CATHERINE RIBEIRO & ALPES: „„Âme debout” (1971); „Paix” (1972).

Mój serdeczny przyjaciel powiedział kiedyś, że z muzyki folkowej najbardziej podobają mu się… okładki płyt. Fakt. Zazwyczaj bywają kolorowe,  baśniowe i przyciągają wzrok. Tyle, że idąc tym tropem można przegapić naprawdę znakomite rarytasy. Kiedy w sklepie w dziale „folk” zobaczyłem dwie płyty kompletnie nic mi nie mówiącej formacji Catherine Ribeiro & Alpes poczułem dziwny dreszcz i w głowie szept: „kup je”. Obie okładki wcale nie były jak z opowieści z mchu i paproci. Przeciwnie, były na nich zdjęcia hipisowskiego zespołu i, nie powiem, przyciągały oko. Wracając do domu miałem tylko nadzieję, że nie kupiłem kota w worku. Kota to ja dostałem, gdy je przesłuchałem!

Twarzą zespołu była Catherine Ribeiro. Jej rodzice, imigranci z Portugalii, osiedlili się w Lyonie. Tam też urodziła się Catherine. Karierę zaczynała jako modelka, zagrała u Jean-Luc Godarda główną rolę w filmie „Karabinierzy” i kilka epizodów u Felliniego. Swego przyszłego partnera, gitarzystę Patrice’a Moullet poznała zanim zaczęła śpiewać. Moullet był nie tylko znakomitym gitarzystą, ale także konstruował instrumenty muzyczne, w tym Cosmofon (zwany elektryczną lirą), Orgolię (duże metalowe skrzypce) i Percufon (mechaniczna maszyna rytmiczna). Podobnie jak John Cale i Holger Czukay ukończył konserwatorium muzyczne. To on odkrył wokalny talent Catherine. Gdy pod koniec 1968 roku założył zespół 2Bis przemianowany potem na Alpes poprosił, by została w nim główną wokalistką.

Catherine Ribeiro – modelka, aktorka, wokalistka.

„Âme debout” z 1971 roku była ich trzecią płytą jeśli wliczyć album 2Bis z 1969 roku. Melodie są tu hipnotyzujące, idealnie pasujące do unikalnego stylu wokalnego Ribeiro. Jej głos ma w sobie coś z kobiety, która zbyt długo milczała i nagle odkryła, że może krzyczeć. Nie jest to jednak krzyk przypadkowy. Za nim stoi doświadczenie aktorki, poetki, kobiety, która doskonale rozumie teatralną siłę gestu, pauzy i nagłego wybuchu. A Alpes z organami Patrice’a Lemoine, perkusją Claude’a Thiebaut, gitarą i niezwykłymi instrumentami Moulleta budują dla niej przestrzeń, która  w 1971 roku musiała brzmieć wprost nieziemsko. I podobnie jak inne wydawnictwa Alpes mamy tu  idealne połączenie poetyckich nastrojów z muzycznym geniuszem Moulleta, który wykraczał poza ramy sztuki kompozytorskiej.

Front okładki płyty „Ame Debout” (Philips 1971)

Tytułowy utwór otwierający płytę jest ich pierwszym manifestem. Rytm jest hipnotyczny, pulsujący, chwilami przywodzący na myśl muzykę orientalną. Moullet dokłada swoją gitarę i niezwykłe brzmienia, a Ribeiro zaczyna śpiewać tak, jakby każde słowo było wyrywane z wnętrza. Nie ma tutaj klasycznego piękna. Jest piękno walczące o własne istnienie. Ribeiro potrafi w jednej chwili przejść od spokojnego śpiewu do głosu, który wydaje się rozrywać kompozycję od środka. I to jest fascynujące. Muzyka nie próbuje jej uspokoić. Alpes pozwala jej płonąć. Gdy słucham tego utworu, mam przed oczami kobietę stojącą samotnie pośrodku ogromnej, pustej przestrzeni. Wiatr rozwiewa jej włosy, ziemia drży pod stopami, ale ona nie klęka. Nie klęka bo to „dusza stojąca” (fr. Âme debout). Po „Âme debout” dostajemy ciszę po krzyku. „Diborowska” (nazwa wzięta od terminalowej stacji kolejowej) jest delikatniejsza i bardziej melancholijna. To piękna, pasterska ballada z uwodzicielskimi głosami w poetyckim wymiarze. I zaraz po tym Catherine znika zostawiając nas z „Alpes 1”. Gitara i niezwykłe instrumentarium tworzą coś co przypomina muzykę dochodzącą z bardzo wysoka. Tytuł jest zresztą dość przewrotny, bo to nie są Alpy, które można oglądać i zdobywać. To są góry samotności. Miejsca w których człowiek jest sam. „Alpes 2” rozwija tę ideę jeszcze dalej, ale tym razem pojawia się większy niepokój. Co ciekawe, właśnie tutaj Ribeiro powraca do muzyki nie jako tradycyjna wokalistka, lecz jako dodatkowy instrument — jej wysoki wokal bardziej przypomina wołanie z jaskiń, niż śpiew.

Po takich dwóch częściach potrzeba nam chwili oddechu. Nieco ponad minutowy „Alpilles” jest jak otwarcie okna, po którym następuje jeden z najpiękniejszych momentów całego albumu, „Aria populaire”. Catherine śpiewa tutaj bez słów, bo „Aria populaire” ich nie potrzebuje. Gitara akustyczna prowadzi melodię, a głos wokalistki unosi się nad nią jak bezsłowna modlitwa. To chyba mój ulubiony rodzaj muzycznej magii. Ten kiedy artysta przestaje opowiadać, a zaczyna przeżywać. Jest w niej coś jeszcze. Nadzieja. Bardzo mała. Bardzo krucha. Ale obecna… Ponad trzyminutowy „Le Kleenex, Le Drap De Lit Et L’étendard” (cóż za tytuł: „Chusteczka higieniczna, prześcieradło i sztandar”) muzycznie jest z kolei jednym z najciemniejszych fragmentów płyty. Powolne, zawodzące organy tworzą funeralne tło. Ribeiro śpiewa nad nim z niezwykłą powściągliwością, a całą tę atmosferę porównać można do wczesnych, mrocznych dokonań Nico. Trzy przedmioty z tytułu mogą wydawać się przypadkowe, groteskowe, nawet banalne. I właśnie w tym tkwi siła. Życie człowieka składa się przecież z rzeczy wielkich i zupełnie błachych.  Ale Catherine nie potrzebuje wielkich symboli. Ona potrafi zrobić poezję z przedmiotów leżących na łóżku, a zwyczajny pokój zamienić w kaplicę. I na koniec „Dingue”. Po całej tej podróży przez rozpacz, pamięć, samotność i przestrzeń wokalistka wraca do formy bardziej piosenkowej. Gitara prowadzi sprężysty, niemal taneczny rytm, a ona zaczyna igrać ze słowami. Pod tą pozorną lekkością kryje się jednak coś bardzo poważnego. Bunt przeciwko normalności. Ribeiro nie chce być spokojna. Nie chce być grzeczna. Nie chce dopasować własnej duszy do świata, który wymaga od nas, żeby zachowywał się rozsądnie nawet wtedy, gdy wszystko w środku krzyczy. I dlatego zakończenie „Dingue” jest tak cudownie przewrotne. Po tych wszystkich mrocznych pejzażach nie dostajemy pojednania. Dostajemy szaleństwo. Ale może właśnie ono jest formą wolności. Trudno wymyślić lepsze zakończenie.

Wydany rok później „Paix” uważany jest za najbardziej progresywny album spośród wszystkich jakie nagrali. To jedna z tych płyt, których właściwie nie da się „tylko” słuchać. Trzeba się w nią zanurzyć. I mam wrażenie, że po kilku kolejnych odsłuchach zaczyna się ona otwierać coraz bardziej. Tak jak osobliwy obraz – im bardziej się w niego wpatrujemy, tym więcej dostrzegamy szczegółów, których wcześniej nie zauważyliśmy. Skład Alpes odrobinę się zmienił – odszedł Claude Thiebaut, a jego miejsce zajął Jean-Sébastien Lemoine. Na przestrzeni całej działalności zespołu rotacja składu będzie czymś tak naturalnym jak wschody i zachody słońca. I to, że nad każdym z nich stoi Catherine Ribeiro.

Front okładki płyty „Paix” (Philips 1972)

Pierwsze minuty albumu mogą nieco zmylić. „Roc alpin”, który prezentuje lekko folkowy klimat jest najbardziej pogodnym fragmentem całej płyty. Pojawia się rytm, gitara, organy, charakterystyczne brzmienie cosmophone’u. Wokalistka nie śpiewa słów. Ona ich nie potrzebuje. Jej „la-la-la” potrafi być bardziej wymowne, niż całe strofy. Melodia ma w sobie coś archaicznego, niemal średniowiecznego, ale rytm i sposób prowadzenia głosu przenoszą ją w sam środek psychodelicznych lat siedemdziesiątych. „Roc alpin” otwiera nam drzwi. Jeszcze nie wiemy dokąd prowadzą… Z lekkiego, niemal tanecznego początku przechodzimy do niezwykle intymnej pieśni, „ Jusqu’a Ce Que La Force De T’aimer Me Manque” (Dopóki nie zabraknie mi siły, by cię kochać). Gitara akustyczna prowadzi utwór z zadziwiającą delikatnością, a organy tworzą wokół niej mglistą, psychodeliczną aurę. Głosy Catherine staje się bardziej elastyczny, namiętny i melancholijny nie pozwalając tej „piosence” stać się zwyczajną balladą. Zauważmy, że jej śpiew jest pełen napięcia. To nie jest deklaracja: „kocham cię”. To raczej „będę cię kochać, jak długo będę miała na to siłę”. A to już zupełnie inna historia. U  Ribeiro nie ma eterycznej niewinności. Jest zmysłowość podszyta lękiem. W tym zdaniu pojawia się cień przyszłego rozstania. Miłość nie jest triumfem. Jest wysiłkiem. Czymś, co trzeba codziennie podtrzymywać, niczym płomień chroniony dłońmi przed wiatrem. Słuchając refrenu zawsze dopadają mnie emocje – ściska mnie w gardle… Muzyka wyprzedza tutaj swoją epokę. Połączenie akustycznej gitary, głosu i rozmytych organów ma w sobie coś, co wiele lat później odnajdziemy w dream popie. A potem mamy tytułowe „Paix” –  prawie szesnaście minut modlitwy o świat, który jeszcze nie istnieje. I tutaj zaczyna się właściwa podróż. Nie jest to jednak kompozycja rozwijająca się według klasycznych zasad rocka progresywnego. Nie ma tu wyraźnego początku, kulminacji i zakończenia. Jest narastanie. Najpierw pojawia się dron organów Farfisa – powoli i niepostrzeżenie. Dołącza percuphone, dźwięk zaczyna pulsować. Cosmophone dodaje swoje dziwne, metaliczne, niemal pozaziemskie brzmienie. I nagle orientujemy się, że jesteśmy już gdzieś indziej. Nie w sali koncertowej. Nie w studiu, a gdzieś w kosmicznej próżni. Sama muzyka przypomina rytuał odprawiany na jakimś pustkowiu odległej planety. Ribeiro wchodzi dopiero po pewnym czasie. Jej głos nie tyle „śpiewa”, co przecina przestrzeń. A kiedy zaczyna wznosić się ku krzykowi, muzyka wokół niej również zaczyna tracić swoje granice. Organy stają się bardziej szalone. Percussion nabiera charakteru transowego. Cosmophone zaczyna przypominać jakiś instrument pochodzący z innej cywilizacji. Jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy w tym nagraniu jest to, że tracimy poczucie, gdzie kończy się kompozycja, a zaczyna improwizacja. Muzyka zdaje się oddychać własnym życiem. I mam dziwne wrażenie, że to nie my jej słuchamy, ale ona nas.

Catherine Ribeiro i Patrice Mullet.

A potem otrzymujemy jeden z najbardziej niezwykłych utworów francuskiej muzyki progresywnej początku lat siedemdziesiątych, „„Un jour… la mort” – dwadzieścia pięć minut rozmowy ze śmiercią. Nie do opisania piękno. Zawieszone między jawą, a snem. Muzyka zmienia się odkrywając kolejne warstwy, bardziej niespokojne partie gitary, rytmiczne pulsowanie, narastające napięcie. Potrafi być majestatyczna, niemal kosmiczna, by za chwilę stać się surowa i nerwowa. Raz przypomina medytację, za chwilę rytuał, a potem wpada w psychodeliczny trans. Ribeiro przechodzi przez te wszystkie stany emocjonalnie. Nie romantyzuje śmierci. Nie przedstawia jej jako pięknego przejścia do innego świata. Śmierć jest tu obecna, stoi obok. Czasami jest groteskowa i absurdalna. Czasami przerażająco bliska. I ta niejednoznaczność sprawia, że utwór jest tak przejmujący. Nie wyobrażam sobie, by ktoś inny mógłby to zaśpiewać. Catherine śpiewa tak jakby nie istniała granica pomiędzy głosem, a ciałem. Potrafi być delikatna, krucha, by chwilę później osiągnąć poziom intensywności graniczący z bólem. Porównanie jej do innych wokalistek nie ma sensu. Cokolwiek by nie zaśpiewała zawsze będzie to Ribeiro.

Dla mnie „Paix” należy do tych bardzo nielicznych płyt początku lat siedemdziesiątych, które brzmią jakby nie należały do żadnej epoki.  Ma zaledwie cztery utwory i około 46 minut muzyki. A jednak wydaje się ogromna. I to nie dlatego, że jest skomplikowana. Krytycy umieszczają ją pomiędzy progresywnym folkiem, avant rockiem, psychodelią i space rockiem, ale wszystkie te etykiety biorą w łeb już po kilku pierwszych minutach. To muzyka na granicy światła i głębokiej otchłani. Mam wrażenie, że słucham nie czegoś, co zostało stworzone na początku lat siedemdziesiątych, lecz gdzieś ponad czasem.

Zarówno „Âme debout” jak i „Paix” ukryte przed światem tras koncertowych pomimo ważnych przesłań nie wydają się przypisane do ruchu hipisowskiego. Są dziełem partyzantów, którzy właśnie zeszli z alpejskich wzgórz, gotowi zaatakować nasze zmysły. Polecam słuchać je wieczorami, koniecznie na słuchawkach dzięki czemu odkryjemy różne smaczki, których raczej nie wyłowimy z kolumn głośnikowych.

10 komentarzy do “CATHERINE RIBEIRO & ALPES: „„Âme debout” (1971); „Paix” (1972).”

  1. Nie rozumiem dlaczego tak wybitną postać francuskiej muzyki awangardowej jaką jest Catherine Ribeiro sprowadza się jedynie do Alpes. Pominięcie wspaniałego i jedynego albumu nagranego z formacją 2Bis jest chyba nieco krzywdzące. On jest nieco inny od Alpes. Bardziej surowy, szalony i … francuski do szpiku kości. Ociera się nawet o klimaty tradycyjnej francuskiej chanson z rockowym pazurem. Bez dwóch zdań to wielki album również wart wysłuchania.

    1. Z całym szacunkiem, ale tematem tego artykułu są te dwie płyty, a nie postać i kariera Catherine Ribeiro. Poza tym 2Bis to praktycznie zespół Alpes, ale pod inną nazwą, a płytę o której wspomniałeś często wymienia się w oficjalnej dyskografii CR&A. Ribeiro to znakomita piosenkarka, którą uwielbiam, czego dowód dałem w niniejszym tekście. Mam jej dwie solowe płyt: „Blues Piaf” (1977) i „Live au Théâtre Toursky” (2002), które polecam nie tylko fanom jej głosu.

  2. W 2015 roku wytwórnia Mercury wydała box ze wszystkimi dziewięcioma albumami, w tym dwa ostatnie, które bardzo trudno zdobyć. Cieszę się, że te dwie płyty, jak dla mnie najbardziej progresywne, zostały tutaj przypomniane i znakomicie opisane. Mało kto o nich wie, a są fantastyczne.

  3. Poza tymi czterema dość rozpowszechnionymi albumami jakoś mniej się mówi o równie niezwykłych dwóch kolejnych albumach nagranych z Alpes, a szczególnie album „(Libertés?)”. Jest kompletnie inny od tych nagranych wcześniej. Bardziej progresywny z większym udziałem instrumentów klawiszowych. Brzmi obłędnie. A tak dla przypomnienia to przedwczoraj minęło dwa lata jak Catherine już nie ma na tym muzycznym świecie. Szkoda tego głosu.

  4. Piękna Catherine Ribeiro. Mogła zostać modelką, aktorką, muzą Goddarda i Felliniego. Wybrała śpiew. I całe szczęście. Czy najlepsza wokalista w historii muzyki rockowej? Lepsza od Lisy Gerard, Kate Bush, Nico..? Nie, to głupie pytanie w stylu „Kogo kochasz bardziej: mamusię, czy tatusia?” Jedno wiem na pewno – jest doskonała.

  5. Pierwszy raz spotkałam się z tymi płytami i jestem pod ogromnym wrażeniem muzyki jaką usłyszałam. Nie jestem znawczynią, ale wydaje mi się, że obie pięknie się uzupełniają. „Âme debout” jest bardziej surowa, ziemska. „Paix” monumentalna, kosmiczna. Jedno co mi się nasunęło to to, że Catherine Ribeiro i Patrice Moullet nie próbują być „dziwni”. Dzisiaj awangarda sprawia wrażenie świadomego budowania ekscentryczności. Tutaj tego nie ma. Ta muzyka jest „dziwna”, ponieważ tak właśnie powinna brzmieć, by wyrazić wszystko co zespół miał do powiedzenia. To jest doskonały dokument francuskiej awangardy i tylko żal, że poznałam go tak późno. Dziękuję Autorowi, że tak plastycznie opisał te płyty. Trzeba mieć nie lada wyobraźnie, by dobrać słowa do muzyki, którą czasem nie idzie opisać. Nie wszystkim to się udaje. Tu się udało. Brawo Panie Zbyszku!

  6. Jeśli Paix jest płytą, w której Alpes wznieśli się w powietrze, to Âme debout jest momentem, w którym po raz pierwszy oderwali się od ziemi. A potem przyszły góry. I Kosmos.

  7. Rzeczywiście, trudno przejść obojętnie obok okładek. Mają w sobie coś hipnotycznego i doskonale zapowiadają świat, który znajduje się wewnątrz. A kiedy po pierwszym kontakcie z obrazem pojawia się jeszcze ten niezwykły przejmujący głos wokalistki płyta zaczyna działać wszystkimi zmysłami. I rozumiem to zauroczenie. Jej głos ma tę rzadką właściwość, że nie pozostawia słuchacza na zewnątrz muzyki. Ona wciąga do środka. To byłem ja – Bogdan 77.

  8. Niewiele jest zespołów, które mogą pochwalić się prawdziwie unikalnym brzmieniem, ale Alpes jest jednym z nich. Paix jest znakomity. Lawiruje gdzieś pomiędzy psychodelią, space rockiem, a hipisowskim folkiem. Nie rozumiem francuskiego, ale mi to nie przeszkadza. Cokolwiek wokalistka śpiewa, wierzę jej.

  9. Absolutnie świetne płyty stojące na naprawdę wysokim poziomie. Ogólnie mam wrażenie, że poza pewnymi wyjątkami muzyka francuska jest u nas mało znana i doceniana a nad Sekwaną i Loarą można znaleźć sporo dobrego folku, rocka progresywnego, awangardowej elektroniki czy Jazzu. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *