CAPTAIN MARRYAT „Captain Marryat” (1974)

Mniej więcej dwa lata temu wyszła kompaktowa edycja jedynego albumu zupełnie nieznanej szkockiej grupy CAPTAIN MARRYAT stając się od razu wielką sensacją wśród miłośników muzyki z lat siedemdziesiątych. Kolekcjonerzy oszaleli na punkcie tej płyty, płacąc w ostatnim kwartale roku 2014 na ebayu za trzy oryginalne egzemplarze po 3000 – 3500 funtów każdy! I nie ma się temu co dziwić, gdyż generalnie rzecz ujmując jest to płytowe sensacyjne odkrycie. A jeśli jeszcze dodam, że album wydano w prywatnym nakładzie… 200 egzemplarzy(!) cena ta ma swą wartość. Oczywiście wersja CD na szczęście jest dużo tańsza i gorąco namawiam do jego kupowania. Nawet w „ciemno”. Tym bardziej, że jakość dźwięku jest perfekcyjna, a zespół naprawdę profesjonalny!

CAPTAI MARRYAT powstał w 1971 roku w Glasgow w składzie: Jimmy Rorrison (perkusja, śpiew), Hugh Finnegan (bas, śpiew), Allan Bryce (organy, śpiew), Tommy Hendry (śpiew, gitara akustyczna) i Ian McEnely (gitara prowadząca i akustyczna). Swą nazwę zaczerpnęli z autentycznej postaci. Kapitan Frederick Marryat był bowiem angielskim dziewiętnastowiecznym żeglarzem, pisarzem, autorem nowel i powieści o tematyce marynistycznej i awanturniczej. Jego najbardziej znana powieść to „Okręt widmo”. Zapewne nuta romantyzmu jaka przewijała się w jego literaturze urzekła muzyków, bo i na ich albumie ten romantyzm jest wyczuwalny na milę. Lokalny sukces zawdzięczali koncertom w licznych klubach muzycznych, w tym w najbardziej wówczas popularnym w Glasgow w „Burns Howff”. To tu regularnie występowali też  Alex Harvey Band, Nazareth, czy Beggars Opera. Podróżowali także po całej Szkocji, ale ich celem był Londyn i podpisanie kontraktu płytowego z wytwórnią EMI lub Chrysalis. Za pożyczone od przyjaciół pieniądze weszli do studia nagraniowego Thor by tam  nagrać singla, z którym mogliby udać się do Londynu. Na nagranie całego albumu nie starczyło im po prostu pieniędzy! A jednak, kiedy właściciel studia Thor usłyszał ich muzykę pozwolił im skorzystać ze sprzętu nagraniowego, a  zespół skwapliwie wykorzystał to w stu procentach. I tak za jednym podejściem zarejestrowali materiał, który w ilości 200 egzemplarzy został wytłoczony i rozprowadzany podczas ich koncertów. Dziś już wiemy, że po latach stał się kolekcjonerskim rarytasem. Płyta zatytułowana po prostu „Captain Marryat” ukazała się w 1974 roku.

CAPTAIN MARRYAT - "Captain Marryat" (1974)
CAPTAIN MARRYAT – „Captain Marryat” (1974)

 

"Captain Marryat" - tył okładki
„Captain Marryat” – tył okładki

Album zawiera sześć kompozycji, z czego połowę skomponował organista Allan Bryce. I to właśnie organy Hammonda wybijają się na pierwszy plan w takich utworach jak „Blindness„, „It Happened To Me„, czy „Songwritter’s Lament” co raczej dziwić nie powinno. Ale mamy tu także sporo fajnych partii fuzzowanych gitar i „normalny” wokal. Taki spokojny, momentami refleksyjny, romantyczny. Jest w nim coś takiego specyficznego, że z miejsca przykuwa uwagę. Bliżej wokaliście do Donovana, niż do Roberta Planta, ale broń Boże to nie wada. To ogromna zaleta! Płytę zamyka kapitalny improwizowany jam „Dance Thor„. Psychodelia pełną gębą! Tego chce się słuchać na okrągło! Zespół CAPTAIN MARRYAT trzyma bardzo wysoki poziom wykonawczy. I chociaż nie lubię porównań, to by przybliżyć  gatunek w jakim zespół się poruszał mogę tu wymienić wypadkową brzmień wczesnych Deep Purple, Uriah Heep, Genesis, Fruup i Beggars Opery szczególnie z jej debiutanckiego albumu. Klasyczne rock progresywne granie.

Do dziś nie wiem, dlaczego zespół z takim potencjałem muzycznym przepadł w epoce. Żadna z wymienionych wyżej wytwórni nie zainteresowała się płytą „Captain Marryat„. W 1975 roku zespół rozwiązał się. Tommy Hendy wyemigrował pięć lat później do Kanady wcześniej jednak zawiązując  z Ianem McElenym grupę Silver, która przetrwała ledwie pół roku. Historia grupy CAPTAIN MARRYAT skończyła się definitywnie. Tylko fani starego rocka spowodowali, że o Szkotach z Glasgow świat muzyczny nie zapomniał!

RADIO GA GA

Odkąd sięgam pamięcią, w moim rodzinnym domu zawsze było obecne radio. Malutkie, średniej wielkości lub bardzo duże. Jako 5-cio latek chodziłem do sąsiadów obejrzeć dobranockę: „Jacka i Agatkę”, „Misia z okienka”, „Przygody gąski Balbinki”… Bajki nadawane  na „żywo”. Myszka Miki i Kaczor Donald były wówczas absolutnie poza zasięgiem naszej początkującej telewizji. Po jej obejrzeniu wracałem do siebie, a tu zawsze grało radio. Z podświetloną skalą, z fascynującym „magicznym” zielonym, lub czerwonym oczkiem. I głosy dochodzące z tego niezwykłego pudełka. Jakieś radiowe słuchowiska. Jedne rozrywkowe, zabawne inne poważne. I oczywiście  muzyka. Na tym etapie wiekowym nie rozróżniałem gatunków muzycznych i wykonawców. Do tego potrzebowałem czasu. I to wszystko pobudzało moją wyobraźnię. Wyobraźnię małego dziecka, które zafascynowało się wynalazkiem pana Marconiego na całe życie.

Dyskutować o wyższości radia nad telewizją to jak prowadzić dyskusję o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Faktem jest, że do dziś przedkładam radio nad telewizję. Nawet wejście do kuchni na kilkanaście dosłownie sekund sprowadza się do tego , że najpierw włączam radio, biorę z szuflady (powiedzmy) łyżeczkę, gaszę odbiornik i wychodzę. I cieszę się ogromnie, że mój wnuczek Adaś od urodzenia ma większy kontakt z radiem niż z telewizją! Wdzięczny jestem jego rodzicom, Ewelinie i Pawłowi, że nie „karmią” go bajkami z licznych kanałów TV, jak to obserwuję u innych rodziców. „A wiesz, włączę małemu/małej baję i mam święty spokój na kilka godzin”. Brrrr! Horror! Ponadto znajdują oboje czas na czytanie małemu książeczek. To zaprocentuje za kilka lat. Jestem tego pewien! Jak powiedział jeden z mądrych psychologów dziecięcych: „Pierwsze trzy lata dziecka są ważniejsze w jego życiu niż kolejne trzynaście”. Pozwólmy więc dzieciom rozwijać ich wspaniałą wyobraźnię.

Radio towarzyszyło i towarzyszy mi zawsze i wszędzie. W każdym momencie życia. W 1984 roku mój ukochany Roger Waters po rozstaniu się z Pink Floyd wydał płytę, którą zatytułował  „Radio K.A.O.S„.  Płytę, będącą rodzajem przypowieści o czasach w jakich przyszło nam wówczas żyć. Był to głos przestrogi dla świata pędzącego ku zagładzie nuklearnej i to nie bezpośrednio od wielkich mocarstw, ale od przypadkowego geniusza, który mógł spowodować globalny kataklizm o nieodwracalnych dla świata skutkach.

ROGER WATERS - "Radio K.A.O.S." (1984)
ROGER WATERS – „Radio K.A.O.S.” (1984)

Kiedy pojawiły się pierwsze radia tranzystorowe zasilane bateriami, marzyłem o takim. I zazdrościłem tym, którzy dumnie afiszowali się chodząc z nimi po ulicach z wysuniętymi na maksa antenami teleskopowymi. Po kilku latach taki widok był już synonimem złego gustu, „obciachu” i „totalnej wiochy”, stając się poletkiem kpin i dowcipów dla wszelkiej maści  kabareciarzy w naszym kraju. Radioodbiorniki z ulic trafiły z powrotem pod domowe dachy.

