Archiwum kategorii: Płytowe wykopaliska

THORS HAMMER „Thors Hammer” (1971)

Nie wiedzieć czemu, ale „stary ” rock ze Skandynawii jest u nas prawie nieznany. Zespoły takie jak Culpeper’s Orchard z Danii, Elonkorjuu z Finlandii, czy Life ze Szwecji (by wymienić choćby tylko po jednym  reprezentancie z tych krajów) bardzo popularne, można by wręcz powiedzieć, kultowe TAM, przeciętnemu fanowi muzyki w kraju nad Wisłą raczej mówią niewiele, lub nic. Sam tego doświadczyłem na własnym przykładzie odkrywając skandynawskie arcydzieła płytowe dość późno. Dlatego też postanowiłem, że co jakiś czas w Rockowym Zawrocie Głowy pojawiać się będą wpisy przybliżające perły naszych północnych sąsiadów.

Warto było podjąć trud w zdobyciu tych, niekiedy bardzo rzadkich, płyt z lat 70-tych. Okazuje się bowiem, że poziomem wykonawczym wcale nie odstawały od tego, co reprezentowała czołówka brytyjskiego rocka tamtego okresu, a w niektórych przypadkach wręcz ją przewyższała.

Takim zespołem z tej tzw. „górnej półki” był duński, a konkretnie kopenhaski, Thors Hammer ze swoją jedyną (niestety!) płytą zatytułowaną po prostu „Thors Hammer” wydaną w 1971r.

Thors Hammer - "Thors Hammer" 1971
Thors Hammer – „Thors Hammer” 1971
Tył okładki Thors Hammer
Tył okładki Thors Hammer

Okładka płyty raczej nie zachwyca do jej nabycia (tylna strona ratuje odrobinę jej pozytywny wizerunek); w moim prywatnym rankingu „najbrzydszych okładek” pewnie znalazłaby się w pierwszej dwudziestce. Na szczęście o zawartości muzycznej nie decyduje opakowanie. Warto o tym pamiętać!

Thors Hammer grało muzykę progresywną w połączeniu z jazzem i jeśli miałbym tę grupę stylistycznie porównać do jakichś pokrewnych zespołów, to wymieniłbym tu Colosseum, Traffic, Hannibal, czy Nosferatu. Równorzędnym bowiem instrumentem na tej płycie, obok gitary, jest saksofon. I najczęściej jest tak, że oba te instrumenty prowadzą ze sobą dialog, jak w najdłuższym, 13-to minutowym „Not Worth Saying”, czy w zamykającym album utworze „Believe In What You Want”. Po krótkim wstępie następuje kapitalna galopada saksofonu z sekcją rytmiczną, od której dech w piersiach zapiera. Ależ jazda! Potem saksofon milknie i do głosu dochodzi gitara. Improwizacja pełną parą. No i mamy tu też Hammondy! Miód na uszy!

W zasadzie każdy z pięciu zamieszczonych na tej płycie utworów można byłoby tak opisać i nad każdym się zachwycać. Ta płyta nie ma żadnych słabych stron. Perła w koronie skandynawskiego rocka godna najszczerszego polecenia! Mimo, że zespół nie przebił się w epoce, do dziś, jego jedyny album, jest jednym z najbardziej poszukiwanych i pożądanych tytułów wśród kolekcjonerów płyt.

LED ZEPPELIN „Live In Paris 1969”

W czerwcu 2014 r. ukazała się rocznicowa reedycja pierwszej płyty Led Zeppelin zawierająca zremasterowany oryginalny album z 1969 r. oraz, w wersji „deluxe”, drugi dodatkowy dysk z genialnym 71-minutowym koncertem zarejestrowanym w słynnej paryskiej „Olimpii” w dniu 10 października 1969r.

Tak się złożyło, że kilka miesięcy wcześniej stałem się posiadaczem fanclubowego, wydanego w minimalnym nakładzie CD, tego samego, trwającego tutaj 78 minut(!) koncertu w doskonałej jakości dźwięku pt. „Live In Paris 1969„.

LED ZEPPELIN "Live In Paris 1969"
LED ZEPPELIN „Live In Paris 1969”

Koncert był częścią krótkiego wypadu zespołu do Europy (Holandia i Francja), gdzie w dniach 3 – 12 października dali cztery występy. Była to forma promocji dla mającej ukazać się 22 października drugiej ich płyty, choć prawda jest taka, że z nowego krążka Led Zeppelin zagrali tylko dwa utwory: „Heartbreaker” i „Moby Dick”.

Czym różni się wersja fanclubowa od tej oficjalnej, zamieszczonej na „Led Zeppelin l” z 2014 r ?

Układ utworów jest niemal identyczny, poza jednym ważnym wyjątkiem. W fanclubowej edycji „How Many Times” trwa 23 minuty(!), natomiast wersja Warnera została skrócona o całe 11 minut (a więc o połowę), w zamian dając „Moby Dick”.

Live In Paris 1969” posiada też piękną okładkę znaną z … austriackiej edycji LP „Led Zeppelin ll„, a w środku zamieszczono kilka świetnych zdjęć zespołu z tego okresu.

Być może w tym miejscu można by się zastanowić i zadać pytanie: którą z tych płyt należałoby mieć w swojej kolekcji?

Ja nie miałem wątpliwości i mój wybór był jednoznaczny: mam je obie!

IRON MAIDEN „Maiden Voyage” (1970)

Na długo przed tym, nim Steve Harris utworzył jeden z najwybitniejszy i najpopularniejszy zespołów heavymetalowy w historii w małym miasteczku Basilden w hrabstwie Essex czterech młodzieńców latem 1968 roku powołało do życia grupę o nazwie IRON MAIDEN.

Wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej, kiedy w miejscowej szkole wystąpił zespół Cream. Koncert wywarł na nich ogromne wrażenie i to wówczas zakiełkowała w nich myśl, aby założyć zespół, który grałby podobną muzykę. Zafascynowani bluesem, jako Stevensons Blues Departament, już rok później regularnie otwierali koncerty Jethro Tull i Fleetwood Mac. Wkrótce zmienili nazwę na Bum i dołączyli do King Crimson w ich trasie koncertowej po północnej Anglii.

Ta niewinna z pozoru jak wydawać by się mogło nazwa zespołu (ang. „bum” znaczy pośladki, tyłek) przysporzyła im sporo kłopotów. Promotorzy koncertów i właściciele sal nie chcieli umieszczać ich nazwy na afiszach i plakatach, uważając ją za zbyt śmiałą, a nawet obraźliwą. No cóż, konserwatywna  Anglia nie wiedziała jeszcze, że dekadę później za sprawą rewolucji punk rockowej wszelkie normy i świętości zostaną przewrócone do góry nogami i takie słowo jak „bum” będzie jednym z najłagodniejszych w ustach zbuntowanej młodzieży. Zdecydowali więc, że od tej pory nazywać się będą IRON MAIDEN (Żelazna Dziewica).

Zafascynowani koncertem Led Zeppelin i ich debiutanckim albumem tworzą własne kawałki zabarwiając je w warstwie tekstowej odrobiną okultyzmu i czarnej magii, które publiczność na ich występach przyjmuje entuzjastycznie. Zauważają to szefowie firmy płytowej Gemini i podpisują z nimi kontrakt, a zaraz po tym ukazuje się  pierwszy (jak się później okaże, jedyny) singiel  IRON MAIDEN zatytułowany „Falling”/”Ned Kelly”.

Ze względu na to, że „Falling” trwa ponad sześć minut, wytwórnia chcąc ocalić utwór w całości starała się wydać go na singlu z prędkością 33 i 1/3 obrotów na minutę (standardowa prędkość dużej płyty). Byłby to pierwszy taki przypadek w historii fonografii! Niestety pomysł nie wypalił. Okazało się, że wszystkie szafy grające na świecie odtwarzają single na 45 obrotów. Tak więc „Falling” został skrócony do standardowych trzech minut.

Po wydaniu singla, niespodziewanie dla wszystkich grupę opuścili basista i gitarzysta zasilając inne, konkurencyjne zespoły. Decyzja była szokiem dla pozostałej dwójki muzyków . „Jakbyśmy dostali cios w samo serce” – powiedzieli w jednym z wywiadów. To był szok również dla wytwórni płytowej, która zainwestowała pieniądze na niemal już ukończony album, który zatytułowano „Maiden Voyage”. Gemini postanowiła wstrzymać jego wydanie na czas bliżej nieokreślony licząc, że muzycy dojdą do porozumienia. Nie doszli… Dopiero w 2012 r. firma Rise Above  Relics wydała go po raz pierwszy na CD pod nieco zmienioną nazwą THE ORIGINAL IRON MAIDEN. Czterdzieści dwa lata od jego nagrania! Warto było jednak czekać, tym bardziej, że materiał jest nagrany z oryginalnych taśm matki i  brzmi rewelacyjnie!!!

THE ORGINAL IRON MAIDEN - "Maiden Voyage"
THE ORGINAL IRON MAIDEN – „Maiden Voyage”

Już otwierający album „God Of Darkness” zapowiada, że mamy do czynienia z płytą z najwyższej półki, tym bardziej, że jest to pierwszy w historii muzyki rockowej utwór doom metalowy, jeszcze przed debiutem Black Sabbath! Czadowy, ciężki, „demoniczny” mocarz!

Następnie grupa zapuszcza się w rejony dziś już klasycznego hard rocka a la Led Zeppelin z kapitalnie współpracującą ze sobą sekcją rytmiczną i odjazdową gitarą. Muzycy mieszają ze swobodą także inne gatunki muzyczne jak psychodelię, folk i blues. Do moich ulubionych kawałków z tej płyty (aczkolwiek wszystkie kompozycje są na bardzo wysokim poziomie)  należy „Plague”: dwanaście minut rozimprowizowanej, kapitalnej jazdy zahaczający o rejony jazz-rocka i pokazującej jak wielki potencjał twórczy drzemał w tym zespole. Do tego produkcja jak na tamte czasy była znakomita. Miód na uszy.

Zanim IRON MAIDEN wypłynął w swój nomen omen dziewiczy rejs („Maiden Voyager„) już zatonął – co zresztą alegorycznie ilustruje  okładka płyty. Śmiem twierdzić, że ten zespół mógłby zaistnieć w historii muzyki rockowej i namieszać na niej przez długie lata. Tak jak kilka lat później namieszał na niej inny heavy metalowy zespół  o tej samej nazwie. Ten, który w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1978 roku powołał do życia basista Steve Harris. Ale to już inna historia…

KEEF HARTLEY BAND „British Radio Sessions 1969 – 1971”

Jest sobota, 16 sierpnia 1969 r.  tuż przed godziną 16.00. Na farmie Maxa Yargusa w Bethel pod Nowym Jorkiem pod hasłem „Peace, Love And Happiness” (pokój, miłość i  szczęście) trwa największe święto muzyki, które do historii przejdzie pod nazwą Woodstock Festival, a który to festiwal magazyn „Rolling Stone” uzna za ” jedno z najważniejszych wydarzeń, które zmieniły historię rock and rolla”.

To drugi dzień festiwalu. Tego dnia na scenie wystąpili m.in. Canned Heat, Grateful Dead, Mountain. Ze sceny zszedł właśnie Carlos Santana entuzjastycznie przyjęty przez festiwalową publiczność. A ta rozgrzana do czerwoności przez słońce, muzykę i różnego rodzaju używki oczekuje na występ kolejnego wykonawcy – Keefa Hartleya i jego zespołu. Przerwa przedłuża się ponad normę i zniecierpliwiona publiczność zaczyna falować, buczeć i gwizdać dając upust swemu niezadowoleniu.

Tymczasem za kulisami napięta atmosfera. Niespodziewanie dla organizatorów, menadżer grupy zażądał od nich dwóch tysięcy dolarów, płatnych z góry, za filmowanie i nagrywanie występu jego podopiecznych. Ci nie chcą się zgodzić i straszą wycofaniem zespołu z festiwalu. Sytuacja robi się patowa, nikt nie chce ustąpić. Atmosfera się zagęszcza. Robi się naprawdę gorąco!

W końcu, o godz 16.45 zespół wychodzi na scenę. Jest w dobrej formie i porywa publiczność. Grają przez 45 minut  promując przy okazji swój debiutancki album „Halfbreed”. Niestety, zgodnie z zakulisowymi ustaleniami nikt tego nie filmuje, nikt tego nie nagrywa. Żądza pieniądza sprawiła, że bezpowrotnie straciliśmy możliwość obejrzenia i usłyszenia Keef Hartley Band na festiwalu w Woodstock.

Wyobrażenie o tym, jak grupa w tamtym czasie grała odsłaniają nam nagrania wydane na limitowanej do 500 sztuk płycie „British Radio Sessions 1969 – 1971”  zarejestrowane dla Radia BBC pomiędzy kwietniem 1969, a wrześniem 1971 r.

Keef Hartley Band – „British Radio Sessions 1969 – 1971”

Zaczyna się fantastycznie z tzw. „górnej półki”, bowiem otwierające płytę trzy pierwsze utwory nagrane „na żywo”, a  trwające blisko 40 minut robią wielkie wrażenie. Choćby tylko dla tych nagrań warto postarać się o nabycie tej płyty. Mamy tu bowiem jazzujące, progresywne i potężnie brzmiące granie! Okrojony skład do pięciu osób, bez rozbudowanej sekcji dętej jaka zwykle towarzyszy grupie daje czadu! Ta muzyka porywa i wgniata w fotel. Serio!

Jest tu także kilka studyjnych nagrań radiowych zarejestrowanych kilka miesięcy przed występem w Woodstock, oraz dwa utwory z wydanego w 1971 r. LP „Overday”.

Do kolekcji dodano bonus w postaci dwóch nagrań gitarzysty i wokalisty zespołu, Millera Andersona, z jego nowym zespołem tuż po odejściu z Keef Hartley Band trwające blisko 11 minut.

Podsumowując: mamy tu blisko 80 minut muzyki, która w epoce została wydana w ilości 100 egz. przeznaczonych do radiowych promocji na bardzo rzadkich i drogich dziś płytach winylowych. Jakość dźwięku jest doskonała, bo pochodzi właśnie z tych oryginalnych, remasterowanych radiowych rarytasów. Za wyjątkiem dwóch nagrań, pozostałe publikowane są po raz pierwszy!

Na koniec jeszcze jedna informacja. Zdjęcie w środku okładki pochodzi z festiwalu z Woodstock. Tyle tylko udało się zachować z tego koncertu.

JAN DUKES DE GREY „Sorcerers” / „Mice And Rats In The Loft” (1969/1970)

Spacerując po Oxfordzie lubię od czasu do czasu wstąpić do małych księgarń ulokowanych zazwyczaj gdzieś w małych wąskich uliczkach tego uroczego wiekowego miasta. Mają bowiem one w sobie jakiegoś ducha przeszłości, coś z klimatów starych antykwariatów. Oprócz książek, są tu także różnego rodzaju bibeloty, figurki, szkatułki, globusy, mapy. A także płyty, których próżno szukać w centrach handlowych.

W takim właśnie miejscu udało mi się wyłowić kolejną „znajdźkę” – dwupłytowy album zapomnianej, brytyjskiej folk rockowej grupy Jan Dukes De Grey, zawierający dwa pierwsze albumy: „Sorcerers” z 1969 roku i „Mice And Rats In The Loft” (co za uroczy tytuł!) z roku 1970.

Jan Dukes De Grey
Jan Dukes De Grey

O ile w naszym kraju muzyka folkowa nie cieszy się zbyt dużą popularnością, o tyle na Wyspach jest na równi stawiana z takimi gatunkami muzycznymi jak rock, blues, czy pop. Przekonałem się o tym dopiero tutaj, jak silnie zakorzeniona jest ona w tradycji brytyjskiej kultury i jak pieczołowicie jest ona kultywowana.

Zespół początkowo tworzyło dwóch muzyków, którzy po scenicznym debiucie w grudniu 1968 r. w Leeds zaledwie dziesięć miesięcy później wydali swą debiutancką płytę „Sorcerers” wydaną przez Decca Nova. Nazwa grupy nic nie znaczyła. „Po prostu dobrze prezentowała się na afiszach” – wspominał po latach lider grupy, Derek Noy.

Album, na którym dominowały gitara i flet a la Jethro Tull (czasem zastępowany klarnetem), przynosi 18 akustycznych, acidowo/folkowo/psychodelicznych kompozycji bliskich ówczesnym nagraniom Tyranosaurus Rex  Marca Bolana .

Choć Jan Dukes De Grey uchodzili za jednego z czołowych reprezentantów  tzw. „nowej fali muzycznego undergroundu” tamtego okresu, (w rodzinnym Leeds osiągając status kultowego zespołu), gdzie otwierali koncerty m.in. tak uznanym już wtedy zespołom jak The Nice, czy Pink Floyd, to album przepadł z kretesem.

Po dołączeniu do składu perkusisty, rok później ukazała się druga płyta „Mice And Rats Of The Loft” tym razem wydana przez Transatlantic.

Płyta zawierała tylko trzy rozbudowane kompozycje z kręgu muzyki progresywnej, folku, rocka i jazzu. I proszę mi wierzyć – to już była jazda z wyższej półki – gdzie doszukać się można porównań z King Crimson, Jethro Tull, czy The Strawbs. Eklektyczna, doskonała i typowa dla początku lat 70-tych perełka muzyczna pożądana przez znawców tematu!

Dodatkowo CD zawiera dwa nagrania: „Love Potion No.9” i „Eldorado”, pochodzące z rzadkiego singla wydanego w 1974 r. pod nazwą Noys Band.

I tu powinienem zakończyć opowieść o grupie Jan Dukes De Grey i jej dwóch pierwszych płytach. Jednakże postanowiłem ( ku pamięci) napisać jeszcze kilka słów post scriptum.

PS. Po kilku latach przerwy Derek Noy reaktywował grupę w zmienionym składzie i w 1976 r. wszedł z nią do Britannia Row Studios należącą do Pink Floyd, by zarejestrować materiał na trzeci album. Nota bene, tuż za ścianą, Floydzi nagrywali w tym samym czasie płytę „Animals”. Prace trwały rok, kosztowały 100 tysięcy funtów, a w produkcję trzech utworów zaangażował się sam Nick Mason (dla przypomnienia: perkusista Pink Floyd) traktując tę pracę jako odskocznię od pracy nad nową płytą macierzystego zespołu.

Niestety, wkrótce wybuchła rewolucja punk rockowa i nikt, żadna wytwórnia płytowa nie była w tym czasie zainteresowana wydaniem płyty z rockiem progresywnym! Dwadzieścia trzy lata później „Strange Terrain” (tak brzmi tytuł tego LP) wydała na CD wytwórnia Cherrytree Records.

Nie mam jeszcze tej płyty. Ale są przecież te małe księgarnie, które  staram się dość regularnie odwiedzać…

TANGERINE DREAM „Encore” (1977)

TANGERINE DREAM „Encore” (1977)

Tangerine Dream - EncorePełny tytuł tego podwójnego LP brzmi „Tangerine Dream Live. Encore” i jest zapisem koncertów jakie grupa dała w USA w marcu i kwietniu 1977r. Tworzył tę płytę najlepszy chyba skład w całej jej wieloletniej karierze: Edgar Froese (założyciel zespołu), Christopher Franke i Peter Baumann. Ten ostatni zresztą pojawia się w składzie Tangerine Dream  po raz ostatni.

tangerine dream - encore 02Płyta zawiera cztery kompozycje, każda trwająca prawie 20-minut: „Cherokee Lane”, „Moonlight”, „Coldwater Canyon” i „Desert Dream”, które są nawiązaniem do tego, co zespół grał  przez wszystkie swe lata. Mamy tu co prawda dziwne wtręty dźwiękowe, czy brak linii harmonicznej (choćby sam początek „Cherokee Lane”),  ale zazwyczaj dominują tu charakterystyczne, hipnotyzujące, pulsujące brzmienia instrumentów elektronicznych w połączeniu z kapitalną gitarą Edgara Froese ( suita „Coldwater Canyon” –  chyba moja ulubiona na tym albumie).

Każda z nich zresztą przykuwa uwagę. „Moonlight” ma na samym początku coś z magii płyt „Zait” i „Alpha Centaurii” (krautrock), by potem przeistoczyć się w spokojne, nastrojowe dźwięki, a następnie przejść  do rozedrganych, nerwowych pasaży. „Desert Dream”  ma eksperymentatorskie zapędy, ale jako całość jest w pełni poukładany i w formie i w treści.

Nie ma też na tej płycie improwizowanego grania, solówek poszczególnych muzyków, wplecionych cytatów z muzyki klasycznej, czy popularnej. Wszystko tu jest precyzyjne, przemyślane, doprowadzone do perfekcji. Każdy dźwięk, każda fraza ma swoje dokładne miejsce. Można powiedzieć, że wszystko gra jak w szwajcarskim (niemieckim!) zegarku.

Publiczność kochała koncerty Tangerine Dream mimo, że były one na początku kariery od strony wizualnej nudne: trzech facetów siedzących godzinami nieruchomo przy olbrzymich szafach z elektroniką pospinaną niezliczoną ilością kabli i mrugającymi gdzieniegdzie światełkami, a i zdarzały się występy w zupełnej ciemności.

Dopiero podczas tej trasy koncertowej grupa po raz pierwszy wykorzystała pełnowymiarowy system laserowy (tzw.”Laserium”), co zostało uwiecznione także na froncie okładki – zdjęcie zespołu na scenie na tle amerykańskiej flagi z wizualnym efektem laserowym – autorstwa ówczesnej żony Edgara Froese – Moniki.

Z jej okładką wiąże się też pewna ciekawostka. Otóż płyta „Encore” w tym samym 1977r. ukazała się także w Jugosławii,  gdzie Tangerine Dream byli bardzo popularni. Niestety tamtejsi cenzorzy nie zgodzili się zamieścić imperialistycznego akcentu na okładce tej płyty za jaką uważali flagę amerykańską – zdjęcie Moniki zostało, ale flaga zniknęła.

Na zakończenie bardzo smutna wiadomość, która zaskoczyła mnie kilka dni przed napisaniem tego wpisu.

Edgar Froese nagle i niespodziewanie zmarł 20 stycznia tego roku w Wiedniu w wieku 70 lat „na skutek zatorowości płucnej”, jak podano na oficjalnym profilu Tangerine Dream na Facebooku.

W jednym z wywiadów powiedział kiedyś : Nie ma śmierci, to tylko zmiana naszego kosmicznego adresu.

NGC 4594 „Skipping Through The Night” (1968)

Skipping Through the Night01Na początku rozszyfruję tajemniczą nazwę grupy. Otóż NGC  4594 to katalogowy numer galaktyki SOMBRERO, w której podobno znajduje się najbliżej Ziemi „czarskipping through the night02na dziura”. Astronomia była kiedyś moją drugą pasją, więc coś jeszcze z tej wiedzy zostało mi w głowie.

Ten amerykański kwintet rozpoczął działalność w 1966 roku, by już rok później wydać singiel „Skipping Through The Night” zaliczany dziś do gatunku klasycznej psychodelii. Nie bez powodu, bowiem utwór jest po prostu uroczy, a wpleciona weń delikatna partia fletu dodaje mu dodatkowego kolorytu. Trudno od niego się uwolnić. Serio!

Grupa przygotowała materiał na LP, ale nie wiedzieć czemu nie został on wydany. Dopiero po czterdziestu siedmiu latach album ukazał się na CD!

Okazuje się, że to świetny, profesjonalny materiał, profesjonalnie  zmiksowany, zawierający obok „Skipping Through The Night” trzynaście innych kapitalnych utworów zainspirowanych twórczością ówczesnych The Beatles, Love, The Doors, Country Joe And Fish, oraz… Franka Zappy. Być może, gdyby wytwórnia płytowa wydała wówczas ten album, na muzycznym nieboskłonie nie byłoby „czarnej dziury”. Może mielibyśmy kolejną gwiazdę na firmamencie niebieskim. Faktem jest, że ja przez kilka tygodni nie mogłem oderwać się od tej rockowo-psychodelicznej perełki.

I pomyśleć, że kupiłem ją ze względu na to, że wiedziałem co oznacza NGC 4594.

BODKIN „Bodkin” (1971)

BODKIN „Bodkin”  (1971) UK

Ten zupełnie nieznanBodkin 1971y zespół ze Szkocji grał ciężkiego, progresywnego rocka w klimacie grup Atomic Rooster, Deep Purple  czy Uriah Heep. Dominowały tu brzmienia ciężkich gitar (Mick Riddle) w połączeniu z wszechobecnymi (moimi ukochanymi!!!) Hammondami (Doug Rome), pulsującym mocnym basem (Bill Anderson), mocną perkusją (Dick Sneddon). Składu dopełniał wokalista Zeik Hume. Głównym kompozytorem zespołu był 21-letni wówczas klawiszowiec Doug Rome.

Bodkin koncertowali głownie w klubach uniwersyteckich i licznych pubach zdobywając lokalną sławę i właściwie poza nią nie wychodząc. Jedyny „poważniejszy” koncert zaliczyli, gdy wystąpili otwierając cykl koncertów „The New Musical Express” poszukujących nowe nadzieje brytyjskiego rocka.

To właśnie na tym występie rozdawali swoją jedyną płytę, którą wydali za własne pieniądze w ilości …99  sztuk (chodziło o uniknięcie płacenia podatku)  na dodatek, by obniżyć maksymalnie koszt jej produkcji, zrezygnowali z wydrukowania okładki. Płytę sprzedawano w szarych kopertach zakupionych w pobliskim sklepie papierniczym. Dziś oczywiście wśród kolekcjonerów płytowych krążek ten wart jest dużo, dużo pieniędzy.

Edycja CD w digipacku została rozszerzona o instrumentalną wersję jednego z utworów  ponownie w zmienionej okładce(!)  W internecie widziałem trzy różne „zastępcze” okładki i tak szczerze, ta moja jest – niestety – najbrzydsza…