Marquee Club, CBGB, Zeleste, Middle Earth, UFO, The Cavern… Historyczne dla muzyki miejsca, które powinny być chronione jako obiekty Światowego Dziedzictwa Kulturowego. Ale chciwość rynku nieruchomości pożerała je niczym nieustępliwy drapieżnik, która za nic ma święte miejsca. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby zrobili to samo ze wszystkimi zamkami, katedrami i innymi zabytkami na całym świecie..?
Pochodzący z Ormskirk w Hrabstwie Merseyside (rzut beretem od Liverpoolu) Caliban był hard rockowym zespołem, który nie wydał żadnych oficjalnych nagrań. Jego kariera rozpoczęła się w poprzedniej dekadzie gdzie latach 1963-1967 roku jako The Rebels grali intensywne koncerty na scenach w całej Wielkiej Brytanii. Po jego rozpadzie, na jego gruzach Roy Smith (wokal prowadzący, gitara), Keith Hubbard (gitara prowadząca, wokal), Ray Chapman (gitara basowa, wokal) i Chris Kenny (perkusja, wokal) założyli w 1971 roku nowy zespół o świeżym brzmieniu i stylu. Rock’n’rollowe korzenie i wygoda psychodelicznego, hard rockowego brzmienia plasują ich w lidze podobnej do Stackwaddy czy Third World War. Według notce na tylnej okładce, z którą się zgadzam, byli swego rodzaju proto punkową kapelą, gdzieś pomiędzy The Who, a Deep Purple (niektórzy twierdzą, że bardziej w stronę tego pierwszego).
Już pierwszy występ w liverpoolskim Ba’ Ba’ Lou Club został świetnie przyjęty, ale to trzytygodniowa trasa po Danii scaliła zespół. Przez następny rok mieli swoją wierną, stale powiększającą się publiczność. W słynnym Cavern po raz pierwszy pojawili się 19 stycznia 1973 roku, wracając tam jeszcze pięć razy. Właściciel klubu, Roy Adams, widząc jak entuzjastycznie reaguje na nich publiczność zaprosił ich do występu w czwartek 27 maja 1973 roku. Data nie była przypadkowa. Stary, oryginalny Cavern Club zamykał na zawsze swoje podwoje następnego dnia. Ten wieczór miał być czymś wyjątkowym. Caliban zagrali zabójczy set obok innych zespołów z Merseyside; Strife, Wardog, Bilf Slat, Harpoon (wkrótce Nutz, a potem Rage), Supercharge i gościem z Londynu, grupą Hackensack. Impreza trwała do 6 rano. Kilka godzin później do głosu doszła niszczycielska siła. Żegnaj marzenie, żegnaj pomniku muzyki, który, jak wiele innych, nigdy nie powinien zostać tknięty.
Całonocna sesja została nagrana w mobilnym studiu The Rolling Stones. I z tej niezapomnianej nocy pochodzą te wyjątkowe nagrania zamieszczone na płycie „Live At The Last Of The Cavern 1973”. To już coś.
Zespół gra tutaj bezkompromisowego hard rocka z ciężkimi szaleńczymi riffami oddające jego rock and rollowe korzenie zapowiadając przy tym czysty brytyjski epos punka. „It’s Taken So Long” wpada z hukiem jak granat zaczepny z twardym garażowym rytmem wykonany z furią podobną do wczesnych The Who, Deviants, czy Edgar Broughton Band. Znakomita rozgrzewka i dobry początek! „God Damn My Soul” rozwija się w ciężkim, psychodelicznym stylu, z hendrixowskim wah-wah i muskularnymi aranżacjami. Niczym progresywny MC5, z niepohamowaną energią wokali i instrumentów prze do przodu jak rozjuszony tur. Ci goście na żywo byli powalający. Można to odczuć także w „Hard Bitten Woman”, gdzie ściskają mózg w zabójczym połączeniu Pink Fairies i The Pretty Things. Słynny „She’s Not There” The Zombies brzmi żrąco, lizergicznie i sprawia wrażenie, jakby powstał w 1968 roku. Jego ostra jak brzytwa ekstremalnie acidowa nuta przypomina tę z utworów Johna Cipolliny i Deke’a Leonarda z Man. I właśnie dzięki Man, Quicksilver Messenger Service, czy Mighty Baby psychodeliczny „Up Yer Khiber” zbliża się do tego wszystkiego, w postaci halucynogennego, instrumentalnego utworu pełnego hipisowskiego napięcia. Idźmy dalej, bo oto „NOB” nurkuje jak szalony kamikaze. Sekcja rytmiczna napędzana amfą i narkotycznym, toksycznym opakowaniem godna jest jam session Micka Farrena i jego kumpli z The Deviants. Ośmiominutowa, mocno zmieniona wersja „I Just Wanna Make Love To You” Muddy Watersa z krwawym fuzzem, acidowymi orientalizmami i paranoicznym surowym transem rozwaliłyby stare mury The Cavern zanim zrobi to kilka godzin później potężna kula użyta do wyburzania! Ekipa rozbiórkowa Caliban zadała ostateczny cios bisem „A Hundred Years Old”, w którym połączyli swoją żółć z freak beatowym brzmieniem na bardzo wysokim poziomie.
Zanim Caliban przestał istnieć (rozwiązał się w 1974) dużo koncertował, a ich występy otwierały znakomite, wtedy jeszcze mało znane zespoły takie jak Judas Priest, Gravy Train i Cockney Rebel. Ten album, który traktować można jako unikatowy dokument jest bezcenny. Miło mi też donieść, że ich wcześniejsze studyjne dema z lat 1971-1973, surowe i bardzo ciężkie zachowane w niezłym stanie doczekały się w końcu publikacji na kompaktowej płycie „Insane Mentality” wydanej przez Seelie Court w 2021 roku.
Przenieśmy się teraz w inne miejsce i czas. Barcelona, tak jak i cała Hiszpania u schyłku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku przypominała kocioł, w którym kipiały skrajne emocje. Świeżo odzyskana wolność polityczna zderzała się z szarością robotniczych przedmieść rodząc potrzebę nowej nieskrępowanej ekspresji. To właśnie z tego twórczego fermentu, w przemysłowym pejzażu L’Hospitalet de Llobregat pod Barceloną, narodziła się formacja Rockcelona.
Byli surowi, nieokiełznani i autentycznie groźni, ale z ciężkim psychodelicznym podtekstem typowym dla końca lat 60-tych. Powstali w 1977 roku – w roku zero punka, który, czy im się to podobało, czy nie, miał na nich wpływ. Choćby tylko duchem i postawą. Początkowo używali pseudonimów. I tak wokalista i założyciel to „Freddy” (wł. Alfredo Valcárcel), basista „Javi” (Javier A. Latorre), gitarzysta prowadzący „Alberto” (Albert Balsells), gitarzysta rytmiczny „Tony” (Antonio Cruz) i perkusista „Kiko” (Francisco Aparicio). W muzyce zespół łączył ostre gitarowe brzmienie z ognistymi tekstami śpiewanymi po hiszpańsku i po angielsku. Podczas swojego dwuletniego istnienia występowali głównie w Barcelonie, w tym na prestiżowym festiwalu 12 Hours Of Barcelona Rock w 1978 roku. Jedyną płytę jaką nagrali była „La Bruja” (Wiedźma), wydana rok później przez wytwórnię Columbia/Private Records.
Ten krążek to dzieło surowe, drapieżne i fascynujące w swojej stylistycznej niejednoznaczności. Już od pierwszych taktów utworu tytułowego staje się jasne, że Rockcelona nie szuka kompromisów. Muzyczna zawartość albumu to gęsty, wręcz duszny koktajl, w którym klasyczny hard rock miesza się z prowokacyjną estetyką glamu oraz nadchodzącą, niszczycielską falą wczesnego punka. Zespół balansuje na krawędzi tych gatunków z rzadko spotykaną, instynktowną zuchwałością. Brzmienie jest szorstkie, pozbawione studyjnego blichtru, co tylko potęguje autentyczność nagrań. Gitary tną przestrzeń z chirurgiczną bezwzględnością, opierając się na ciężkich, brudnych riffach, które zapadają w pamięć. Dramatyczną osią albumu jest jednak wokal Alfredo Valcárcela. Jego głos to instrument buntu – chropowaty, pełen ekspresji, przechodzący od knajpianej melodeklamacji do rozpaczliwego krzyku. W tytułowej kompozycji brzmi niczym rockowy szaman, rzucający zaklęcie na słuchacza, podczas gdy sekcja rytmiczna napędza utwór z niemal plemienną hipnotycznością. Z kolei utwory śpiewane po angielsku, jak melancholijny, a zarazem drapieżny „Sad Man”, ujawniają drugie oblicze formacji – tęsknotę za anglosaskim, wielkoformatowym rockiem stadionowym, przefiltrowaną jednak przez hiszpański temperament i miejski brud.








