Kiedyś rodzice pozwolili mi nocować w domu mojego kolegi z podwórka. Dla mnie, wówczas 10-cio latka, było to niezwykłe doświadczenie życiowe – spanie poza domem! Po prostu czad! Bawiliśmy się do późnych godzin. A że jego dużo starsza siostra, która robiła za naszą opiekunkę, chciała pójść na dyskotekę ze swym chłopakiem, obiecała nam, że jeśli szybko położymy się do łóżek, to pozwoli nam posłuchać swojego radia tranzystorowego. Wówczas nie rozstawała się z nim na krok i nie pozwalała nikomu go dotykać. Myślała, naiwna, że leżąc z radiem przy uchu szybko zaśniemy. A my natknęliśmy się na „Radio Luxemburg” i na rock’n’rolla. Do rana oka nie zmrużyliśmy, na dodatek, ku rozpaczy siostry, wyczerpaliśmy baterie do cna. Całą niedzielę przepłakała, bo te można było kupić dopiero w poniedziałek. Tak to,  po raz pierwszy zetknęliśmy się z „nową” niezwykłą muzyką. Notabene kolega ów zafascynowany rock’n’rollem został kilka lat później perkusistą rockowej kapeli.

Był listopad 1983 roku. Piotr Kaczkowski dzwoni z  Londynu, z budki telefonicznej, do radiowe „Trójki”. Podekscytowany, z tejże budki, prezentuje nam, słuchaczom,  z dyktafonu na „żywo” fragment nowego „ciepłego” jeszcze utworu grupy QUEEN. „To wkrótce będzie przebój, a państwo słyszycie go po raz pierwszy . Nikt na świecie jeszcze tego nie nadawał”. Utwór nazywał się „Radio Ga Ga„.

QUEEN - "Radio Ga Ga" (1984)
QUEEN – „Radio Ga Ga” (1984)

Oficjalnie wydany na singlu 23 stycznia 1984 roku na „Trójkowej”  liście przebojów już 4 lutego dotarł do pozycji pierwszej. W sumie spędził na niej 13 tygodni. A podczas koncertu LIVE AID 13 lipca 1985 był jednym z pięciu utworów, który zespół wykonał wówczas na scenie tego dnia. I chociaż nie ma już z nami Freddiego Mercury’ego, to „Radio Ga Ga” w wykonaniu QUEEN wciąż krąży na radiowych falach całego świata.

Nie tak dawno,  parę lat temu, kupując  nowy telefon komórkowy, sprzedawca spytał mnie jakie mam preferencje, jaki model mnie interesuje. Ku jego rozbawieniu usłyszał ode mnie: „Taki abym mógł z niego dzwonić. I słuchać radia”. Bo radio towarzyszy mi przez całe życie. I tak już pewnie zostanie!

BLOODLINE „Bloodline” (1994)

Nie jest to płyta zapomniana. Nie jest to płyta odkryta po latach. Nie jest to płyta wydobyta z głębokich archiwów wytwórni EMI. Nic z tych rzeczy! Wręcz przeciwnie – mamy tu do czynienia z płytą, którą fani bluesa i rocka znają i cenią. A także jej pożądają. Bowiem nie wiedzieć czemu, jest ona bardzo trudno osiągalna mimo, iż ukazała się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Można więc powiedzieć, że jak na kanon „Rockowego Zawrotu Głowy” jest to płyta wręcz bardzo młoda.

Egzemplarz, który posiadamy w swojej płytotece przywędrował do nas bezpośrednio z USA dwa lata temu. Cały udział w tym miała Aleksandra, narzeczona naszego syna – Mateusza. To ona z wielkim uporem rozwijała nitki wszystkich możliwych kontaktów za Oceanem. Poruszyła Niebo i Ziemię, by jej ukochany mógł cieszyć się w dniu swych urodzin tym muzycznym rarytasem. I w ten oto sposób przyszła synowa przyczyniła się do powiększenia kolekcji o kolejnego „białego kruka” srebrnego krążka. Chapeau bas Olu!

Liderem i głównym kompozytorem grupy był 17-letni wówczas Joe Bonamassa. Jego ojciec posiadał sklep z gitarami, więc nic dziwnego, że syn mając nieograniczony wprost kontakt z tym instrumentem zaczął bardzo wcześnie (mając zaledwie 4 lata!) na nim grać. Osiem lat później występował już na scenie przed B.B. Kingiem, zaś dwa lata później został zaproszony na festiwal poświęcony gitarom Fendera, będąc jego najmłodszym uczestnikiem.

Podróżując na Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych spotkał Berry’ego Oakleya Jr, syna basisty zespołu The Allman Brothers Band. Obaj młodzieńcy bardzo się zaprzyjaźnili i wkrótce założyli zespół, który nazwali BLOODLINE. Dołączyli wkrótce do nich Erin Davis – syn Milesa Davisa, oraz Waylon Krieger – syn Robbiego Kriegera z The Doors. Jak więc widać w tym towarzystwie, tylko Joe nie miał „nazwiska”. Do czasu…

Płyta „Bloodline” ukazała się w 1994 roku pod szyldem EMI.

BLOODLINE - "Bloodline" (1994)
BLOODLINE – „Bloodline” (1994)

Młode wilki blues rockowej sceny pokazały na tym krążku nad wyraz dojrzały materiał muzyczny. Rozpoczyna ją zespołowa kompozycja „Stone Cold Hearted” (wydana także na singlu) z silnym rockowym bitem podszytym bluesem. Od razu więc dostajemy sygnał, co czeka słuchacza w dalszej części albumu. Jedyny na tej płycie instrumentalny „The Storm” pokazuje kapitalną jazdę na gitarze Bonamassy i wspaniałe zgranie sekcji rytmicznej.  Do tego solówka na basie w wykonaniu Oakleya Jr. , który sprawdza się także jako dobry wokalista, powoduje mrowienie na plecach. Od „Good Luck You’re Having” trudno się uwolnić; nogi same zaczynają poruszać się w rytm tej uroczej kompozycji. „Calling Me Back”  – kolejna kapitalna jazda Bonamassy. Aż wierzyć się nie chce, że gitarzysta jest tak młodziutki a gra tak dojrzale . Początek „Bad Girls” kojarzy mi się z doorsowskim „Who Do You Love„, ale to wcale nie zarzut. Najdłuższy, ponad 9-cio minutowy utwór na płycie „Since You’re Gone” pokazuje kapitalne zgranie całej czwórki. Podejrzewam, że na koncertach ten utwór bliski stylistyce The Allman Brothers Band, rozwijał się w swoisty rozimprowizowany jam.

Bloodline na scenie: Waylon Krieger (g), Evan Davis (dr)
Bloodline na scenie: Waylon Krieger (g), Evan Davis (dr)

Grupa BLOODLINE była kapelą jednej płyty. Była też małym, ale konsekwentnym  i pewnym  krokiem w stronę wielkiej  kariery Joe Bonamassy. Gitarzysty, który wówczas jeszcze nie miał wyrobionego nazwiska w show businessie. O losach pozostałych członkach tej grupy, szczerze powiem: nie wiem nic. Mając jednak taki potencjał, talent i TAKIE nazwiska, pewnie czynnie udzielają się w innych muzycznych projektach. I może o nich jeszcze usłyszymy. W co gorąco wierzę.

THIN LIZZY „Thin Lizzy” (1971)

Rok 1971. W zasadzie niczym szczególnym w historii powszechnej się nie zapisał. Po Erze Wodnika, Lecie Miłości, Festiwalu w Woodstock i hippisach zostały tylko wspomnienia. W Polsce Edward Gierek w Stoczni Gdańskiej zadał słynne pytanie „Pomożecie?”. Polskie Radio rozpoczęło nadawać audycję „Lato z radiem”, a telewizja wyemitowała pierwsze odcinki serialu dla młodzieży „Przygody psa Cywila”. Po przegranych eliminacjach do Piłkarskich Mistrzostw Europy nowym selekcjonerem polskiej reprezentacji zostaje Kazimierz Górski, który w swym debiucie wraz ze swymi „Orłami” wygrywa ze Szwajcarią na wyjeździe 4:2. Rok później jego „Orły” w Monachium wywalczą złoty medal olimpijski, a trzy lata później na Mistrzostwach Świata w Republice Federalnej Niemiec zdobędą trzecie miejsce pokonując 1:0 jeszcze aktualnych do tego dnia mistrzów świata – Brazylię. Na powtórzenie takiego sukcesu przyjdzie kibicom w Polsce czekać do 1982 roku.

W roku 1971 za Oceanem w nowojorskiej Madison Square Garden w bokserskim „pojedynku stulecia” Joe Fraezier pokonał Muhammeda Alego. W tej samej sali kilka miesięcy później odbył się słynny koncert na rzecz Bangladeszu, w którym udział wzięli m.in. Eric Clapton, George Harrison, Bob Dylan i Ravi Shankar. W Paryżu zmarła słynna dyktatorka mody Coco Chanel. Pożegnaliśmy także wspaniałego trębacza Luisa Armstronga i  wokalistę The Doors, Jima Morrisona. Rok wcześniej odeszli Jimi Hendrix i Janis Joplin. W roku 1971 na muzycznym topie wciąż królował Elvis Presley, a świat muzyczny ciągle żył nadzieją, że uda się reaktywować rozwiązany rok wcześniej zespół The Beatles. Dyskografia The Rolling Stones obejmowała już jedenaście studyjnych albumów. Swoja szóstą płytę wydała grupa Pink Floyd („Meddle”). Tyle samo płyt miało The Who, o jeden krążek mniej Deep Purple. W roku 1971 czwarty album wydało Led Zeppelin, Jethro Tull („Aqualung”) i King Crimson („Island”). Trzeci album wypuścili Genesis („Nursery Cryme”), Black Sabbath („Master Of Reality”), i Yes („The Yes Album”). Zadebiutowało walijskie trio Budgie stając się wkrótce kultowym zespołem w… Polsce. Tworzyły się Queen, Scorpions i Judas Priest chociaż jeszcze bez nagrań. I nie było jeszcze AC/DC! Kurt Cobain miał dopiero cztery lata, a Kirk Hammett za dwanaście lat zasili skład grupy Metallica.

W takich to właśnie czasach swój pierwszy album wydaje irlandzki zespół THIN LIZZY rozpoczynając szybką drogę na szczyt, by dołączyć wkrótce do tych największych.

Wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej, gdy pewnego wieczoru  Eric Bell i Eric Wrixon – muzycy wcześniej związani z Them – pijąc piwo w pubie postanowili założyć własny zespół. Po wypiciu kilku kolejek opuścili lokal i w drodze powrotnej natknęli się na klub muzyczny. Na jego scenie występował nikomu nieznany zespół Orphanage. W zadymionej, kiepsko oświetlonej sali na scenie znajdował się dwudziestoletni wokalista Phil Lynott i dwa lata młodszy perkusista Brian Downey. Po występie Bell i Wrixon przedstawili im swoje świeże plany i zaproponowali dołączenie do zespołu, który wstępnie nazwali THIN LIZZIE. Phil zgodził się , postawił jednak warunek: będzie grał na basie , a także zwrócił uwagę na to, że chciałby wykorzystać część własnych kompozycji. Latem następnego roku grupie udało się wydać pierwszego singla „The Farmer”/”I Need You” (jeszcze pod pierwotną nazwą), który dziś wart jest 1200 funtów! Wkrótce Eric Wrixon wraca  do grup Them opuszczając THIN LIZZY. Kilka miesięcy później z zespołem skontaktowała się wytwórnia Decca Records i zaproponowała podpisanie kontraktu. Tuż potem pojechali do studia w Londynie, by nagrać debiutancką płytę.

Krążek zatytułowany po prostu „Thin Lizzy” ukazał się 30 lipca 1971r.

Thin Lizzy - "Thin Lizzy" (1971)
Thin Lizzy – „Thin Lizzy” (1971)

To naprawdę świetny hard progresywny album. Od zawsze mało znany i ewidentnie niedoceniony. Co prawda nie ma tu jeszcze żadnych z największych hitów zespołu. Te nadejdą wraz z trzecią w dyskografii płytą, ale Phil Lynott nigdy nie miał ambicji by tworzyć muzykę przebojową. A to on jest tu liderem i głównym twórcą materiału na tym albumie. I od początku daje się wyraźnie odczuć charakterystyczne brzmienie i klimat stworzony przez THIN LIZZY. A klimat ten nierozłącznie wiąże się z osobą jej lidera. To jego głos jest tutaj na pierwszym planie. Jest taki przejmujący, hipnotyzujący i chwyta za serce. Do tego bije z niego jakiś taki smutek. W większości to nie jest nawet melodyjne śpiewanie. Często mamy do czynienia z deklamacją do której jakby w tle, gdzieś w oddali na dalszym planie dodana jest cicha muzyka. Teksty są refleksyjne i  osobiste pisane w pierwszej osobie. Opisują trudne momenty z dzieciństwa i młodzieńczej niespełnionej miłości. Są nostalgicznym wspomnieniem krótkich, szczęśliwych dni dzieciństwa. Do tego dochodzą elementy historyczne i ludowe. Nie wiemy na ile te historie są zmyślone a na ile coś się za nimi dzieje. I już się na pewno tego nie dowiemy.

Cała płyta w zdecydowanej większości jest delikatna i spokojna. To nie jest żywiołowy rock’n’roll, choć są też i momenty, gdy zespół zaskakuje ostrymi gitarowymi zagrywkami, kombinacjami na linii gitara – perkusja. Wówczas i wokal staje się drapieżny i mocny. Tak jest np. w końcówce „Return Of The Farmer’s Son” czy „Remembering  (Part One)„, choć na tym etapie to jeszcze przebłyski. Utwory są krótkie i niewiele w nich rockowego szaleństwa i ostrej jazdy bez trzymanki. Siła tej płyty tkwi w  jej irlandzkim rozmytym klimacie od którego się uzależnia. Kto nie spróbuje, ten się nigdy o tym nie przekona.

Pięknie wydana nowa edycja na CD zawiera aż dziewięć nagrań dodatkowych w tym legendarną stronę A irlandzkiego singla „The Farmer” (!) , poza tym cztery kawałki z EP „New Day” oraz cztery alternatywne miksy. Do pełni szczęścia zabrakło tylko zupełnie nieznanego „I Need You”  ze strony B pierwszego singla.

Rok 1971. W zasadzie niczym szczególnym w historii powszechnej się nie zapisał. W naszym kraju Telewizja Polska zaczęła nadawać po raz pierwszy program telewizyjny w kolorze. Były to transmisje z obrad VI Zjazdu PZPR. Amerykanie zaś w tym samym roku dwukrotnie lądowali na Księżycu (misje Apollo14 i Apoll15). Transmisje ze Srebrnego Globu też były. W kolorze…

BADLANDS „Badlands” (1989)

Urodzeni pod Złą Gwiazdą” – takim właśnie tytułem można byłoby opatrzyć  historię kalifornijskiej grupy BADLANDS, która zawsze miała „pod górkę”. Tak naprawdę ich historia zaczęła się w momencie, kiedy gitarzysta Jake E. Lee, po odbyciu trasy koncertowej z Ozzy Osbournem promującą płytę „Ultimate Sin” dostał list polecony od Sharon Osbourne. Zawarte w nim informacje nie były dla Jake’a pomyślne. Został zwolniony z pracy. Dziwne się to wydawało, bowiem współpraca obu panów układała się znakomicie, co podczas tournee Ozzy wielokrotnie podkreślał, twierdząc również, że tak znakomitego gitarzysty to on jeszcze w swoim zespole nigdy nie miał.

Rozczarowanie wkrótce ustąpiło miejsca silnemu pragnieniu stworzenia własnej grupy. Do tego projektu postanowił zaprosić Raya Gillena, wokalistę o mocnym, rockowym głosie, którego znał m.in z zespołu Blue Murder prowadzonego przez znanego gitarzystę Johna Sykes’a. Dość długo trwało nim w końcu obaj razem się spotkali, w czym niewątpliwie bardzo pomogła matka Gillena, widząc upór z jakim Jake E. Lee dążył do nawiązania kontaktu z jej synem.

Ray Gillen śpiewał w różnych zespołach w Los Angeles i to w tym mieście wypatrzył go Tony Iomi z Black Sabbath. Zaproponował mu odbycie trasy koncertowej po USA promującą album „Seventh Star” zastępując na scenie Glenna Hughes’a, który niespodziewanie opuścił Sabbath zaraz po nagraniu płyty. Wkrótce też rozpoczęto pracę nad nowym albumem „The Eternal Idol” z Rayem Gillenem jako wokalistą. Jednak wytwórnia płytowa wkrótce z tego pomysłu się wycofała  i ostatecznie na płycie zaśpiewał Tony Martin. (Uwaga! W 2010 roku ukazała się wersja Deluxe tego albumu zawierająca nagrania z Gillenem. Prawdziwa gratka dla wszystkich kolekcjonerów i miłośników tego wokalisty!)

W ciągu kilku tygodni do tej dwójki dołączyli: basista Greg Chaisson (którego Lee spotkał podczas przesłuchania u Ozzy’ego), oraz perkusista Eric Singer, z którym z kolei Gillen znał się z czasów Black Sabbath.

Rok później, w czerwcu 1989 roku wychodzi ich debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Badlands” wydana przez Titanium (należąca do  Atlantic Records).

Badlands
Badlands

Patrząc na okładkę albumu odnieść można wrażenie, że mamy do czynienia z zespołem z popularnego na przełomie lat 80-tych i 90-tych kręgu tzw. „hair metalu”. Obcisłe skórzane spodnie, bandany i natapirowane długie włosy. Taki image był wówczas normą i utożsamiany był z zespołami takimi jak Motley Crue, Cinderella, czy Poison, by wymienić te najbardziej popularne. Może i pasowali do tego wizerunku, ale na tym kończą się wszelkie podobieństwa, bowiem muzycznie niewiele mają wspólnego z tymi cudakami. Debiutancki album wypełniony jest czystym, energetycznym hard rockiem w  połączeniu z  „kańciastymi” blues-rockowymi riffami tak charakterystycznymi dla mocnego rocka z lat 70-tych. Tak już jest na samym początku, w otwierającym album utworze „High Wire„!!! Ileż w tym rockowej pasji i zadziorności!!! Doskonale radzi sobie w tym wszystkim Jack E. Lee, który w kapitalny sposób pokazuje te swoje gitarowe galopady, którymi czarował u Ozzy’ego na albumie „Bark At The Moon”. Śpiewający Ray Gillen, to jakby lustrzane odbicie młodego Roberta Planta i wcale nie mam na myśli jego wyglądu. Niesamowity głos, który zachwyca skalą, ekspresją i może śmiało pretendować do grona najlepszych wokalistów rockowych wszech czasów! Do tego sekcja rytmiczna uwijająca się w pocie czoła i niczym wytrawni zawodowcy, pompują tyle energii, że serce zaczyna tłoczyć więcej krwi do obiegu. Z kolei „Rumblin’ Train” o bluesowym zabarwieniu tylko z pozoru przynosi  ukojenie trzymając słuchacza w ciągłym napięciu. Cały album to kawał dobrego solidnego grania na najwyższym poziomie i trudno wyróżnić tutaj jakikolwiek utwór. Dlatego proszę się nie sugerować, że wymieniłem tu tylko dwa tytuły. Ta płyta po prostu nie ma słabych stron!

Płyta odniosła sukces w USA i cały 1990 rok grupa spędziła w trasie koncertowej. Wkrótce zespół opuścił Eric Singer przyjmując propozycję grania na perkusji w zespole Kiss po śmierci Erica Carra. Jego miejsce zajął Jeff Martin i w nowym składzie BADLANDS nagrało drugą swą płytę „Voodoo Higway„, która jednak nie powtórzyła sukcesu debiutu, mimo że zawierała kilka świetnych kompozycji w tym rewelacyjny „The Last Time”.  Po części winę za to ponosiła wytwórnia Atlantic, która za wszelką cenę chciał grupie narzucić bardziej melodyjny, przebojowy styl na co członkowie grupy absolutnie zgodzić się nie chcieli. Doszło też do poważnego konfliktu pomiędzy Jake’em  E. Lee, a Rayem Gillenem konsekwencją czego było usunięcie tego ostatniego z zespołu (zastąpiła go …soulowa wokalistka Debby Holiday). Co prawda na czas trasy koncertowej po Wlk. Brytanii Gillen  dołączył do swych kolegów, ale nawet nie wtajemniczeni widzieli, że w zespole nie dzieje się najlepiej. W konsekwencji czego po powrocie do Stanów grupa BADLANDS rozwiązała się. I jeśli ktoś miał nadzieję, że muzycy w końcu dojdą do porozumienia i się pogodzą, by wskrzesić tak dobrze zapowiadającą się karierę zespołu przyszła wkrótce bardzo zła wiadomość, która ponad wszelką wątpliwość rozwiała te nadzieje.

Ray Gillen zarażony wirusem HIV zmarł 3 grudnia 1993 roku w New Jersey mając zaledwie 32 lata.

Eric Singer i Gregg Chaisson współpracowali niezależnie od siebie z wieloma znanymi muzykami, a spotkali się  znów w Blindside Blues Band. Jake E. Lee rzadko nagrywa nowe albumy, a szkoda bo to świetny gitarzysta o bardzo charakterystycznym sposobie gry.

Krótką karierę „Urodzonych po Złą Gwiazdą” podsumował niedawno w jednym z wywiadów  Gregg Chaisson: „BADLANDS był najlepszym zespołem w całej mojej karierze. Ray był w tamtych czasach najlepszym rockowym wokalistą, Jake geniuszem gitary, a Eric już wówczas należał do największych rockowych perkusistów. Muzyka, którą komponował Jake sprawiła, że stałem się bardziej kreatywny i zawsze będę mu za to wdzięczny„.

Zremasterowana reedycja płyty „Badlands” ukazała się ponownie w 2010 roku, do której dołączono dodatkowy utwór „Ball & Chain„. Warto ją mieć na półce obok płyt Led Zeppelin, czy Black Sabbath. To absolutny kanon rocka lat 90-tych!

TEMPEST „In Concert 1973 – 1974”

Historia brytyjskiej grupy TEMPEST jest dość krótka i prosta. Nie znajdziemy w niej żadnych sensacji, dramatycznych czy też skandalicznych opowieści. Może dlatego, że tworzyli ją profesjonaliści, ludzie, którzy kochali muzykę ponad wszystko. Określani jako „supergrupa” pozostawiła po sobie dwa świetne heavy – progresywne, nieco jazzujące albumy: „Tempest” (1973) i „Living In The Fear” (1974). W Polsce mało znana, a może inaczej – mało spopularyzowana. Gdy pytam wśród swoich znajomych, którzy interesują się muzyką, czy znają ten zespół, na ogół widzę zaskoczenie na ich twarzach. Jednak gdy podaję nazwiska muzyków, okazuje się, że nie są one im obce.TEMPEST powstał bowiem z inicjatywy perkusisty i lidera innej legendarnej formacji Colosseum – Jona Hisemana, basisty Marka Clarke’a (Colosseum, Uriah Heep), wokalisty Paula Williamsa (ex-Bluesbreakers, Juicy Lucy), oraz wyśmienitego gitarzysty Allana Holdswortha (Igginbottom, Nucleus a potem Soft Machine i U.K.).

Płyta „In Concert 1973 – 1974” dotarła do moich rąk pod koniec 2014 roku i przez kilka dobrych tygodni nie była wyciągana z mojego odtwarzacza kompaktowego. Jest to kapitalny, nieoficjalny materiał, który został wydany na dwóch płytach winylowych z serii „BBC Transcription Service”  w celach promocyjnych przeznaczonych tylko i wyłącznie  dla stacji radiowych i absolutnie niedostępnych w sklepach!

Tempest - "In Concert 1973- 1974"
Tempest – „In Concert 1973- 1974”

Pierwsza część płyty (54 minuty!) to zapis wybornego koncertu nagranego w kwintecie z dwoma gitarzystami: Holdsworthem i Olli Halsallem znanym m.in. z Patto. Ten ostatni, uważany obecnie za jednego z najlepszych gitarzystów w historii rocka (tak! tak!) dołączył do grupy TEMPEST… dzień wcześniej! Mając w składzie tak bombowy zestaw nie trzeba się dziwić, że gitarowy atak jest tu wprost nieziemski, momentami aż nie do uwierzenia! Ciarki przebiegają mi po krzyżu ilekroć tego słucham. Do tego dochodzi gęste jak zawsze bębnienie Hisemana, którego cenię sobie na równi z Gingerem Baker’em i Johnem Bonham’em. Ten koncert odbył się w The Golders Green Hippodrome w Londynie 2 czerwca 1973 roku i był bootlegowany. Jednak brzmienie na tym bootlegu było beznadziejne – dźwięk nie dość, że był głuchy, to jeszcze spowolniony. Przyszło nam czekać ponad 40 lat na kompaktową reedycję, która teraz brzmi obłędnie!

Ostatnie 26 minut to występ z kwietnia 1974 roku, który został nagrany już po wydaniu ich drugiej płyty w okrojonym trzyosobowym składzie, z którego ubyli P. Williams i A. Holdsworth. Ten ostatni ponoć obraził się na Halsalla twierdząc, że zabrał mu rolę pierwszego gitarzysty w zespole. Wkrótce zasilił  jazz rockowy Soft Machine.

Trio dało pokaz kolejnego, kapitalnego grania na najwyższym poziomie. Zagrali trzy kompozycje ze swej nowej płyty („Yeah Yeah Yeah” tytułowy „Living In Fear” i „Dance To My Tune„) plus kompozycję spółki Lennon/McCartney („Paperback Writer„). Doskonały, kolejny mocny występ! Tak jak i doskonała płyta. Kolejna pozycja w mojej kolekcji, która na pewno nie pokryje się kurzem!

THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND „Next” (1973)

Któregoś dnia przebiegając palcem po grzbietach płyt kompaktowych w  moim regale wysunąłem pudełko z nadrukowanym na grzbiecie napisem FISH „Songs From The Mirror”. Uwielbiam tego olbrzymiego Szkota, byłego drwala leśnego, bardziej znanego jako wokalistę zespołu Marillion, z którym rozstał się w 1988 r. Choć solowa działalność Fisha może nie wszystkich zachwycać (z różnych zresztą względów), akurat ta płyta ma swój szczególny urok. Sam pomysł na nią Fish nosił w sercu będąc jeszcze z kolegami z Marillion i to na długo przed rozstaniem, ale nie wyszło. Nie wyszło też od razu w jego solowej karierze. Jakby dojrzewało w nim to wszystko, aż w końcu stało się.

Songs From The Mirror” (wydany w styczniu 1993) to zbiór dziewięciu utworów, których wcześniejszymi wykonawcami byli tacy wielcy jak Marc Bolan, Dawid Bowie, Genesis, czy Pink Floyd. I w tej plejadzie wielkich gwiazd, przed którymi Fish chyli czoło odnalazłem nazwisko ALEXA HARVEYA i kompozycję „Boston Tea Party”, którą ten wydał ze swym zespołem w 1976 roku.

Czy ktoś dziś pamięta ALEXA HARVEYA?

Po raz pierwszy zetknąłem się z jego nagraniami w upalne lato 1978 (a może ’79) roku, kiedy to wpadł do mnie znajomy z płytami mówiąc: „Posłuchaj tego zespołu i faceta, który z nimi śpiewa. I powiedz co o nim myślisz?”  Były to wówczas dla mnie  szalone lata – bez mrugnięcia okiem potrafiłem wydać na płytę połowę (lub więcej) swojej pensji, a muzykę brałem dosłownie garściami, jakby obawiając się, że czegoś nie zdążę usłyszeć, że przegapię bezpowrotnie coś wartościowego. Już wtedy fascynował mnie świat rozbudowanych rockowych form dźwiękowych a la Pink Floyd i Yes, awangardowych poszukiwań King Crimson. Poznawałem nagrania Johna Coltrane’a i Milesa Davisa, a Bacha i Chopina słuchałem po nocach. Ale to upalne – wręcz afrykańskie można by rzec – lato domagało się słuchania gorącej, pulsującej i  z werwą zagranej muzyki. Taką też odnalazłem na płytach, których wysłuchałem tego dnia. Czysty, żywiołowy, mocny rock’n’roll z soczystym hard rockowym zacięciem. No i ALEX HARVEY, wokalista odgrywający najważniejszą rolę w zespole THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND, nadający wszystkim kompozycjom swoje piętno, swój klimat. Raz śpiewał czystym, wysokim głosem, za chwilę basem, innym razem chrypką w stylu Joe Cockera, lub z rockowym mocnym powerem w klimacie Bona Scotta z AC/DC. Na okładkach płyt zmieniał też swój image, jak kameleon: a to w koszulce w paski i dżinsach z fryzurą jak Jim Morrison, a to jak Elvis Costello z zaczesanymi gładko włosami i drucianymi okularami na nosie, a to w garniturze, jak z żurnala męskiej mody, ale za to z dwiema piłeczkami do gry w ping ponga w ustach(!). Jakby chciał powiedzieć: „Hej! Nie traktujcie mnie na serio. Jestem waszym kumplem. Ja się bawię i was też zapraszam na balangę”. I tak to wówczas odebrałem. Jako doskonałą, wyluzowaną zabawę. Płyt oczywiście już nie oddałem. Zgrały się prawie na wiór!

The Sensational Alex Harvey Band - "Next"
The Sensational Alex Harvey Band – „Next” (1973)

Płyta „Next” THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND wydana w 1973 roku, szalenie popularna w Wlk. Brytanii, to ich drugie  wydawnictwo (po kapitalnym debiucie „Framed” z tego samego roku). Jest jakby przedłużeniem debiutu, aczkolwiek o ile na debiucie można dosłuchać się elementów progresji w połączeniu z glam rockiem, o tyle tu mamy do czynienia z czystym glam rockowym stylem wymieszanym z hard rockiem i… kabaretem, lub jak kto woli z „muzycznym teatrem”. Trzeba przyznać, że producent płyty, Phil Wainman, współpracujący w tym czasie z takimi zespołami jak Bay City Rollers i Sweet nadał płycie soczyste rockowe brzmienie łącząc te wszystkie gatunki w jedną spójną klamrą, przez co brzmienie jest bardzo przestrzenne, mocne i klarowne.

Zaczyna się od „Swampsnake” gdzie prosty nabijający rytm perkusji w połączeniu z melodyjną partią harmonijki i w miarę ostrą gitarą powodują, że nogi zaczynają się same bez naszej woli poruszać. Podobnie jest w równie dynamicznym „Gang Bang” z tym, że tu do głosu dochodzi także saksofon z fortepianem powodując „zagęszczenie” muzycznego tematu. W trwającym siedem minut „Faith Healer” gitarowa ściana dźwięku łączy się z intensywnym wokalem HARVEYA. Zaczyna się pulsującym basem, delikatnym dźwiękiem czyneli , wchodzą dzwonki rowerowe i w końcu gitara na której gra kapitalnie Zal Cleminson (na wszystkich okładkach grupy wymalowany na klowna). Tutaj zawsze podkręcałem pokrętła mojego wzmacniacza niemal na full! Utwór wydany na singlu przyniósł grupie sukces na Wyspach. „Giddy-Up-A-Ding-Dong” to typowy glam rock, który z powodzeniem mógłby wykonywać zespół pokroju Sweet, Mud, czy Bay City Rollers i jest naprawdę uroczy. Tytułowy „Next” autorstwa Jacques’a Brela to pastisz kabaretowego songu z piękną orkiestrową aranżacją, w którym ALEX HARVEY daje popis jak na poważnie/niepoważnie wokalista rockowy może bawić się takimi piosenkami. Potem w „Vambo Marble Eye” znowu mamy popis glam rocka w połączeniu z ostrą jazdą gitary i mocnym śpiewem wokalisty wspomaganym chórkami wokalnymi reszty zespołu. Płytę zamyka „The Last Of The Teenage Idols” zaczynający się delikatnym niemal romantycznym wstępem fortepianu, by po chwili nabrać tempa i pędzić niczym galopujący mustang po prerii. Płyta jest krótka, bo to tylko nieco ponad 33 minut muzyki, ale gdy  słucham tej płyty zawsze mój palec wędruje z powrotem na klawisz z napisem  „play”.

The Sensational Alex Harvey Band
The Sensational Alex Harvey Band

ALEX HARVEY urodził się 5 lutego 1935 r. w Gorbals koło Glasgow. Jak głosi legenda, porzuciwszy szkołę w wieku piętnastu lat zaczął imać się różnych zajęć. Był roznosicielem gazet, kelnerem, pomywaczem okien, listonoszem, cieślą, akwizytorem, sprzedawcą… Tych profesji było ponoć trzydzieści sześć, by w końcu wybrać tę najważniejszą – profesję zawodowego muzyka. Trzydziesty siódmy zawód ALEXA HARVEYA.

Na scenie muzycznej zadebiutował w 1955 r. a swą pierwszą płytę wydał dziewięć lat później. Na początku lat 70-tych założył zespół THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND i to ten okres jego działalności jest jak dla mnie najefektowniejszy. Z formacją SAHB nagrał dziewięć świetnych płyt i niespodziewana choroba w 1977 r. zmusiła go do rozwiązania grupy. Próbował mimo to nadal być aktywnym muzykiem. Dwa lata później wydał solową płytę „The Mafia Stole My Guitar„. Mimo kategorycznych sprzeciwów lekarzy wciąż koncertował. Niestety, 4 lutego 1982 r. na pokładzie samolotu w Belgii po zakończeniu tournee po Europie, serce nie wytrzymało. Świat rockowy utracił jedną z najbardziej barwnych i lubianych osobowości. Trzydziesty siódmy zawód ALEXA HARVEYA okazał się być jego ostatnim. Ostatnim, ale i największym.

MORRICONE, GABRIEL i MOZART na Święta Wielkanocne

Są płyty w moim zbiorze, które odtwarzam (na przestrzeni roku kalendarzowego) tylko przy wyjątkowych okazjach, lub w określonych dniach, by wymienić tu np. Dzień Św. Walentego, pierwszy dzień wiosny, Święto Zmarłych, czy właśnie okres wielkanocny. Każdy z tych dni, czy też okres czasu,  jest na swój sposób wyjątkowy i każdy ma swą oprawę muzyczną, który celebruję odpowiednią muzyką. Takie moje prywatne „widzi mi się”, a może raczej osobiste muzyczne katharsis. O każdym z tych szczególnych dni mógłbym napisać dużo, a nawet bardzo dużo, ale skoro Wielkanoc za pasem , więc ograniczę się do tego właśnie okresu. Bo jak wiadomo, Wielkanoc to najważniejsze święto kościoła katolickiego.

Historia muzyki rockowej już dawno uhonorowała to Święto (np. rock opera „Jesus Christ Superstar”) a wyższość  Ducha na Śmiercią wciąż jest inspiracją dla wszystkich muzyków.

Tak się dziwnie składa, że z wielu przesłuchanych płyt, które idealnie pasują do nastroju Wielkiego Tygodnia, mnie osobiście „rozkładają krzyżem” i powalają na ziemię trzy, z czego dwie to ścieżki dźwiękowe z filmów.

Ennio Morricone, to włoski kompozytor, który tworzył urokliwą muzykę filmową z czego największy rozgłos przyniosła mu ta z filmu Sergio Leone „Dawno temu na Dzikim Zachodzie” będącą parodią westernu.

Film „The Mission” („Misja”) w reżyserii Rolanda Joffe’a parodią gatunku na szczęście nie jest. Na ten film do kina chodziłem trzy dni pod rząd, zafascynowany pięknymi zdjęciami plenerowymi, fabułą i przede wszystkim niesamowitą, cudowną muzyką! Sam obraz, tragiczny w swej wymowie, jest opowieścią mimo wszystko optymistyczną, bo dotyka tak ważnych problemów życia człowieka jak przyjaźń, miłość, przebaczenie, wiara, nadzieja. Taka jest też i muzyka tutaj zawarta. Z jednej strony optymistyczna, żyjąca w zgodzie i harmonii z przyrodą, z człowiekiem („On Earth As It In Heaven„, „Falls„, „Gabrliel’s Oboe„), z drugiej zaś katastroficzna, nieziemska, jednocześnie niesamowicie uduchowiona, wzniosła, dająca Nadzieję, Wiarę, odwołująca się do pieśni kościelnych („Ave Maria Guarami„, „The Mission, „Te Deum Guarami„, „Miserere„). Gwarantuję, że po wysłuchaniu „Ave Maria Guarami” ( w filmie tę pieśń śpiewają nawróceni przez księży półnadzy Indianie idący w obronie tytułowej misji jezuickiej dosłownie na rzeź) każdy wrażliwy słuchacz padnie ze skruchą na kolana. Temat ten przewija się zresztą dość często w Wielki Piątek przez niemal  wszystkie rozgłośnie radiowe. Podobnie jak i większość zawartych na płycie „The Mission” kompozycji.

Ennio Morricone - "The Mission"
Ennio Morricone – „The Mission”

Temat następnego filmu już sam w sobie był tak niebezpieczny, że np.  takiej katolickiej Hiszpanii groziły groźne zamieszki na tle religijnym w czasie jego premiery, zaś we Włoszech, na znak protestu podpalano kina, w których miała odbywać się projekcja filmu. Obraz znakomitego reżysera Martina Scorsese „The Last Temptation Of Christ” („Ostatnie kuszenie Chrystusa”) zrealizowany na podstawie książki  Mikisa Kazantzakisa  choć wywołał u bigotów burzę emocji (w Polsce film osiągalny tylko w wersji kasetowej na DVD) przynosi niezwykłą muzykę autorstwa Petera Gabriela, byłego lidera grupy Genesis, wydaną następnie na płycie pt. „Passion„.

Peter Gabriel - "Passion"
Peter Gabriel – „Passion”

Kiedy usłyszałem „Passion” po raz pierwszy – a było to latem 1988r. – doznałem niezwykłego olśnienia, jakby nawiedzenia. Poczułem, że oto jestem świadkiem narodzin pomostu muzycznego rzuconego przez Petera Gabriela w wiek XXI. Artysta dokonał czegoś, czego nie udało się przed nim nikomu, który wskazał i otworzył nową drogę do muzycznych inspiracji innym wykonawcom („Suns Of Arqa„, „Dead Can Dance„). Powiązał europejską muzyczną dyscyplinę („Of These Hope – Reprise„, „Bread And Wine„) z klimatami i brzmieniowymi rozwiązaniami arabskimi. Wyszedł fascynujący świat muzyczny z pulsującym gorącym rytmem pustyni („The Feeling Begins„, „Of These Hope„, „A Different Dump”) połączony z mrokami historii („In Doubt„, „Passion„). Pierwiastek ludzki łączy się z pierwiastkiem boskim („Stigmata„, „With The Love – Choir„).

Praca nad tym albumem zajęła Peterowi Gabrielowi bardzo dużo czasu. Przesłuchał wiele płyt z muzyką ludową, zaprosił do współpracy jej wielu twórców. Nawet gdy film wszedł już na ekrany, wciąż jeszcze doskonalił nagrania. Album stał się dla niego, jak stwierdził w jednym z wywiadów, „poszukiwaniem Prawdziwej Muzyki”. Poszukiwaniem zwycięskim!

Wolfgang Amadeusz Mozart, jako artysta, jako muzyk, wydaje się istotą nie z tego świata, zaś cała jego twórczość zdaje się przedstawiać jako czysta formalnie skończona „boska” doskonałość! Ten „…subtelny geniusz światła i miłości muzyki” – jak nazwał go Ryszard Wagner – wydawać by się nam mógł jako postać mityczna, wyidealizowana, szczególnie patrząc poprzez pryzmat XIX-wiecznego romantyzmu. Na szczęście posiadamy o nim dokładne (niekiedy wręcz intymne) wiadomości, z których wyłania się obraz człowieka z krwi i kości, skory do żartów, figlów, psot, będący jednocześnie przenikliwym, bezlitosnym obserwatorem i sędzią ludzkiej natury.

A jednak ten pierwiastek boski jest w Mozarcie tak czysty – zarówno w największym, duchowym znaczeniu, jak i w zwykłym ludzkim sensie – że jest coś z prawdy w tym, że był on tylko gościem na tej ziemi.

Requiem” to ostatnie dzieło Mozarta, którego ukończeniu przeszkodziła śmierć (w 1791 r.) i było pracą na zamówienie. Nawiasem mówiąc artysta nawet nie znał osoby zamawiającego. W lipcu przybył posłaniec z listem zlecającym kompozytorowi napisanie mszy żałobnej. Mistrz w tym czasie pracował nad „Czarodziejskim fletem” i choć propozycja była interesująca, nie od razu przystąpił do jej komponowania. Zmagał się już ze swą chorobą. Podejmowanie prób w celu ustalenia nazwiska zamawiającego posłaniec określił jako „niemożliwe i bezcelowe”. Mozart otrzymał z góry honorarium, w takiej wysokości, jakiej zażądał. Dziś już wiemy, że zamawiającym był hrabia Franciszek Walsegg zu Stuppach, kiepski muzyk-amator, który kupował u innych kompozycje i wystawiał je jako swoje. Człowiek ten przed laty stracił żonę, pamięć jej zaś w owym czasie chciał uczcić podniosłym „Requiem„.

W. A. Mozart - "Requiem"
W. A. Mozart – „Requiem”

Ostatnie dzieło zazwyczaj rozpatrywane jest jako swego rodzaju testament artystyczny, wokół którego krystalizują się wszelkiego rodzaju skojarzenia. W przypadku „Requiem” rzecz nie jest tak klarowna i oczywista. Mozart naszkicował 40 stron partytury. Ukończył w całości „Requiem aeternam” i „Kyrie„, zaś osiem części – od „Dies irae” aż do „Hostias” – rozpisał na głosy wokalne, bas i sugestie dotyczące instrumentacji. Prowadził swoisty wyścig z czasem uważając, że pisze ten utwór na własną śmierć. Z takim przekonaniem zmarł. Powstałe luki „pozalepiali” i dzieło dokończyli Joseph Eybler, oraz uczeń i przyjaciel rodziny  Franz  Xaver Sussmayr, których wynajęła wdowa po Wolfgangu – Konstancja, w obawie, że osoba zamawiająca „Requiem” gotowa zażądać zwrotu zapłaconego już honorarium. Oszustwo to Konstancja podtrzymywała bardzo długo, a kiedy strapiony wyrzutami sumienia Sussmayr przyznał się do niego w 1800 r. nikt (przez cały XIX wiek) nie przyjmował tego do wiadomości.

Zajmijmy się w końcu dziełem w którym „…już od pierwszego taktu „Requiem aeternam” znamy dokładne intencje Mozarta i jego postawę wobec śmierci. Nie jest to już postawa bez reszty zgodna z duchem Kościoła. Czy to nie uderzające, że dominują tu dwie pary drewnianych instrumentów dętych – rożków basetowych i fagotów – a instrumentom smyczkowym przypada niemal tylko rola towarzysząca? Przy słowach „Exaudi orationem meam” poszarpana figura w akompaniamencie orkiestrowym zdaje się symbolizować raczej bunt niż prośbę” (A. Einstein „Mozart” PWM 1975).

Po wzniosłym chóralnym „Dies irae” – wspaniałym, bo jednocześnie dramatycznym i sakralnym – następuje „Tuba mirum„, gdzie tekst rozdzielony jest między solistów, a niebiański solowy puzon obwieszcza przerażający moment Sądu Ostatecznego. Następne części : „Rex fremendae„, „Rocordare„, „Confutatis„, „Lacrimosa” – należą do najkunsztowniejszych, najczystszych, najbardziej porywających rzeczy jakie Mozart kiedykolwiek napisał. Szczególnie posępne i straszne crescendo „Lacrimosa” podcina nogi i powoduje, że po plecach przebiegają miliony mrówek. Schizofreników i paranoików przestrzegam przed słuchaniem tego w całkowitej samotności i ciemności!

Płytę polecam wszystkim lubiącym mroczne i tajemnicze klimaty (doskonale odbiera się ją słuchając w wyższych rejestrach głośności). Nazwisko Mozarta fanom rocka proponuję zaś śmiało wpisać do swojego muzycznego kanonu. Wszak muzyka jest jedna. Dzieli się jedynie na dobrą i złą.

Kos, Walenty i motyle

Od kilku dni co rano budzi mnie kos. Taka dużo większa odmiana wróbelka. I choć natura nie dała mu kolorowych piórek, to obdarzyła go  niezwykłym darem – darem śpiewania, a właściwie gwizdania. Jest on w tym mistrzem. Fantastycznym mistrzem. Skoro jego głos przebił się przez mury mojej sypialni to pomyślałem sobie: „Teraz to już na pewno przyszła wiosna”.

Kos
Kos

Dla wielu z nas ta pora roku zaczyna się 20 (lub 21) marca, bo tak wychodzi z kalendarza astronomicznego. Dla innych zaczyna się ona z chwilą pojawienia się pierwszej jaskółki, czy innego bociana. Jest zwiastunem budzenia się nowego życia, początkiem nowego świata. Także i rynek muzyczny odradza się z zimowej drzemki, czego dowodem pojawiające się niczym wczesne nowalijki, płytowe wiosenne nowości. Ale dla mnie muzyczna wiosna zaczyna się za każdym razem dokładnie 14 lutego. Wiem, wiem! „To jeszcze zima” – ktoś krzyknie. No cóż, za oknem pewnie tak, ale w moich głośnikach już niekoniecznie…

Dziś dzień 14 lutego przede wszystkim kojarzy się z sympatycznymi „walentynkami”, które dotarły do nas kilka lat temu z zachodniej Europy i na dobre wpisały się w nasz rodzimy kalendarz. A tak przy okazji: czy wszyscy znamy tę piękną legendę walentynkową? Otóż w III wieku naszej ery w Cesarstwie Rzymskim żył biskup Walenty, który wbrew zakazom ówczesnego  cesarza, Klaudiusza II Gockiego, dawał śluby legionistom. Wg cesarskiego dekretu młodzi żołnierze w wieku 18-37 lat nie mogli wchodzić w związki małżeńskie, gdyż jak uważał cesarz, najlepszymi żołnierzami są ci niemający rodzin. Biskup Walenty za złamanie tego prawa został wtrącony do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce swego strażnika. I jak mówi dalej legenda, narzeczona pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok. Gdy dowiedział się o tym cesarz, kazał zabić duchownego. W przeddzień egzekucji Walenty napisał list do swej ukochanej, który podpisał „Od Twojego Walentego”. Egzekucję wykonano 14 lutego 269r. Tyle legenda.

14 lutego obchodzi także swe urodziny Piotr Kaczkowski – legenda radiowego mikrofonu, któremu całe pokolenia zawdzięczają muzyczną edukację w czasach gdy nie było komputerów i internetu, a najlepiej sprzedawanymi płytami w kraju nad Wisłą były te wydawane przez Państwowe Zespoły Ludowe Pieśni i Tańca „Mazowsze” i „Śląsk”. I właśnie od Pana Piotrusia wszystko się zaczęło. Przez kilka kolejnych lat prezentował na antenie „Trójki” w tym dniu płytę zespołu Colosseum „Valentyne Suite” a w zasadzie puszczał w eter tytułową suitę. Ten album to niewątpliwie jedna z absolutnie najważniejszych rzeczy wydanych w 1969 roku. Zachwyca mnie ona tym kapitalnym połączeniem jazzowej improwizacji, klasycznej podniosłości i rockowej mocy. Sama suita nie jest jakaś potwornie trudna, choć  wymaga odrobiny skupienia. Dziś nie wyobrażam sobie, aby tego dnia nie wybrzmiała u mnie w domu i ta płyta, i ta kompozycja. Tak jak Wigilia nie może się odbyć bez „Silent Night”. Ot, tradycja.

Colosseum - "Valentyne Suite" 1969
Colosseum – „Valentyne Suite” 1969

Tradycją jest także to, że w pierwszy dzień wiosny zawsze słucham, skryte pod tymi kolorowymi motylami z okładki, dźwięki z płyty „The Colour Of Spring” grupy TALK TALK.

TALK TALK - "The Colour Of Spring" 1986
TALK TALK – „The Colour Of Spring” 1986

Był to ich trzeci w dyskografii album wydany w 1986 roku, usadowiony pomiędzy przebojowym The Party’s Over”  a minimalistycznym The Spirit Of Eden„. Tak jak wiosna jest między zimą i latem. Moim zdaniem to najlepszy album w całej ich karierze. Bowiem nie ma on słabych punktów. Oprócz tej krótkiej pory przedwiośnia nie słucham tej płyty wcale. Mogę powiedzieć, że to taki dla mnie „sezonowy” album. Nie pasuje do jesiennych deszczowych dni. Nie pasuje do białego puchu za oknem. Nawet latem ciężko się do niego zabrać. Tylko i wyłącznie wiosna. I to nie tylko przez tytuł…

Ładne, skoczne piosenki przeplatają się z cichymi kompozycjami i pełnym emocji śpiewem Marka Hollisa. Niezależnie od tego, czy muzykom chodzi o rytm, czy ciszę, siłą TALK TALK okazują się być małe, trudne do usłyszenia dźwięki, jedno ukłucie gitary, albo jeden jedyny akord na fortepianie. Jedna sekunda, która wbije się w pamięć  jak dobry, dwugodzinny film. Jeden z pozoru przypadkowy dźwięk. Jedna chwila… Płyta jest tak znakomita, że nie jestem w stanie wyróżnić  jakikolwiek pojedynczy utwór. Wybiórczo więc powiem, że np.”April 5th” to wyciszony, minimalistyczny i nostalgiczny utwór, w którym poczucie czasu nie istnieje; absolutnie rewelacyjny i „przebojowy” z brawurową partią harmonijki i z rozpaczliwym wokalem Hollisa jest „Living In Another World„; słodko-gorzki „Time It’s Time” śmiało może kandydować do najlepszych kompozycji w całej historii zespołu. Prawdziwa perełka! I tak dalej i tak dalej… Motyle w brzuchu. Takie jak te z okładki.

Wiosna nadchodzi i już chce się ściągnąć z siebie ciepłe kurtki i czapki. Zobaczyć pierwsze liście na drzewach, zanurzyć się w ciepłych  promieniach słońca. Pokazać małemu Adasiowi jak z ziemi ku słońcu przebijają się pierwsze kwiatki, jak gałązki wierzby pokrywają się puszystymi kotkami. Wiosna. I wszystko budzi się do życia.

Mnie ze snu budzi poranny gwizd kosa, który upatrzył sobie drzewo tuż obok sypialnianego okna. Jego gwiżdżący śpiewny głos przebijający się przez mur dociera nawet pod zaciągniętą po uszy kołdrę. Ptasie trele to też muzyka. Piękna muzyka. Tylko dlaczego o czwartej nad ranem..?

BLUES CREATION „Demon And Eleven Children” (1971)

Kazuo Takeda, japoński gitarzysta zafascynowany muzyką Cream i The Yardbirds wraz z trójką szkolnych przyjaciół założył na początku 1969r. zespół BLUES CREATION. Bardzo szybko, bo już w październiku tego samego roku nakładem wytwórni Polydor ukazała się ich debiutancka, bardzo dobra zresztą, płyta zatytułowana po prostu „Blues Creation”. Zawierała głównie standardy muzyki bluesowej m.in takich twórców jak Sonny Boy Williamsona, Willie Dixona (kapitalny „Spoonful”), Mudy Watersa (słynny „Rollin’ And Tumblin”), Memphis Slima, ale też i kompozycję Johna Mayalla i Erica Claptona z okresu Blues Breakers („Double Crossing Time”).

Blues Creation - "Blues Creation" 1969
Blues Creation – „Blues Creation” 1969

Tamtejsi fani  spragnieni bluesowej muzyki w wykonaniu rodzimych wykonawców spowodowali, że płyta odniosła duży sukces komercyjny. Niemal wszyscy członkowie byli zdania, że trzeba iść za ciosem i nagrać kolejną bluesową płytę. No właśnie – niemal wszyscy oprócz jej lidera,  bowiem Takeda zafascynowany wydanymi nie tak dawno pierwszymi płytami Led Zeppelin i Black Sabbath chciał podążyć w tym kierunku. Nie uzyskawszy aprobaty swoich przyjaciół co do dalszego kierunku rozwoju muzycznego zespołu rozwiązał BLUES CREATION (niektórzy twierdzą, że po prostu wszystkich ich wyrzucił), by kilka miesięcy później powołać go z powrotem do życia w zupełnie nowym składzie. Na marginesie dodam tylko, że pierwszy wokalista BLUES CREATION, Fumio Nunoya, po rozstaniu z Takedą utworzył wkrótce świetny zespół Dew grający ciężką odmianę blues rocka.

W sierpniu 1971r. wychodzi drugi album zespołu „Demon And Eleven Children” z autorskimi kompozycjami lidera grupy. Jeśli miałbym określić go jednym słowem to powiem, że jest on po prostu KAPITALNY!!! Wstrzelił się idealnie w epokę stylistyczną  wspomnianych wyżej Led Zeppelin, Black Sabbath, czy Mountain. Otwierający całość „Atomic Bomb Away” to powolny ciężki acidowo – apokaliptyczny walec drogowy. Fantastyczna gra gitarzystów, zmiany tempa, ciężkie riffy. A zaraz po nim zaczynający się harmonijką ustną blues rockowy „Mississippi Mountain Blues” , gdzie zresztą harmonijka udanie prowadzi dialog z gitara prowadząca. Ale nie ma postoju, gdyż „Just I Was Born” porywa nas do galopu przed goniącą z tyłu Godzillą. Kolejna wzorcowa gra gitarzystów zapiera dech w piersiach! Z kolei „Sorrow”  to urokliwa melodyjna kompozycja łącząca styl Sabbathów z Budgie. Zresztą przypomina ona trochę „Parents” walijskiego tria i aż żal, że nikt jej nie wypromował w epoce, bo obok właśnie „Rodziców”, czy „Dziecka w czasie” Deep Purple „Smutek” miałby szansę stać się takim samym muzycznym killerem wszech czasów! Następny „Brane Buster” (tylko dwie minuty) to popis Kazuo Takedy i jego gitary pokazujący jak w tak króciutkiej formie muzycznej można pomieścić tyle ciekawej muzyki. Czapki z głów! I to samo można powiedzieć o „Sooner Or Later” będący popisem lidera, ale także i całego zespołu. Wzmacniacz i głośniki rozgrzane u mnie niczym w kuźni ogromne palenisko – dają żaru i czadu. Bo nie sposób tego słuchać  inaczej niż na „full”. Całość kończy epicka ponad dziewięciominutowa tytułowa kompozycja „Demon And Eleven Children„. Zmiany tempa, mnóstwo ciężkich riffów, stylistyka Zeppelina i Sabbath posunięta niemal do ekstremum, czyli esencja hard rocka początku lat 70-tych. I tylko żal, że geograficznie odizolowani samuraje z gitarami nie dotarli wówczas do Europy i nie dołączyli do ścisłej czołówki ówczesnych herosów muzycznych,  którymi niewątpliwie byli!

Blues Creation - "Demon And Eleven Children" 1971
Blues Creation – „Demon And Eleven Children” 1971

W tym samym miesiącu, dokładnie 7 sierpnia 1971r. BLUES CREATION wystąpili w Nagatsugawie na festiwalu muzycznym The 2nd All Japan Folk Jamboree, gdzie zarejestrowano ich koncert z myślą o wydaniu go na płycie. Z niewiadomych do dziś powodów koncertowa płyta nie ukazała się w tamtym czasie a nagrania, które przeleżały na półce wiele lat zostały opublikowane i wydane na CD dopiero w 1998r! Płyta „Live 1971” pokazuje zespół bardziej od strony bluesowej, choć zaprezentowane standardy zagrał po swojemu – z rockowym, mocnym zacięciem, ciężko i intensywnie – z niezliczonymi rozbudowanymi improwizacjami. Ależ tego się słucha! W dwóch nagraniach z grupą zaśpiewała wokalistka Carmen Maki, określana jako „Japońska Janis Joplin”.

Blues Creation - "Live 1971"
Blues Creation – „Live 1971”

To spotkanie zaowocowało wydanym rok później ich wspólnym albumem zatytułowanym „Carmen Maki And Blues Creation” przynoszący kolejną dawkę bluesa z rockiem, aczkolwiek więcej mamy tu tego pierwszego. Dominują bowiem powolne, bluesowe ballady śpiewane bardzo pewnym, czystym, krystalicznym głosem. Cięższe utwory nie straciły jednak nic ze swej mocy, choć malkontenci uważają, że ten album przeznaczony jest bardziej dla fanów wokalistki niż dla fanów BLUES CREATION. Prawda jak zwykle leży po środku. Jak dla mnie – bomba! I to wcale nie  przypadek, że wszystkie te cztery albumy stoją u mnie na półce i są perełkami w mojej płytotece!

Carmen Maki And Blues Creation - 1972
Carmen Maki And Blues Creation – 1972

Po nagraniu tego albumu Kazuo Takeda definitywnie rozwiązał zespół choć z grania muzyki nie zrezygnował. Cztery lata później powołał do życia grupę CREATION, z którą wspólnie z amerykańskim hard rockowym zespołem Mountain koncertował po Japonii. CREATION wydali dwa albumy nagrane we współpracy z Felixem Pappalardim (basistą Mountain), po czym gitarzysta rozpoczął nagrywanie solowych płyt. Wydał ich w sumie ponad 20, a od czasu do czasu, jak donosi japońska prasa muzyczna, także koncertuje (najczęściej po Azji) wspólnie z byłym perkusistą CREATION. Dla mnie, jak i dla wielu fanów starego rocka pozostanie jednak w pamięci jako japoński samuraj z gitarą z genialnej płyty „Demon And Eleven Chidren„.

Blues Creation
Blues Creation