ROBERT JOHNSON – GDY DIABEŁ STROI GITARĘ

Tego listopadowego dnia, potwornie zmęczony po wyczerpującym tygodniu pracy wracałem do domu autobusem miejskim. Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu ze sprzętem i akcesoriami muzycznymi, by kupić Matiemu efekt do gitary. Tak mi się spieszyło, że zrezygnowałem z torebki plastikowej, w którą sprzedawca chciał mi go zapakować. Na szczęście pudełko było solidne i nie przemokło w ulewnym deszczu jaki padał od dobrych kilku dni. Sam byłem mokry od stóp do głowy więc z ogromną ulgą i satysfakcją przyjąłem fakt ciepłego i suchego wnętrza komunikacji miejskiej. Zająłem miejsce tuż przy mocno zapłakanym od deszczu oknie. Kilku studentów o azjatyckich rysach poszło na górny pokład, więc miałem ten komfort, że nie licząc młodej damy z dzieckiem i starszej pary siedzącej na przednim siedzeniu, byłem praktycznie w długim pojeździe sam. Czułem jak powieki mi opadają, gdy tylko ruszyliśmy z przystanku. Mój wewnętrzny instynkt był tak dobrze zaprogramowany, że bez obaw wiedziałem, kiedy będę musiał wysiadać. Po chwili nieoczekiwanie usłyszałem: „Można?” i gdy uniosłem w górę powieki mężczyzna znakiem głowy pokazał wolne obok siedzenie. Prawie cały autobus pusty, a ten tu dosiadać się chce! Kiwnąłem głową i gość rozsiadł się obok mnie. Pierwsze, co mnie uderzyło to był zapach. Nie mogłem go sobie skojarzyć skąd znam tę woń. Perfumy? Woda po goleniu? Alkohol? Nic z tych rzeczy. To nie było to. Spojrzałem na sąsiada dyskretnie spod oka. Murzyn. Starszy, choć nie umiałbym określić jego wieku. Mógł mieć 60 , ale równie dobrze i 90 lat. Z twarzy trochę przypominał Morgana Freemana, choć rysy miał nad wyraz młodzieńcze, jak u Willa Smitha. Na głowie kapelusz taki sam jaki miał Gene Kelly w „Deszczowej piosence”. I jeszcze jedna ważna i zarazem dziwna rzecz: facet był suchy, jakby wyszedł wprost spod wirówki, a na dworze lało jak z pompy strażackiej. „Grasz?” – spytał patrząc na pudełko z przystawką do gitary. „Nie. To dla syna. On gra” – odpowiedziałem, będąc w duchu trochę zły, że ktoś mi zakłóca błogi spokój. „A co gra?” – pytał dalej. „Różne takie tam kawałki. Generalnie rocka. I bluesa”. Ściągnął swe krzaczaste brwi. I jakby w zamyśleniu powoli powtórzył „Bluesa, mówisz…”. Złapał się ręką za poręcz siedzenia. Dłoń z długimi palcami jak u pianisty, smukła i zadbana. „Gdy byłem małym chłopcem, dmuchałem w harmonijkę, bo tylko na taki instrument moją mamę było stać. A było nas w domu trochę. Ojca nie znałem. Do czasu. Wychowywał mnie ojczym. Potem matka miała jeszcze jednego gościa. Ja przez cały czas marzyłem, by być muzykiem. Najlepiej gitarzystą. I kiedy już byłem trochę większy, za pierwsze pieniądze kupiłem sobie starą, ale to bardzo starą, zniszczoną gitarę. Mówili mi, że mam pamięć absolutną. Wystarczyło, że usłyszałem jakiś kawałek raz, potrafiłem go od razu dokładnie powtórzyć. Nuta w nutę. W sobotnie wieczory zakradałem się pod bar, w którym dwóch gości grało na gitarach do tańca. Szczególnie jeden z nich, Charlie miał na imię, robił z niej takie rzeczy, że ho ho”. Na chwilę mój rozmówca zamyślił się. „Powiedział mi, że nigdy w życiu nie będę grał tak jak on. A ja upałem się. I ćwiczyłem, ćwiczyłem, ćwiczyłem… Po przeprowadzce do innego miasta grałem w knajpach za kromkę chleba i butelkę whiskey. Dziewczyny kleiły się wtedy do mnie, jak pszczółki do miodu. Wkrótce ożeniłem się , ale moja żona niedługo potem umarła. Byłem zrozpaczony. Usiadłem któregoś dnia pod drzewem, na skrzyżowaniu dróg z butelką whiskey i grając na gitarze wylewałem swój ból. Byłem sam, kochałem muzykę i oddałbym wszystko, nawet duszę, by być najlepszym, by zostać królem bluesa.” Kolejny przystanek autobusowy. Ale jeszcze nie mój. „Stanął przede mną jak jakaś zjawa, w długim czarnym i ubłoconym płaszczu. Powiedział do mnie: „Rob, daj mi swoją gitarę, bo strasznie ci rzęcholi. Ja ci ją nastroję.” Gość mi się spodobał. Zagrałem mu „Me And The Devil Blues”.  I ruszyliśmy razem w drogę.” Ponownie zrobił przerwę poprawiając przy tym swój kapelusz. Pod nosem zaintonował coś co brzmiało jak: „Me and the Devil. Was walkin’ side by side” („Ja i Diabeł. Szliśmy ramię w ramię”). Przeszył mnie zimny dreszcz…  Po krótkiej pauzie kontynuował: „Gdy wróciłem do swojego rodzinnego miasteczka, na jedną z potańcówek w której przygrywałem, przyszedł Charlie. Gdy usłyszał moją grę oniemiał z wrażenia. Rozdziawił usta i powiedział tylko: „To jest nie możliwe! Taki postęp w tak krótkim czasie?” I tyle go widziałem. Więcej się już nie pokazał…”  Po tych słowach mój rozmówca umilkł. Zamyśliłem się też i ja…

Po chwili, jakby ze stanu odrętwienia mój wewnętrzny budzik oznajmił, że pora wysiadać. Otworzyłem oczy (miałem je cały czas zamknięte??), obok mnie puste siedzenie. Z przodu para staruszków i matka z dzieckiem. Na górze studenci o azjatyckich rysach i nikogo więcej. Tylko ten specyficzny, nieokreślony jeszcze zapach gdzieś mi się unosił. Nagle olśnienie! Już wiem skąd znam ten zapach! Jest taki sam, jak ten przy zapalaniu zapałki. Szczególnie intensywny, gdy trze się ją o draskę, gdy ta nie za bardzo chce się zapalić…. Do dziś nie wiem, czy to był sen, czy mara.

Legendę o zaprzedaniu duszy diabłu za bycie królem bluesa w Ameryce zna więcej ludzi niż ci, co znają jego dokonania. W czasach , gdy ROBERT JOHNSON żył, w diabelską interwencję wierzyło mnóstwo ludzi. W południowych stanach Missisipi, Arkansas, Alabamie, czy Tennessee, są tacy którzy wierzą w to do dziś. Najdziwniejsze, że do dnia obecnego badacze zastanawiają się, czy było to skrzyżowanie dzisiejszych autostrad 61 i 49 w Clarksdale, czy może nr 8 i 1 w Rosedale. Nie żartuję!

Artysta żył w najtrudniejszych dla Ameryki czasach (1911-1938) i umarł młodo otwierając tym samym niesławną listę „Klubu 27”, którą na dzień dzisiejszy zamyka Amy Winehouse. Nie jest to dziś artysta, którego słucha się w radio. Prawda jest taka, że trzeba mieć chęć, lub dobre bluesowe przygotowanie by je w całości wysłuchać.  To najbardziej surowy blues jaki powstał. I to jego uważa się za tego, który stworzył rhythm’ n’ bluesa. Dla wielu późniejszych gitarzystów w tym takich jak Eric Clapton, Keith Richards, Stevie Ray Vaughan i całej masie  innych to trochę jak Bóg Gitary. Nie przypadkiem jest, że znalazł się na piątym miejscu listy Billboardu wśród stu najlepszych gitarzystów w historii. Wspomina Keith Richards: „Strasznie mi się spodobała ta muzyka. Spytałem Briana, kto to gra? „Robert Johnson” odparł. „No tak, ale kto gra na drugiej gitarze?” – spytałem. Byłem pewien, że słyszę dwie gitary, zanim zorientowałem się, że Robert Johnson gra sam”. Eric Clapton zaś tak mówił: „Najpierw słuchałem Chucka Berry’ego , potem coraz bardziej zagłębiałem się w historię bluesa, aż doszedłem do Johnsona. Nie od razu spodobała mi się jego muzyka, musiałem się z nią oswajać. Było to bardzo mocne, wręcz porażające brzmienie. Minęło trochę czasu, zanim do niego dojrzałem.”
Nota bene, w 2004 roku Clapton nagrał album zatytułowany „Me And Mr. Johnson” na którym zamieścił czternaście kompozycji tego genialnego artysty.

Eric Clapton "Me And Mr. Johnson" (2004)
Eric Clapton „Me And Mr. Johnson” (2004)

Robert Johnson był bardzo przystojnym mężczyzną, do którego lgnęły kobiety. Po raz pierwszy ożenił się w wieku 18-tu lat z Virginią Travis, która niestety zmarła podczas porodu. Dziecko również nie przeżyło. Dla muzyka był to szok. Po jej śmierci związał się ze starszą od siebie o dziesięć lat Calettą Craft posiadającą już troje dzieci. Ich związek był bardzo udany, a Caletta często towarzyszyła swemu mężowi jako tancerka podczas jego występów. Niestety i ona umarła niedługo potem, co spowodowało, że muzyk zaczął swoją tułaczkę po Delcie. Na początku lat 30-tych znanym miejscem dla muzyków była Helena, miasto po drugiej stronie rzeki na terenie stanu Arkansas. Było tam wiele klubów i lokali tanecznych stąd też ciągnęły do Heleny  znani bluesmani: Sony Boy Williamson, Howlin’ Wolf, Elmore James, Robert Nighthawk, Charlie Patton.  Robert Johnson grał z nimi wszystkimi i wszyscy oni byli pod wrażeniem jego niesamowitej techniki.

Johnson zaczął też coraz poważniej myśleć o nagraniu swoich utworów. Niektórzy z jego kolegów mogli pochwalić się nagraniami zarejestrowanymi na płytach i odtwarzanymi na patefonie, Pomógł mu w tym pomyśle właściciel sklepu z płytami z Jackson, który skontaktował go z przedstawicielem wytwórni American Record Company. W teksańskim studiu nagraniowym w San Antonio, w listopadzie 1936 roku Robert Johnson nagrał 11 piosenek, z najsławniejszym wtedy „Terraplane Blues”. W lipcu następnego roku odbyła się następna sesja podczas której nagrano 18 kolejnych utworów. Te dwadzieścia dziewięć bluesów to wszystko, co pozostawił po sobie Wielki Mistrz czarnej akustycznej gitary Gibson na płytach. Ich oryginalne wydania znajdują się obecnie w Bibliotece Narodowej Kongresu USA i są  Dziedzictwem Narodowym Stanów Zjednoczonych.

Robert Johnson "The Complete Recording"
Robert Johnson „The Complete Recording”

Do dziś każdy gitarzysta, bluesman, rockman kochający muzę składa przed nim hołd w tysiącach coverów jakie słyszymy: „Sweet Home Chicago”, „Love In Vain”, „Ramblin’ On My Mind”, „Traveling Riverside Blues”… I czasami nie zdajemy sobie sprawy, że wyszły one spod palców Roberta Johnsona i narodziły się w jego głowie.

Umiera tajemniczo. Jedni twierdzą, że został otruty przez zazdrosnego męża kobiety z którą miał romans. Inni widzieli jak wyruszył w drogę z człowiekiem w długim płaszczu. W drogę donikąd, skąd nie ma już powrotu. By grał mu na gitarze przez całą wieczność. Nikt nie wie, gdzie leży pochowany. W Stanach są trzy różne nagrobki Roberta Johnsona. Trzy różne nagrobki w trzech różnych, odległych od siebie miejscach na terenie Stanów Zjednoczonych. I być może żadne z tych miejsc nie jest tym, w którym spoczywają jego prochy.

Jedna myśl nt. „ROBERT JOHNSON – GDY DIABEŁ STROI GITARĘ”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *