LEAF HOUND „Growers Of Mushroom” (1971)

Słucham tej płyty i kręcę głową: jak taka grupa mogła się w tamtym czasie nie przebić? Fenomenalna kapela z przełomu lat 60 i 70 , która nagrała jedną, jedyną płytę, po czym rozpłynęła się jak we mgle i przepadła na całe dziesięciolecia. Dziś otaczana jest prawdziwym kultem wśród poszukiwaczy zapomnianych muzycznych pereł.

Zespół LEAF HOUND wyłonił się z blues rockowej formacji Black Cat Bones w 1969 roku jeszcze z  Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy jednak szybko się zwinęli, by utworzyć Free. Po przyjęciu na ich miejsce nowych muzyków, Black Cat Bones szybko nagrali płytę („Barbet Wire Sandwich”), po czym rozwiązali się. Dwaj instrumentaliści  tej grupy,  bracia Derek (g) i Stuart (bg) Brooks postanowili grać dalej. Wkrótce przyłączył się do nich wokalista Peter French, a zaraz za nim do składu dołączyli : perkusista Keith Young i drugi gitarzysta Mick Halls. W tym składzie, jako LEAF HOUND rozpoczęli koncerty, które zaowocowały szybko podpisanym kontraktem płytowym.

Leaf Hound (1970)
Leaf Hound (1970)

Być może ten zbytni pośpiech sprawił, że wybrali – jak się niedługo okaże – fatalnie. Wybrali bowiem niesławną wytwórnię  Decca. Tak, tę samą, która odprawiła z kwitkiem Beatlesów, twierdząc, że nie są „zespołem przyszłościowym”. Jednak początek był bardzo obiecujący, bowiem już po kilku tygodniach, pod koniec 1970 r.  LEAF HOUND weszli do studia nagraniowego, gdzie w ciągu jedenastu godzin zarejestrowali materiał na płytę, którą zatytułowali Growers Of Mushroom”. Premiera krążka miała się odbyć na początku przyszłego roku i poprzedzona miała być dużą trasą koncertową na Wyspach i Kontynencie. I ruszyli w trasę. Tyle, że Decca pokpiła totalnie całą sprawę. Z niewiadomych przyczyn album nie ukazał się w przewidzianym terminie. Grupa promowała więc płytę, której de facto nie można było nigdzie kupić! Skandal!  „Growers Of Mushroom” ukazał się dopiero w październiku 1971 roku kiedy zespół już nie istniał. Na dodatek wydano ją w ilości… 500 egz!!! Nie dziwi więc fakt, że dziś oryginalny winyl kosztuje 4000 $ i uważany jest za „płytowego Świętego Graala” w tym gatunku muzyki!

Leaf Hound "Growers Of Mushroom" (1971)
Leaf Hound „Growers Of Mushroom” (1971)

Wytwórnia Decca poprzez swoją ignorancję, nieudolność promocyjną i bałagan wypuściła z rąk kurę mogącą znosić „złote jaja”. Lepszą orientacją do  LEAF HOUND wykazali się ludzie z niemieckiej wytwórni Telefunken, którzy widząc, że koncerty grupy w Niemczech spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem wydali – na kilka miesięcy przed ogólnoświatową premierą – niemiecką wersję płyty ze zmienioną okładką i pod skromnym, acz banalnym tytułem „Leaf Hound”. Ta okrojona wersja nie zawierała dwóch ważnych dla całego albumu utworów: „Freelance Fiend”„Growers Of Mushroom”, za to umieszczono na nim utwory z nigdy nie wydanego nigdzie indziej singla z utworami „Drowned My Life In Fear”/”It’s Gona Get Better”. Ten drugi nie znalazł się  na albumie. I tak po prawdzie nie ma czego żałować, gdyż bardzo odstaje od reszty całego materiału. Banalna ballada zagrana przy akompaniamencie pianina z żeńskimi chórkami. To nie ten klimat, to nie to brzmienie. Taka ciekawostka, lub raczej krótki przerywnik w trakcie nagrywania podstawowego materiału.

Edycja CD wytwórni Repertoire zawiera, oprócz podstawowego materiału, trzy bonusy, ale o tym dalej. Płytę otwiera „Freelance Fiend”  – zadziorny, mocny wokal Pete’a Frencha, ciężkie riffy, bardzo surowe brzmienie. Czysty hard rock, o lekkim bluesowym zabarwieniu. Tak jakby muzycy chcieli odciąć się od swego poprzedniego wcielenia, od  Black Cat Bones, kierując się zdecydowanie w stronę  klimatów  Free (na dopingu), Black Sabbath, czy Led Zeppelin. Nawet jeśli za chwilę słyszymy gitarę akustyczną w „Sad Road To The Sea”, to i tak nie ma tu mowy o balladzie. Jest dynamicznie, rockowo, z równie surowym brzmieniem jak w poprzedniej kompozycji. „Drawned My Life In Fear”, który został wybrany na singiel kryje dość nośną melodię. Jest ona jednak przykryta warstwą krzykliwej partii wokalnej. Całość oparta na  wyrazistym basowym motywie, posępnych riffach i psychodelicznych partiach gitary solowej. Moment uspokojenia dostajemy w najdłuższym na płycie, ponad ośmiominutowym, psychodelicznym  „Work My Body”, a także w „With A Minute To Go”, z gitarą akustyczną, ale też i z wybijającą się partią gitary basowej na pierwszym planie. Jednak wszystko wraca do normy w „Stray”, który przypomina mi trochę zeppelinowy „Heartbreaker” i w rozpędzonym „Stagnant Pool” z przyjemnie pulsującym basem. Mocne, hard rockowe czadowanie, choć z zaskakującym, balladowym zwolnieniem. Tytułowy „Growers Of Mushroom” bliski jest psychodelicznym utworom Cream mimo, że jest najbardziej „piosenkowy” na tej płycie. Całość kończy kapitalny moim zdaniem „Sawdust Ceasar” z wyróżniającą się funkową rytmiką. Doskonałe zakończenie albumu, po wysłuchaniu którego ponownie wciskam przycisk „play” w swoim odtwarzaczu.

Płyta Growers Of Mashroom mimo, że nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, to  wszystkie one prezentują bardzo wysoki poziom. Ten album ma dziś – poza wieloma innymi –  walor szczególnie nie do pogardzenia : to stara znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa radość słuchania.

Jak już wspomniałem LEAF HOUND nie doczekał się wydania albumu. Został rozwiązany kilka miesięcy wcześniej, choć tak naprawdę jego rozpad zaczął się tuż po zakończeniu nagrań, z chwilą odejścia braci Brooks. Na wspomnianą już wcześniej trasę promocyjną, wyruszył z nowym basistą. Wokalista Pete French rozczarowany promowaniem albumu, którego nikt nie mógł kupić, tuż po dopełnieniu koncertowych zobowiązań opuścił grupę. W 1971 roku dołączył do Atomic Rooster, z którym nagrał album „In Hearing Of Atomic Rooster” (nota bene wydany wcześniej niż „Growers Of Mushroom”), po czym opuścił Atomowego Koguta i przyłączył się do amerykańskiej grupy Cactus, nagrywając z nią płytę „Ot ‚N’ Sweaty”. W tzw. międzyczasie do sklepów trafił w końcu album LEAF HOUND w bardzo niskim nakładzie, przez co dziś  za oryginalne, winylowe egzemplarze płaci się na aukcjach kosmiczne sumy. Na szczęście longplay ten doczekał się licznych reedycji, zarówno winylowych jak i kompaktowych. Zawierają one także dodatkowe nagrania: stronę B singla z kompozycją „It’s Gonna Get Better” , nigdy wcześniej niepublikowany utwór „Hip Shaker”, oraz „Too Many Rock’n’Roll Times  z… 2007 roku.  Okazało się, że na fali odrodzonej popularności LEAF HOUND, wokalista Pete French postanowił reaktywować grupę (niestety w całkowicie zmienionym składzie) i wydał płytę „Unleashed” z premierowym materiałem, oraz utworem „Breakthrough” z repertuaru Atomic Rooster. Płyta poprawna, zawierająca przyzwoity materiał hard rockowy, ale pozbawiona klimatu i surowego brzmienia oryginalnego  LEAF HOUND z 1971 roku. Czyli tego wszystkiego, co czyni „Growers Of Mushroom” tak wyjątkowym albumem.

NOVEMBER „En ny tid ar har” / „2:a” (1970/1971)

W muzyce rockowej najbardziej kreatywne i tym samym najciekawsze były lata 70-te ubiegłego wieku, a w szczególności ich pierwsza połowa. Taka jest prawda i tezy tej jestem w stanie bronić do upadłego. W niemal  każdym kraju, jak przysłowiowe grzyby po deszczu, wyrastały zespoły oscylujące w okolicach szeroko pojętego rocka progresywnego, które otwierały furtki do dalszych poszukiwań artystycznych. Nie inaczej było i u naszych sąsiadów z północy, czyli w Szwecji, gdzie objawiły się grupy takie jak Made In Sweden, Life, Panta Rei, Kaipa (grająca do dziś!), czy już niestety częściowo zapomniane jak Pandora, Solar Plexus, Asoka, Epizootic, Blakulla, Egba, Atlas, Algarnas… Jednym z ciekawszych w tym szerokim gronie, mogę wręcz powiedzieć, że dumnie stojący na czele tej gromadki, był sztokholmski zespół NOVEMBER. Grupa funkcjonowała przez niespełna trzy lata, wydając w tym czasie trzy znakomite – zawierające muzykę z pogranicza hard rocka, psychodelii i i rocka psychodelicznego  – longplaye: „En ny tid ar har” (1970), „2 : a” (1971) i „6 : e” (1972). Dwa pierwsze ukazały się na pojedynczym CD wydane przez niemiecką wytwórnię Walhalla w 2003 roku. I choć ogólnie nie przepadam za takimi wydaniami (2 w 1), to akurat w tym przypadku, gdy oryginalne płyty mają po trzydzieści kilka minut muzyki, ma to sens.

NOVEMBER "En ny tid ar har..."/""2:a November" (1970/1971)
NOVEMBER „En ny tid ar har…” / „2:a November” (1970/1971)

Korzenie grupy sięgają roku 1968, kiedy to w klubie Tegelhogen, na przedmieściach stolicy uformował się kwartet The Imps. Jeszcze w tym samym roku jej młody wokalista i basista Christer Stalbrandt opuścił szeregi The Imps i wszedł w skład nowo powołanego do życia głośnego i szybko zdobywającego popularność  tria Train. I tu ciekawostka! W grupie tej, obok perkusisty Thea Salsberga na  gitarze grał niejaki… Snowy White! Tak, to ten sam, który w przyszłości  dołączy do Thin Lizzy, a później stanie się „piątym członkiem” grupy Pink Floyd. Ten pierwszy skład Train przetrwał do jesieni 1969 roku, a więc do momentu, w którym  Snowy White podjął decyzję powrotu do rodzinnego kraju. Stalbrandt postanowił jednak utrzymać zespół; do współpracy zaprosił 16-letniego(!) gitarzystę Richarda Rolfa. Jak głosi legenda, stało się to po jednej, cało nocnej, ale najwyraźniej owocnej, próbie! Ściągnął też starego kumpla z The ImpsBjorna Ingego, który zastąpił Salsberga za perkusją. Tym samym skład grupy ustalił się, że tak powiem, jako  „jednolity narodowościowo” , co podsunęło im z kolei myśl, by wszystkie teksty śpiewać wyłącznie w języku szwedzkim. W tym składzie zadebiutowali w Que-Club w Goteborgu, jako support przed koncertem Fleetwood Mac. Było to dokładnie 1 listopada 1969 roku. I to właśnie ta data natchnęła ich do zmiany nazwy zespołu na NOVEMBER. Na początku następnego roku w studiu Sveriges Radio zarejestrowali kilka utworów, które znalazły się potem na ich debiutanckim albumie. Ich radiowy występ spotkał się z rewelacyjnym przyjęciem, co ułatwiło im nagranie (w tym samym miejscu), a następnie wydanie pierwszego longplaya „En ny tid ar har…”, który promował singiel „Mount Everest”.

Niemal każde rockowe trio w tamtych latach nieodparcie kojarzono i siłą rzeczy porównywano do brytyjskiego Cream. NOVEMBER nie jest wyjątkiem, wszak wiele – w sensie muzycznym – zawdzięcza się panom Bakerowi, Claptonowi i Bruce’owi – prekursorom gatunku. Jednak trudno doszukać się w muzyce Szwedów nachalnego kopiowania starszych kolegów po fachu. Oni robią to na swój sposób, wplatając w swą grę drobne i pomysłowe innowacje. Odwołując się do Cream – pamiętamy to przesunięcie akcentu metrycznego  w „Sunshine Of Your Love”? Właśnie o tego typu pomysły mi chodzi. Doskonale to słychać w utworze nr. 6 „Varje gang jag ser dej kanns det lika skont” (uff!, co za tytuł…), kapitalnym, urokliwie zaśpiewanym po szwedzku, a więc dla nas bardzo egzotycznie, bluesie. Jak się dobrze wsłuchamy, zauważymy pewne nieregularności w pracy perkusji. Niby drobiazg, a jednak owo stukanie po werblu czyni utwór ciekawszym. W innych miejscach na płycie pojawiają się zmyślnie zestawione motywy, pojedyncze dźwięki, okazjonalne wejścia partii fletu. Te elementy urozmaicają materiał, nadają mu progresywny charakter, ale na Boga, pamiętajmy, że to przede wszystkim porcja porywającego hard rocka! Wprawdzie niektóre utwory z tych dwóch pierwszych płyt zagrane są bluesowo  (daruję sobie wypisywanie tytułów po szwedzku; chodzi m.in. o utwór nr.3), inne zaskakują melodyką( 2), a nawet mają coś ze skocznych tańców ludowych, lub też zapadają głęboko w pamięć poprzez swoją melodyjność (7 i 8), czy psychodeliczną aurę (15). Wszystko to jest świeże i jak na tak skromne instrumentarium, bardzo urozmaicone. Pełno tu ostrej, wyrazistej gitary i mocnej, niebanalnej pracy sekcji rytmicznej. Produkcja płyt jest na zaskakująco wysokim poziomie , albumy brzmią soczyście i przejrzyście, a rejestrowano je bynajmniej nie w centrum rockowego światka. Warto zauważyć, że debiutancka płyta nagrana została w ciągu trzech dni i brzmi o wiele lepiej niż wydana w analogicznym okresie  płyta „In Rock” Deep Purple. która pod względem brzmieniowym wypada dużo gorzej. I jeszcze jedna uwaga, którą muszę tu zaznaczyć. Całość zaśpiewana została po szwedzku. Przydaje to albumom pewien koloryt. Język ten nie drażni, słucha się go z przyjemnością. Jest to o wiele lepszy pomysł, niż śpiewanie po angielsku z koszmarnym akcentem, jak uporczywie czyniły to w tamtym czasie np. niemieckie grupy.

NOVEMBER 1970r.
NOVEMBER 1970r. Od lewej: Richard Rolf, Christer Stalbrandt, Bjorn Inge

Nie posiadam niestety trzeciego ich  albumu „6 : e”, wydanego rok po „dwójce” . Zgodnie więc z przyjętą przeze mnie zasadą, że nie omawiam płyt, których nie posiadam w swej kolekcji, o ostatniej studyjnej  płycie grupy NOVEMBER opowiem wówczas, gdy  album ten  trafi do moich rąk. Mam nadzieję, że stanie się to prędzej, niż później.

 

Rock z Australii: BLACKFEATHER, TAMAM SHUD, KAHVAS JUTE, BUFFALO.

Mówiąc o muzyce rockowej z Australii, w pierwszym odruchu myślimy o najsłynniejszym jej przedstawicielu, czyli o grupie AC/DC. Po chwili zastanowienia dorzucamy nazwy innych wykonawców takich chociażby jak The Birthday Party, Crowded House, INXS, Midnight Oil, Nick Cave And The Bad Seeds, Rose Tatoo, Wolfmather i tak dalej… Listę tę można byłoby ciągnąć długo. Ze wszystkich tych zespołów AC/DC grało (gra) najdłużej i zaczynało swą karierę najwcześniej. Ale przed braćmi Young byli też i inni, doskonali  wykonawcy. Mało znani i w większości zapomniani, dziś odkrywani na nowo m.in. przez muzycznych archeologów. Oto mała próbka tego, co sam mam w zasięgu ręki w mojej płytotece.

BLACKFEATHER „At The Mountains Of Madness” (1971).

BLACKFEATHER "At The Mountains Of Madness" (1971)
BLACKFEATHER „At The Mountains Of Madness” (1971)

Tę płytę śmiało mogę zaliczyć do pierwszej piątki rockowych płyt Australii, a także do jednego z najlepszych gitarowych albumów w historii ciężkiego, progresywnego rocka!! Powstali w Sydney, w kwietniu 1970 r. i błyskawicznie zdobyli tam popularność. Świadczą o tym między innymi wysokie notowania na Australian Singles Chart  małej płytki „Boppin The Blues”/”Find Somebody To Love”  (numer 1) jak i debiutanckiego albumu „At The Mountains Of Madness” (1971), który dotarł do siódmego miejsca w krajowym rankingu płyt, co jak na tego typu muzykę było nie lada osiągnięciem. Porywające kompozycje, o charakterystycznym dla tamtych czasów psychodelicznym zabarwieniu, fantastyczne gitarowe solówki, pełna gama aranży, mnóstwo zmiennych nastrojów – tak w ogromnym skrócie określić można muzykę z tego albumu. Jest też folkowo wyniosły „Seasons Of Change” , obfita w zabawną historię suita „The Rat”  oraz porywający instrumentalno- orientalny „Mangos Theme Part 2″, który usłyszałem po raz pierwszy lata świetlne temu, bodaj w radiowej „Trójce” i który wywarł na mnie kolosalne wrażenie!

Koniecznie trzeba pochwalić całą sekcję rytmiczną: Leith Corbetha (gb). i Mike’a McCormacka (dr), oraz gitarzystę Johna Robinsona, którego zaliczano do czołówki, nie tylko australijskich, gitarowych herosów. Dodatkowe słowa szczerego i najwyższego uznania należą się 18-letniemu wokaliście zespołu. Neal Johns zaśpiewał silne, przejmujące i różnorodne wokale. Przeistaczał się niczym Dr. Jeckyll i Mr. Hyde. Warto też wiedzieć, że na fujarce(!) gościnnie  zagrał tutaj młody i nikomu jeszcze wówczas nieznany Bon Scott – trzy lata potem wokalista AC/DC!

TAMAM SHUD: „Evolution” (1969) / „Goolutionites And Real People” (1970).

TAMAM SHUD "Evolution/Goolutionites And Real People" (1970)
TAMAM SHUD „Evolution/Goolutionites And Real People” (1970)

TAMAM SHUD swą nazwę zaczerpnął z XI wiecznego perskiego zbioru poezji : „Rubajjaty”  co w języku tym znaczy „definitywny koniec”. Mogę śmiało postawić tezę, że to ta grupa zapoczątkowała mocne, ciężkie, masywne rockowe granie w Australii. To za nią podążyli inni na czele z Master’s Apprentices, Buffalo, czy omawiany wyżej BLACKFEATHER. Na jednym kompakcie dostaliśmy dwie absolutnie obłędne płyty, czyli cały ich dorobek artystyczny. Album „Evolution” wydany w stajni CBS, to dwanaście gitarowych, dość krótkich kompozycji. Improwizowanych kompozycji. Bo improwizacja to była podstawa prawdziwego rockowego grania. Punkt wyjścia do wszystkiego. Mnóstwo przesterowanych gitar, niestrudzona sekcja rytmiczna i sporo psychodelii. Wszystkie bez wyjątku rozsadza od wewnątrz niesamowita wręcz energia. Nawet spokojniejsze fragmenty brzmią tu ciężko. Takie skrzyżowanie Hendrixa i Cream ze szczyptą późnych Beatlesów z doskonałą jazdą gitarową. Mistrzostwo świata! Ten gitarzysta o swojsko brzmiącym nazwisku to Alex Zytnik, który niestety miesiąc po wydaniu płyty opuścił zespół. Płytę nagrano na „żywca” w ciągu dwóch i pół godziny i był w tym czasie „najlepiej wyprodukowanym albumem w Australii”.

O ile „Evolution” jest płytą fantastyczną, to opatrzony intrygującym tytułem drugi album jawi się jako skończone arcydzieło, absolutny majstersztyk! Nowym gitarzystą zespołu został znacznie młodszy, 16-letni Tim Gaze, który podsunął zespołowi pomysł nagrania albumu w postaci ambitnej suity. Przypomina to trochę dokonania bardzo mrocznych (jeszcze nie działających) Wishbone Ash, trochę Free. Dominuje tu zdecydowanie jego gitara – pierwszorzędny warsztat muzyczny! I wciąż, gdy słucham tych nagrań nieodparcie nasuwa mi się pytanie: jak można wymyślić  coś tak rewelacyjnego? Jak oni nagrali płytę składającą się z muzyki tak niewyobrażalnie fantastycznej? Na dodatek posiadającą jeden z najgenialniejszych finałów w historii rockowego grania („Goolutionites Theme Part I & PartII”). Chylę czoła przed tym zespołem. Przed ich geniuszem. I tylko pozostaje żal, że płyta  „Goolutionites And Real People” jest tak krótka.

Tim Gaze podobnie jak i Alex Zytnik wkrótce opuścił zespół pociągając za sobą perkusistę Dannie Davidsona, by dołączyć do basisty Boba Daisley’a znanego z płyt Chicken Shack, Rainbow i Ozzy Osbourne’a. Tak narodziło się znakomite power trio KAHVAS JUTE.

KAHVAS JUTE „Wide Open” (1971).

KAHVAS JUTE "Wide Open" (1971)
KAHVAS JUTE „Wide Open” (1971)

Ten jedyny album, nagrany w ciągu zaledwie trzech dni  wydany został w styczniu 1971 roku. Bije z niego niesamowita magia zespołowego zgrania, zespołowej jedności. Nasuwa się tu skojarzenie z brytyjskim triem Cream, ale zamiast kopiować – grali swoje – bardziej agresywnie, z większą dynamiką. Na tej płycie nie ma ani jednego przeciętnego kawałka. Wszystkie trzymają równy, wysoki poziom. Świetny, dynamiczny album będący ozdobą każdej szanującej się płytoteki, który polecam z całą mocą.

BUFFALO  to najciężej grająca formacja w historii australijskiego rocka! Swego czasu Black Sabbath nie zgodzili się , by ten zespół otwierał im koncerty – ponoć wystraszyli się! Zespół zdecydowanie miał ogromny wpływ na rozwój hard rocka, heavy metalu i wszelkich hałasów jakie wkrótce stały się czymś naturalnym. Powstali kiedy świat znał już Black Sabbath. Ale w BUFFALO była jakaś nieokiełznana siła, coś w stylu zawadiaki , który swoje problemy rozwiązuje siłą, niż perswazją. Działalność zaczynali pod nazwą Hobo, lecz używali jej bardzo krótko. Zespół został uformowany w 1971roku, ale niestety nie mieli tyle szczęścia, aby zaistnieć na szeroką skalę. Wielka szkoda bowiem pierwsze trzy płyty, bronią się do dziś doskonale.

BUFFALO "Dead Forever" (1972)
BUFFALO „Dead Forever” (1972)

Na debiutanckim albumie „Dead Forever” wydanym w 1972r. muzyka toczy się wolno – niczym walec. Słychać to szczególnie w „I’m A Mover” z repertuaru Free. Świetny album, ale następny był jeszcze lepszy!

BUFFALO " Volcanic Rock/Only Want You Fot Your Body" (1973-74)
BUFFALO ” Volcanic Rock/Only Want You Fot Your Body” (1973-74)

Na rewelacyjnej  drugiej płycie, „Volcanic Rock” (1973) porzucili typowy jailhouse-rock na rzecz psychodelicznej zabawy z rockiem. Czuć w tym zeppelinowski pazur zwłaszcza w otwierającym płytę „Sunrise (Come My Way)” . Przez „Freedom” przetoczy się muzyczny walec miażdżąc po drodze wszystko i wszystkich. Grupa sypie piaszczystymi riffami, rzeźbi soczyste struktury, daje chwilę spokojnego oddechu, by za moment uderzyć z jeszcze większym impetem (wystarczy posłuchać Pound Of Flesh” i następujący po nim Shylock”). Album „Volcanic Rock” jest zwartym monolitem niczym Ayer’s Rock. Ale to, co na niej zachwyca i jest jednym z największych atutów, to wokal Dave’a Tice’a, równie potężny jak praca gitar. To jeden z tych najbardziej charyzmatycznych męskich wokali w historii rocka! Nie inaczej jest też i na trzeciej płycie zatytułowanej „Only Want You For Your Body” (1974). Ponowne połączenie tego, co najlepsze w muzyce Black Sabbath i Grand Funk. No i te riffy! Świetne, gitarowe sola Jeffa Baxtera, jak zwykle kapitalna gra sekcji rytmicznej w wykonaniu  Petera Wellsa (bg) i Jimmy  Economou (dr) plus mocny wokal Dave’a Tice’a. Ja posiadam niemiecką edycję gromadzącą oba te albumy na jednym CD. Co prawda ma dość skromną oprawę graficzną ( w porównaniu do edycji australijskich), ale za to dźwiękowo brzmi rewelacyjnie. Po rozwiązaniu grupy, do którego doszło w 1977 roku i po nagraniu dwóch kolejnych (niestety średnich) płyt, basista BUFFALO założył Rose Tatoo (zmieniając przy okazji cztery struny na gitarę elektryczną). Mimo to dziś nie sposób przejść obojętnie obok muzyki, którą zostawił nam australijski bawół, więc polecam ją szczególnej uwadze nie tylko miłośnikom mocnych brzmień.

To tylko część zapomnianych płyt australijskiego rocka, które znajdują się w mojej płytotece. Pozostałe, warte odkurzenia i omówienia cierpliwie czekają na swą kolej. I na pewno się doczekają!

MAY BLITZ „May Blitz” (1970) MEDICINE HEAD „Dark Side Of The Moon” (1972)

Mam w swojej płytotece płyty, które wydane w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku poznałem i  wysłuchałem po raz pierwszy dopiero teraz, w XXI wieku. I zakochałem się w nich na zabój. Muzyki tych grup nie grało żadne radio, nie wylansowali żadnych przebojów, nie grali spektakularnych koncertów i nie występowali na wielkich festiwalach. A jednak pozostawili po sobie ślad w postaci płyt. Płyt odkrytych po latach na nowo przez muzycznych archeologów. Są wśród nich albumy grup  MAY BLITZ i MEDICINE HEAD. Mało znane, mało grane, lecz zasługujące na szczególną uwagę.

May Blitz. Majowe Bombardowanie. Dla nas określenie raczej enigmatyczne, niewiele mówiące, zlepek dwóch wyrazów pisany z dużej litery. W Anglii, dla której naloty z czasów  II wojny światowej są narodowym symbolem poświęcenia, taka nazwa dla zespołu, było nie było rozrywkowego, wzbudzała kontrowersje. Muzyka mogła jeszcze bardziej pogłębić tę niechęć, bo próżno w niej szukać kojących ucho melodii, a nawet jeśli było sentymentalnie i melodyjnie, miażdżono to brudnym, ostrym riffem gitary. A mimo to, żadne gromy z nieba nie posypały się z tego powodu na zespół. Może dlatego, że grupa działała tylko trzy lata i w tak krótkim czasie wydała tylko dwie duże płyty, które utonęły w całym morzu im podobnych? A może dlatego, że prezentowana przez nich muzyka stała na tak wysokim poziomie i z szacunku dla artystów nie czepiano się detali? Przypomnę, że w tym czasie takich prog-rockowych grup wytyczających nowe kierunki działało wiele. I jedną z nich jest bez wątpienia MAY BLITZ. Dzisiaj pozostaje praktycznie nieznana, poza wąskim gronem archiwistów rocka, a szkoda…

Jak już wspomniałem, grupa działała krótko na przestrzeni lat 1969-1971, a założyli ją  dwaj byli muzycy kapitalnego zespołu Bakerloo: Terry Pool (bg.) i Keith Baker (dr.).  Bardzo szybko przyłączył się do nich śpiewający gitarzysta Jamie Black i już pod nową nazwą zaliczyli kilka  koncertów.  Jednak wkrótce Pool i Baker odeszli do innych zespołów. Pierwszy został członkiem grupy Vinegar Joe (z Elkie Brooks i Robertem Palmerem w składzie), zaś Baker przyjął lepszą ofertę ze strony Uriah Heep, z którą niedługo później nagrał płytę „Salisbury”. Nie zrażony takim obrotem sprawy osamotniony chwilowo Jamie Black zaprosił do siebie perkusistę Tony Newmana (z Sound Incorporated i The Jeff Beck Group) oraz basistę Reida Hudsona. Kilka miesięcy później MAY BLITZ mogli się już pochwalić kontraktem płytowym z wytwórnią Vertigo, która w 1970 roku wydała ich debiutancką płytę pod nieskomplikowanym  tytułem „May Blitz”.

Grupa MAY BLITZ (1971)
Grupa MAY BLITZ (1971)

Album „May Blitz” określany też jest często mianem jednego z kamieni milowych brytyjskiego ciężkiego rocka. Sporo tutaj wspaniałego współgrania akustycznej gitary z bluesowym podkładem, sporo psychodelicznych solówek, które kojarzyć mogą się z hendrixowskimi improwizacjami. Progresywnie i hard rockowo mamy w „Smoking The Day Away” czy „Dreaming” Spokojnie zaliczyć je można do ekstraklasy gatunku! Bluesowy „I Don’t Now”, zwiewny i zamglony „Tomorrow My Come”, czy wypełniony motoryczną funkową partią basu „Squeet” pokazują nam jak zróżnicowany jest ten album. Gra całej trójki jest swobodna, bije z niej pewność siebie. Jest autentyczna. Nie ma tutaj schlebiania gustom ani żadnego kunktatorstwa.  Jak wspomniałem, płytę wydała Vertigo, która w tym samym czasie wydawała także albumy Black Sabbath oraz Uriah Heep. Zapewniam jednak, że muzyka, którą prezentuje na swym debiucie MAY BLITZ jest prawdopodobnie cięższa od większości produkcji obu tych legendarnych grup. Warto sięgnąć po tę pozycję, tym bardziej, że z okładki spoziera na nas bardzo zachęcająco wielce urokliwa matrona…

MAY BLITZ "May Blitz" (1970)
MAY BLITZ „May Blitz” (1970)

Pamiętam jedną z nocnych „Trójkowych” audycji Tomka Beksińskiego, który do studia przyniósł kilka płyt kompaktowych ze „starą” muzyką. I jego narzekania, że ukazuje się tego tak mało, a przecież jest tego tak dużo do wznowienia. To były pierwsze lata srebrnej płytki, która w błyskawicznym tempie wypierała z półek tradycyjne czarne winyle. Oryginalna „Ciemna strona Księżyca” z 1972 roku grupy MEDICINE HEAD była jego jedną z najbardziej ulubionych płyt. Na reedycję w wersji CD czekał cierpliwie przez długie lata. Niestety nigdy jej nie doczekał….

MEDICINE HEAD "Dark Side Of The Moon" (1972)
MEDICINE HEAD „Dark Side Of The Moon” (1972)

Zespół MEDICINE HEAD to duet, który wydał swe pierwsze dwa albumy głównie z folkowo-bluesowymi utworami. Piosenki często okraszone rubasznymi tekstami i łatwo wpadającą w ucho melodią, które  idealnie nadawały się do śpiewania w pubie przy kuflu z piwem, lub na piknikowych imprezach. Zachwycił się nimi John Peel, który pierwszą sesję w studiu nagraniowym Dandelion opłacił z własnej kieszeni. Po nagraniu drugiej płyty, której producentem był Keith Relf, wokalista znany z The Yardbirds i Renaissance (potem w Armageddon) duet opuścił Peter Hope-Evans (wrócił do niego rok później). John Peel zaproponował więc Johnowi Fiddler’owi nagranie nowego albumu, bez pauzującego Petera, ale za to z Keithem Relfem i perkusistą Johnem Davisem.

Tył okładki
Tył okładki

Akustyczne gitary zamieniono na mocno wzmocnione elektryczne, dodano rockowo brzmiącą perkusję. Wyszło niemal progresywnie, momentami naprawdę ciężko i tak jak uwielbiał to Tomek Beksiński – mrocznie. Jednym słowem: ekscytująco! Od całości lekko odstają może tylko dwie łagodniejsze ballady „Sittin’ In The Sun”, oraz „Only To Do What Is Tru”, które zostały zresztą wydane na singlu, ale zapewniam, że reszta jest znacznie lepsza, bardziej rockowa i taka… wyluzowana.

MEDICINE HEAD 1972r.
MEDICINE HEAD 1972r.

Jak pokazała historia, płyta Dark Side Of The Moon” grupy MEDICINE HEAD nie odniosła żadnego sukcesu, co pozwoliło rok później zespołowi Pink Floyd nazwać tak swój nowy album, nad którym intensywnie pracowali dziewięć długich, morderczych miesięcy. Mimo to warto zapoznać się z tym wydawnictwem. Satysfakcja gwarantowana!

STEEL MILL „Green Eyed God” (1971)

O tym angielskim zespole praktycznie nie było wiadomo nic. Zero informacji na temat jego historii. Muzycy, którzy pojawili się znikąd, nagrali jedną niesamowitą, absolutnie kapitalną i uroczą płytę w  historii rocka, wydaną w niskim nakładzie, po czym słuch o nich zaginął. Dopiero austriacka reedycja w digipaku firmy Rise Above z 2010 roku (o ile się orientuję niestety już niedostępna na rynku) zawiera  booklet, z którego dowiedzieć się można co nieco o zespole. Muzyka na tym albumie to prawdziwy undergroud. Mamy tu niemal wszystko: połączenie rocka progresywnego z jazzem, bluesem, folkiem, a także z hard rockiem i heavy metalem!

Źródeł grupy należy szukać w południowym Londynie i w miejscowości Wadsworth, skąd wywodzili się członkowie zespołu. Działali w zespołach, o których dziś być może tylko najbardziej zaawansowani muzyczni archeolodzy wiedzą, że istniały. Co prawda The Garret Singers wydali folkową płytę  z Johnem  Chellenger’em (sax.)jako… wokalistą(!), zaś Dave Morris (voc. keyboards) i Terry Williams (g) gdzieś od 1967 roku wspólnie grali w zespole The Roadrunners (nota bene w Liverpoolu istniał w tym samym czasie zespół o identycznej nazwie). Pozostali muzycy:  Jeff Watts (bg) udzielał się w grupie Design, zaś Chris „The Rat”  Martin (dr), który zastąpił Colina Shorta, pogrywał w tak różnych i tak wielu grupach, że dziś nie sposób odtworzyć ich nazwy. Spotkanie całej piątki zaowocowało powstaniem zespołu STEEL MILL.

STEEL MILL 1971r. Od lewej do prawej:John Chellenger, David Morris, Terry Williams, Jeff Watts, Chris (The Rat) Martin
STEEL MILL 1971r. Od lewej : John Chellenger, David Morris, Terry Williams, Jeff Watts, Chris (The Rat) Martin

Grali bardzo dużo koncertów, na których szlifowali i sprawdzali przed publicznością swój własny repertuar. Warto wspomnieć, że np. w legendarnym klubie Marquee występowali z takimi zespołami jak Hawkwind, The Face, Wishbone Ash, Pink Fairies, czy Audience. W lipcu 1971 roku wystąpili na Festiwalu w Reading. „Nogi i nie tylko one, trzęsły się nam ze strachu. Nigdy wcześniej nie graliśmy przed tak wielką publicznością” – wspomina John Challenger. Często też wybierali się do Hamburga i innych niemieckich miast, gdzie zaczynali zdobywać uznanie i coraz szersze grono tamtejszych  fanów. Nie było więc przypadku, że to właśnie w Niemczech pierwszy ich singiel ” Green Eyed God/Zangwill” wydany  we wrześniu 1971 roku (przez tamtejszy Bellaphon z bardzo fajną okładką) odniósł spory sukces. W Anglii wydała go mała firma Penny Farthing i singiel mimo, że promowany był między innymi przez legendarne Radio Luxembourg dotarł tylko do 51 miejsca na British National Singles Chart. Mała płytka ukazała się także w Belgii i we Włoszech.

To był dobry czas na dużą płytę, która zatytułowana „Green Eyed God” została nagrana w grudniu 1971 roku w słynnym londyńskim  Delane Lea Studios i jeszcze tego samego roku trafiła na rynek niemiecki. Dlaczego jednocześnie nie ukazała się w Anglii? No właśnie. Tu zaczynają dziać się dziwne i doprawdy nieprawdopodobne rzeczy.  Brytyjczycy zwlekają z jego wydaniem. Ktoś wpadł na „genialny” pomysł, by wypuścić przedtem jeszcze jeden singiel, który pomógłby promować album. Niby logiczne. Tyle, że grupie zaproponowano nagranie utworu zespołu… Status Quo. Rozpętała się awantura, zespół zagroził zerwaniem kontraktu nie zgadzając się na to pod żadnym warunkiem. Ostatecznie druga mała płytka „Get On The Line/Summer’s Child” ukazała się w maju 1972r. Niestety singiel przeszedł niezauważony i wytwórnia Penny Farthing podjęła decyzję o wstrzymaniu dystrybucji nagranego już albumu na czas nieokreślony. Wydała go w Anglii dopiero w 1975 roku, kiedy zespół STEEL MILL dawno już nie istniał. Tym sposobem bezpowrotnie zatrzaśnięto drzwi do kariery nietuzinkowemu zespołowi o wielkich możliwościach artystycznych.

STEEL MILL "Green Eyed God" (1971)
STEEL MILL „Green Eyed God” (1975). Wydanie brytyjskie
STEEL MILL "Green Eyed God" (1971) tył okładki
STEEL MILL „Green Eyed God” (1975). Tył okładki

Zanim przejdę do omawiania albumu, jeszcze mała ciekawostka. Pierwsze niemieckie wydanie płyty różniło się kolorem obramowania okładki.  Brytyjskie (bardziej znane) jest koloru zielonego, niemieckie zaś było czarne. Niby drobiazg, ale dla kolekcjonerów istotna być może wskazówka. Przejdźmy więc do zawartości albumu. Już otwierający płytę, wielowątkowy „Blood Runs Deep” przekonuje nas jaki muzyczny skarb został zakopany przez historię. Mocne rockowe wejście z całkiem przyzwoitym riffem gitarowym  i równie mocnym wokalem. A po chwili lekkie złagodzenie i wchodzi jazzujący saksofon. To on jest tu wiodącym instrumentem. W środku piękny motyw balladowy i powtórzona kilkakrotnie prośba wokalisty „Take me along for the ride”. Prawdziwy rocker i niemal anielskie klimaty. Piękne klimaty z łkającą, momentami grającą unisono gitarą i fletem mamy też w Summers Child” . To przepiękna i delikatna ballada. Orientalnie jazzujący „Mijo And The Lying Of The Witch” przemienia się w środku w ostrą jazdę hard rockową za sprawą gitary i riffów, których tak na dobrą sprawę nie powstydziłyby się zespoły takie jak Black Sabbath, czy Deep Purple. I jeszcze w to wszystko zmieściły się cudowne partie fletu! Green Eyed God” to najbardziej niezwykły utwór na tej płycie. W tej tytułowej kompozycji dzieje się tyle, że trudno opisać to wszystko słowami. Tego utworu powinno posłuchać się wielokrotnie. Gwarantuję, że za każdym razem znajdzie się w nim coś nowego. Partie fletu tworzą mroczny, fascynujący klimat. Długie partie solowe, wycieczki w stronę jazz rocka, a wszystko to jeszcze podszyte blues-rockowym charakterem. Jest tutaj wszystko, za co można pokochać ten zespół i tę muzykę. Progresywne, czyste jak łza partie gitary odnajdziemy w „Turn The Page Over”. Do tego ten charakterystyczny fortepian na początku i niesamowita melodyjność wokali, to tylko niektóre składniki tej czarującej piosenki (nie boję się w tym miejscu użyć tego określenia), będąca jak przysłowiowa wisienka na torcie. Na końcu płyty (no, prawie na samym końcu) mamy niepokojąco rozpoczynający się  „Black Jewel Of The Forest” Taka bardziej mroczna odmiana folku, z bardzo intensywną grą sekcji rytmicznej. z głównym riffem granym najpierw na basie, a potem podchwyconym przez gitarzystę. Znam ten motyw. To „No Place To Go” bluesmana Howlin’ Wolfa wykorzystany także przez Led Zeppelin w „How Many More Times”. Całość kończy urocza miniaturka muzyczna „Har Fleur” trwająca 44 sekundy. Cudowne zakończenie, cudownej i niezwykłej płyty.

„Zielonooki Bóg” został ponownie wydany w 2010 roku pod tytułem „Jewels Of The Forest” przez austriacką wytwórnię Rise Above ze zmienioną co prawda okładką, ale za to z 32-stronicową książeczką i dodatkowymi dziewięcioma nagraniami! Kapitalne wydawnictwo!

STEEL MILL "Jewels Of The Forest" Reedycja płyty z 2010r.
STEEL MILL „Jewels Of The Forest” Reedycja płyty z 2010r.

Oczywiście największą gratką dla fana muzyki są te dodatkowe nagrania. Mamy tu pierwszy singiel STEEL MILL , oraz stronę „A” drugiego  „Get On Line”, który wyróżnia się tryskającą energią jakiej nie powstydziłyby się garażowe zespoły psychodeliczne. Do tego fantastyczne nagrania z kwietnia 1970 roku z poprzednim perkusistą, Colinem Shortem (aż pięć niesamowitych i cudownie brzmiących utworów!), oraz.. i tu spora niespodzianka: jedno 5-cio minutowe nagranie zrealizowane pomiędzy kwietniem, a lipcem 2010 roku! Co prawda w lekko zmienionym składzie, bo bez dwóch oryginalnych gitarzystów Terry’ego Williamsa i Jeffa Wattsa, ale z klimatem muzycznym jak z roku 1971! Piękne zakończenie niezwykłej płyty niezwykłego zespołu.

BABY GRANDMOTHERS, FRACTION, HEADSTONE, KRISTYL, MORGEN

Zdarza mi się czasami kupić płytę w „ciemno”, gdzie ani wykonawca, ani tytuł nie mówią mi kompletnie nic, ale to nic. Ba! często okładka płyty jest do tzw. „bani” – ni to ładna, ni to ciekawa, zazwyczaj po prostu koszmarna. A jednak jakaś siła (intuicja? szósty zmysł?) powodowała, że sięgałem w sklepie po tę pozycję i zanosiłem ją do domu. Potem był ten dreszczyk emocji i pytanie: udany zakup, czy też jakiś gniot? O kilku z nich piszę parę słów poniżej. Krótkie to są komentarze, bo i informacje o tych płytach do których zdołałem dotrzeć zazwyczaj bywały lakoniczne, lub prawie zerowe. Z uwagi na to,  że są one jednak godne poznania  z wielką radością odkurzam je i przywracam ku uwadze wszystkim miłośnikom starego dobrego rocka.

BABY GRANDMOTHERS „Baby Grandmothers” (1968).

BABY GRANDMOTHERS "Baby Grandmothers" (1968)
BABY GRANDMOTHERS „Baby Grandmothers” (1968)

Kompletnie zapomniany fenomen szwedzkiej sceny rockowej tamtych lat! To klasyczne power trio nigdy nie nagrało płyty długogrającej. Jedyne płytowe wydawnictwo BABY GRANDMOTHERS to singiel „Somebody Keeps Calling My Name/ Being Is More Than Life” który na dodatek ukazał się tylko  w… sąsiedniej Finlandii. Rozbudowane wersje tych kompozycji otwierają zbiór nagrań zespołu na tym CD plus zachowane w prywatnych archiwach nagrania z dwóch koncertów. W sumie siedem nagrań z lat 1967-68. Nagrań, które powaliły mnie na kolana! Dosłownie! Szczególnie „Somebody…”, które zaczyna się leniwie, ze snującą się powoli wokalizą. Potem przyspiesza, a gdy już nabierze rozpędu to mamy tu do czynienia z takim grzaniem i wymiataniem o jakim w 1968 roku nikt absolutnie nie śnił! Jest ciężko i ostro. I rewelacyjnie zagrane! W koncertowych nagraniach zespół jawi nam się jako mistrzowie długich mocnych improwizowanych kompozycji. Ciężkie gitarowe granie kontrastuje z delikatniejszymi motywami, jest też niesamowity, tajemniczy nastrój, są zmiany tempa. I tylko szkoda, że jakość tych nagrań nie jest zbyt dobra, choć realnie patrząc w jakich warunkach one powstawały, to i tak aż trudno uwierzyć jak rewelacyjnie to wszystko brzmi. Na koniec ciekawostka: w 1968 roku grupa poprzedzała koncerty Jimiego Hendrixa w Szwecji. Czyż trzeba większej rekomendacji?

FRACTION „Moon Blood” (1971)

FRACTION "Moon Blood" (1971)
FRACTION „Moon Blood” (1971)

Czarno-białe zdjęcia Księżyca wstawione za plastikową czerwoną  szybką sprawia, że nasz naturalny satelita wygląda na froncie okładki naprawdę krwawo. Zabieg prosty, ale to raczej tył okładki sprawił, że sięgnąłem po tę płytę. Szare zdjęcie zespołu (jak odbitka na słabym ksero) spowodowało u mnie pewien odruch sympatii do tych pięciu mężczyzn. I ta intrygująca sekwencja nad ich wizerunkiem: „Even so than at this present time also there is a remnat according to the election of grace”, która po rozszyfrowaniu (Olu, Mateusz – dzięki niezmiernie za pomoc!) okazała się być biblijnym  fragmentem „Listu do Rzymian” Rozdział 11, wers 5 (Tak przeto i w obecnym czasie ostała się tylko Reszta wybrana przez łaskę”  tłum. Twoja Biblia .Pl). Okazuje się, że ten pochodzący z Los Angeles zespół nagrał tę płytę w niespełna… trzy godziny. Zaczęli nagrania przed świtem, o 4.30 rano, aby mogli zdążyć na czas do pracy na poranną zmianę. Te nagrane na tzw „żywca” kompozycje, bez dogrywek i poprawek na które po prostu nie starczyło czasu, to fantastyczne masywne, ciężkie psychodeliczne granie z niesamowitą ilością fuzzu i wah-wah. Do tego głos wokalisty do złudzenia przypominający wokal Jima Morrisona nadaje tym kompozycjom niesamowity, mroczny ,  powiedziałbym  krwawy  (blood) klimat. Wydana przez maleńką wytwórnię w bardzo niskim nakładzie dziś jest jedną z najdroższych i najbardziej poszukiwanych amerykańskich płyt winylowych osiągając cenę… 2,5 tys. dolarów! Szkoda tylko, że jest tak krótka. Trwa nieco ponad 30 minut. Ale nie narzekam.Trafiła mi się po prostu prawdziwa perła!

HEADSTONE „Still Looking” (1974)

HEADSTONE "Still Looking" (1974)
HEADSTONE „Still Looking” (1974)

Ten amerykański zespół z Ohio tworzyło trzech braci Flynn: David, Bruce Barry oraz ich przyjaciel Tom Applegate. Jedyny album HEADSTONE należący do kanonu zapomnianego rocka podciągnięty był pod nurt tzw. „chrześcijańskiego rocka”. Moim zdaniem raczej niesłusznie. Sugerowano się pewnie studiem nagraniowym gdzie został zarejestrowany.  A należało ono do Jacka Caseya, który specjalizował się  w nagrywaniu i wydawaniu płyty wykonawców z muzyką religijną. Owszem, w tekstach mamy pewne pierwiastki religijne jednakże muzyka jest na wskroś rockowa. Powiem więcej: zawiera sporą dawkę ciężkiego, gitarowego grania, z wirującymi  Hammondami, ciężką perkusją, z dużą ilością zmian tempa, podszyta  bluesem i ocierająca się o rock progresywny. Słucha się jej wybornie. Tak grało się trzy, cztery lata wcześniej! Otwierająca płytę tytułowa 8-minutowa kompozycja to absolutny klasyk gatunku. Oryginalny winyl kosztuje ok 300 dolarów, warto więc zainwestować w dużo tańszy CD zawierający dodatkowo cztery singlowe nagrania zespołu.

KRISTYL „Kristyl” (1975)

KRISTYL "Kristyl" (1975)
KRISTYL „Kristyl” (1975)

Totalnie zapomniany zespół i jej jedyny, zdecydowanie gitarowy album wydany prywatnie w mikroskopijnym nakładzie 200 egz. przez amerykańskich młodych muzyków z Kentucky. Zapewne ograniczone do minimum koszty  jego wyprodukowania spowodowały, że mamy taką, a nie inną okładkę. Okładkę, którą uważam za jedną z najbrzydszych w mojej płytotece. Na szczęście  muzyka z tego albumu wynagradza to niezbyt estetyczne doznanie wzrokowe. Momentami progresywna, w klimacie „Argus” grupy Wishbone Ash,  zawiera też elementy bluesa i psychodelii . Miła mieszanka sennych fragmentów miesza się z ostrzejszą jazdą sfuzzowanych dźwięków gitary i uroczym okazjonalnym wokalem. Na giełdach płytowych winyl w doskonałym stanie osiąga cenę 900 dolarów. Polecam nie tylko muzycznym archeologom.

MORGEN „Morgen” (1969)

MORGEN "Morgen" (1969)
MORGEN „Morgen” (1969)

Czarno-biała okładka nawiązująca do znanego dzieła Edvarda Muncha tego amerykańskiego kwartetu przeraża, ale też i wciąga mnie za każdym razem, gdy sięgam po tę płytę. Tak jak i wciągająca jest muzyka z tej płyty. Płyty wypełnionej przede wszystkim ostrym, momentami wręcz wściekłym brzmieniem gitar, garażowym wokalem, oraz dochodzącymi do tego dobitnymi, ciężkimi rytmami perkusji i basu. Muzyka z pogranicza ciężkiego rocka psychodelicznego. Jedna z dosłownie kilku (dwóch, może trzech) tragicznie niedocenionych amerykańskich płyt końca lat 60-tych! Grupę założył w Nowym Jorku gitarzysta i wokalista Steve Morgen, któremu towarzyszyli Barry Stock (g), Rennie Gennossa(bg) i Bob Maioman. Do płyty CD dołączono aż osiem unikalnych nagrań.

To tylko część płyt, które kupione w „ciemno” okazały się prawdziwymi rarytasami muzycznymi. O innych napiszę wkrótce.

 

ANDROMEDA „Andromeda” (1969)

Wrzesień to miesiąc, który otwiera nam nocne okno zapraszając do oglądania i podziwiania nieba usłanego gwiazdami i ciekawymi obiektami astronomicznymi. Niekwestionowaną królową jesiennego nieba jest Wielka Mgławica  w Andromedzie, którą w odpowiednich warunkach podziwiać można gołym okiem(!). Znajduje się ona w północnej części nieba w gwiazdozbiorze  Andromeda, niedaleko od granicy ze znaną konstelacją Kasjopei, która ma charakterystyczny wygląd rozciągniętej litery „W”. Dużą radość sprawia mi oglądanie tej Galaktyki nawet przez zwykłą lornetkę. Tak jak i dużą radość sprawia mi słuchanie zespołu, który przybrał sobie  nazwę ANDROMEDA. Zespołu, który we wrześniu 1969 roku wydał tylko jeden bardzo dobry studyjny album. Album  znany niestety wyłącznie poszukiwaczom zapomnianych grup sprzed kilkudziesięciu lat. Zespół włączył w się w popularny wówczas nurt zwany ciężką psychodelią, ale nie brak tu elementów rodzącego się w tym czasie rocka progresywnego. Całość zaś przepełniona jest jakimś trudnym do opisania ulotnym czarem i nastrojem tajemnicy. Muzyka na tym albumie jest tak piękna jak przepiękna była Andromeda – mityczna królewna etiopska, która identyfikowana jest ze wspomnianym wyżej  gwiazdozbiorem o tej samej nazwie i widoczną w niej równie piękną Galaktyką Andromedy.

Wszystko zaczęło się jesienią 1967 roku kiedy to gitarzysta i wokalista John Du Cann, będący wówczas członkiem grupy The Attack, sformował wraz z basistą Mickiem Hawksworthem i perkusistą Jackiem Collinsem ( zastąpionym wkrótce przez Iana McLane’a ) własne trio. Dość szybko nagrali demo własnych kompozycji, które jak się później okaże były fundamentem ich jedynej płyty. Tu muszę zaznaczyć, że w tym samym roku Du Cann miał już „zaliczoną” sesję nagraniową z kolegami z Attack. Płyta zatytułowana „Roman God Of War” miała ukazać się wczesną wiosną 1968 roku, ale wskutek licznych zawirowań i totalnego bałaganu w wytwórni płytowej DEKKA, wylądowała na półce. Ostatecznie ukazała się ona  dopiero w… 1990 roku! Skandal? Kpina? No comments!

Niejako po drodze chłopcy zaliczyli „fuchę” nagrywając pod nazwą Five Day Week Straw People niskobudżetową psychodeliczną płytę dla małej wytwórni Saga  zarejestrowaną w cztery godziny w budynku szkolnym! Płyta, o dziwo zaskakująco dobra, zważywszy na warunki w jakich została nagrana. Już wyraźnie było słychać to charakterystyczne brzmienie gitary i wokalu Johna Du Canna, równie charakterystyczne chórki w tle z fajnie brzmiącymi bębnami (jak przystało na koniec lat 60-tych). To była przystawka do dania głównego, które miało spłynąć  kilka miesięcy później. W tym czasie regularnie koncertowali, m.in w legendarnych londyńskich klubach: Marquee i Middle Earth obok takich tuzów jak The Yarbirds (później także  Led Zeppelin), Jeff Beck, czy Joe Cocker. Zauważył ich także legendarny już dziś prezenter Radia BBC, John Peel, zapraszając grupę do swego programu Top Gear. Oferował im nawet wydanie albumu w nowo powstałej właśnie wytwórni Dandelion, lecz oni wybrali bardziej znaną –  RCA Victor, w której pracował słynny w latach 70-tych inżynier dźwięku Eddie Offord. To właśnie on wespół z liderem grupy, Johnem Du Cann’em, wyprodukowali debiutancki album ANDROMEDY (zatytułowany po prosto „Andromeda”), który ukazał się we wrześniu 1969 roku.

Andromeda "Andromeda" (1969)
Andromeda „Andromeda” (1969)
Tył okładki Lp "Andromeda" (1969)
Tył okładki LP „Andromeda” (1969)

Pierwsze dźwięki otwierające album już robią duże wrażenie. Too Old rozpoczyna się co prawda krótką parafrazą pierwszych taktów bluesowej klasyki „Train Kept A Rollin” Tiny’a Bradshowa, ale już za chwilę  szturmuje ostra sfuzzowana  gitara i wściekle furiacka sekcja rytmiczna. W końcu już  w czasach  The Attack Du Cann potrafił tworzyć rzeczy ciężkie  i oparte na pomysłowych riffach. Tyle, że tamten zespół i ich muzyka nie zostały w porę dostrzeżone. Tu już słychać, że Du Cann był nieprzeciętnym gitarzystą. I bardzo dobrym rockowym wokalistą, choć daleko mu do Gillana, czy Planta. Nie mniej radzi sobie wyśmienicie. W „Day Of The Change” robi się nieco spokojniej i melodyjniej, choć na ognistą solówkę gitarową miejsce i tak się znalazło. Balladowo robi się w trzecim utworze „And Now The Sun Shines” i choć osobiście nie jestem fanem rockowych ballad (poza naprawdę nielicznymi przypadkami) to ta naprawdę mnie oczarowała. A delikatnie kwiląca gitara umiejętnie to oczarowanie podkreśla. Ciekawostką w tym utworze jest to, że Mick Howksworth zamiast na basie gra na… kiju krykietowym, na którym rozciągnięto struny. Rozbudowany „Turn To Dust” to hard rock w najczystszej postaci. Jest tu wszystko to, co za kilka lat będzie w tym gatunku kanonem: melodia, riff (nawet kilka), solo, progresywne eksperymenty brzmieniowe. Gitara brzmi czasami jak skrzypce, lub jak melotron. Do tego ozdobione  jest to dobiegającymi jakby z oddali chórami, które nadają tej kompozycji tego ulotnego, nostalgicznego klimatu; mamy też piękne harmonie gitary elektrycznej w klimacie „Albatrosa” grupy Fleetwood Mac. A gdzieś w szóstej minucie – cóż za wściekłe przyspieszenie! I to wszystko jeszcze przed Black Sabbath i Deep Purple (pamiętajmy – mamy rok 1969!).

Otwierający drugą stronę LP ośmiominutowy „Return To Sanity” podzielony na trzy części to prawdziwe opus magnum całego albumu. Wyróżnia się najbardziej zapamiętywalnym refrenem ze wszystkich zawartych tu kompozycji, a także najlepszymi solówkami. Część pierwsza rozpoczyna się interpretacją fragmentu utworu „Mars The Bringer Of War” Gustava Holsta. Pomysł doskonały choć nie nowy, bowiem wykorzystała go rok wcześniej grupa Deep Purple w swojej przeróbce”Hey Joe”. W mocniejszych fragmentach zasadniczej części utworu można dostrzec podobieństwa do Black Sabbath, tyle że Black Sabbath zadebiutowali kilka miesięcy później. Jedyny numer skomponowany i zaśpiewany przez Howkswortha to „Reason” , który posiada już czysto rockowy charakter. Przedostatni utwór „I Can Stop The Sun” to taka wyciszona miniaturka z gitarą i chórkami. Taki oddech przed wielkim finałem jakim jest zamykający całość „When To Stop”. Kolejny, rozbudowany, progresywny utwór składający się z trzech części. Pierwsza, wokalna „The Traveller”  z miłymi melodiami, dramatycznymi przejściami i niby-jazzową grą sekcji rytmicznej. Druga część „Turning Point” przechodzi w fenomenalny hard-rockowy i niemal rozrywający zmysły czad! Część trzecia „Journey’s End” rozpoczyna się elegijnym motywem gitary zaczerpniętym z „Addagia” drugiej części słynnego „Concierto de Aranjuez” Joaquina Rodrigo. Oprócz tego pojawia się tu też motyw ze „Still I’m Sad” zespołu The Yardbirds. Z cudowną i niezwykle subtelną grą gitary basowej, oraz kotłów perkusji. Wspaniały  i do bólu melancholijny fragment stanowiący doskonałe, niecodzienne zwieńczenie niezwykłej płyty!

Po nagraniu tej płyty i zagraniu kilku koncertów grupa ANDROMEDA przestała istnieć . Pożegnalny koncert dała w marcu 1970 roku występując wspólnie z Black Sabbath.

Zespół Andromeda (1969)
Zespół Andromeda (1969)

John Du Cann przeszedł wkrótce do grupy Atomic Rooster, z którą nagrał płyty „Death Walks Behind You” i „In Hearing Of Atomic Rooster”.  Po odejściu z Atmowego Koguta założył grupę Hard Stuff, z którą wydał dwa albumy. Później rozpoczął karierę solową. Zmarł 21 września 2011 roku w wieku 65 lat.

Basista Mick Howksworth założył zespół Fuzzy Duck , zaś w późniejszych latach współpracował z Alvinem Lee w jego formacji Ten Years Later.

Niestety nie wiem jak potoczyły się dalsze losy autentycznie fantastycznego  perkusisty ANDROMEDYIana McLane’a.

Pomimo zachwytu prasowych krytyków ANDROMEDA nie odniosła sukcesu na rynku muzycznym. Być może wybór wytwórni płytowej RCA był chybiony, może zawinili promotorzy od reklamy, a może po prostu zabrakło odrobiny szczęścia by być w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie..? A jednak po latach sprawiedliwości stało się zadość. ANDROMEDA zyskała kultowy status. Świadczą o tym m.in obłąkańcze wręcz ceny oryginalnych egzemplarzy płyt grupy dochodzące do 1000 funtów! Bo to dynamiczna, rockowa płyta pełna wyobraźni i kunsztownie wykonana. Tak piękna jak mityczna  etiopska królewna i tak  piękna jak  widoczna na wrześniowym, rozgwieżdżonym  nocnym niebie konstelacja Andromedy z jej Galaktyczną Mgławicą M31.

AARDVARK „Aardvark” (1970)

Kiedy moja płytoteka liczyła sobie około setki tytułów, bawiło mnie ustawianie ich na półce według różnych kryteriów. I tak np. na początek szły płyty z muzyką zagraniczną, zaś na samym końcu układałem polskich wykonawców. W przypływie patriotyzmu zmieniłem ten szyk, ale nie na długo. Kochając muzykę grupy Pink Floyd, to ich płyty postawiłem w pierwszym  rzędzie i ten stan rzeczy utrzymywał się bardzo długo. Do dziś zresztą Floydzi mają osobną półkę, na której znajduje  się cała dyskografia wliczając w to m.in. bootlegi, oraz bardzo rzadkie limitowane fanklubowe rarytasy. Kiedy jednak płytoteka zaczęła rosnąć w postępie nieomal geometrycznym, by nie pogubić się w tej całej masie zrezygnowałem z ustawiania ich wg. jakiegoś wymyślnego „klucza”. Ustawiłem je alfabetycznie. Proste i wygodne. Płytotekę moją otwierały krążki od „A” (AC/DC), a kończyły na „Z” (ZZ Top). I stan ten trwał do czasu, aż „upolowałem” w końcu (po bardzo długich zresztą poszukiwaniach) kompakt grupy AARDVARK , dumnie dziś otwierający zbiór domowej płytoteki. Wcześniej płyta dostępna długi czas tylko w…  Japonii w kosmicznie wysokiej cenie. I niewiele jest takich, które przy zastosowaniu porządku alfabetycznego mogłyby znaleźć się przed nią!

Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą nieco dziwną nazwą zespołu, w pierwszej chwili pomyślałem, że oto mam do czynienia ze skandynawską  grupą rockową (zmyliło mnie to podwojone „a”). Okazało się, że zespół pochodzi jednak z Albionu, a angielskie aardvark to po naszemu mrównik, czyli po prostu prosię ziemne. Zwierzę  występujący w Afryce, u nas mało znane i mało popularne. Nomen omen tak jak mało znana i mało popularna była/jest grupa, która tego ssaka przyjęła sobie za nazwę, a jedyny wydany przez nich album śmiało można zaliczyć do zapomnianych i nieodkrytych pereł lat 70-tych. Podejrzewam, że nie miłość do mrównika była powodem nazwania tak zespołu, a zapewne popularna kreskówka z  lat 1969-71 „The Ant And The Aardvark” w której jednym z głównych bohaterów był mrównik-niedojda. Utwierdza mnie w tym przekonaniu okładka albumu, na której ów niebieski  zwierzaczek został tam właśnie uwieczniony. Swoją drogą jest to bardzo piękna, bajkowa wręcz okładka. Tak jak i bajkowa jest muzyka zespołu AARDVARK.

AARDVARK "Aardvark" (1970)
AARDVARK „Aardvark” (1970)
Tył okładki
Tył okładki

W powszechnej świadomości gitara elektryczna jest instrumentem najsilniej kojarzonym z rockiem. Lista zespołów nie posiadających w swym składzie gitary i etatowego gitarzysty jest bardzo krótka. Można tu wymienić takie grupy jak Emerson Lake & Palmer, Egg, czy Qutermass. Do tego spisu śmiało można dopisać  AARDVARK – kwartet złożony wyłącznie z wokalisty (Dave Skillin), sekcji rytmicznej (Stan Aldus gb,  Frank Clark dr) i klawiszowca. I właśnie organy Hammonda, na których grał Steve Milliner spełniały rolę głównego instrumentu. Słychać to już w otwierającym album nagraniu o uroczym tytule „Copper Sunset” („Miedziany zachód słońca„), w którym mocno przesterowane organy porywają ciężkim riffem, przebojową linią melodyczną i zgrabnym solem. Kapitalny kontrargument dla tych, którzy twierdzą, że organy Hammonda brzmią staroświecko. Myślę, że Deep Purple, czy Uriah Heep z pewnością wiele by dali, aby taki utwór mieć w swoim dorobku. Piękne zagrywki klawiszowe w „Very Nice Of You To Call” przypominają, że mamy tu do czynienia z rasowym zespołem progresywnym, zaś „Many Things To Do” hipnotyzuje kapitalnym hammondowym solem, żywiołowością i pełną pomysłów strukturą. Pierwszy z dłuższych utworów, sześciominutowy „Greenpac” raźno pędzi do przodu. Dużo dobrego wnosi tu wokal Dave’a Skillina, wokalisty i autora niemal całego programu płyty, w zwrotce przetworzony, a czysty w refrenie. W środku tego kawałka robi się psychodelicznie, gdzie misterna, wielowymiarowa solówka przenosi nas powoli na orbitę. Kojarzy mi się to (przynajmniej w płaszczyźnie brzmieniowej) z koncertowymi, rozbudowanymi wersjami „Set The Controls For The Heart Of The Sun” Pink Floyd.   Naprawdę magiczny moment. Trzeba posłuchać! To jeden z mocniejszych fragmentów tej płyty. I mój ulubiony. Ten floydowski klimat odnajdziemy również w blisko dziesięciominutowym psychodeliczno – eksperymentalnym „The Outing – Yes”. Niewątpliwie najbardziej swobodny utwór na tej płycie. Rozdziela te dwie kompozycje ponad pięciominutowy „I Can’t Stop” z podniosłym organowym wstępem, który powoli rozpędza się i przechodzi w opętańczego rocka z kapitalnym rhythm’n’bluesowym solem klawiszowym. Po skromnej, aczkolwiek przepięknej balladowej  miniaturce  „Once Upon A Hill” inspirowaną staroangielską pieśnią, zresztą jedyną stworzoną nie przez Skillina, a przez basistę Stana Aldousa, następuje jedyny utwór instrumentalny. „Put That In Your Pipe And Smoke It” to rzecz dla koneserów tego typu grania. Muzycy pozwolili sobie tutaj na totalny odlot (co zresztą doskonale oddaje  sam tytuł). Tętniący, momentami wręcz szalony improwizowany numer z dominującymi partiami huczących Hammondów.

Zespół AARDVARK 1970r.
Zespół AARDVARK 1970r.

Nad twórczością AARDVARK unosi się duch nie tylko wymienionej tu grupy Pink Floyd, ale także duch Deep Purple, Atomic Rooster, czy Beggars Opery. Ciekawe, dynamiczne kompozycje, niebanalne rozwiązania instrumentalne sprawiają, że płyty słucha się jednym tchem. A zdjęcie zdobiące okładkę jest autentycznie przepiękne!

Astronomy Domine, czyli Aria z Danielem

Na początku była astronomia. Na początku, czyli przed muzyką. Ciągnęło mnie do gwiazd, a w zasadzie do spoglądania w nocne niebo.  Do oglądania Księżyca, planet i innych obiektów astronomicznych amatorską lunetą. Pociągało mnie zaglądanie w czeluście Kosmosu z perspektywy mojego podwórka. I zgłębianie wiedzy o otaczającym Wszechświecie. Oczywiście jak każdy młody chłopak w tym czasie uganiałem się w dzień za piłką, byłem fanem Klossa i Czterech Pancernych, a filmową śmierć szlachetnego i bohaterskiego wodza Apaczów, Winnetou, przypłaciłem trzydniowym bólem głowy i wysoką  gorączką. Ale noce były moje. Nocami wymykałem się by popatrzeć w gwiazdy.  By zajrzeć  Panu Bogu w okna. Astronomia górą!

Muzyka przyszła niewiele później. Od razu zaznaczę, że muzycznie wychowałem się na audycjach radiowej „Trójki”. Chyba tak jak wszyscy z pokolenia ludzi dziś zaliczających się do przedziału wiekowego plus czterdzieści. Witold Pograniczny, Dariusz Michalski, Jerzy Janiszewski, Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann i wielu, wielu innych odkrywali przede mną całą paletę gatunków muzycznych. Od bluesa i rock’n’rolla, po rock, jazz i muzykę klasyczną.

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy za dobre świadectwo ukończenia szkoły podstawowej rodzice kupili mi i mojemu młodszemu bratu, magnetofon szpulowy ZK120T. Tę „wspólnotę” traktowałem mniej więcej przez miesiąc, przejmując potem całkowitą kontrolę nad tym urządzeniem (sorry braciszku!). O ile pamiętam, był to chyba pierwszy polski magnetofon na tranzystorach, wypierający modele lampowe. Mój prestiż w oczach podwórkowych kumpli podniósł się bardzo wysoko. Byłem pierwszy, który miał takie cudo na własność.

Początkowo nagrywaliśmy wszystko co się dało nagrywać, łącznie z naszymi i rodziców głosami. Na szpulowej taśmie był istny groch z kapustą. Traktowaliśmy to jako dobrą zabawę, a jednocześnie przetestowaliśmy ten sprzęt na wszelkie sposoby. Ktoś w końcu podpowiedział mi, że „… na UKF-ie grają fajne kawałki” i tak natrafiłem na „Trójkę”. Taśmy szpulowe wnet zapełniły się  muzyką z ulubionymi piosenkami, a wkrótce z całymi albumami. Opisane, ponumerowane, stały dumnie wyeksponowane  najpierw obok książek, a następnie na osobnej półce. Mogłem delektować się nagranymi z radia płytami Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple, Budgie, Jethro Tull, Hendixa, Cream… Muzyka zaczęła wciągać mnie coraz bardziej, a „Trójka” mnie uzależniła. Nagrań dokonywałem w kuchni, bo tylko tam był najsilniejszy sygnał radiowy. Problemem była jednak… lodówka. Kiedy włączał się jej agregat, robiło się  zakłócenie w postaci trzasków, które przenosiły się na taśmę. Strasznie mnie to wkurzało, więc na czas nagrania wyciągałem z gniazdka jej wtyczkę i dźwięk miałem czysty! Kiedyś w Wielkanoc Piotr Kaczkowski prezentował płytę Pink Floyd „Obscured By Clouds”. Byłem w siódmym niebie, bowiem tej płyty jeszcze w swej taśmotece nie miałem. Tak byłem uradowany, że po zakończeniu audycji zapomniałem o… włożeniu wtyczki z powrotem do gniazdka. No i lodówka cała zapełniona świątecznym jadłem rozmroziła się!

Zasłużony ZK120T po kilku latach został zastąpiony przez kupiony w „Pewexie” magnetofon „Aria”. Z wyglądu przypominał profesjonalny, wielośladowy magnetofon studyjny. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że parametry techniczne „Aria” miała przeciętne, ale prezentowała się w tamtym czasie okazale (szczególnie, gdy miała założone duże  srebrne szpule) i była moją wielką dumą. Robiła wrażenie dosłownie na wszystkich bez wyjątku, którzy do mnie wówczas przychodzili.

Magnetofon "Aria"
Magnetofon „Aria”

W tym samym mniej więcej czasie mój tata był na kontrakcie w Jugosławii, skąd przywiózł mi kilkanaście płyt, wśród których były  albumy Yes, Genesis, Nazareth, Tangerine Dream. Dostałem także płytę jugosłowiańskiego Bijelo Dugme (Koncert Kod Hajduccke Ccesme”), którego liderem był… Goran Bregovic. Wówczas nikt z nas nie miał zielonego pojęcia, że za kilka dekad Bregovic będzie najpopularniejszym bałkańskim muzykiem w naszym kraju.

Koncertowa płyta Bijelo Dugme bardzo mi się podobała. Połączenie rocka z folklorem bałkańskim, to było coś, czego do tej pory nie słyszałem. No i ta okładka płyty, z kłaniającą się na scenie baletnicą z…  anatomicznym fragmentem jej uda!

Bijelo Dugme "Koncert Kod Hajduccke Ccesme" (1977)
Bijelo Dugme „Koncert Kod Hajduccke Ccesme” (1977)

Mając TAKIE płyty potrzebowałem dobrego gramofonu. Taki też był „Fonomaster” z wbudowanym wzmacniaczem i kolumnami 2×20 Wat (szał!). Miał on jedną fajną i bardzo praktyczną rzecz – małą „wajchę” do opuszczania ramienia na płytę, co pozwalało precyzyjnie i delikatnie ustawić nie tylko igłę na początek płyty, ale także na dowolnie wybrany jej fragment. Do tego posiadał regulowany nacisk igły na płytę, oraz zawieszony ciężarek siły odśrodkowej. No i lampę stroboskopową pozwalającą idealnie ustawić obroty talerza. Dokupiona specjalna miotełka z bardzo mięciutkim włosiem służąca do zbierania pyłków kurzu ustawiona przed igłą gramofonu pozwalała na bardzo dobry odbiór nagrań. Pod względem technicznym „Fonomaster” sprawował się znakomicie, ale ze względu na wbudowany wzmacniacz, wygląd miał trochę toporny. Kiedy więc na nasz rynek trafił płaski „Daniel” z czujnikami dotykowymi (tzw. „sensorami”) na fotokomórkę, z automatycznym opuszczaniem i podnoszeniem ramienia, to właśnie ten gramofon zajął poczesne miejsce na półce ze sprzętem. Automatyka, która w założeniach miała ułatwić jego obsługę, w pewnej kwestii… przeszkadzała. Automatyczne wyłączanie płyty i powrót ramienia na swoje miejsce startowe było zaprogramowane na mniej więcej 25-tą minutę odtwarzania. Standardowo obie strony analogowych płyt nie trwały dłużej. Ale zdarzały się wyjątki. Choćby płyta grupy UFO „Flying – One Hour Of Space” gdzie jedna strona albumu trwała 29, zaś druga 31 minut. Siłą rzeczy nie mogłem tej płyty nigdy wysłuchać do samego końca, bo automatycznie w 25-tej minucie gramofon mi się wyłączał. Cóż było robić? Trzeba było dostać się do środka gramofonu i odłączyć kabelek odpowiedzialny za tę funkcję. Trwało to trochę czasu, aż w końcu uporałem się z tym problemem.

Gramofon "Daniel"
Gramofon „Daniel”

Ten gramofon służył mi do końca. To znaczy do dnia, w którym wspólnie z Jolą, podjęliśmy decyzję, że sprzedajemy (w dobre ręce) całą kolekcję płyt analogowych wraz z gramofonem (szacunkowa wartość tego wszystkiego równa była cenie nowego Fiata 125p!) i inwestujemy w sprzęt i płyty CD, które powoli wchodziły na rynek. Decyzja nie była łatwa, ale cyfryzacja błyskawicznie wypierała analogowy zapis dźwięku, więc uznaliśmy ten moment za odpowiedni. Do dziś pamiętam nasze żałobne miny i łzy w oczach, gdy odprowadzaliśmy wzrokiem odjeżdżający samochód z uzbieraną takim trudem przez lata kolekcję czarnych krążków. Jakaś część naszego życia bezpowrotnie nam się oddalała. Czuliśmy się jak po stracie najbliższego członka rodziny.

Przez moje ręce przewinęło się później sporo sprzętu Hi-Fi wysokiej klasy, ale do dziś, ten tu opisany, wspominam z wielkim sentymentem. Bo to on przypomina mi te szalone czasy, gdy poznawałem muzykę. Bo dorastałem i dojrzewałem obok niej, kiedy ona się tworzyła. Mogę powiedzieć, że byłem jej rówieśnikiem, czasem starszym, czasem młodszym bratem. Obserwowałem wzloty i upadki grup i solistów, tworzenie się nowych stylów muzycznych, dramatyczne rozstania i powroty po latach na muzyczną scenę. I to wszystko do dziś jest dla mnie interesujące i pasjonuje mnie tak, jak na początku. Co zaś tyczy się płytoteki, to została ona w miarę szybko odbudowana na płytach CD, choć początki były koszmarne i trudne.  Dziś zbiór liczy sobie kilka tysięcy tytułów i wciąż się powiększa. A pamiętając koszmar rozstania się z czarnymi płytami, raz zakupiony CD nie opuszcza już półki na którą został postawiony. Bo muzyka jest jak wierny przyjaciel. Zostaje z nami na zawsze.

ARZACHEL „Arzachel” (1969)

Z tym zespołem to jest naprawdę ciekawa sprawa. Już to, że została ona utworzona dosłownie na JEDEN dzień(!) niektórym wydać się może nieprawdopodobne. Ten jeden dzień spędziła w studiu nagraniowym, by zarejestrować materiał muzyczny. Dodam FENOMENALNY materiał, który stał się sensacją brytyjskiego rocka progresywnego po wsze czasy! A gdy dodam jeszcze, że zrobili to muzycy, którzy mieli wówczas po osiemnaście lat, to ktoś z boku na to patrzący popuka się w czoło i powie, że to niemożliwe. A jednak!

Cofnijmy się w czasie o dwa lata, do roku 1967. Wtedy to właśnie w renomowanej City Of London School  wokalista i gitarzysta Steve Hillage, basista Mont Campbell, grający na klawiszach Dave Stewart, oraz pozyskany przez ogłoszenie w „Melody Maker” perkusista Clive Brooks pod koniec 1967 roku utworzyli grupę URIEL. Uriel to imię jednego z biblijnych archaniołów, a inspiracją do nazwania tak zespołu, jak twierdzi Dave Stewart, był poemat Johna Miltona „Raj utracony”. Zadebiutowali w młodzieżowym klubie w Sheen. Na początku ich repertuar opierał się na coverach – głównie były to przeróbki Jimiego Hendrixa, Cream i The Nice. Jednak z czasem zaczęli tworzyć własny repertuar, a nawet nagrali płytę „demo” zatytułowaną „Egoman„. Nagrania URIEL długi czas skrywane w prywatnych archiwach muzyków doczekały się publikacji dopiero w grudniu 2007r. na płycie „Arzachel Collectors Edition by Uriel” wydanej (pod nr CD69-7201) przez Egg Archive – wytwórnię należącą do członków grupy Egg/Arzachel. Znalazło się na niej sześć nagrań plus oczywiście cała płyta ARZACHEL.

CD "Arzachel Collectors Edition By Uriel"  (2007) - front okładki
CD „Arzachel Collectors Edition By Uriel” (2007) – front okładki
Płyta CD "Arzachel Collectors Edition By Uriel"
Płyta CD „Arzachel Collectors Edition By Uriel”

Latem 1968r. po raz ostatni w tym składzie URIEL wystąpił na wyspie Wight w Ryde Castle Hotel, po czym zespół opuścił Steve Hillage. Gitarzysta skończył bowiem edukację w szkole średniej i podjął naukę na Kent University w Cantenbury. Pozostała trójka postanowiła kontynuować karierę. Dzięki przypadkowej znajomości z Billem Jellettem, grupa rozpoczęła występy w słynnym klubie The Middle Earth, zmieniając nazwę na EGG (styczeń 1969). Chwilę później podpisują kontrakt z wytwórnią Decca i w maju wychodzi ich pierwsza (kapitalna!) płyta „Egg”.

W tym samym czasie muzycy często odwiedzali bar kawowy na Gerrard Street. Wpadali tam na dobrą kawę, ciasto i pyszne lody, a także by pogawędzić sobie z żoną Billa Jelletta, która pracowała tam jako kelnerka. Tam też poznali właściciela małego studia nagraniowego EVOLUTION, Petera Wickera, który widział ich koncerty jeszcze gdy grali pod starą nazwą. Pewnego dnia pijąc kawę do kawiarni wszedł… Steve Hillage, który właśnie przyjechał na wakacje po rocznym pobycie na uniwersytecie. Kiedy wspólnie dojadali kolejną porcję lodów, podekscytowana żona Billa Jelletta oznajmiła im, że dzwoni właśnie Peter Wicker z bardzo interesującą propozycją dla muzyków. Jeden z najbliższych dni ma cały wolny i jest do ich dyspozycji. Zasugerował im, by nagrali płytę w konwencji rocka psychodelicznego. Warunek był jeden: koszt nagrania wynosił 250 funtów i trzeba było całość zapłacić od ręki. Z tym sobie poradzono. Ale był jeszcze jeden  problem. Pod jakim szyldem powinny pojawić się na rynku te nagrania? Formalnie URIEL nie istniał, a na użycie nazwy EGG nie pozwalała Decca. Muzycy znaleźli więc trzecie rozwiązanie: projekt ochrzcili nazwą ARZACHEL. Jak wyjaśnił potem Dave Stewart  pochodzi ona od nazwy krateru na Księżycu, który z kolei był nadany na cześć hiszpańskiego astronoma pochodzenia arabskiego żyjącego w XI wieku (oryginalne nazwisko Al-Zarqali). Sami, by nie narazić się szefom Decci ukryli się pod wymyślnymi pseudonimami. I tak: D.Stewart to Sam Lee-Uff (nazwisko jego nauczyciela łaciny), C.Brooks to Basil Dawning (znienawidzony nauczyciel matematyki), S.Hillage przyjął nazwisko, które „dobrze nadawało się na próby mikrofonu” Simeon Sasparella, zaś M.Campbell tu nazywał się Njerogi Gategaka. Album nagrany w jedno sobotnie popołudnie na tzw. „setkę” ukazał się w czerwcu 1969 roku.

Arzachel "Arzachel" (1969)
Arzachel „Arzachel” (1969)

Płyta zawiera sześć dość zróżnicowanych utworów, Dominuje najprzedniejsza psychodelia; można w niej także dostrzec wpływy hard rocka, bluesa jak i garażowego brytyjskiego rocka z połowy lat 60-tych. Nasuwają się porównania do The Nice, Rare Bird, czy Procol Harum. Z tą jednak różnicą, że nagrania te … biją te wszystkie grupy razem wzięte na głowę intensywnością, polotem, wyobraźnią muzyczną, niezliczona ilością pomysłów, niesamowitym, nieziemskim wręcz klimatem. Kocham brzmienie organów Hammonda, więc dla mnie jest to absolutny szczyt psychodelicznego grania. Potężne, mocno przesterowane i niemal kościelne dźwięki tego instrumentu dominują na tej płycie niepodzielnie. Finezyjne partie gitary – ostre i bardzo przestrzenne, momentami bluesowe – nadają poszczególnym kompozycjom dodatkowego kolorytu. No i świetnie zapełniająca muzyczny plan bardzo ciężka sekcja rytmiczna. To wszystko razem MUSIAŁO dać autentycznie powalający efekt. Naprawdę trudno mi jest pisać o tej muzyce. Trzeba ją po prostu posłuchać. Inaczej się nie da! Jakiekolwiek słowa bym nie napisał, to i tak w najmniejszym stopniu nie przybliży to tego, czym ta muzyka jest.

Płytę otwiera najkrótszy ze wszystkich tu zamieszczonych, bo tylko prawie trzy minutowy „Garden Of Earthly Delights” będący wprowadzeniem do tego co czeka nas za chwilę. Bo ten następny, to hipnotyczny „Azathoth”. Awangardowo-psychodeliczny, z odjechanymi solówkami gitar i organów. Idealnie katedralne brzmienie niespotykane na innych płytach. Utwór ponury i przygnębiający. Jak nie przymierzając obrazy Hieronima Bosha ukazujące średniowieczne wyobrażenia piekła i czyśćca. Z pięknym, cudownie wplecionym, klasycyzującym bachowskim tematem na organach. Z krzykami i jękami potępionych dusz i z koszmarnym głosem recytującym łaciński tekst.

W podobnym klimacie utrzymany jest „Queen St. Gang” z tą różnicą, że tu na plan pierwszy wybija się pulsujący rytm basu przez co kompozycja nabiera bardzo transowego charakteru. Zamykający stronę „A” oryginalnego LP utwór „Leg” (w rzeczywistości będący genialną przeróbką kompozycji Roberta Johnsona  „Rollin’ And Tumblin'”) to jak The Nice z debiutanckiego albumu, tyle że na mocnym haju! Mosiężny kawał bardzo ciężkiego bluesa. Najdrapieżniejsza interpretacja tego bluesa jaką znam! Druga strona albumu zawierała tylko dwie kompozycje. Pierwsza to 10-cio minutowy ciężki, bluesujący „Clean Innocent Fun”, który gdzieś w połowie drogi przeistacza się w iście rozpędzony, „kosmiczny” jam. Takie połączenie Pink Floyd z Hawkwind, ale znowu… lepsze! Coś niewiarygodnego! Całość zaś kończy 17-to minutowy „Metempsychosis„. Utwór, który fascynuje do dziś. Połączenie wspomnianych The Nice, wczesnych Pink Floyd i Hendrixa. Iskrzy od mnogości pomysłów muzycznych, niestandardowych rozwiązań harmonicznych. A wyjątkowy  narkotyczny klimat sprawiają, że trudno się od niego uwolnić, a uzależnić można w mig.

To jest album marzenie. Padły tu już porównania do Procol Harum, The Nice i Pink Floyd, ale moim zdaniem ten album jest nieporównywalny do jakiejkolwiek płyty. Niewyobrażalne, że tak młodzi ludzie (przypomnę: średnia wieku osiemnaście lat)byli w stanie zarejestrować w kilka godzin muzykę tak dojrzałą. W zwykłym studiu nagraniowym. Z niewielkim budżetem. A powstał album tak WYBITNY! Jacek Leśniewski w swojej książce „Brytyjski Rock w latach 1961-1979. Przewodnik płytowy”  (wyd. Karga 2005) napisał jedno piękne zdanie, które pozwolę sobie zacytować: „Jesli ktoś nie słyszał tej płyty, to nie ma prawa wypowiadać się na temat psychodelicznego rocka”

Okładkę płyty zaprojektował sam Dave Stewart. Jeśli się dobrze jej przyjrzeć znajdziemy tam „magiczną” liczbę 250. Jest to oczywiści nawiązanie do budżetu płyty. Album wydany w czerwcu 1969r. przez EVOLUTION byl wielokrotnie legalnie i… nielegalnie wznawiany w różnych odcieniach okładek. Oryginalne wydanie charakteryzowało się „szarym” obrazkiem na okładce, bez napisu ARZACHEL, a trzeci utwór na płycie nosił tytuł „Soul Thing” (zamiast „Queen St. Gang”). Dziś ten  oryginalny LP na giełdach płytowych osiąga cenę ponad 900 euro!

Jedno z niewielu zachowanych zdjęć Arzachel (1969)
Jedno z niewielu zachowanych zdjęć Arzachel (1969)

Po nagraniu tej płyty, niemal tuż po wyjściu ze studia drogi tria i gitarzysty się rozeszły. Muzycy EGG wydali w sumie trzy wyśmienite albumy, a po rozwiązaniu zespołu w 1972r. Mont Campbell współpracował z Hatfield & The North i National Health. Clive Brooks przez dwa lata grał z Grounghogs, a później z Liar. Dave Stewart zaś był członkiem m.in  Ottawa Music Company, przyjął współpracę S.Hillige’a w jego grupie Khan, grał także w Hatfield & The North, kultowym Gong i w zespole Billa Bruforda. Nagrywał z powodzeniem swoje płyty solowe.

Steve Hillage założył efemeryczny choć bardzo udany zespół Khan, był również członkiem zespołu Gong, a od 1975r. realizował solowe projekty muzyczne. Był także producentem płyt takich wykonawców jak Kevin Ayers, Tony Banks, Blink, Can, czy Charlatans.