„Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne” (Claude Debussy).
/Niech ten bardzo celny cytat (jeden z moich ulubionych) będzie myślą przewodnią tego artykułu. I to nie bez powodu, bo w przypadku muzyki tego zespołu czasem trudno dobrać odpowiednie słowa./
W czasach, kiedy niemiecki rock dopiero szukał własnego języka, kiedy z jednej strony rozbrzmiewały jeszcze echa angielskiego bluesa i psychodelii, a z drugiej pojawiały się pierwsze oznaki tego, co później nazwano krautrockiem, gdzieś w regionie Baden-Baden działała grupa, która nie zamierzała podporządkować się żadnej z tych szufladek. Był w niej Hammond, był ciężki bas, były gitary fuzz zanurzone w tym brzmieniu, improwizacje, teatralność, blues, psychodelia, czasami atmosfera rockowego misterium. A nad tym wszystkim unosiło się coś bardzo niemieckiego — rodzaj ponurego, metafizycznego niepokoju. Tą grupą była Coupla Prog, prawdziwy skarb niemieckiego undergroundu, która za swojego życia nigdy niczego nie wydała, ale miała szczęście, że została udokumentowana w licznych sesjach radiowych SWF w latach 1970-1972. Jej muzyka balansowała między ciężkim bluesem, psychodelią i rodzącym się właśnie progresywnym rockiem. To dokładnie ten rodzaj zespołu, który znakomicie pasuje do archeologicznych poszukiwań.
Grupa powstała po rozwiązaniu zespołu Wilde Reiter GmbH i przyjęła nazwę będącą skrótem od A Couple Of Progs. Założyli ją: Hubert Donauer (perkusja), Reiner Niketta (bas, fortepian), Rolf Peters (gitara, wokal) i Wolfgang Schindhelm (organy, gitara, trąbka). Nie mieli kontraktu płytowego, nie robili kariery, nie istnieli w mediach. Mieli natomiast radio SWF. I to właśnie dzięki archiwom tej rozgłośni możemy dzisiaj usłyszeć, co naprawdę potrafili. W tym miejscu docenić trzeba ważną rolę producenta rozgłośni, Walthera Krause – Coupla Prog (wraz z Fashion Pink) byli jego ulubionym zespołem i to on rezerwował im sesje nagraniowe. Gdyby nie Krause ślad po nich pewnie zaginąłby na wieki. Płyta „Death Is The Great Gambler” to esencja owych sesji – śmietanka zebrana na jednym krążku. Ale ta płyta ma jeszcze jedną warstwę – tragiczną. Śmierć jednego z członków grupy. Ta tragedia zmieniła zespół doprowadzając go do krawędzi rozpadu. Na szczęście muzycy otrząsnęli się kontynuowali działalność; dołączył do nich gitarzysta Walter Kummich, a wokale przejęli Schindhelm i Niketta. Niedługo później odszedł też Hubert Donauer; podczas sesji 18 lutego 1972 roku zastąpił go Reinhold Hirt. To właśnie ten późniejszy skład nagrał materiał, o którym tu mowa i który po raz pierwszy ukazał się w 2002 roku wydany przez Long Hair. Sesje SWF były rejestrowane na żywo w studiu, bez możliwości późniejszego overdubbingu i montażu nadając nagraniom szczególną autentyczność.
Album zaczyna się od utworu „Chandra”, który natychmiast przenosi nas w początek lat siedemdziesiątych. Hammond, gitara, ciężki rytm… Ale nie jest to jeszcze klasyczny prog rock. Coupla Prog nie ma niemieckiej dyscypliny późniejszych zespołów progresywnych. Ich muzyka jest bardziej spontaniczna, nieprzewidywalna. „Chandra” przypomina trochę spotkanie The Nice z Vanilla Fudge, gdzieś w tle można również usłyszeć ducha wczesnego Pink Floyd. Ale to tylko punkty odniesienia. Najważniejszy jest Hammond Schindhelma. To nie jest instrument towarzyszący – bardziej drugi wokalista zespołu. Raz prowadzi melodię, za chwilę tworzy ścianę dźwięku, po czym ustępuje gitarze. Już tutaj słychać, że zespół najlepiej czuje się, gdy utwór zaczyna żyć własnym życiem… „That’s The Way It Goes” to krótki, ale bardzo ważny dla zrozumienia zespołu numer. Po ciężkim otwarciu pojawia się więcej melodii i bluesowego feelingu. Jakby Coupla Prog chciała pokazać, że potrafi również pisać piosenki, a nie tylko improwizować. Ale nawet tutaj nie rezygnują ze swojego charakterystycznego napięcia. Muzyka jest jak spokojna tafla wody pod powierzchnią której cały czas coś się porusza. I właśnie ta cecha odróżnia ich od zwykłych blues rockowych grup. Te dwa nagrania (znakomite) są wprowadzeniem do ich muzycznego świata, bowiem prawdziwa podróż zaczyna się od „Tochter Im Delirium / Daughter’s Delirium”. To jeden z najciekawszych fragmentów tego wydawnictwa. Robi się psychodelicznie, mrocznie i niepokojąco. Hammond zaczyna wściekle brzmieć, gitara z obsesyjnymi i groźnymi akordami pojawia się w krótkich poszarpanych frazach, sekcja rytmiczna coraz bardziej oddala muzykę od tradycyjnej rockowej piosenki… Oj, co tu się dzieje! To jest miejsce, w którym zespół pokazuje swoją prawdziwą twarz. To już nie jest muzyka do tańca. To muzyka, w której trzeba się zanurzyć po sam czubek głowy, a te dziewięć minut pozwala muzykom stopniowo budować napięcie bez pośpiechu. Oni wiedzą, że najlepsze rzeczy wydarzą się wtedy, kiedy przestaną pilnować zegarka. I tu pojawia się ten specyficzny niemiecki klimat początku lat siedemdziesiątych — coś pomiędzy psychodelicznym snem, a koszmarem, który stanie się ich znakiem rozpoznawczym.
I nadszedł czas na coś wielkiego. Jeżeli miałbym wskazać jeden powód, dla którego trzeba poznać Coupla Prog byłby nim „Death Is A Great Gambler But If I Win, Finally I Can Die”. Osiemnaście i pół minuty. Arcydzieło. Tytuł („Śmierć to wielki hazardzista, ale jeśli wygram, w końcu mogę umrzeć”) brzmi jak fragment ponurego poematu. I rzeczywiście — muzyka jest patetyczna, wręcz żałobna. Nieprzypadkowo. Utwór został poświęcony Rolfowi Petersowi, głównemu kompozytorowi i jednemu z najważniejszych twórczych motorów napędzający zespołu, który w 1971 roku zmarł w wieku zaledwie 21 lat w wyniku przedawkowania narkotyków z alkoholem. I nagle tytuł przestaje być tylko efektowną metaforą. Staje się epitafium. Muzyka jest hipnotyczna, długie instrumentalne partie przechodzą jedna w drugą, Hammond rozlewa się szeroko po obu głośnikach, bas nadaje całości ciężar, a gitara nie tyle gra solówkę, ile prowadzi dialog ze śmiercią. To nie jest progresywizm w stylu Genesis, czy Yes. Nie ma tu perfekcyjnie zaplanowanych konstrukcji. Jest natomiast coś znacznie bardziej pierwotnego: emocja. Kompozycja oddycha. Raz jest ciężka i monumentalna, innym razem rozpływa się jak mgła, by po chwili ponownie eksplodować. Ciężko opisać ją słowami. Jeśli powiedzieć, że jest dynamiczna, emocjonalna i hipnotyczny, to jakby nic nie powiedzieć. Bo gdy śmierć stawia na szali życie słowa się nie liczą – pozostaje tylko muzyka…
Kolejnym ukłonem w stronę Rolfa Petersa jest „Your Time Has Come”. Ma on szczególną wartość historyczną – pochodzi z wcześniejszego repertuaru Rolfa i jest pierwszą wersją późniejszego utworu „Pamphlet To Mr. M. Thompson” pochodzącego z rock opery „Edmundo Lopez”, którą zespół nagrał w 1970 roku. To, że ów rarytas znalazł się w tym zestawie porównałbym ze znalezieniem w pracowni malarza oryginalnego szkicu obrazu, który później stał się wielkim płótnem. Nie jest tak rozbudowany jak „Death Is A Great Gambler…”, ale posiada charakterystyczną dla zespołu dramaturgię — stopniowanie napięcia, ciężki rytm i tę specyficzną teatralność, która później miała stać się jedną z cech ich muzyki… Na samym końcu płyty mamy kolejną ucztę – absolutnie wybitną i prawdopodobnie najlepszą jaką w życiu słyszałem wersję „Season Of The Witch” Donovana. Prawie czternaście minut psychodelicznej ceremonii. Zapomnijcie o oryginale. To już nie jest piosenka. To trans. Powolne, narastające tempo, Hammond, gitara, rytm i coraz bardziej intensywna, zagęszczająca się atmosfera. Właśnie tutaj najpełniej ujawnia się improwizacyjny charakter grupy.
Błędem byłoby nazwanie Coupla Prog zespołem progresywnym, lub krautrockowym. On funkcjonuje pomiędzy tymi światami. Jego wcześniejsze radiowe sesje wydane na płytach „Sprite – SWF Session Vol.2” i „Eduardo Lopez – SWF Vol.4” opisywane są jako mieszanka ciężkiego blues rocka, elektroniki z elementami muzyki klasycznej, wpływami Pink Floyd, Vanilla Fudge i Procol Harum. Czy „Death Is A Great Gambler to arcydzieło, czy ciekawostka..? Jedno i drugie. W kontekście albumu komercyjnego nie jest to klasyczna płyta, a archiwalne wydawnictwo z materiałem z kilku lat. Ale jako dokument epoki, REWELACJA. I to jest właśnie ten rodzaj historii, którego szukam. Nie jakiś kolejny niemiecki prog rock. Nie zespół z wielkiej wytwórni. Nie grupa, która miała pięć płyt i supportowała Deep Purple. Po trzykroć nie. Tylko lokalny zespół, bez kontraktu, z własną drogą i celem, radiowymi taśmami, i muzyką, która mogła bezpowrotnie zniknąć, a przetrwała.
Różnice zdań, co do kierunku muzycznego spowodowały, że niektórzy muzycy przenieśli się do innych regionów, kontakty się rozluźniły… Ostatecznie brak motywacji doprowadził do stopniowego rozpadu zespołu. Historia Coupla Prog ostatecznie zakończyła się z początkiem 1976 roku. Odnalezienie tych wspaniałych nagrań porównać można do odkrycia największej i najgłębszej żyły złota jaka miała miejsce w 1876 roku podczas słynnej gorączki złota w górach Black Hills na terenie dzisiejszej Dakoty Południowej. Tak przynajmniej twierdzą szefowie wytwórni Long Hair.
I na koniec mała podpowiedź. Słuchajcie tej płyty najlepiej w późnych godzinach nocnych kiedy nic i nikt nie przeszkadza, a nasze zmysły są wyostrzone. I zróbcie to koniecznie na słuchawkach. Wtedy docenicie jej wielkość.




Uuuu… mocna rzecz! Nie mogłem się oprzeć i nie czekałem do wieczora (wrócę do niej po zmroku jak sugerujesz). Szczękę zbieram do tej pory. Nie mieści mi się w głowie, że nikt ich nie zauważył i nie dał szans na nagranie płyty. Skandal!
Czy dlatego, że mam 52 lata nie słyszałem tego wcześniej?! Uwielbiam AOR, krautrock, bluesa, jazz i naprawdę nie brakuje mi rzeczy do słuchania i jestem zdumiony, że znasz tyle nieznanych zespołów, o których nigdy nie mam pojęcia. Kurde stary – skąd znajdujesz te wszystkie zespoły?
Szanowni „młodsi” (nieco) fani starej i wspaniałej muzyki. Większości z was nawet sobie nie zdają sprawę ile tych „nieznanych” zespołów gdzieś tam w przeszłości istniało. To prawdziwy ocean wspaniałości. Ja sam co jakiś czas natrafiam na coś niezwykłego i mocno się dziwię, że coś tak wspaniałego kiedyś istniało i występowało. Coupla Prog, wbrew temu co można sądzić, jest stosunkowo znany. Ja bym powiedział, że raczej nieco mniej znany. A co do samego albumu to Gambler zdecydowanie przewyższa oba pozostałe zarejestrowane podczas dwóch sesji radiowych. Moim zdaniem obie sesje niespecjalnie się im udały. Zresztą na początku lat 70-tych takie sesje były bardzo popularne i wiele niemieckich zespołów je rejestrowało. Takie to były czasy.
Niektóre zespoły rodzą się po to, aby nagrać płytę. Inne — żeby grać. Coupla Prog należeli zdecydowanie do tej drugiej kategorii. I wielkie dzięki za to, że mogłem go poznać. Tym odkryciem trafił Pan w sam środek tego, co najbardziej lubię. Zapomniany zespół, kilka taśm, tragiczna historia, brak oficjalnej płyty za życia i muzyka, która po pół wieku nagle wychodzi z cienia. Naprawdę bardzo mocne!
Całkowita prawda. Wiele zespołów w natłoku licznych występów jak miało szczęście „zdążyło” nagrać tylko dwa utwory na jedyny singiel. I nic więcej. Słyszałem wiele takich singli i odczuwałem wówczas wielki, wielki żal, że nie pozostawili po sobie nic ponad to. Czasy były trudne, nie było kontraktów, managerów. Radź sobie sam.
Posłuchałam podpowiedzi i zaczęłam słuchać tej płyty, gdy słońce zaszło za horyzont. Tak się złożyło, że dziś jestem sama w domu.Idealny czas i pora na taką muzykę. Nie znam się na technicznych szczegółach, nie wnikam, czy to powinno być grane w C-dur, a gdzieś indziej w G-dur. Odbieram muzykę tak jak książkę – wyobraźnią i sercem. Mimo, że nie jest to tradycyjny. album z jakąś koncepcją, myślą przewodnią, mam wrażenie, że słucham jednej opowieści przenosząc się z miejsca na miejsce, docierając tam, gdzie nikt przede mną nie był. Nie jestem poetką, nie będę siliła się barwnie opisać co czuję i co widzę pomimo zamkniętych powiek. Jak słusznie zauważył cytowany tu na samym początku Claude Debussy czasem nie da się tego zrobić słowami. Nie da się, bo takich słów nie ma. I tu moje podziękowanie dla Autora, który w tej muzycznej wędrówce był mi cichym przewodnikiem.
Mocne ! Niestety u mnie późne godziny odpadają , po całym dniu z dzieckiem po prostu padam jak złotówa na ladę . Pozostało mi spokojnie długie popołudnie ale mogę powiedzieć , że nie dziwię się że ta muzyka świetnie podejdzie wieczorem .
Swoją drogą, bardzo lubię te nagrania SWF . Znam i Fashion Pink , Stag, Violence Fog i Jerusalem ( nie ten o którym większość pomyśli) . Bardzo chętnie przeczytam o innych zespołach z tych sesji .
Polecam sesje Dzyan i Missus Beastly. To niemiecka odpowiedź, znakomita zresztą, na Mahavishnu O., Perigeo i Nucleus.
Missus Beastly ostatnio zwróciło moją uwagę – nie wiedziałam że to pochodzi z tamtych sesji .
Przypadek, że trafiłem na tego bloga. Lubię to, co tu znajduję – nie te same słynne albumy, które słyszeliśmy setki razy, ale płyty które naprawdę zasługują na odkrycie. Coupla Prog to idealna muzyka do słuchania i dająca się ponieść. Momentami daje kopa w tyłek w dobrym tego słowa znaczeniu. Dzięki ziomek i trzymaj tak dalej. Jesteś u mnie na celowniku!
Wow! Aż tak?! Spuść palec z celownika „ziomuś”, bo krzywdę komuś zrobisz 😂 Pamiętaj – martwi nic nie napiszą. Najwyżej w nocy postraszą 🤣