SAM DICE „Dutch Disease” (1978) – artefakt z krainy tulipanów.

Jest rok 1962. W niewielkiej wiosce gdzieś na wschodzie Holandii bracia Ekkel, Arie i Frits, na dwunaste urodziny dostali swoje pierwsze gitary. Można śmiało powiedzieć, że to był ten moment, który zadecydował o ich przyszłości. Kilka lat później wspólnie z Jansem Kivitsem i Roelie Biglaarem założyli zespół nazywając go No Commercial, przemianowany na New Mother Blues, a następnie na Sam Dice Jungle Band. Ostatecznie stanęło na krótszej wersji tego ostatniego – Sam Dice. Pierwszy występ z piosenkami The Kinks, ZZ & De Maskers, Everly Brothers i The Cats miał miejsce w wiejskiej sali 't Haarschut, ale koncertowy debiut poza rodzinnym miejscem odbył się w młodzieżowym klubie „De Delle” w Tubbergen. Gdy ich młodszy, 14-letni(!) brat Harrie zmienił Jansa Kivitsa za perkusją w tym składzie budowali swoją markę przez kilka następnych lat.

Kiedy w 1978 roku świat rocka coraz bardziej interesował się punkiem, nową falą, elektronicznymi eksperymentami i coraz bardziej wyszukanym studyjnym brzmieniem, czterej muzycy postanowili zrobić coś zupełnie innego. W Hilversum w północnej Holandii nagrali album „Dutch Disease”. Płytę wydała wytwórnia Ivory Tower Records w nakładzie tysiąca sztuk, choć niektóre źródła podają, że wytłoczono połowę mniej.

Jak na datę wydania to nie jest płyta nowoczesna. Tyle, że ona nie próbuje być nowoczesna. Jest „staroświecka” – w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa. Słychać tutaj echa holenderskiej szkoły rocka: Cuby And Blizzards, After Tea, czy Golden Earring, ale jest też hard rock, jest blues, rock’n’roll i odrobina psychodelii. Najważniejsze są jednak gitary. Frits Ekkel gra tak, jakby rok 1972 nigdy się nie skończył. Jego partie nie są przesadnie wyrafinowane; mają coś, czego często brakuje perfekcyjnie wyprodukowanym płytom. Mają charakter. Riffy są tłuste, solówki długie i spontaniczne, a gitara rytmiczna Ariego tworzy dla nich mocną podstawę. Sekcja rytmiczna Kees Reinders i Harrie Ekkel pozostaje równie istotna — dzięki niej muzyka nie rozpływa się w gitarowym popisie. I jest jeszcze wokal. Nie jest to śpiew w rodzaju Roberta Planta, czy Chrisa Farlowe’a. Ale właśnie ta surowość i brak wokalnej pozy sprawiają, że album brzmi wiarygodnie. To głos człowieka stojącego przed mikrofonem w małym studiu, a nie gwiazdy nagrywającej dla wielkiej wytwórni.

Już pierwsze sekundy „A Diff’rent Town A Diff’rent Sweetheart” w zasadzie mówią wszystko. Gitara, mocny rytm i ten charakterystyczny posmak country/southern rocka, który z miejsca przenosi nas poza kraj tulipanów i wiatraków na zakurzoną drogę, do małego baru, gdzieś na amerykańskie Południe. Bardzo dobry początek, bo od razu ujawnia jego największą zaletę – Sam Dice nie grają „europejskiego hard rocka” w sposób akademicki. Oni próbują uchwycić ducha muzyki, którą kochają. Jest tu energia, ale również pewna beztroska. Jakby zespół właśnie wyszedł z drewnianej stodoły i powiedział:” OK! To teraz zagramy to jeszcze raz, tylko głośniej!” W „I Cannot Get The Next Plane Home” robi się zdecydowanie ciężej. Riff jest bardziej zdecydowany, rytm ma większy ciężar, a gitara Fritsa zaczyna odgrywać pierwszoplanową rolę. To jeden z tych utworów, w których doskonale słychać, dlaczego kolekcjonerzy zaliczają „Dutch Disease” do holenderskiego hard/blues rockowego undergroundu. Jest w tym coś z wczesnego Black Sabbath, trochę z Deep Purple, ale bez ambicji naśladowania któregokolwiek z nich. Najciekawsze jest właśnie to „nieokrzesanie”. Gdyby ten utwór został nagrany przez wielką brytyjską grupę, prawdopodobnie otrzymałby znacznie bardziej wypolerowaną produkcję tymczasem Sam Dice pozostawiają go szorstkim. I dobrze. Tuż po tym mamy najbardziej rock and rollowy fragment tej strony. „You’re My Selection” to numer, w którym blues i hard rock zaczynają się ze sobą ścierać. Bas i perkusja nadają mu mocny puls, a gitara raz prowadzi temat, raz odrywa się od niego i wpada w improwizację. Sześć i pół minuty pozwala zespołowi trochę „pooddychać”. I właśnie wtedy zaczynam rozumieć, że Sam Dice nie byli tylko barową kapelą grającą kilka efektownych riffów. Oni mieli instynkt do budowania dłuższych form. A co można powiedzieć o niespełna trzyminutowym „Trouble Is Not What I Wanted”? Ano, że jest krótko, konkretnie i ciężko. To niemal bluesowy hard rockowy cios. Mocny bas, gęsty riff i znacznie bardziej agresywne brzmienie niż w pierwszym utworze. Co ciekawe, właśnie ta krótka forma dobrze równoważy dłuższe kompozycje. Jak widać muzycy nie mają potrzeby rozciągania każdej piosenki do siedmiu minut. I tym mocnym akcentem kończy się strona „A” oryginalnej płyty.

Druga część zaczyna się od jednej z moich ulubionych pozycji, „A Kind, Kind Love You Gave Me”. Gitarowy początek i ten dość charakterystyczny dla epoki hard rocka sposób prowadzenia melodii może przywoływać skojarzenia z Blackmore’em. Ale Sam Dice mają we krwi więcej bluesa, niż Deep Purple. Jest tu coś bardziej przyziemnego, bardziej klubowego. Można niemal zobaczyć muzyków grających ten numer wieczorem w małym holenderskim lokalu, przed publiczności stojącą tuż przed sceną. Dużo bym dał, żeby tam być… „Oh, Suzy” to kolejny świetny moment. Tym razem tempo nie jest zawrotne. Bas i perkusja dostają więcej przestrzeni, a gitara znów rozpoczyna swoją opowieść. I to tu chyba najlepiej słychać, że Sam Dice byli zespołem koncertowym. I wcale nie mam na myśli studyjnej perfekcji – chodzi o kontakt między muzykami, którzy wzajemnie się nakręcają. A na koniec – blues. I to jaki! „Tears Are Wasted All Time”. Nie szybki. Nie efektowny. Raczej nocny, intymny i melancholijny. Siedem minut pozwala zespołowi rozwinąć temat bez pośpiechu. Gdy gitara zaczyna coraz bardziej wysuwać się do przodu, wokal schodzi na dalszy plan, a całość nabiera charakteru późnowieczornego jamu.  Jest to najbardziej bluesowy fragment albumu i jego naturalne zakończenie. Wymarzony finał.

Gdy ktoś pyta mnie, co jest takiego wyjątkowego w „Dutch Disease” odpowiadam: jego anachroniczność. W 1978 roku można było nagrać płytę znacznie bardziej nowoczesną. Tylko po co? Sam Dice pozostali wierni muzyce, którą kochali: bluesowi, hard rockowi, rock’n’rollowi i nie potrzebowali do tego technicznych nowinek i super wypasionego studia.  Za każdym razem, gdy jej słucham mam wrażenie, że przenoszę się w czasie do pierwszych lat 70-tych. Fakt – nie jest to zagubione arcydzieło na miarę T2. Nie znajdziemy tutaj kompozytorskiego geniuszu Uriah Heep, ani instrumentalnej maestrii Deep Purple. W zamian mamy coś innego. Autentyczność. To muzyka zespołu, który nie dążył by stać się sławnym, nie został wypolerowany przez przemysł fonograficzny i nie musiał dostosowywać się do aktualnej mody. Nie jest to też płyta, która powinna zmienić historię rocka. Raczej taka, która pozwala nam usłyszeć jak historia rocka wyglądała z dala od Londynu, Nowego Jorku i wielkich wytwórni. W 1978 roku czterech Holendrów nadal wierzyło w moc gitary, bluesa i prostego, ciężkiego riffu. I nagrali coś, co prawie pół wieku później wciąż pachnie małym klubem ukrytym gdzieś na prowincji i wzmacniaczem rozgrzanym do czerwoności.

Bardzo boleję, że ten zapomniany klejnot rockowej historii do tej pory nie doczekał się żadnej reedycji. Uważam to za jeden wielki skandal. Póki co, jak oka w głowie strzegę jego kompaktowy „duplikat” wydany nieoficjalnie poza Europą, w kraju, gdzie nikt nie przestrzega praw autorskich. Smutne, ale w tym konkretnym przypadku nie mam wyrzutów sumienia. Bo jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Francuzi zaś mówią krótko -„c’est la vie”.

17 komentarzy do “SAM DICE „Dutch Disease” (1978) – artefakt z krainy tulipanów.”

  1. Ot i mamy niespodziankę. Przyznam się, że zarówno sam zespół jak i ich jedyna płyta są mi kompletnie nieznane. Miałem poważny dylemat. Z jednej strony ciekawość „starego” lisa muzycznego skłaniał mnie do sprawdzenia a z drugiej strony ten rok nagrania płyty. W mojej głowie rok 1978 nie brzmiał zbyt zachęcająco. Obawiałem się, że będzie to kolejny przykład hard rocka II połowy lat 70-tych ocierający się glam rock. Aby pojawiające się wątpliwości wysłuchałem cały album (jest dostępny na YT). Przy pierwszym utworze moje wątpliwości jeszcze się pogłębiły, gdyż nie był on zachęcający do dalszego słuchania. Ale po drugim utworze wszystko się odmieniło. To jakby przełożenie w mojej głowie zwrotnicy na drugą stronę. Każdy następny utwór pozwolił mi zmienić pierwotne zdanie o tym albumie i wspomniane wcześniej wątpliwości rozwiały się jak poranna mgła. Tylko czy to jest artefakt? Moim skromnym zdaniem chyba nie. To raczej mocno zapomniany i chyba mocno niedoceniony kawałek muzycznego tortu tamtych czasów, Słucha się tego bardzo dobrze. Gitarzysta, który może nie jest niderlandzkim Hendrixem, może bez subtelnej wirtuozerii, ale gra naprawdę znakomicie. Album godny polecenia fanom nieco cięższego grania.

  2. Naprawdę świetna płyta, każdy numer znakomity, a kończący ją blues w stylu Gary Moore’a to miód na uszy. Cieszy mnie, że nie ma tu nielubianych przeze mnie syntezatorów, które do hard rocka pasują jak kwiatek do kożucha, a które pojawiły się jak natrętne muchy właśnie pod koniec lat siedemdziesiątych szczególnie w zespołach zza Oceanu. Ten zespół utwierdził mnie w przekonaniu, że holenderska scena muzyczna tamtych lat kryje więcej podobnych artefaktów. Tak więc panie Zbigniewie, proszę włączyć swój archeologiczny wykrywacz, wykopać spod warstwy ziemi kolejne skarby i pokazać je całemu światu. Życząc udanych poszukiwań pozdrawiam z holenderskiego Delft.

  3. Wielkie dzięki za kolejne, tym razem hard/blues rockowe odkrycie. Płyta niesie mnie od samego rana i pewnie grać mi będzie do końca dnia.

  4. A ja pamiętam Ciebie jak kiedyś co piątek na facebooku zamieszczałeś bluesowe kawałki. Czekałam na nie przez cały tydzień i za każdym razem były to fantastyczne spotkania. Szkoda, że z tego zrezygnowałeś. Może warto wrócić do tych bluesowych piątków..? 

    1. Ooo… jak miło ❤️ Nie myślałem, że w tym miejscu ktoś mi to przypomni… Obiecuję więcej bluesa tutaj, na Rockowym Zawrocie Głowy. Pozdrawiam słodko!

  5. Czemu, ach czemu ten zespół nie był wielki? Im częściej go słucham, tym bardziej mi się podoba. Zdecydowanie jeden z najlepszych mało znanych albumów z Holandii.

  6. Wow ,odkrycie dnia ! Zostanę z tym albumem zapewne do wieczora a jutro znów 🙂
    Uwielbiam takie “spóźnione brzmieniowo” albumy. Tak jak poprzednik , jak zobaczyłam rocznik trochę mi wszystko opadło , ale jak posłuchałam – jestem mega zaskoczona, że wydano taką płytę . Co prawda słyszę tu też trochę ówczesnego brzmienia ( skojarzenia z kanadyjskim Teaze, który zresztą kocham) , jak i nie wiedzieć czemu , echa przyszłości w pewnym momencie – mianowicie tu kłania się Black Sabbath z ery z Glennem Hughesem ale też i oczywiście co wspomniałeś , Deep Purple , ale naprawdę delikatnie . Wokal ? Bez zarzutu , pasuje do tego klimatu , choć nie jest to może tenor który niesie się do nieba . Nie zawsze musi być . Wspaniałe odkrycie . Dziękuję .
    Btw . Czy znasz i posiadasz może efemerydę w postaci Slave z albumem “ The lover ,the madman and the poet” od Seelie Court ? Ostatnio miałam przyjemność odsłuchać na yt i jestem zachwycona . To bardzo tajemniczy zespół , naprawdę głębokie wykopaliska archeologiczne .

    1. O rany!!. Slave również niedawno słuchałem i byłem w muzycznym szoku. To jedna z tych płyt, które w świadomości zostają na zawsze. Przecudowna. Szkoda, że dostępna (przynajmniej teoretycznie) tylko na winylu.

    2. O, tak – śledzę Seelie Court i to co wydają (niestety większość rzeczy limitowana i , o zgrozo, tylko na winylach) więc płyta „The Love…” Slave nie jest mi obca. Mam niestety tylko kopię kopii na CD-R 😒 No cóż – czasem lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu… Muzyka faktycznie jest intrygująca i tajemnicza jak sam zespół i podobnie jak Ciebie poruszyła mnie szczególnie w tych mrocznych momentach. Ciekawe znaleźlisko i jeśli tylko ktoś wyda to na CD wezmę ją pod lupę 😊
      Dzięki za Twój komentarz na temat Sam Dice – jak zawsze celny, osobisty i merytoryczny. Cieszy mnie, że płyta Cię zachwyciła, więc witaj w klubie miłośników blues rocka.

  7. Nie tylko Seelie Court warto śledzić. Warto też śledzić inną mocno archeologiczną wytwórnię – Bright Carvings, Obydwie wytwórnie „prześcigają się” w odkopywaniu rzadkich acetatów i wyciągania ich na światło dzienne. O Monk i Elandill już tu była mowa. Osobiście chciałbym zwrócić uwagę na grupę NTP i jej album „Upstaged”. Winyl wydany w roku 1972 w ilości tylko kilku egzemplarzy. Nie do zdobycia. Cudo.

    1. Bright Carvings także śledzę 🙂 dziękuję. A link , przesłuchałam , fajnie przeplatają się akustyczne utwory z rockerami . Wokal nie jest sto procent czysty , ale klimat i brzmienie jak najbardziej mi odpowiada. Momentami przypominało mi Grannie .

  8. Z całym szacunkiem – śledzić warto, tylko co z tego wynika, skoro one wydają swoje płyty głównie na winylach i to w bardzo niskich nakładach czasem nie przekraczających 300 sztuk?! Czy to jest fair w stosunku do fana starego rocka słuchającego muzyki od ponad pół wieku??!!! Od dawna nie mam analogów i gramofonu, zbieram tylko CD. Skromność nie pozwala chwalić się swoim zbiorem, ale zapewniam jest ich naprawdę dużo, a nawet więcej. Mam też awersję do słuchania muzyki z YT i platform streamingowych, które (o zgrozo) mają też w swej ofercie muzykę tworzoną przez AI. Temat szeroki i pewnie dla niektórych drażliwy. Wszystkich, którzy muzyki słuchają głównie z Internetu i mogą poczuć się moimi słowami obrażeni PRZEPRASZAM, ale… musiałem to z siebie wyrzucić.

    1. Każdy słucha muzyki tak jak ma możliwość:) Ja bardzo chciałabym mieć gramofon , ale jestem pewna , że poszłabym z torbami szybko jakbym zaczęła łowić winyle . Płyt cd nie mam bo nie mam nośnika do odsłuchu – nie mówiąc o tym , że sporej części moich ulubionych wykonawców płyt nie miałabym skąd zdobyć , tak jak wspomniałeś część wznowień jest na winylu . I niestety jakby nie YT i platformy streamingowe to nie miałabym absolutnie żadnego dostępu do mojej muzyki . Z internetu korzystam jedynie mobilnie. Bardzo się cieszę że jestem w stanie założyć słuchawki i uszczknąć ułamek czasu w trakcie robienia czegoś ( rzadko mogę po prostu się położyć ze słuchawkami i wyłączyć od rzeczywistości) i być na bieżąco , wracać do ukochanych płyt i odkrywać wciąż nowe . Pomimo całodobowego zajmowania się ośmiomiesięcznym berbeciem ..:)

    2. Marco, podpisuję się pod Twoimi słowami obiema rękami i obiema nogami (gdyby mogły pisać). Jako fan starej muzyki z kilkudziesięcioletnim stażem uważam, że polityka obu wcześniej wymienionych firm to prawdziwy policzek dla autentycznych miłośników dawnej i wspaniałej muzyki, która nigdy się nie zestarzeje. Kilkakrotnie już tu wymieniany album Monk był oficjalnie oferowany w BC po ok. 21 EU i ….. znikł równie szybko jak się pojawił. Obecnie jest dostępny, a jakże, ale po 2-3 krotnie wyższej cenie, również w naszym kraju. Może właśnie o to chodzi !!. Inną politykę realizuje natomiast Guerssen. Oni również od czasu do czasu wydają odkopane archiwalia, ale wydają je od razu na winylu i …. na CD. Wiele lat temu skutecznie wyleczyłem się z winyli. Na oryginalne CD nie zawsze mnie stać. Pozostają jedynie kopie. A mam ich ponad 4000, często niezwykle rzadkie. Rację ma również Anameya, że każdy słucha muzyki tak jak może, bo muzyka zawsze się obroni. I to tyle, choć nasza dyskusja mocno już odbiegła od tego od czego się zaczęła czyli od Sam Dice. Pozdrawiam wszystkich fanów starej muzyki.

  9. Zauważcie wszyscy, że słuchanie muzyki zmieniało się, bo zmienia się świat. Ja muzykę zaczynałem słuchać na kasetach i magnetofonach szpulowych. Przecież teraz to jest niemożliwe (prawie). Po prostu każdy słucha jak lubi i jak mu jest wygodnie. I proszę, nie ma lepszych i gorszych słuchaczy. Pozdrawiam wszystkich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *