zaprezentowaniu światu arcydzieło, które miało znacznie więcej pomysłów – album „Full Circle”. Tym razem muzyka stała się bardziej zróżnicowana, kompozycje dojrzalsze, a folkowa prostota zaczęła ustępować miejsca niezwykłej mieszance folku, psychodelii, muzyki dawnej i rodzącego się progresywnego rocka. Album został nagrany w studiach Abbey Road, a baśniową okładkę stworzyła Joan Melville.

Front okładki płyty „Full Circle” (1970)

Kiedy z głośników zaczynają wydobywać się pierwsze dźwięki nie wchodzimy jeszcze do lasu. Stoimy gdzieś na jego skraju – w miejscu, gdzie kończy się cywilizacja, a zaczyna świat traw, starych drzew, mgły i opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Forest nie jest jednak zespołem, który rekonstruuje starodawną angielską wieś – wszak nagrywali ją współcześni dwudziestolatkowie. Mimo to płyta brzmi tak jakby pamiętali coś, czego na zdrowy rozum nie mogli pamiętać i stworzyli jej senne wspomnienie. I chyba dlatego jest to tak fascynujące. Nie ma tutaj monumentalnych struktur typowych dla progresywnego rocka. Nie ma wirtuozowskich popisów. Jest za to mandolina, są skrzypce, dwunastostrunowa gitara, harmonijka, wiolonczela, harmonium, pianino, gwizdki, delikatna perkusja… Instrumenty pojawiają się i znikają niczym postacie w powieści. Wszyscy śpiewają, wymieniają się rolami, a ich głosy często splatają się w coś niezwykle kruchego. Jednak pod tą delikatnością czai się coś więcej. Mrok.

Album rozpoczyna się od „Hawk The Hawker”, który pokazuje, że trio nie zamierza powtórzyć formuły debiutu. Ma on w sobie coś z amerykańskiej ballady Dzikiego Zachodu. Pojawia się gitara stalowa dzięki której kompozycja otrzymuje charakterystyczny, lekko pustynny koloryt. Ale pod tą słoneczną powierzchnią kryje się bardzo brytyjska opowieść. Tytułowy Hawk  jest postacią niemal mityczną – w pewnym sensie współczesnym odpowiednikiem dawnego wędrownego handlarza ze słonecznej krainy. Tyle tylko, że jego towarem nie są tkaniny, ani egzotyczne przyprawy. Przynosi ludziom „słońce”, ale w psychodelicznym tego słowa znaczeniu. To jedna z charakterystycznych cech „Full Circle” kiedy stare archetypy zostają przeniesione do świata końca lat sześćdziesiątych, a las i kontrkultura zaczynają mówić jednym językiem. Znacznie bardziej baśniowy jest „Bluebell”. Mandolina, skrzypce, akustyczne gitary i delikatny śpiew tworzą atmosferę jakby ktoś uchylił drzwi do niewidzialnej krainy. Słuchając tego utworu, mam przed oczami łąkę o świcie. Trawa jest jeszcze mokra, gdzieś z daleka dochodzi muzyka, wiatr porusza kwiatami i ich dzwonkami. Ale bluebell (u nas zwany hiacyntowcem zwyczajnym) nie jest wyłącznie rośliną. Jego dzwoneczki są symbolem czegoś delikatnego, kruchego i zarazem tajemniczego. A potem, za sprawą „The Midnight Hanging Of A Runaway Serf”, przychodzi noc i wszystko się zmienia. To jeden z najwspanialszych utworów całego albumu – mroczna ballada o zbiegłym chłopie pańszczyźnianym niesłusznie oskarżonym o drobną kradzież ściganym przez ludzi i psy z tragicznym końcem. Muzyka brzmi tak, jakby została odnaleziona w starej kronice, której żółte kartki przesiąkły dymem oliwnych świec i wilgocią. Pojawiają się skrzypce, pianino, perkusja i wokalne ornamenty. Najważniejsza jest tu jednak atmosfera. Jest noc i uciekinier. Jest samotność. Wyrok. I las, który to wszystko widzi. To moment, który przypomina dawną opowieść ludową. Nie tak teatralną jak muzyka Comus, nie tak surrealistyczną jak The Incredible String Band – tu Forest są bardziej powściągliwi. Ich groza rodzi się z prostoty. Muzyka nie krzyczy. Ona szepcze. A ja mam gęsią skórkę… Po tak ciężkim utworze przychodzi bardzo intymna, niemal miłosna kompozycja „To Julie”, w której trio pokazuje drugą stronę swego świata: melancholijną, ale bez popadania w sentymentalizm. Gitara i wokal pozostawiają dużo przestrzeni, a moja wyobraźnia podsuwa obraz kogoś, kto siedzi wieczorem przy oknie i pisze list. List do osoby, której nie ma. I pewnie dlatego utwór wydaje się tak przejmujący… Do bardziej wędrownego charakteru muzyki zespół powraca w „Gypsy Girl & Rambleway”. Gitara, mandolina i harmonijka tworzą wrażenie nieustannego ruchu. Wędrowiec, cygańska dziewczyna, polna droga… wszystkie te obrazy należą do romantycznej mitologii brytyjskiego folku. Tyle, że u Forest ta droga nie prowadzi do konkretnego celu. To droga jest  celem.

Tył okładki.

Czas rozłożyć parasol, by posłuchać utworu otwierającego drugą stronę. „Do Not Walk In The Rain” to żywiołowy numer, który brzmi niczym pociąg toczący się rytmicznie po torach. Porównanie wydaje się trafne, ponieważ tekst piosenki zdradza, że ​​chodzi o wsiadanie do pociągu, by nie zmoknąć w deszczu. Tak naprawdę deszcz jest tutaj czymś więcej, niż zjawiskiem atmosferycznym. Staje się granicą pomiędzy jednym stanem świadomości, a drugim. Jak sen, w którym czujemy, że coś nas zaraz przestraszy, choć jeszcze nie wiemy co. Na szczęście kolejny numer z szekspirowskim tytułem „Much Ado About Nothing” (Wiele hałasu o nic) przynosi chwilę oddechu. Mandolina i wokal nadają kompozycji żartobliwy charakter. Po kilku mrocznych utworach muzycy w końcu pozwalają sobie na uśmiech. A tuż potem docieramy do serca albumu. „Graveyard” ma charakter sennej wizji i jest jednym z najbardziej niezwykłych utworów tria. Wiolonczela, skrzypce, gwizdek i wokal tworzą muzykę znajdującą się gdzieś pomiędzy ludową pieśnią, a średniowiecznym requiem. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że narrator nie patrzy na cmentarz z zewnątrz. On już do niego należy. „Widziałem ciało, Śniłem o ogniu, To ciało…  to byłem ja.” I nagle cały album zaczyna nabierać innego znaczenia. Las.. droga… deszcz… noc… wędrowcy… cmentarz… Wszystko układa się w spójną opowieść. Ale spokojnie – pomimo zawartego w tekście ponurego i mrocznego przesłania tudzież latających nietoperzy wokół dzwonnicy nie jest to tak straszne i niepokojące. Brzmi przyjemnie sielsko, więc nie ma potrzeby dziś wieczorem spać przy zapalonych światłach. A potem trio robi coś niezwykłego. Po tych autorskich psychodelicznych i baśniowych kompozycjach sięga po „Famine Song”, tradycyjną angielską pieśń będącą nabożnym wezwaniem do modlitwy, która z kolei kojarzy mi się z żałobnym „Gaudete” Steeleye Span. To pieśń ludzi, których nie ma już od wieków, ale ich głosy słychać do dziś. Po „Graveyard” brzmi to szczególnie przejmująco. Jakby zmarli rzeczywiście przemówili… Zostawmy to już za sobą gdyż finałowy „Autumn Childhood” to piękna, najdłuższa (sześć minut) i najbardziej ambitna piosenka całej płyty. Przypomina prostą piosenkę śpiewaną przy ognisku, choć chwilami staje się psychodeliczną wizją uwolnionego z koszmarów umysłu. A potem pojawia się śmierć. I właśnie tutaj rozumiemy tytuł. Narodziny prowadzą do dzieciństwa. Dzieciństwo przechodzi w dorosłość. Dorosłość w pamięć. Pamięć w śmierć. Śmierć w Naturę. Pełny krąg. Tyle, że Natura rozpoczyna wszystko od początku. Tak więc to nie jest album o końcu. To album o powrocie.

Słynny label wytwórni Harvest.

Wielką siłą „Full Circle”  jest to, że każdy z muzyków wnosi do tego Lasu własny świat. Derek Allenby jest najbardziej „ziemskim” z całej trójki. Jego kompozycje mają więcej ruchu, bluesa i współczesnego folku. „Hawk The Hawker” i „Gypsy Girl And Rambleway” są właśnie takimi utworami… Adrian Welham jest bardziej baśniowy. Skrzypce, wiolonczela, mandolina i gwizdki tworzą świat bliski naturze, a „Bluebell” i „Graveyard” są doskonałymi przykładami jego cudownej wyobraźni. Natomiast Martin Welham wydaje się najbardziej zainteresowany ciemną stroną życia. To jego „The Midnight Hanging Of A Runaway Serf” i „Autumn Childhood” nadają płycie najgłębszy, najbardziej niepokojący wymiar. Jak już wspomniałem wcześniej muzycy grali na sporej liczbie instrumentów często wymieniając się nimi. Nie tworzy to jednak wrażenia przepychu. Przeciwnie. Brzmi organicznie. Jakby te instrumenty od zawsze leżały w starej wiejskiej chacie i czekały, aż ktoś je odnajdzie.

Po wydaniu płyty zespół został odsunięty na boczny tor. Być może czar prysł, gdy Allenby opuścił swoich kolegów. W czasach przed powstaniem niezależnych wytwórni trzeba było zapewnić sobie kontrakt z dużo większą, aby utrzymać się w branży. A te są bezwzględne. Podczas koncertu w Eel Pie Island organizator zmuszony był zmienić jego przebieg już po trzech numerach twierdząc, że nie byli wystarczająco „rockowi”. Wydłużone solo na saksofonie w wykonaniu nowego multiinstrumentalisty, Dave’a Pantona nieco poprawiło sytuację, ale po pierwszym secie uciekli przed wrogo nastawioną publicznością nie otrzymawszy ani pensa za występ. Wygląda na to, że w tamtych czasach progresywność była tylko dla tych, którzy byli „odpowiednim” typem progresywnego rockowego zespołu. Istnieje włoski bootleg z materiałem z tamtego okresu, który daje wskazówkę, jak mógłby wyglądać ich trzeci album. Zawiera on utwory wykonane podczas koncertu u słynnego prezentera radiowego, Boba Harrisa transmitowanym przez BBC Radio 1 w maju 1972 roku, oraz studyjną sesję (też u Harrisa) z października tego samego roku. Zespół zaprezentował tam kilka wspaniałych kompozycji Martina i Adriana, oraz cover Everley Brothers „Leave My Women Alone”. W koncertowych utworach do Welhamów dołączają Dave Panton na altówce i saksofonie, oraz Dave Stubbs na basie. Najciekawszym utworem jest 10-minutowy „Everyday Laugh”, który zawiera długie improwizowane fragmenty typowe dla ich późniejszego stylu diametralnie różniące się od tych z „Full Circle”. Brzęczące partie altówki i saksofonu w tym utworze mają więcej wspólnego z Henrym Cow i Velvet Underground niż z folkiem. Jak się łatwo domyślić, brzmią odurzająco!

Kiedy dzisiaj słucha się „Full Circle” trudno uwierzyć, że stworzyli ją młodzi, wchodzący dopiero w dorosłe życie muzycy. Muzycy, którzy bardzo wcześnie nauczyli się słuchać natury. I może dlatego największą wartością płyty są nie melodie – choć wiele z nich jest przepięknych – lecz atmosfera. Po ostatnim dźwięku „Autumn Childchood” mam wrażenia, że album się nie skończył. To las zamknął za nami drzwi. Ale gdzieś po drugiej stronie, wśród mokrych liści i jesiennego światła, ktoś znów zaczyna śpiewać pieśń. Taki właśnie jest „Full Circle”. Nie płyta, lecz krąg. I najlepiej słuchać jej samotnie, późnym wieczorem, bez żadnych innych dźwięków w tle. Dopiero wtedy otwiera się przed nami  jej prawdziwy świat.

14 komentarzy do “Na granicy jawy i snu. FOREST „The Full Circle” (1970).”

  1. Bardzo przyjemna, klimatyczna muzyka do wieczornego słuchania. W odróżnieniu od bardziej zelektryfikowanej wersji folk rocka, którego przedstawicielem jest np. Fairport Conv. czy Strawbs Forest reprezentuje bardziej akustyczną formę z dominującymi skrzypcami. Bardzo przypomina Incredible String B. i solowe albumy jednego z ich liderów Mike Herona. Piękna muzyka.

  2. Znam dobrze oba albumy Forest i wielokrotnie zastanawiałem się, który z nich jest lepszy i ni potrafię wskazać. Debiutancki album jest inny i jeszcze stylistycznie bardziej przypomina ISF.

  3. Bardzo piękny folkowy album. Nie znałam wcześniej tego zespołu i jego muzyki. Dziękuję Autorowi, który niczym wytrawny przewodnik poprowadził mnie przez te wszystkie utwory, pobudził moją wyobraźnię i sprawił, że pokochałam tę muzykę.

  4. Wędrując po łąkach przeszłości można zbierać bukiety dzikich i nieprawdopodobnych kwiatów. Ich niespotykana woń warta jest więcej niż najdroższe perfumy. „Full Circle” jest takim bukietem i dołącza do mojej kolekcji.

  5. Uwielbiam ten zespół i jego dwa albumy! Ich pierwszy singiel „Searching for Shadows” jest znakomity. Jego druga strona, „Mirror Of Life” to totalny odjazd. Debiutancka płyta brzmi jak alternatywny Wszechświat, w którym Syd Barrett został wokalistą folkowej wersji Led Zeppelin. Z kolei „Full Circle” ma wszystko co najlepsze w brytyjskim folk rocku. Świetny artykuł – nic dodać, nic ująć. Dzięki!

  6. A ja czytając artykuł zastanawiam się, jak w tamtych latach musieli czuć się ci młodzi, bardzo utalentowani i zapewne też bardzo wrażliwi ludzie. W zderzeniu z rynkiem, z nieznającą litości branżą muzyczną, odrzuceni nieco przez odbiorców, widzów, kupujących płyty musieli czuć się mocno rozczarowani. Do tego stopnia, że porzucili granie na długie lata. Allenby grał amatorsko i po latach własnym kosztem wydał jedną płytę, Martin powrócił do muzycznej aktywności dopiero po 35 latach grając z synem w zespole The Story, zaś jego brat Adrian chyba na stałe odłożył instrumenty. Dziś mogą jednak uśmiechać się przez dawne łzy rozczarowania – opisany przez Zbyszka drugi album Forest został umieszczony na liście „1000 albumów, których trzeba posłuchać przed śmiercią” opracowanej przez pismo The Guardian. Taka mała satysfakcja po latach.

  7. W starej dobrej „Trójce” była audycja prowadzona przez red. Wojciecha Ossowskiego i nazywała się „Folk, muzyka z przyszłości”, lub jakoś tak. To było jedyne okno na świat przez które mogłem poczuć magię nie tylko angielskiej, czy irlandzkiej „muzyki ludowej”, ale też naszej rodzimej, z Kaszub, Podlasia, Mazowsza… To z tej audycji dowiedziałem się o Kapeli Ze Wsi Warszawa i o Persival Schuttenbach. Obecnie żadna komercyjna stacja radiowa nie gra takiej muzyki, a przecież mieliśmy i mamy znakomite zespoły grające słowiański folk (Chudoba, Jar, Żywiołak), folk rock (Kapela Pieczarki, Krambabula, białostocki The Bumbers), a nawet celtycki folk (Carrantuohill, Shannon). Poza kawałkami zespołu braci Golców naprawdę jest w czym wybierać!

  8. Ponieważ w kontekście brytyjskiej grupy Forest zainicjowana została ciekawa dyskusja na temat folku narodowego dorzucę tu swoje nieoczywiste pięć groszy. Dla wielu fanów muzyki jak się wspomina o folku to prawie natychmiast myśli się o folku brytyjskim. To tylko część prawdy. Brytyjski folk i folk-rock bez dwóch zdań ma bardzo bogatą tradycję i wielką liczbę wspaniałych wykonawców. Celowo nie wymieniam je z nazwy, bo większość z nas doskonale wie o kim mówię. Mówiąc o folku nie można zapominać o klimatach francuskich i ich legendach takich jak Malicorne, Alan Stivell czy Gwendal. Na mapie Europy są jednak białe plamy folkowe i jednej takiej chciałbym w tym miejscu wspomnieć. To zespół i ich dwa albumy, które mają równie dużą liczbę tych, którzy je doceniają jak i tych, którzy ich po prostu „nie cierpią”. Mowa jest o fińskiej grupie Karelia założonej w roku 1970 przez fińskiego multiinstrumentalistę, legendę fińskiej awangardy jazzowej Edwarda Vesalę. W latach 1970-71 nagrali dwa albumy (Suomi Pop 1 i 2) w klimatach folku z rejonu fińskiej Karelii. To bardzo dziwna muzyka i nie dla każdego ucha. Ja należę do nielicznej grupy słuchaczy, którzy je bardzo lubią i doceniają.

  9. Takich zespołów było więcej i to w samej Anglii:
    Dando Shaft, Fresh Maggots, Saraband, Amazing Blondel, Shide & Acorn, Midwinter, Wooden Horse, Trader Horne, Daylight, Silver Birch, Fuchsia, Stained Glass, Mr.Fox, Strangely Strange.

    Do tego z Irlandii w podobnej konwencji Dr. Faraway Folk, Loudest Whisper i Spud.

    Ale żaden z nich nie dorównywał genialnemu Trees

    1. Trees ….. to faktycznie przejaw folkowego geniuszu. Zawsze się zastanawiałem jak to się stało, że kompletna amatorka Celia Humphries (RIP) tak zdominowała swoim cudownym wokalem resztę zespołu, że uczyniła go wielkim. Trees był już nie tak dawno szeroko opisywany na RZG. Podziwiam również trochę niedoceniany, bo trudny w odbiorze, Amazing Blondel.

    2. Trees … mój numer jeden. Pokochałam od kiedy usłyszałam pierwszy raz „Murdoch” . Wokal Celii obalił mi szczękę na podłogę . Razem z Pentangle to moja czołówka .

      Co do Forest, natrafiłam na nich w zeszłym roku . Album Full Circle podobał mi sie najbardziej.

  10. Parafrazując tytuł znanego filmu „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” można tą dyskusję podsumować, że wszystkie drogi muzycznego folku prowadzą do Anglii. O brytyjskim folku napisano niejedną książkę i powstało wiele albumów składankowych (sam mam ich kilka). Wymienionych zostało tu wiele znakomitości i których można wymieniać jeszcze wiele by nie wspomnieć o takich arcydziełach folkowego grania jak The Woods Band czy 5 Hand Reel, ale to temat na zupełnie oddzielną dyskusję, która nie prędko by się skończyła. I tym pozdrawiam wszystkich fanów folka i folk rocka (nie tylko brytyjskiego).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *