JANE „Together” (1972)

W czasach, gdy zafascynował mnie niemiecki rock progresywny z lat 70-tych ubiegłego wieku (zwany też jako „krautrock„) szybko do mojej płytoteki trafiały płyty Tangerine Dream, Eloy, wczesny Scorpions, potem Guru Guru, Amon Duul, czy Grobschnitt. Tak się dziwnie złożyło, że najpóźniej dotarłem do grupy JANE, którą już wtedy zaliczało się do największych gwiazd niemieckiego rocka. Sami muzycy nie kryli swych wysokich ambicji mówiąc, że chcieliby dorównać artystycznie grupie Pink Floyd i choć jak pokazała przyszłość nie zrobili poza granicami Niemiec aż tak wielkiej kariery, to do dziś uważa się debiutancki album „Together” za najlepszy jaki został wydany w 1972 roku! Oczywiście można się z tą tezą zgodzić, lub nie. Fakt jednak  jest taki, że mamy tu, bez najmniejszego cienia wątpliwości, do czynienia z dziełem niezwykłym i jak na debiut nad wyraz dojrzałym. Słuchając go pierwszy raz dostałem najnormalniej w świecie  „gęsiej skórki”, a po plecach przebiegało mi sto milionów mrówek elektryzując całe ciało. A działo się to pewnego jesiennego nocnego słuchania, gdy wszyscy wokół spali. W pokoju ciemno. Świeciły się jedynie diody podświetlające wskaźniki wzmacniacza i panelu odtwarzacza CD ( do tej płyty dotarłem bowiem dopiero w późnych latach 90-tych!). Za oknem deszcz bębnił w szyby, krople biły w parapet bawiąc się z wiatrem w szalonego berka, a wszystkie zmysły zaostrzyły mi się do granic percepcyjnej możliwości. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem Bernda Pulsta. Ten bardzo charakterystyczny, pełen ekspresji wokalista o niecodziennej, złowieszczej  barwie głosu zaśpiewał tylko na tym jednym albumie grupy JANE, po czym… słuch o nim zaginął! Przepadł jak przysłowiowa kamfora w wodę. Długo mi zajęło by dowiedzieć się, co ostatecznie stało się z Berndem Pulstem po nagraniu płyty z kolegami. Ale po kolei…

JANE "Together" (1972)
JANE „Together” (1972)

Kiedy w 1970 roku hanowerska grupa Justice And Peace przestała istnieć trzej jej dwudziestoletni członkowie: gitarzysta Klaus Hess, klawiszowiec Werner Nadolny, oraz perkusista Peter Panka postanowiło założyć nowy zespół rockowy, który byłby w stanie dorównać w przyszłości popularnością grupie Pink Floyd. Wszyscy w tym czasie byli zafascynowani  twórczością Brytyjczyków. Wkrótce do składu dołączyli basista Charly Maucher, oraz wokalista Bernd Pulst. Tak oto ukonstytuował się pierwszy ( jak się później  okaże – wielokrotnie zmieniany) skład grupy JANE. Dość szybko wypatrzyli ich ludzie z wytwórni płytowej Brain i po podpisaniu długoletniego kontraktu, wiosną 1972 roku na rynku ukazał się ich debiutancki album zatytułowany „Together„.

Jane
Jane

Płyta od razu zyskała spory rozgłos szczególnie wśród niemieckich fanów i otrzymała bardzo ciepłe, wręcz entuzjastyczne recenzje prasy muzycznej. O dziwo,  także i tej  brytyjskiej! Ja w tej muzyce odnalazłem to, co lubię najbardziej, a więc przede wszystkim klasyczne rockowe granie, gdzie rock progresywny zazębia się z hard rockiem i z elementami bluesa. Tak jakby Pink Floyd na swej drodze spotkali Deep Purple lub Black Sabbath. Mamy tu ciężkie hard rockowe brzmienie oparte na soczystych organowych dźwiękach, ale zagrane z progresywnym rozmachem. Nie szybciej, nie dynamiczniej, ale właśnie ciężej, bardziej dostojnie, wręcz monumentalnie. I dużo bajkowego grania. Takiego poruszającego do bólu. Psychodeliczno – bluesowego. Podlanego hardrockowym sosem. Zespół nagrywający długie, rozbudowane kompozycje ma zwykle do zaoferowania coś znacznie ciekawszego niż tylko trzy zwrotki i refren. I tak w rzeczywistości jest.

Całość otwiera ośmiominutowy Daytime” gdzie wokal Bernda Pulsta to prawdziwa perła emocji. Ale to tę perłę swoim basem zaczyna szlifować Charly Maucher. Do gry dołącza się powoli Werner Nadolny ze swoim Hammondem, potem Klaus Hess na gitarze, a gdy Peter Panka przywala w bębny z tą nieco „toporną”, lecz tak charakterystyczną siłą słyszymy całą potęgę grupy JANE w pełnej okazałości! I tak oto od momentu wejścia wokalu Bernda jestem w Niebie! I słuchając tego wówczas w nocy doszło do mnie, że „Daytime is not my time” (dzień nie jest moją porą). Bo to muzyka dla muzycznych nocnych marków. Takich jak ja.

Po tak melancholijnym wstępie dostajemy mocny, czadowy „Wind„. Ale kiedy galopada riffów milknie i tempo zwalnia na tle wzorcowo brzmiących Hammondów ponownie odzywa się Bernd – chodząca melancholia. To niby banalna opowieść, ale w jego głosie czuję ten hulający po stepie wiatr i naraz  wszystko to nabiera jakichś surrealistycznych barw i dwuznacznych kolorów. Och jak dziś brakuje takich wokalistów!

W następnym utworze „Try To Find” słyszymy piękną solówkę Klausa Hessa . W moim odczuciu to właśnie gitarzysta JANE jest głównym bohaterem albumu „Together”. Jego partie gitary świadczą o dużych umiejętnościach i równie dużej wyobraźni. Wyróżnić w tym miejscu tę akurat   solówkę byłoby niesprawiedliwe, gdyż w każdym numerze co solówka, to dzieło. Gitarowo to dla mnie jedna z najlepszych płyt niemieckich tamtej epoki! Emocje głosu Pulsta równoważy właśnie ta gitara, a kiedy jednocześnie wybrzmiewa płacz obu tych instrumentów, te emocje dosłownie grają.

Najdłuższy na płycie „Spain” to małe arcydzieło, w którym jest wszystko to, co na albumie „Together”  najlepsze. Koronkowo utkany bluesowo, hard rockowo, psychodeliczny kawałek, w którym dochodzi do wspomnianego wcześniej spotkania Pink Floyd z Deep Purple. Z kolei tytułowy „Together” brzmi jak kontynuacja „Try To Find”. Cudownie wyważona melodia i akompaniament płyną sobie niczym tiul rzucony na wiatr. „Być razem”  (together) i w zespole i w muzyce. I grać tak cudownie, melancholijnie. Ze smakiem i gustem.

Jane
Jane

Ale prawdziwa perła tej płyty umieszczona została na samym jej końcu. To prawie 10-cio minutowy Hangman” gdzie wokalista zaczyna swoją frazę od słów „When I wake up in the morning it is the end of a day” (Kiedy budzę się rano jest to koniec dnia). Gitarowo, wokalnie, słowem –  całościowo – kompletne arcydzieło niemieckiego rocka, którego wstyd nie znać, niezależnie od tego czy słucha się krautrocka, czy nie. Jednym zdaniem: pokaz mistrzowskiej wirtuozerii!

Debiutancki album JANE okazał się bardzo dojrzałym dziełem wrażliwych, młodych muzyków i widać było, że styl grupy był już ostatecznie ukształtowany. A jednak kolejne płyty, mimo dość wysokiego poziomu artystycznego, nie przebiły debiutu. Być może dlatego, że zabrakło w nich tego szalonego, melancholijnego i charyzmatycznego wokalisty Bernda Pulsta, który po wydaniu płyty zniknął wszystkim z oczu. Bardzo długo zespół milczał na ten temat, co jeszcze bardziej podsycało ciekawość dziennikarzy i fanów zespołu. Zniknęły jego zdjęcia, pamiątki, listy i wiersze. Kiedy szukałem materiałów o tym wokaliście, natknąłem się na… domowy numer telefonu, a także  na Jego adres w Hanowerze.  Ale czy naprawdę to były JEGO dane? Czy też może istnieją inni ludzie o takim samym imieniu i nazwisku? Szukając dalej natrafiłem w końcu na notatkę, która informowała, że wokalista po nagraniu płyty „Together” przeżył załamanie nerwowe. Umieszczony w szpitalu psychiatrycznym popełnił samobójstwo. Stało się to 2 marca 1973 roku.

I jeśli tak było naprawdę, to nie ma już żadnych szans by  Bernd Pulst zaśpiewał ponownie z grupą JANE, która istnieje po dziś dzień. Ta płyta to więc Jego swoiste epitafium. I choćby tylko dla Niego warto  mieć ją na swej półce.

Muzyczna archeologia z „The Rubble Collection Volumes 1-20” (1965-1969)

Nigdy nie byłem zwolennikiem płyt składankowych, w które upycha się zazwyczaj kilka fajnych nagrań,  pozostała zaś większość (tak ok. 80%) to przeważnie zwykłe gnioty i zapchaj dziury. Szerokim łukiem omijam takie składanki płytowe i nie zaśmiecam sobie nimi swej płytoteki. Chyba, że trafiam na tak fantastyczne wydawnictwo jak „Nuggets. (Original Artyfacts From The First Psychodelic Era)”. Legendarna już dziś kompilacja wytwórni Elektra zawierająca perły amerykańskiego garage-rocka i wczesnej psychodelii z lat 1965-68  wydana na dwóch płytach winylowych w 1972 roku, wznowiona później na pojedynczym CD w 1998.

Tym szlakiem podążyła mała wytwórnia płytowa Bam-Caruso, którą w 1983 r. powołał do życia Phil Lloyd-Smee, brytyjski dziennikarz muzyczny, entuzjasta starych, zapomnianych nagrań , kolekcjoner winyli i projektant okładek płyt (jest twórcą loga grupy Motorhead). Rok później ukazała się pierwsza z całej serii RUBBLE winylowa płyta pod tytułem „Psychodelic Snarl”. Za nią poszły następne – w sumie do 1991r. wydano ich aż dziewiętnaście! W 2003 roku firma fonograficzna Past & Present wznowiła wszystkie te albumy na winylu dodając (po raz pierwszy) część 20-tą! Płyty ukazały się też w wersji CD jako tzw. „card sleeve” (repliki płyt winylowych) w dwóch oddzielnych solidnych pudełkach. Teraz zaś dostajemy wszystkie te 20 kompakty w jednym, pięknym, lakierowanym  pudełku pod nazwą „THE RUBBLE COLLECTION. VOLUMES 1 – 20”

Rubble Collection volumes 1-20 (1965-1969)
The Rubble Collection volumes 1-20 (1965-1969)

Tuż po otwarciu tego boxu i okrzykach „Och!” i „Ach!” rzuciłem się w pierwszej kolejności na dwie (łącznie liczące 180-stron) książeczki. Zawierają one w kolejności alfabetycznej od A do Z krótkie informacje biograficzne i pełne dyskografie wszystkich zamieszczonych tutaj wykonawców. Muzycznych archiwistów i kolekcjonerów ucieszy również fakt, że podano tu także numery katalogowe płyt, oraz miesiąc i rok jej wydania Do tego mamy jeszcze unikalne zdjęcia artystów i reprodukcje okładek. Pełen profesjonalizm!  W głowie mi się zakręciło. To ze szczęścia. Takiego archiwalnego bogactwa w jednym wydawnictwie nigdy bowiem do tej pory nie spotkałem! Dołączony na końcu każdej z tych książeczek index pozwala bardzo szybko odnaleźć informacje o nagraniu, którego w danym momencie słuchamy. Jest to bardzo pomocne, gdyż tych nagrań w sumie jest aż 317!

No właśnie – nagrania! Gdybym miał przeprowadzić szczegółową analizę każdego z nich powstałaby pewnie książka. W ogromnym więc skrócie powiem co „RUBBLE COLLECTION” nam przynosi. Wszystkie prezentowane utwory powstały w przedziale lat 1965-69. Są to nagrania rzadkie, niemal zapomniane, w doskonałej jakości, z bogatych archiwów takich wytwórni płytowych jak EMI, Decca, Philips, Fontana, Pye, Liberty, by wymienić przynajmniej te najbardziej znane. Obejmują one brytyjski (poza płytą nr 9, ale o tym za moment) późny ciężki beat (wówczas określany terminem freakbeat), ale przede wszystkim, co mnie bardzo dodatkowo uradowało, (pop)psychodelię tak tragicznie niedocenianą przez naszych (czasami odnoszę wrażenie, że niedouczonych) muzycznych dziennikarzy. Jest też trochę rodzącego się wówczas psych-prog rocka (z wielką radością zauważyłem tu np. nagranie „Buffalo” kapitalnego progresywnego Writing On The Wall). Kilkanaście nagrań pochodzi z poza Imperium Brytyjskiego: Belgia, Izrael(!), Kanada. Natomiast cały dysk nr, 9 zatytułowany „Plastic Wilderness”  (każda płyta ma swój tytuł) poświęcony został holenderskiej psychodelii (m.in Dragon Fly, Q 69, czy Group 1850, tu jeszcze pod pierwszą nazwą Groep 1850). Wydawca sięgnął po nagrania zespołów, którzy czasem nagrali tylko jednego, niekiedy wręcz genialnego singla, czy EP-kę i potem wszelki słuch o nich zaginął. Takich perełek jest tu bardzo dużo. Ot choćby dla przykładu Accent, Caleb, Tinten Abbey. Niektóre z tych singli w oryginalnych wersjach warte są dziś majątek – osiągają cenę 1000 euro, a nawet ją przekraczają (Open Mind, czy wspomniany już wyżej Tinten Abbey)! Szok! Dzięki „RUBBLE COLLECTION” mamy możliwość zapoznać się z obłędnymi nagraniami takich grup jak chociażby Fleur De Lys, Syn, Eyes, KoobasJason Frest, Shotgun Express, The Mode, Bump, Kaleidoscope,Tourquoise…. Listę tę można by ciągnąć jeszcze długo. A ja mam dodatkową satysfakcję. Cały ten zestaw 317-tu utworów otwiera grupa Wimple Winch, o której tak ciepło pisałem w maju tego roku.

The Rubble Collection volumes 1-20 - tył okładki
The Rubble Collection volumes 1-20 – tył okładki

Bez dwóch zdań seria „THE RUBBLE COLLECTION” należy do ABSOLUTNEGO KANONU ROCKA. To wydawnictwo jest nie tylko przewodnikiem, które może zmienić postrzeganie muzyki genialnych lat 60-tych – tak tragicznie niedocenianych i zapomnianych u nas w kraju. Może zabrzmieć to górnolotnie, ale uważam, że jest to absolutna Biblia dla każdego fana muzyki rockowej! Ja zakochałem się w niej na zabój…

FUNKADELIC na „Anioł Pański”

Kiedy w gronie znajomych rozmawiając o muzyce z moich ust padło słowo „funk” ich reakcja była, delikatnie mówiąc, dziwna. Uśmieszki, wydęte policzki, duże zdziwione oczy, a nawet odruchy wymiotne. Zdziwiło mnie to bardzo, bowiem uważam ich za ludzi bardzo otwartych na różne gatunki, kierunki i trendy muzyczne, do których ja sam się zaliczam. Może problem tkwi w tym, że jakby nie patrzeć w funku melodia jest na dalszym planie? Najważniejsze w nim jest wyeksponowany rytm. Jest to muzyka o zdecydowanie tanecznym charakterze (jakby nie patrzeć muzyka disco wywodzi się z muzyki funk). Partie solowe często wygrywają instrumenty dęte, podczas gdy gitara, czy organy skupiają się na rytmicznych zagrywkach. Zmiany akordów często ustępują miejsca ostinatowym, powtarzanym figurom basowym. Do tego dochodzi specyficzny sposób podawania rytmu (tzw. groove), czyli zamiast na drugi i czwarty, kładziemy nacisk na pierwszy dźwięk taktu. Proste?! To właśnie nadaje kompozycjom ten taneczny puls. Podobnie jak później disco, funk również jest stylem bardzo eklektycznym, który łączy w sobie elementy jazzu, bluesa, soulu i popu. Doskonałym tego przykładem był James Brown (tak bardzo uwielbiany swego czasu przez m.in. Czesława Niemena), który z takim właśnie eklektycznym tanecznym stylem wkroczył na scenę na początku lat 60-tych. Za nim poszli bardzo szybko inni wykonawcy. Wśród entuzjastów tej muzyki był też George Clinton.

Ten Afroamerykanin, urodzony 22 lipca 1941 roku już w wieku piętnastu lat założył swój zespół The Parliaments. Miała to być alternatywa dla niego i jego kumpli z podwórka. Zamiast wałęsać się po ulicach z kastetem na rękach, nożem w kieszeni, bić się z ulicznymi gangami i dokonywać rozbojów zaczęli muzykować. „Powiedziałem chłopakom Jak chcecie dobrze żyć na wolności i w spokoju doczekać starości rzućcie to w diabły i chodźcie ze mną. Zakładam zespół muzyczny. I tak to się zaczęło” – wspominał po latach wokalista. Nie wiadomo ilu z nich zostało ostatecznie w zespole na stałe, gdyż skład płynnie się zmieniał, a grupa stopniowo ewoluowała, aż wreszcie w roku 1967 udało się im nagrać przebojowy singiel „I Wanna Testify”. Sukces singla spowodował, że The Parliaments zaczął jeździć w trasy z kilkuosobowym zespołem towarzyszącym. Wszystko zaczynało układać się wspaniale i po myśli jej lidera do czasu, gdy kilku kumpli Clintona wyłamało się, oznajmiając mu, że odchodzą od niego przywłaszczając sobie na dodatek nazwę zespołu. Wobec takiego obrotu sprawy, wokalista skupiając się na pozostałych muzykach towarzyszących The Parliaments utworzył z nich nowy zespół nazywając go FUNKADELIC. Nie odpuścił też banitom i w sądzie wygrał sprawę do prawa starej nazwy modyfikując ją nieznacznie na PARLIAMENT (bez „s” na końcu). W ten sposób George Clinton mógł tworzyć i koncertować pod obiema nazwami. PARLIAMENT grał muzykę pop, podczas gdy FUNKADELIC wykonywali zakręcony, surowy, hendrixowski gitarowy rock w połączeniu z psychodelią, blues rockiem i muzyką funk.

Debiutancki album zespołu zatytułowany po prostu „Funkadelic” ukazał się 24 lutego 1970 roku.

Funkadelic - "Funkadelic" (1970)
Funkadelic – „Funkadelic” (1970)

Pełno tu wspomnianych wcześniej hendrixowskich brzmień, transowych rytmów i okazjonalnych Hammondów. Kapitalna sekcja rytmiczna (mocny, wyrazisty bas plus perkusja), która stanie się znakiem firmowym grupy przez całą jej karierę. Jeden z amerykańskich recenzentów napisał o tym albumie, że po wysłuchaniu tej płyty odniósł wrażenie iż zespół FUNKADELIC to „…stwór poza ziemski. Nikt do tej pory tak nie grał”. To z tej płyty coverowane były m.in „I Got A Think. You Got A Think” przez Beastie Boys w ich „Car Thief”, czy „Mommy, What’s  A Funkadelic?” w „By The Way” Red Hot Chilli Peppers.

Wydany latem tego samego roku drugi album „Free Your Mind…And Your Ass Will Fellow” (co za tytuł!) przynosi muzykę o mocno psychodelicznym rodowodzie.

Fukadelic - "Free You Mind...Your Ass Will Free" (1970)
Fukadelic – „Free You Mind… Your Ass Will Free” (1970)

Nic w tym dziwnego, skoro powstała ona pod wpływem zażytych w studio nagraniowym sporej ilości LSD. Dominują tu – jak przystało na płytę funkową – pulsujący rytm taneczny, do tego gitara elektryczna pełna sprzężeń i przybrudzonych brzmień („kosmiczny”, pełen przedziwnych dźwięków  wstęp do utworu tytułowego). Ale pełno  też jest tu solówek gitarowych wspaniałego Eddiego Hazela – dość nietypowych jak na funk –  czy partii klawiszowych („I Wanna Know If It’s Good To You”). Z kolei  „Friday Night August 14th” to numer ocierający się  wręcz o hard rock w stylu The Stooges. Jeśli dodamy do tego klimaty w rodzaju obrazoburczych przeróbek pieśni religijnych w rodzaju „Psalm 23”, czy „Ojcze nasz” – otrzymamy album bardzo zakręcony, ale jednocześnie niezwykle wciągający.

Trzeci i tu nie ukrywam, że mój najbardziej ulubiony z całej trójki (nie tylko ze względu na utwór tytułowy) to album ” Maggot Brain” wydany 12 lipca 1971 .

Funkadelic - "Maggot Brain" (1971)
Funkadelic – „Maggot Brain” (1971)

Otwiera go tytułowa 10-cio minutowa instrumentalna kompozycja. Eddie Hazel potrafi grać tak cudownie, że właśnie ta kompozycja wybija się spośród dziesiątek tysięcy funk rockowych utworów. A może nie funk, a blues rockowych? Czy też raczej z kręgu rocka progresywnego? Bo ciężko jest zidentyfikować gatunek tego nagrania. Zazwyczaj robi się to „z urzędu” skoro w nazwie grupy mamy człon funk. Ponoć podczas sesji nagraniowej Clinton szepnął na ucho EddiemuGraj tak, jakbyś dowiedział się w tym momencie, że twoja matka umarła. A potem, że jednak żyje” i dał mu pod język LSD. Eddie wziął swego Les Paula do ręki i zaczął jak natchniony grać. W pomieszczeniu studia zrobiło się cichutko jak makiem zasiał. Osłupieni członkowie zespołu wpatrywali się w gitarzystę jak w obraz. Z reżyserki dochodził tylko szum pracujących  magnetofonów. Tak oto powstało jedno z najbardziej niezwykłych nagrań w historii muzyki rockowej.

Utwór ten był wielokrotnie coverowany. Nawet Pearl Jam mieli go w repertuarze w czasie swych koncertów łącząc go z hendrixowskim „Little Wing”. Cudo! Amerykańska stacja radiowa na paśmie 100,7 przez dziewiętnaście lat(!) punktualnie o 13.30 w każdą niedzielę puszczała „Maggot Brain” (zamiast „Anioł Pański”) ku uciesze wszystkich radiosłuchaczy. Po krótkiej przerwie w 1995 r.   utwór powrócił na antenę radiową, tym razem w paśmie 98,5 i nadawany jest do dziś tuż przed północą w każdą sobotę! „Czarna” Ameryka kocha i uwielbia tę grupę.

Każda z tych wznowionych na CD płyt posiada także dodatkowe, unikalne bonusy (m.in. nagrania z nieosiągalnych singli, oraz alternatywne miksy), booklet z krótką historią zespołu i prezentowanymi nagraniami.

Kiedy więc podsunąłem swym znajomym pod nos płyty FUNKADELIC, po ich wysłuchaniu nie było już śladu uśmieszków, wydętych policzków i odruchów wymiotnych. Było jedynie na odchodne ni to pytanie, ni to stwierdzenie: „Ale do disco polo nas nie namówisz…

U mnie w domu gra każdy rodzaj muzyki. Każdy oprócz tej, o której wspomnieli na zakończenie moi znajomi. Zgodnie zresztą z  nazwą niniejszego  bloga. I tego się trzymajmy!

LOCOMOTIVE „WE ARE EVERYTHING YOU SEE” (1970), THE NORMAN HAINES BAND „DEN OF INIQUITY” (1971)

Łącznikiem grup THE NORMAN HAINES BAND i LOCOMOTIVE był urodzony w Birmingham Norman Haines – wokalista o ciekawej barwie głosu ( kojarzy mi się z Peterem  Hammillem z Van Der Graaf Generator), wyśmienity organista i człowiek, który odrzucił współpracę z Black Sabbath w 1970 roku. Ale po kolei.

Założycielem grupy LOCOMOTIVE był Jim Simpson, jazzowy trębacz i fotograf. Zespół założył w 1965r. nazywając go pierwotnie Kansas City Seven. To tu debiutowali m.in. saksofonista  Chris Wood (później w Traffic) oraz perkusista Mike Kellio (wkrótce w Spooky Tooth). Początkowo siedmioosobowy skład grał muzykę jazzową z domieszką rhythm & bluesa i soul. Po przyjściu Hainesa muzyka ewoluowała w stronę psychodelii, który to kierunek muzyczny stawał się w owym czasie coraz bardziej popularny. Niemniej pierwszy singiel zespołu wydany w grudniu 1967 roku („Broken Heart”/ Rudy- A Message To You„) był nagrany w rytmach… jamajskiego ska! Wydania  singla nie doczekał Simpson, który kilka miesięcy przed jego nagraniem odszedł z zespołu, by zająć się prowadzeniem interesów  kilku lokalnych zespołów. Jednym z nich był zaczynający dopiero swą muzyczną przygodę kwartet Earth, który wkrótce zmienił nazwę na… Black Sabbath. Co ciekawe –  Simpson miał być czynnym muzykiem w grupie Ozzy’ego. Nagrał z nimi nawet demo, które jednak chyba przepadło na wieki i które nigdy nie ujrzało światła dziennego. Piszę „chyba”, gdyż ponoć w internecie krąży rzekoma kopia tej sesji. Rzekoma, ponieważ jak się okazuje fragment z partią trąbki został „wklejony” z… nagrania Tomasza Stańki z grupą SBB (sic!).  A zatem Jima Simpsona nie można usłyszeć ani z Black Sabbath, ani z grupą LOCOMOTIVE.

Zespół zaczynał być coraz bardzie popularny w Birmingham i poza nim. To dzięki Normanowi Hainesowi zmieniała się też stylistyka LOCOMOTIVE , który postawił na mariaż progresywnych zadziornych organów Hammonda z jazzową sekcją dętą. Podpisany wkrótce kontrakt ze słynną wytwórnią EMI Parlophone przyniósł efekt w postaci kolejnego singla, który stał się  popularny osiągając ostatecznie 25-tą pozycję na brytyjskiej liście przebojów w 1968r.! To ostatecznie przekonało szefów Parlophone, by wydać zespołowi dużą płytę. Pełni pomysłów i dobrych nadziei, Norman Haines, basista Mick Hinks i perkusista Bob Lamb pod koniec tego samego roku przekroczyli progi legendarnych dziś Abbey Road Studios w Londynie, by pod okiem producenta Gus’a Dudgeone’a zarejestrować swój debiutancki longplay „We Are Everything You See”.

LOCOMOTIVE "We Are Everythingh You See" (1970)
LOCOMOTIVE „We Are Everythingh You See” (1970)

Okazało się, że wyszedł z tego fantastyczny, psychodeliczny i (niestety) ogromnie niedoceniony album z wyraźnie słyszalnymi elementami bluesa i jazzu. Kompozycje zamknięte są w krótkie, ale zwięzłe psychodeliczne piosenki. Mnóstwo w nich ponurych organowych brzmień. Mamy tu bardzo fajne aranżacje sekcji instrumentów dętych (m.in. Dick Heckstall-Smith, Chris Mercer i Mick Taylor), oraz częste zmiany nastrojów. I melodie, które zapadają w pamięć.

Najważniejszą piosenką z tego albumu okazała się kompozycja zatytułowana „Mr. Armaggedon” – największy jak się później okazało przebój zespołu. Piękna rzecz. Posępna i radosna zarazem (tak, to możliwe!), a do tego do bólu brytyjska, która pojawia się zaraz na początku płyty (po orkiestrowym wstępie „Overture„). Złośliwi twierdzą, że to również największe przekleństwo albumu, bo wobec tego utworu reszta wydaje się nieco blada. Twierdzę z całą stanowczością, iż jest to oczywista bzdura, bowiem inne utwory również mają ciekawe melodie i doskonałą atmosferę. Nasuwają się skojarzenia z pierwszymi płytami Procol Harum, Genesis, czy (mniej  znaną u nas formacją) Velvett Fogg. Wersja CD zawiera sześć bonusów z trzech singli, w tym monofoniczną  wersję „Mr. Armaggedon” ze zmienionym wstępem!

Wytwórnia Parlophone pokpiła jednak sprawę. Nie będąc pewna, czy tak „ciężki” materiał muzyczny się sprzeda, wstrzymała wydanie albumu o cały rok!. Kiedy więc album ukazał się w końcu na rynku w 1970 roku Haines (odrzucając w tzw. między czasie propozycję przyłączenia się do Black Sabbath), stworzył z nowymi muzykami projekt muzyczny o niewyszukanej nazwie THE NORMAN HAINES BAND. Kilka miesięcy później na rynek trafiła ich debiutancka i jedyna, jak się wkrótce okaże, płyta zatytułowana „Den Of Iniquity„.

THE NORMAN HAINES BAND "Den Of Iniquity" (1971)
THE NORMAN HAINES BAND „Den Of Iniquity” (1971)

Podążając tropem poprzedniej płyty, THE NORMAN HAINES BAND zafundował nam kapitalny, klinicznie wręcz progresywny, aczkolwiek nie pozbawiony ciężkich elementów album oparty w głównej mierze na wszechobecnym brzmieniu organów Hammonda. Brzmieniu lekko zniekształconym, lub też przesterowanym nadający muzyce zdehumanizowany charakter. Ale to pierwsze wrażenie, bowiem kiedy posłuchałem tego albumu raz jeszcze i jeszcze raz okazało się, że bardzo ważna jest tu też gitara. Grający na niej Neil Clarke na szczęście nie dał się zepchnąć na boczny tor i jego gra oraz umiejętności wiele znaczą dla całej płyty. Słychać to już w otwierającym, tytułowym nagraniu, a także w utworze, który powstał kilka lat wcześniej  „When I Come Down”. Nota bene utwór ten zaproponowano grupie Black Sabbath, która go odrzuciła, gdyż jak stwierdził Tony Iommi po latach „Nie pasował nam do muzyki granej wówczas przez Sabbath„. Trochę to dziwne, gdyż mamy tu świetny riff, który w wykonaniu grupy Normana Hainesa nagrany został na gitarze i organach Hammonda z użyciem różnych przetworników dźwięku. Spokojniejsze fragmenty płyty to m.in. zagrany na gitarze akustycznej „Bourgeois” będący chyba ukłonem w stronę folkowego Boba Dylana, czy „Finding My Way Home” ciążący ku estetyce muzyki pop. Jednak opus magnum całej płyty to skomponowany przez gitarzystę Neila Clarke’a  13-to minutowy rozimprowizowany i galopujący „Rabbits” wart każdych pieniędzy! Tematy muzyczne przechodzą jeden w drugi, tempo ulega co jakiś czas zmianom, a klamrą spinającą początek i zakończenie utworu jest głos lidera zespołu wyśpiewującego tekst zwykłej dynamicznej piosenki. To klasyczny przykład jak bez zbytniej ekwilibrystyki i „nadmuchanej” wirtuozerii można grać długo i w sposób absorbujący.

Na koniec kilka słów o intrygującej okładce płyty.  Ilustracja zamieszczona na jej froncie była sprawcą całego zamieszania. W tamtym czasie większość sklepów nie chciała przyjmować albumu do sprzedaży uważając ją za dość obsceniczną. W Stanach płytę wkładano zaś do szarych kopert, by nie gorszyła klientów! Nie dziwi więc fakt, że oryginalny winyl wydany przez zasłużony Parlophone Records chodzi dziś w Ebayu po 1500 euro! Jeśli nie mamy aż tylu pieniędzy na oryginalny LP, zainwestujmy w dużo tańszy krążek CD, który wydała firma Esoteric. Naprawdę warto!

PICTURES AT AN EXHIBITION I ZEGARMISTRZ ŚWIATŁA PURPUROWY

Pojechaliśmy z Jolą do na Kaszuby, do Bytowa, na ślub i wesele jej koleżanki ze szkoły średniej. Byliśmy już parą od dłuższego czasu, ale własnego ślubu jeszcze nie planowaliśmy. Tam właśnie poznałem inną wspaniałą parę: Basię i Zdzisława z którymi zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego niemal momentu. Ona urocza, inteligentna i zawsze roześmiana blondynka. On miłośnik bluesa i rocka, fan Zeppelinów od urodzenia (no, prawie) i audiofil wiecznie poszukujący idealnego sprzętu Hi-Fi. Wówczas prawie całe wesele przegadaliśmy ze Zdzichem o muzyce, o płytach, audycjach radiowej „Trójki”, których słuchaliśmy wtedy wszyscy bez wyjątku z wypiekami na twarzy. „W środy Piotr Kaczkowski w audycji „W Tonacji Trójki” puszczał nagrania Led Zeppelin. U nas w szkole była akurat tzw „długa przerwa” (20 minut), więc z kumplami biegliśmy jak szaleni do mnie do domu aby zdążyć na 12.30 i słuchaliśmy tych kawałków rozkręcając radio na „full”. Mama znosiła te nasze dzikie wpadanie  na „chwilę” z wyjątkowym spokojem. A gdy stało się to już środowym rytuałem przynosiła nam  do pokoju duży talerz z kanapkami” – wspominał mój nowy przyjaciel. Okazało się też, że znają osobiście polską kompozytorkę Katarzynę Gaertner, autorkę takich piosenek jak „Małgośka”, „Eurydyki tańczące”, „Wielka woda”, czy „Bądź gotowy dziś do drogi”, która pod Bytowem miała domek letniskowy. Tam też poznali muzyka grającego na gitarze i harmonijce ustnej, który opowiadał im ciekawostki z historii bluesa i o koncertach, które widział w Stanach. „Pamiętasz jak się nazywa?” – spytałem. „Ireneusz Dudek, lub jakoś tak podobnie. Znasz?” Nie znałem. Jeszcze. Czas Irka Dudka miał dopiero nadejść.

Kilka lat później los rzucił ich do Republiki Federalnej Niemiec. Mieszkają tam blisko 30 lat. Nie zerwali jednak nigdy z nami kontaktu. Mają zresztą  domek w Bytowie do którego przyjeżdżają kilka razy do roku. Zdzichu stał się też zbieraczem i kolekcjonerem starych mebli i zegarów. Szczególnie te drugie stały się jego następną, zaraz po muzyce, pasją życiową. Zbiory robią wrażenie. Antyczne eksponaty, których nie powstydziłoby się niejedno muzeum. Cudeńka duże i małe. Z XVIII, XIX  i XX wieku. Wszystkie na chodzie! Z kurantem, kukułką. Tykające, grające, bimbające! Robią niesamowite wrażenie.

Zazwyczaj zegary kojarzą mi się z  upływającym czasem. Mam jakąś traumę w tym temacie. Tykanie zegara mnie przeraża.  Z drugiej zaś strony jestem zafascynowany wnętrzem tego urządzenia.  Jego „duszą” i całym tym skomplikowanym miniaturowym precyzyjnym  mechanizmem. To chyba po dziadku ze strony mojej mamy, który miał „sto zawodów” ale pierwszym było zegarmistrzostwo. Taki Zegarmistrz Światła Purpurowy.

Jeden z najlepszych wieczorów Sylwestrowych jaki udało nam się wspólnie spędzić, był ten z roku 1987. Jola była już prawie w ósmym miesiącu ciąży. W lutym urodzić miał się Mateusz. Ten Sylwester spędziliśmy w Bytowie. Przywiozłem kilka płyt i przy muzyce Genesis, Deep Purple, Rush, Free, Led Zeppelin żegnaliśmy stary rok. O północy zabrzmiały dźwięki „Time” Pink Floyd. Magiczny rockowy wieczór! Jeden z moich znajomych skomentował to później mniej więcej tak; „Nie wiedziałem, że jeszcze ktoś w tym kraju potrafi  w taki sposób się bawić. Ja całą noc oglądałem Kaczora Donalda i Myszkę Miki”. No cóż. Też dość oryginalnie.

Na swojej posesji, w zaadoptowanym budynku gospodarczym moi przyjaciele zrobili sobie „domek letni”, a w nim m.in. „skarby” takie jak wysokiej klasy sprzęt audio wizualny, czarne płyty winylowe i płyty CD. Spora kolekcja. „Mam taki pomysł, by jedną z głównych ścian wyłożyć okładkami płyt analogowych.” – zwierzył mi się kiedyś gospodarz  domu. Pomysł nie jest nowy, ani odkrywczy. Sam osobiście też chciałem tak zrobić w swoim mieszkaniu, ale ze względów praktycznych został on odłożony na czas bliżej nieokreślony.

Okładki płyt winylowych są niczym miniaturowe obrazy. Bardzo lubię je „studiować” i czasem robię to godzinami. Wystarczy spojrzeć choćby na te, które projektował Roger Dean dla Uriah Heep, Asia, Budgie, a przede wszystkim dla grupy Yes. Autor tworzy fantastyczne światy, w których sen miesza się z techniką i angielskimi legendami. Dominują tu tajemnicze krajobrazy, czasem pojawiają się gdzieś w oddali drobne postacie i okazy (raczej) ziemskiej fauny.

Yes "Relayer"
Yes „Relayer”

Firma Hipgnosis, to z kolei klasyk gatunku. Stworzona przez Storma Thorgersona (bliski przyjaciel Rogera Watersa) i Aubreya Powella znana jest głównie ze współpracy z zespołami takimi jak Pink Floyd , Led Zeppelin, Wishbone Ash, czy The Alan Parsons Project. To właśnie oni są twórcami słynnej okładki „The Dark Side Of The Moon”. Okładka  przedstawiająca rozszczepienie światła do tej pory zamieszczana jest w czołówce zestawień najlepszych okładek płytowych. Twórczość Hipgnosis oparta była na fotografii często przedstawiających sceny związane z warstwą tekstową albumu. Zdjęcia miały za zadanie opowiadać historię, stąd modele często ustawieni są w teatralnych pozach, niekiedy szokujących, lub absolutnie zaskakujących.

Jedna z moich ulubionych okładek Hipgnosis , to ta przedstawiająca krowę z albumu „Atom Heart Mother” Pink Floyd. Gdy Storm Thorgerson ostrożnie zbliżał się do niej z aparatem fotograficznym, stojący obok farmer powiedział; „Bez obaw. Ona jest teraz zadowolona, bo przed chwilą została wydojona”.

Pink Floyd "Atom Heart Mother"
Pink Floyd „Atom Heart Mother”

Ciekawostką jest to, że firma nigdy nie ustalała kwoty za swoją pracę, pozostawiając to zleceniodawcom wg. zasady „zapłać tyle, na ile wyceniasz”.

W swojej płytotece mam  jedną z najbardziej rockowych okładek wszech czasów. Posiada ją debiutancki album japońskiego zespołu Flower Travellin’ Band „Anywhere” z 1970 roku. Kto czuje klimaty z tamtych lat, ten wie o co mi chodzi.

Flower Travellin' Band "Anywhere"
Flower Travellin’ Band „Anywhere”

Jeśli chodzi o zawartość muzyczną jest to fantastyczny ciężki progresywno rockowy monster! Płyta zawiera wyłącznie obłędnie wykonane, bardzo intensywne przeróbki takich killerów jak chociażby „BlackSabbath”, „The House Of The Rising Sun”  czy „21st Century Schizoid Man”. Nie można nie mieć tej płyty. Z powodu jej fantastycznej okładki! I z powodu zawartej na niej muzyki!

Na zakończenie jeszcze mała uwaga: nie radzę sugerować się li tylko samą okładką albumu przy jego zakupie. Tak jak nie szata zdobi człowieka tak i opakowanie nie gwarantuje wysokiej jakości towaru. O czym wielokrotnie doświadczyłem tego osobiście.

ELONKORJUU „Harvest Time” (1972)

O tym jak mało znany i słabo spopularyzowany jest skandynawski rock z lat 70-tych wspominałem już przy okazji omawiania duńskiej grupy THORS HAMMER i jej jedynej (wspaniałej zresztą) płyty wydanej w 1971r. Podejmując wątek skandynawskiego nieznanego „starego” rocka chcę odkurzyć z patyny zapomnienia kolejną perłę muzyczną. Tym razem będzie to płyta zespołu z Finlandii. Z portowego miasta Pori, leżącego w południowo – zachodniej części kraju. Jest ono znane m.in. miłośnikom corocznego międzynarodowego festiwalu jazzowego, Pori Jazz  ( tak na marginesie – jest także miastem partnerskim Kołobrzegu). Ten zespół to ELONKORJUU zaś płyta, będąca lśniącym diamentem w koronie całego skandynawskiego rocka to „Harvest Time”. Gdybym miał określić jednym zdaniem styl grupy powiedziałbym, że to niezwykle spontaniczna i energetyzująca dawka hard rocka z elementami bluesa i progresywnymi wstawkami. Wśród inspiracji dopatrzeć się można Deep Purple, Led Zeppelin, wczesny Jethro Tull i gdzieś daleko amerykański Jefferson Airplane. Plus ta specyficzna, melancholijna nutka skandynawskiego smutku. Wydanie debiutanckiego albumu poparte było wieloma koncertami. To na nich kształtował się styl grupy. Ciekawostką jest to, że występując na Wyspach i Europie Zachodniej przyjmowali nazwę Harvest (odpowiednik fińskiego „elonkorjuu„), która pewnie lepiej „sprzedawała” się na afiszach. Niesamowita żywotność i naturalność cechująca tę muzykę, to zasługa młodzieńczego składu: Jukka  „Jusu” Syrenius(g) liczył sobie 20 wiosen, tak jak i Heikki „Lossi” Lajunen(voc), trzy lata od nich starsi byli Velli-Pekka „Hippi” Pessi(bg) i Ilkka „Ike” Poijarvi(g,organ); całości dopełniał zaledwie 17-letni perkusista Eero Rantasila. Ten entuzjastyczny i młodzieńczo spontaniczny zapał do tworzenia muzyki zawarty jest w 10-ciu utworach na ich debiutanckiej płycie „Harvest Time” wydanej w 1972 roku przez fiński oddział EMI Parlophone.

ELONKORJUU "Harvest Time" (1972)
ELONKORJUU „Harvest Time” (1972)

To, co przykuło moją uwagę od pierwszego przesłuchania tego albumu, to zachwycająca wręcz gra gitarzysty Jukki Syreniusa, który z ogromną swobodą potrafi czarować zarówno dynamicznym układem  akordów, jak i wspaniałymi partiami solowymi. Drugim instrumentalistą, którym się zachwyciłem jest Eero Rantasila. Fenomenalny perkusista, który inteligentnie potrafił połączyć mocne rockowe uderzenia z jazzowymi wpływami. I jak to czysto, soczyście i wyraziście brzmi! Tak grali najwięksi mistrzowie tego instrumentu, a chłopak nie był jeszcze  pełnoletni.

ELONKORJUU "Harvest Time" - tył okładki
ELONKORJUU „Harvest Time” – tył okładki

Płyta rozpoczyna się utworem „Unfeeling” i po jego przesłuchaniu pomyślałem sobie: „O rany! Jeśli wszystkie numery będą tak wspaniałe, to ta płyta nie będzie wyjmowana z mego odtwarzacza CD przez kilka miesięcy”. No i nie była! Wspaniały riff,  nabijająca dynamiczny rytm na dwóch bębnach taktowych perkusja, wszystko to wykonane w szybkim tempie mknie niczym szarża łagodzona nagłymi nastrojowymi spowolnieniami,  wspaniała solówka gitarowa, no i ta tęsknota w głosie wokalisty. Głosie charakterystycznym, nad wyraz dojrzałym.

Liryczny temat, zaznaczony w pierwszym utworze pojawia się przy okazji następnego nagrania „Swords”, oraz w Praise To Our Basement” a to za sprawą fletu poprzecznego, którego na płycie jest co prawda mało, ale jeśli już się pojawi to wytwarza unikalny, wręcz baśniowy klimat. Do tego w „Swords” dochodzą (moje ukochane) Hammondy! Więcej tego instrumentu jest w „Captain” , które budują tajemniczą atmosferę wraz z absolutnie wybitną partią gitary basowej. Velli-Pekka Pessi pokazuje jak bardzo melodyjnie można grać na czterech strunach. Ten nastrój zostaje wkrótce zburzony z hard rockową intensywnością, z pojawiającym się rewelacyjnym solo gitarzysty, oraz piorunującym wręcz werblem. Po chwili zaś wszystko ulega wyciszeniu i wchodzi niebiańska partia fletu poprzecznego. To prawdziwy, magiczny moment na tej płycie.  Instrumentalny „Future” powala basem i czaruje popisem gitarzysty, który „zapętlił” kilkoma powtarzalnymi dźwiękami gitarowy motyw. Otworzył przy tym furtkę dla krótkiego solowego popisu perkusisty zdradzającego tutaj inklinacje jazzowe. Trochę szkoda, że gitarzysta nie pociągnął swego tematu dłużej, bowiem jest on naprawdę wspaniały. Jazzowe ciągoty w nagraniach hard rockowych usłyszeć też można w „Hey Hunter” czy „Old Man’s Dream”, dowodząc, że każdy zamieszczony utwór na tej płycie jest rewelacyjny i niepowtarzalny. Każdy na bardzo wysokim, muzycznym poziomie. Debiut ELONKORJUU zamknął się w czterdziestu minutach muzyki. Dodam więcej: czterdziestu fascynujących minutach nie tylko dla badaczy rockowych skamielin!

Elonkorjuu w fińskiej telewizji
Elonkorjuu w fińskiej telewizji

Oryginalna, winylowa edycja „Harvet Time” ukazała się tylko w Finlandii i dziś jest kolekcjonerskim rarytasem będąc  na liście marzeń niemal każdego szanującego się kolekcjonera winyli. Niestety pokazujące się raz do roku na giełdach płytowych oryginalne egzemplarze ( w bardzo dobrym stanie) osiągają bez problemu cenę 1000 euro`i jako takie są raczej poza zasięgiem… Wznowiona wersja na CD przez niemiecki Shadoks w 2011 roku jest o wiele tańsza, więc żaden, ale to żaden poważny fan ciężkiego, progresywnego rocka nie może normalnie funkcjonować bez tej płyty! Najlepszej jaka kiedykolwiek powstała w Skandynawii!!! I bez wątpienia pierwsza dwudziestka całej Europy!

SCORPIONS „Lonesome Crow” (1972)

Niemiecka grupa SCORPIONS kojarzona jest dziś z wielkich przebojów lat 80-tych i 90-tych takich jak „Wind Of Change”, „Still Loving You”, „Send Me An Angel”, „No One Like You” etc. śpiewanych na koncertach z nieodzownym atrybutem – tysiącem zapalonych zapalniczek trzymanych w wyciągniętych wysoko dłoniach. Jednak na początku swej działalności, a w szczególności na swym debiutanckim albumie „Lonesome Crow” grali zupełnie inaczej. Album zaliczany jest do arcyciekawego zjawiska zwanego krautrockiem, czyli niemieckiej odpowiedzi na brytyjski rock progresywny, które zaowocowało całą rafą pereł muzycznych. „Lonesome Crow” po dziś dzień pozostaje najwybitniejszym artystycznym dokonaniem tego gatunku i należy do najściślejszej czołówki najlepszych albumów w całej historii rocka!

Początki grupy sięgają roku 1965, kiedy to Rudolf Schenker, oraz Karl Heinz-Vollmer, Wolfgang Dziony i Achim Kirchoff postanowili dać upust swym artystycznym aspiracjom powołując do życia zespół SCORPIONSRudolfowi przypadła rola wokalisty i gitarzysty. Tego właśnie instrumentu zazdrościł mu jego dużo młodszy brat Michael marzący o własnej gitarze. Jakież było jego zdziwienie, kiedy na swe jedenaste urodziny Rudolf podarował mu nowiuteńkiego Gibsona Flying V mówiąc, filuternie przy tym mrużąc oczy „Jak się nauczysz na niej grać, będziesz miał każdą panienkę”. Dodatkowo motywował go do gry oferując mu jedną markę za każdy nauczony utwór. Ale Michael nie potrzebował zachęty. Całymi dniami i  nocami zamknięty w swym pokoju brzdąkał na swej gitarze „odgrażając” się bratu: „Będę lepszy od ciebie! Będę najlepszy na świecie”. Nikt tych słów  wówczas nie brał na serio…

Mimo niedostatków wokalnych starszego Schenkera, niespecjalnych umiejętności gitarowych Vollmera, SCORPIONS dorobili się statusu klubowej gwiazdy w Hanowerze. I tu na scenę wchodzi ojciec obu braci.  Widząc niedostatki w grze gitarzysty przyprowadza pewnego dnia na próbę swą najmłodszą latorośl. Michael daje popis gry na swym Gibsonie, który dosłownie lata mu w rękach wydobywając przy tym niesamowite dźwięki. Cały zespół osłupiał z wrażenia! I chwilę potem podziękował grzecznie młodemu gitarzyście, czym wprawił w osłupienie tak seniora rodu jak i juniora. Ten ostatni poczuł się bardzo urażony odmową przyjęcia do zespołu, a największy żal odczuwał do swego starszego brata.

Niedługo potem Michael znalazł pocieszenie w grupie Cry, będącą jak się wkrótce okaże groźną konkurencją dla SCORPIONSÓW. Na tyle groźną, że ponownie ojciec namieszał na lokalnej scenie. Za jego sprawą niepełnoletni Michael dostał zakaz wstępu do nocnych klubów, gdzie odbywały się ich występy tłumacząc, że syn najpierw musi skończyć szkołę. Młody Schenker musiał poszukać sobie nowych kolegów.

Długo nie szukał i omijając szerokim łukiem zespół Rudolfa (ku niezadowoleniu ojca) dołączył do grupy COPERNICUS. Tam natknął się na niejakiego Klausa Meine, wokalistę i rówieśnika swego starszego brata. Tym razem rodzice nie ingerowali w plany syna widząc jakie postępy czyni ich latorośl, tym bardziej , że opieką nad nieletnim miał zająć się Meine. Poza tym tak się szczęśliwie złożyło, że Copernicus i SCORPIONS odbywali próby w tym samym miejscu. Rudolf z zazdrością i podziwem spoglądał na sukcesy Copernicusa – nie dość, że mieli wspaniałego wokalistę i gitarzystę, to na dodatek wykonywali własny repertuar w przeciwieństwie do jego zespołu, którego repertuar w głównej mierze opierał się na coverach. Czas było więc porzucić dumę, pojednać się z bratem i zreformować swój zespół. I tak w styczniu 1970 roku do zespołu Rudolfa oraz Wolfganga Dziony’ego dołączyli Michael Schenker, Klaus Meine oraz basista Lothar Heimberg.

Scorpions 1968 - 1972

Odnowiony zespół SCORPIONS  zaczął tworzyć własne kompozycje (bracia Schenkerowie) i pisać teksty po angielsku, a więc w tym uniwersalnym rockandrollowym języku (Meine i pozostali członkowie). Zaczęli zyskiwać coraz większy rozgłos. Znany brytyjski reżyser filmowy John Schlesinger zaproponował im nawet współpracę i wykorzystał ich muzykę do filmu dokumentalnego o tematyce antynarkotykowej, o czym dziś już raczej się nie pamięta. Ale to wydarzenie spowodowało, że tym sposobem trafili na legendarnego niemieckiego producenta nagraniowego, Conny’ego Planka. Plank podpisał z nimi kontrakt i wkrótce potem wziął ich do studia Brain Records, gdzie pod jego okiem zespół nagrał swój debiutancki album „Lonesome Crow” , który został wydany w 1972 r.

SCORPIONS - "Lonesome Crowe" (1972)
SCORPIONS – „Lonesome Crowe” (1972)

Podobno, kiedy w latach 80-tych puszczono fragmenty tego albumu Rudolfowi Schenkerowi ten nie rozpoznał swego dzieła. Tak bardzo inna jest to muzyka od tej, do której i my skłonni jesteśmy zazwyczaj zespół SCORPIONS kojarzyć. Album wspaniale zachowuje klimat muzyki z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, a przy tym ujmuje oryginalnością i różnorodnością, łącząc w sobie wiele stylów. Mamy tu więc i hard rock o progresywnych rozwinięciach i psychodelię i jazzowo – orientalne wtręty, a także  folk. Dopatrzyć się tu można wpływów King Crimson, Pink Floyd, ale też Deep Purple i Led Zeppelin. Przede wszystkim jednak płyta objawia światu jeden z największych talentów gitarowych ery rocka: siedemnastoletniego wówczas Michaela Schenkera. To on jest główną atrakcją płyty, to on jest (wraz z bratem) twórcą całej muzyki, choć reszta wcale nie odstaje od tego wysokiego poziomu. W myśl ówczesnej cudownej prawidłowości, każdy z muzyków trzymający w ręku instrument muzyczny grał w zespole „pierwsze skrzypce”, każdy był postacią pierwszoplanową.

Lonesome Crow” to siedem mistrzowsko wykonanych niezwykle pięknych , nastrojowych i wciągających kompozycji. Każdy dźwięk jest doskonale przemyślany i doskonale współgra z pozostałymi. Pełno tu zmian tempa, melodii i klimatów, a także długich gitarowych pasaży i solówek. Są też zagrywki transowe, eksperymenty brzmieniowe, elementy psychodelii i orientalizmy. Cały album aż kipi od pięknych melodii, świetnych pomysłów i rozwiązań. Już rozpoczynający album „I’m Going Mad” ze swoją intensywną bujającą rytmiką osadzoną gdzieś blisko Deep Purple, jest swoistym przedstawieniem nieprzeciętnych osobowości: wspomnianego już gitarzysty, ale także Klausa Meina – wokalisty o charakterystycznej, czystej barwie, dużej sile i skali głosu. Zaczyna się od perkusyjnego wstępu, dalej dołączają kolejno: gitara rytmiczna, mocny bas i solówka młodszego Schenkera. Partia wokalna (częściowo mówiona, częściowo wykrzyczana) pojawia się dopiero w połowie utworu. Odwrotnie jest w „It All Depends” gdzie krótki tekst pojawia się na samym początku, a potem następuje galopada instrumentalistów  – tym razem kojarzące się z Black Sabbath. Balladowo – progresywnie ze szczyptą psychodelii robi się w „Leave Me”; wierzyć się nie chce, że napisał to ktoś kto jeszcze nie miał w kieszeni dowodu osobistego. 17-latek z Hanoweru stworzył coś, do czego wielu gitarzystów pracujących całe życie nad swoim warsztatem, nie miało okazji się nawet zbliżyć. Pod względem aranżacyjnym jednym z najciekawszych momentów albumu jest „In Search Of The Peace On Mind”. Po mocnym otwarciu wchodzi chóralna partia a capella, po której rozpoczyna się balladowa część utworu. W połowie utworu mamy nagłą zmianę klimatu – ostre dźwięki gitary prowadzą do ostrego, wykrzyczanego przejmującego finału. „Action” to dynamiczny, nieco jazzujący kawałek zbudowany na mocnej linii basu. Zresztą przez cały album gitara basowa jest bardziej słyszalna od rytmicznej, co jest zresztą wielkim plusem tej płyty.

Największe jednak wrażenie robi zamykający album, ponad 13-minutowy utwór tytułowy. Najdłuższy jaki grupa nagrała w całej swej długiej karierze. A także jedno z ich największych arcydzieł, pełne zmian tempa, nastroju i motywów mogący kojarzyć się z Pink Floyd. Psychodeliczny klimat, oniryczny bas na początek, za chwilę zryw i obłędne solo Michaela. Potem eksperymenty brzmieniowe a la Hendrix, swingujący bas i ponownie gitarowe odjazdy w stylu King Crimson. No i najbardziej niezwykły wątek:  uspokojenie i hipnoza jak w środkowej części „Fools” Deep Purple. Do momentu, kiedy Michael Schenker przedstawia swą kapitalną kreację. Klimat staje się nieco orientalny, a gitarzysta zachwyca wielką dojrzałością i polotem w budowaniu pięknych, natchnionych fraz. Tak około dziesiątej minuty pojawia się  najpiękniejsza solówka nie tylko na tym albumie, ale zarówno w dyskografii SCORPIONS jak i Michaela Schenkera. Koda tego arcydzieła to ponowne hard rockowe grzanie, które kończy jeden z najwspanialszych albumów w historii rocka!

Niedługo potem skład personalny zespołu trochę się posypał. Michael Schenker jako pierwszy opuścił SCORPIONS przyjmując posadę gitarzysty w angielskiej grupie UFO ( na miejsce Berniego Marsdena). Rudolf był niezwykle dumny ze swego brata, choć jednocześnie martwił się o przyszłość grupy. Tym bardziej, że zrażony sytuacją Lothar Heimberg postanowił odejść, a on sam z Klausem zostali powołani do wojska. Wcześniej Klaus zapowiadał, że nie widzi szans na lepszą przyszłość i także opuszcza zespół.

Po zespole SCORPIONS pozostała jedna płyta i …długi. Wytwórnia zerwała kontrakt twierdząc, że „bez Michaela Schenkera ten zespół jest skończony”. Jednak Rudolf Schenker nie zamierzał tak łatwo się poddać. Po odbyciu służby wojskowej natknął się na niesamowitego gitarzystę Urlicha Rotha i razem z nim zaczęli odbudowywać zespół SCORPIONS na nowo. Ale to już inna historia.

SCORPIONS - "Lonesome Crow" reedycja albumu z 1982r.
SCORPIONS – „Lonesome Crow” reedycja albumu z 1982r.

Album „Lonesome Crow” ukazał się w wielu wersjach. Już w 1972 roku Brain Records wydał go pod dwoma tytułami. Ten drugi nosił nazwę „The Original”. Reedycje ukazywały się także jako „Gold Rock”, „Action” i „Starlight”. Poszczególne wersje różniły się także okładkami – najbardziej interesująca jest ta z roku 1982, na której wykorzystano obraz Rodney’a Matthewsa. Na szczęście zawartość muzyczna pozostawała niezmiennie ta sama. „Samotny Kruk” jest bowiem dziełem doskonałym i skończonym w każdym, nawet najdrobniejszym, szczególe.

Festiwalowy kanał czyli „Strange Is This World”

Jeśli jest druga połowa czerwca i rusza Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, to oznacza, że lato (a co za tym idzie  i wakacje) są już tuż tuż. Kilka dni później  moja synowa, Ewelina, spytała mnie, czy oglądałem w telewizji ów festiwal i czy mi się podobało? Na pierwszą część pytania odpowiedziałem, że tak, oglądałem. Na drugą zaś odparłem jakimś ogólnikiem typu: „I tak. I nie”, gdyż nie mogłem udzielić wtedy jednoznacznej odpowiedzi. Bo tak po prawdzie, to nie wiem, czy było to święto polskiej muzyki rozrywkowej za jaką zawsze od wielu, wielu lat uważało się ten festiwal, czy też był to po prostu kolejny program rozrywkowy wyprodukowany przez Telewizję Polską. Od kilku ostatnich lat odnoszę takie wrażenie, że formuła tego festiwalu weszła w kanał z którego nie potrafi w żaden sposób się wydostać. Po raz kolejny pod rząd jesteśmy karmieni wspomnieniami muzycznymi (czyt. piosenkami) sprzed  lat w wykonaniu znanych, ale wciąż tych samych opatrzonych niemal do znudzenia artystów, lub też w wykonaniu amatorów o poziomie których szybko należałoby zapomnieć (koncert „Debiuty” z piosenkami Skaldów). Nie bardzo też rozumiem, dlaczego Telewizja uparła się, by koncerty zapowiadane były przez kabareciarzy, których oglądamy niemal na co dzień, a nie przez konferansjerów, jak to było w zwyczaju od zarania tego Festiwalu? Poziom tych zapowiedzi w połączeniu z mini scenkami był naprawdę żenujący.

A przecież jeszcze kilka dekad temu na relację radiową, czy telewizyjną z Opola czekało się z niecierpliwością. To właśnie ta stolica polskiej piosenki odkrywała nam nowe głosy, nowe twarze, nowe zespoły. To Opole kreowało i wyznaczało kierunki artystyczne naszej rodzimej piosenki: folkowej, big bitowej, poezji śpiewanej. Pamiętam momenty takie jak ten, że gdy kończyła się transmisja telewizyjna szybko przełączaliśmy się na odbiorniki radiowe i słuchaliśmy Opola do białego rana. I to w tych nocnych przekazach były słynne „Kabaretony” podczas których dostawało się ówczesnej władzy ludowej za wszystko o czym głośno  nie można było powiedzieć, a udawało się to zrobić w licznych kąśliwych jak żądła os skeczach. Tu też słuchaliśmy rockowych koncertów, a przecież ta muzyka  była jeszcze  symbolem „zgniłego zepsutego Zachodu”.

Po tegorocznym Opolu naprawdę nie wiem w jakiej kondycji jest polska piosenka rozrywkowa. Gdzie i w jakim kierunku podąża. I nie wiedzą chyba tego również sami organizatorzy wpuszczeni w ślepy kanał, z którego jak już wyżej wspomniałem sami nie nie widzą wyjścia. Tak więc Ewelinko, znasz już teraz  moją odpowiedź na postawione przez Ciebie pytanie.

Na osłodę, tuż potem, sięgnąłem sobie po płytę wykonawcy, który zawsze będzie kojarzył mi się z opolskim Festiwalem. Przez lata swej kariery uwielbiany przez jednych, nienawidzony przez drugich. Artysta niepokorny, zawsze chodzący swoimi drogami. Bez wątpienia osobowość wybitna pod każdym względem. CZESŁAW NIEMEN. I jego płyta „Strange Is This World”.

Czesław Niemen - "Strange Is This World" (1972)
Czesław Niemen – „Strange Is This World” (1972)
Czesław Niemen - "Strange Is This World" -tył okładki
Czesław Niemen – „Strange Is This World” -tył okładki

Dlaczego akurat sięgnąłem po tę płytę? Może z przekory. Może z potrzeby posłuchania czegoś niekomercyjnego. A może dlatego, że po prostu dawno jej już nie słuchałem.

To była pierwsza z dwóch płyt nagrana dla amerykańskiej wytwórni CBS (europejski oddział Columbia Records). Zaśpiewana po angielsku i nagrana z „freejazzowym prorokiem” –   kontrabasistą Helmutem Nadolskim, oraz z Józefem Skrzekiem, Apostolisem Anthimosem i Jerzym Piotrowskim, a więc z muzykami, którzy wkrótce potem powołają do życia zespół SBB. Płyta nie jest łatwa w odbiorze. Powiem więcej – jest trudna nawet jak na dzisiejsze standardy, wymagająca dużego skupienia. To był początek najbardziej awangardowego okresu twórczości NIEMENA. Ten w pełni progresywny album zawierał cztery (w tym dwie dłuższe) kompozycje z  rozbudowaną wersją utworu „Dziwny jest ten świat„. Wersją mogącą szokować lub fascynować. „Starałem się wprowadzić coś nowego, oryginalnego do rocka” – komentował artysta to, co przytrafiło  mu się w tym okresie. I udało się. Albowiem album „Strange Is This World” to zapis niemalże rewolucji muzycznej. I kolejny dowód, że NIEMEN wspiął się na tej płycie na wyżyny zarezerwowane tylko dla najwybitniejszych Artystów. I z tych wyżyn nigdy już nie zszedł o czym wszyscy dobrze wiemy i pamiętamy.

ARMADA „Beyond The Morning” (Unreleased Recordings 1972-1974)

ARMADA to kolejny przykład na to, jak wiele jeszcze zostało do odkrycia w starym brytyjskim rocku. Obok grupy Captain Marryat (o której pisałem już wcześniej) jest to jedno z moich wielkich osobistych odkryć ostatnich lat.

Główną postacią w tym zespole był Sammy Rimington – kompozytor wszystkich utworów, ale przede wszystkim kapitalny saksofonista, grający także na flecie, klarnecie i gitarach. Swoją muzyczna przygodę zaczął od wspólnych występów jazzowych w Szwajcarii z nowoorleańskim klarnecistą George’em Lewisem mając zaledwie 18 lat. Przed utworzeniem  ARMADY grał w różnych grupach jazzowych, a nawet sam powołał do życia jedną z nich nazywając ją,  dość banalnie, Sammy Rimington Band.

Wokalista Terry Cook (obecnie Cassidy) obdarzony fajnym, ciepłym głosem zaczynał od śpiewania w kościelnym chórze parafialnym, ale wkrótce potem przerzucił się na muzykę pop i rock. Współpracował z różnymi grupami, ale jak dla mnie to, co nagrał z zespołem Ginhouse (LP „Ginhouse” 1971) jest niesamowite, piękne i cudowne. Tak jak i cała płyta, bardzo przestrzenna, przypominająca Wishbone Ash, co prawda bez karkołomnych improwizacji, ale urzekająca niepowtarzalnym klimatem. Swoją drogą warto jej będzie poświęcić nieco więcej miejsca w Rockowym Zawrocie Głowy w niedalekiej przyszłości.

Urodzony w Hollywood Brian Stanley jako dziecko przybył z rodzicami do Anglii. Będąc dziesięciolatkiem nauczył się grać na basie, a mając lat osiemnaście został członkiem ARMADY. Po kilku latach wrócił do Stanów i jako muzyk sesyjny brał udział w nagraniach takich wykonawców jak The Beach Boys, Bryan Adams, czy Waterboys.

Perkusista Alan ‚Sticky’ Wicket grał wcześniej w różnych jazzowych i rockowych formacjach w Birmingham. Do dziś współpracuje z takimi artystami jak Brian Ferry, Mark Knopfler, Van Morrison, Bryan May i wielu innymi znakomitościami.

Ostatni ze składu, gitarzysta i pianista Geoff Skates od najmłodszych lat zafascynowany był Beatlesami, Stonesami, ale także uwielbiał Johna Coltrane’a,  Buddy Richa i Milesa Davisa. Tuż przed wstąpieniem do ARMADY grał w zespole Blue Mountain, która dość regularnie w tym czasie otwierała koncerty grupom Audience, May Blitz i okazjonalnie Genesis.

Płyta „Beyond The Morning” zawiera, jak głosi podtytuł, niepublikowane nagrania z lat 1972-1974.

Armada - "Beyond the Morning" (1972-1974)
Armada – „Beyond the Morning” (1972-1974)
Armada - "Beyond the Morning" (1972-1974) - tył okładki
Armada – „Beyond the Morning” (1972-1974) – tył okładki

Tak się zdarzyło, że ARMADA poza dwoma singlami nie wydała w epoce dużej płyty. Być może zabrakło im prężnego menadżera, odpowiedniej reklamy, może odrobiny szczęścia. Jednak na pewno nie zabrakło im ogromnego potencjału i talentu! Mamy tu bowiem do czynienia z muzyką przez duże „M”. Jest to absolutnie majstersztyk czystego progresywnego grania w połączeniu z jazz rockiem na bardzo wysokim poziomie. Coś dla miłośników King Crimson, Franka Zappy, starego Genesis. Płyta nie jest łatwa i od razu chwytająca za serce. Wymaga od słuchacza skupienia i uwagi choć nie jest aż tak trudna w odbiorze. Zapewniam, że znam bardziej zakręcone i trudniejsze w odbiorze płyty niż „Beyond The Morning„. Wchodzi ta muzyka do uszu powoli, ale jak już wejdzie, nie idzie się od niej uwolnić. Po prostu uzależnia. Dwanaście kapitalnych kompozycji, które zostały zarejestrowane na przestrzeni lat 1972-74 (z których tylko jedno – „Sail Away” pochodzi z roku 1974), a mimo tego słucha się tej płyty jak spójnej, przemyślanej całości. Już otwierający ten zbiór „Beyond The Morning #1” przykuwa uwagę zmianami nastrojów: od mocnego, rozpędzonego rytmu, po rozmyte dźwięki z saksofonem i delikatnym fortepianem w tle. „Fortunes Fool” mógłby kojarzyć się z dokonaniami Roberta Frippa i spółki. Dźwięki saksofonu bardzo przypominają mi te , którymi czarował swego czasu Mel Collins w King Crimson. Sammy Rimington wie jak używać swego instrumentu! W przepięknym „Mockingbird” zamienił go na flet i do spółki z wokalistą stworzyli coś, co bliskie jest klimatowi „I Talk To The Wind”. Snująca się, trochę senna, ale jakże wciągająca ballada. A po niej intensywny, z werwą zagrany „One In Ten” . Nie wiem czy grupa Colosseum nie powinna być zazdrosna o ten utwór! Każda z zamieszczonych tu kompozycji warta jest poświęcenia największej uwagi. Progresywne granie z najwyższej półki! Całość kończy „Steeplechase„. Nagranie koncertowe z lipca 1973 r. pokazujące, że zespół doskonale potrafił improwizować na scenie. Dodam w tym miejscu, że ARMADA wielokrotnie występowała na trasach koncertowych wspólnie z Wishbone Ash i Rare Bird. Energia i kapitalne zespołowe zgranie. Grupa profesjonalna i na bardzo wysokim poziomie! Do tego jakość dźwięku na płycie jest niemal perfekcyjna, więc z całego serca polecam ją wszystkim w „ciemno”. Jestem pewien, że zadowoli ona wszystkich fanów klasycznego, progresywnego grania. A ja dalej będę kopał w archiwach muzycznych, by odkurzyć i przywrócić pamięć takim totalnie zapomnianym zespołom jakim była na przykład ARMADA.

PINK FLOYD ” A Collection Of Rare Live Instrumentals (1969-1971)” „Live In Montreux” (1970)

Kolejne dwa niezwykłe, sensacyjne można wręcz powiedzieć, wydawnictwa grupy PINK FLOYD wydane w limitowanym nakładzie do 500 egzemplarzy. Nie muszę dodawać jaką radość sprawiają mi takie płytowe rarytasy. A jest się naprawdę z czego cieszyć! Przypomnę, że ten znakomity zespół poza częściowo koncertowym albumem „Ummagumma” wydanym w 1969 roku nie publikował albumów „live” w tamtym czasie o czym już wspominałem w wpisie pt. „PINK FLOYD SPOD CHOINKI”  w marcu tego roku.

Pierwsze z tych wydawnictw, zachowując chronologię, to dwupłytowy album „A Collection Of Rare Live Instrumentals (1969 – 1971)”, będący kompilacją bardzo rzadkich, lub też wyjątkowych koncertowych nagrań zespołu z jego najciekawszego i najlepszego (zdaniem wielu) okresu. Te instrumentalne nagrania/rarytasy zostały zarejestrowane podczas różnych tras koncertowych po Europie jaki PINK FLOYD dali pomiędzy wydaniem albumów „More” a płytą „Atom Heart Mother”.

Pink Floyd - "A Collection Of Rare Live Instrumentals" (1969-1971)
Pink Floyd – „A Collection Of Rare Live Instrumentals” (1969-1971)

Już na sam początek dostajemy super niespodziankę – dwa bardzo psychodeliczne i nigdy nie wydane na płytach(!) utwory „Corrosion” oraz „Moonhead” połączone  w jedną całość. Ten drugi pojawi się raz jeszcze na drugim dysku w innej wersji. Następna kompozycja to 20-minutowy „Interstellar Overdrive”. Fantastyczny, megapsychodeliczny utwór z gościnnym udziałem… Franka Zappy na drugiej gitarze! To niesamowite wydarzenie udokumentowano także zdjęciem opublikowanym na tylnej stronie okładki tego podwójnego CD. Kompozycja „Violent Sequence” Ricka Wrighta została wykorzystana w filmie Michelangelo Antonioniego „Zabriskie Point” w 1970 roku. Trzy lata później to cudo w nieco zmienionej wersji pojawi się na słynnym albumie „Dark Side Of The Moon” jako „Us And Them”. Tutaj mamy wersję krótszą o dwie minuty. Po niej następuje suita  „Atom Heart Mother”, która została zarejestrowana w paryskim Theatre des Champs-Elysees 23 stycznia 1970 r, a więc dziewięć miesięcy przed ukazaniem się płyty na rynku. Oczywiście wersja koncertowa różni się od tej znanej z oficjalnego wydawnictwa. Bez orkiestry symfonicznej i  chóru. Za to wykonana w mocnym rockowo – progresywnym stylu.Robi ogromne wrażenie! Tak jak i następne rozbudowane do 11 minut nagranie „Main Theme From ‚More’ „ ze świetną improwizowaną partią solową na bębnach w wykonaniu Nicka Masona. Pierwszą płytę kończą dwa połączone ze sobą tematy pochodzące z tytułowej kompozycji z drugiego albumu „A Saucerful Of Secrets”: The End Of The Begining” i „Celestial Voices”.

Drugi krążek rozpoczyna „Interstellar Overdrive” tym razem bez Franka Zappy w nieco krótszej, 14-minutowej wersji. Wciąż psychodeliczny i hipnotyzujący. Z kapitalnymi partiami gitary Davida Gilmoura i pulsującym basem Rogera Watersa. Z kolei „Quicksilver” i „Moonhead” to popis grającego na klawiszach Ricka Wrighta. Czarodzieja biało-czarnych klawiszy! Przy utworze „Careful With That Axe, Eugene” zawsze wymiękam. Uwielbiam ten utwór! Za wszystko: za niesamowitą atmosferę, za klimat, za pomysł i wykonanie. Po prostu uwielbiam i już! Awangardowy „Sysyphus” jest kompozycją, którą Rick Wright przygotował na studyjną część albumu „Ummagumma”. Zespół na scenie wykonywał ją bardzo rzadko i jest to jedyna najlepiej dźwiękowo zachowana wersja koncertowa! Ale największa  bomba tego wydawnictwa została zachowana prawie na sam koniec. Myślę, że każdy fan klasycznego rocka, nie wspominając fanów PINK FLOYD, chciałaby usłyszeć jak brzmi jedyna OCALAŁA wersja „Alan’s Psychodelic Breakfast”, o której krążyły legendy i o której czytało się jedynie w zagranicznych książkach! Całość tego niezwykłego albumu kończy pięciominutowy „Blues”.

Na koniec słów kilka o jakości tych nagrań. Otóż na 160 minut muzyki jaką tu dostaliśmy połowa z nich (czyli 80 minut!) brzmi doskonale, poprzez naprawdę dobrą (50 minut) i przeciętną, ale do zaakceptowania (30 minut). Tak więc tych gorszej jakości nagrań nie jest aż tak wiele. Pod względem historycznym, te unikatowe i nigdy wcześniej nie publikowane rarytasy warte są poznania bez względu na ich techniczną jakość! I są po prostu bezcenne!

Problemu z jakością dźwięku nie ma natomiast kolejne, także dwupłytowe wydawnictwo „Live In Montreux 1972”, które jest zapisem genialnego występu PINK FLOYD w Altes Cassino 21 października 1972 roku w tym jakże pięknym szwajcarski mieście (było to tuż po wydaniu albumu „Atom Heart Mother”).

Pink Floyd "Live In Montreaux 1970"
Pink Floyd „Live In Montreaux 1970”

Koncert ten został bowiem zarejestrowany na dwóch profesjonalnych magnetofonach Uher ustawionych tuż przy scenie. A ponieważ akustyka w tym miejscu była ponoć legendarna, tak więc całość brzmi fantastycznie! Ta płyta śmiało mogłaby wyjść jako regularna pozycja „live” i być ozdobą oficjalnych płyt w dyskografii zespołu. Tym bardziej, że mamy tu do czynienia z PINK FLOYD w najwyższej, szczytowej wówczas formie! I to  nie przypadek, że wielu znawców twórczości grupy uważa ten właśnie koncert za najlepszy jeśli nie w całej karierze, to na pewno w tym okresie! Poza tym materiał został lekko odszumiony, słychać większą ilość basu i tonów wysokich, więc brzmi to imponująco!

Zaprezentowano tu 11 utworów, w tym m.in. „Cymbaline” „Falt Old Sun” , „The Embryo”, „Set The Controls For The Heart Of The Sun”, More Blues”. Większość z nich trwa zdecydowanie grubo ponad 10 minut. Jedynie „Green Is The Colour” i „Just Another 12 Bar” oscylują w granicach trzech i pięciu minut. Dodano też dwa nagrania bonusowe: „Intersteller Overdrive” i „Astronomy Domine” z występu z następnego dnia. I to jest ten PINK FLOYD jaki fani (ja także) uwielbiają najbardziej: wciąż eksperymentalny, wciąż czarujący psychodelicznym brzmieniem, ale także potrafiący zagrać mocno, hard rockowo! Do tego mamy niesamowicie cudowne partie Gilmoura i Wrighta – w takiej formie zespół nigdy wcześniej, ani potem nie był. Przebił nawet jakże wyśmienity materiał z „Ummagummy”! Rzecz niemal nie do uwierzenia i wyobrażenia! Wielka szkoda, że z tego jakże magicznego 1970 roku nic oficjalnie nie zostało wydane. Na szczęście jednak wciąż ukazują się odnalezione w  archiwach nagrania, które sprawiają radość fanom klasycznego starego rocka! Płyta „Live In Montreux 1970” jest tego najlepszym dowodem! Czekam więc na więcej…