Wszystkie wpisy, których autorem jest zibi

PULSAR z Lyonu – „Halloween” (1977)

Pochodzący z Lyonu, a założony w 1971 roku PULSAR to mój pretendent do miana najwspanialszego francuskiego zespołu progresywnego tamtych lat. Mówiło się o nim galijski Pink Floyd, a nagrany w 1977 roku album „Halloween” okrzyknięty został nad Sekwaną francuską „Ciemną stronę Księżyca”. Być może opinia na wyrost – sam opinię tę traktuję z przymrużeniem oka, choć podtrzymuję to co napisałem w pierwszym zdaniu. Pamiętamy, że  Floydzi będący wówczas szczytowej formie byli dla innych poza wszelkim zasięgiem. W innej epoce, w innej Galaktyce. Bardziej chodzi tu o inspiracje (na początku swej kariery zespół grał ich covery) bowiem brzmienie PULSAR-a jest wyraźnie francuskie, a francuski aromat jest tym, co uwielbiam w ich muzyce. Nazwa zespołu, wybrana przez pierwszego basistę Phillipe Romana jednego z założycieli grupy, nawiązuje do wirującej gwiazdy emitującej fale radiowe i jednocześnie odpowiada ich nowemu przestrzennemu stylowi muzycznemu.

Wczesny PULSAR oprócz wspomnianego Phillipe Romana tworzyli: jego brat Jaques (org,), Gilbert Gandil (g, voc), Victor Bosch (dr) oraz grający na saksofonie i flecie Roland Richard. Własne kompozycje inspirowane były wczesnym Pink Floyd i King Crimson. Te wpływy widoczne są na debiutanckim longplayu „Pollen” (1975). Senny, oniryczny nastrój z dodatkiem symfonicznych akcentów, które nadały im szczególnego smaku przenikały całą płytę. Wydała ja angielska wytwórnia byłego menadżera Caravan, Terry’ego Kinga, Kingdone Records. Ale wielka zmiana rozpoczęła się od drugiego krążka „The Strands Of The Future” (1976) nagrana w czwórkę już bez Phillipe Romana (opuścił grupę ze względu na zły stan zdrowia). Album prezentuje nowe dźwięki wyraźnie będące pod wpływem kultowych grup Genesis (z okresu „Trespass”, „Wind And Wuthering”) i Yes z nutami space rocka i horroru. Zyskał on szacunek i uznanie po drugiej stronie Kanału La Manche co do tej pory było rzeczą raczej niespotykaną. We Francji płyta rozeszła się w rekordowym jak na ten rodzaj muzyki 40-tysięcznym nakładzie. Sukces! Dzięki temu zespołem zainteresował się koncern CBS podpisując z muzykami lukratywny kontrakt. Po dołączeniu nowego basisty (Michael Masson) rok później PULSAR wydaje trzeci album.

„Halloween” jest biblijnym albumem dla progresywnej sceny symfonicznej, nie tylko francuskiej, ale i światowej. To dzięki niemu PULSAR jest światłem i całą ciemnością, jego absolutną doskonałością. Trudno znaleźć mi odpowiednie słowa, by określić ten album, chociaż okładka zaprojektowana przez perkusistę Victora Boscha nasuwa różne skojarzenia.

Spoczywający w błogim półśnie młodzieniec opiera swą głowę na kolanach tajemniczej kobiety. Jej ręka spoczywa na jego twarzy w matczynym geście utulenia. Spokój mężczyzny jest jakimś aktem wdzięczności, miłości, a może bezgranicznego zaufania. Romantyczny i melancholijny obrazek. Tyle, że tajemnicza piękność jest niczym innym jak ludzkim, dość realistycznym manekinem i… mrozi krew w żyłach. Zespołowi chodziło tu o pewien symbol ludzkich zachowań. Mimo, że żyjemy w XXI wieku w wielu społecznościach wciąż odnajdujemy przekonanie, że bliskie nam przedmioty mają dusze, nadprzyrodzone lub boskie moce. Przywiązujemy się do nich tak bardzo, że w końcu stajemy się ich niewolnikami i sługami, bez których życie wydaje się nie mieć sensu. Ale to tylko moja interpretacja.

Front okładki albumu

Ten album może być wszystkim: horrorem psychologicznym z nadprzyrodzonymi tajemnicami, fetyszyzmem, dramatem. Czasem może to być pogrzeb, czasem świadoma lub wrażliwa melancholia. Pajęczyny, ciemne pokoje, porcelanowe lalki, wewnętrzne demony, strach, łzy… Wsłuchując się w całość przekonujemy się jak niebezpieczny może być spokój i cisza, jak cienka jest granica pomiędzy strachem, a odwagą. Jeśli się nie boicie zapraszam w tę fascynującą i malowniczą podróż psychologiczną, która okazać się może jedynie (choć niekoniecznie) sennym koszmarem. A sen jak wiadomo można przerwać w dowolnym momencie…

Tył okładki

„Halloween” to album koncepcyjny.  Czterdziestominutowa suita podzielona na dwie części z dziewięcioma podrozdziałami opowiada o wyimaginowanej podróży małej dziewczynki do krainy smutnych lalek. Ta ezoteryczna, okrutna i całkowicie surrealistyczna opowieść odnosi się do rozmowy między siedmiolatką a nieokreśloną osobą, lub rzeczą (zabawką?). Teksty zainspirowane dziwną historią opowiedzianą przez Boscha napisane zostały przez wszystkich muzyków. Przetłumaczone przez Armanda Finesa, nauczyciela angielskiego w lyońskim college’u zostały (na szczęście) zaśpiewane po angielsku. To w warstwie tekstowej. A muzycznie..?

Różnorodne fragmenty muzyczne wzmocnione są symfonicznym brzmieniem z wykorzystaniem szerokiej gamy instrumentów takich jak flet, klarnet, saksofon, wiolonczela, melotron, konga, syntezator smyczkowy. Zmieniają się one płynnie: od introspekcyjnej melancholii („Sorrow In My Dreams”, wstępna część „Tired Answer”), tajemniczej agresywności (plemienny „Fear Of Frost”, rockowy fragment „Tired Answer”) do czystej słodyczy (wokale w „Lone Fantasy” i „Colour Of My Childchood”), które pokazują jak ci muzycy świetnie potrafią poradzić sobie z doskonałą kompensacją wykazując się jednocześnie indywidualnymi umiejętnościami na korzyść całej grupy. Mroczna gęstość i tajemniczy ton, który zalewa cały „Halloween” osiąga czasami porażający stan lęku i strachu. Nie czyni tego jednak w sensie prymitywnych opowieści o duchach – bardziej jak trzymający w napięciu psychologiczny thriller.

„Halloween Part One” (20;30) rozpoczyna się od „Halloween Song” z dziecięcą wokalizą (Sylvia Ekstrom) zaśpiewaną na tle delikatnego fortepianu. Tuż po niej mamy genialny „Tired Answer”. Ten długi, trwający blisko dziesięć minut instrumentalny utwór to jedna z najsłodszych kombinacji fletów, gitar akustycznych i melotronów jakie słyszałem. Są tu emocje i piękno z dominującymi klawiszami tworzące niuanse symfoniczne przypominając bardziej ówczesny Tangerine Dream niż brytyjski Genesis. Nastrój zmienia się drastycznie w drugiej części, która brzmi jak mroczny, „torturowany” King Crimson, ale pod sam koniec muzyka staje się znów łagodna za sprawą cudownego fortepianu i gitary akustycznej… „Colour Of Childchood” słodko zaśpiewany przez Gilberta Gandila, któremu towarzyszą przyjemne klawisze i akustyczna gitara jest dużo łagodniejszy od swego poprzednika. W połowie nagrania muzyka nabiera kosmicznego brzmienia, a Gandil popisuje się fantastyczną solówką gitarową podpartą wyrazistą grą sekcji rytmicznej. Całość płynnie przechodzi w  (nomen omen) niezwykle smutny „Sorrow In My Dreams”. Końcowa pierwsza część eposu, z lirycznym wokalem  i punktującą perkusją jest niezwykle wciągająca. Szkoda, że nie jest tak potężna jak „Tired Answer”. Pewnie byłaby arcydziełem…

Wewnętrzna ilustracja

„Halloween Part Two” (18:40) otwiera „Lone Fantasy” snując ponure obrazy samotności.  Melancholijnemu wokalowi z przytłaczającą wibracją towarzyszą fortepian, gitara akustyczna i wiolonczela, na której gościnnie zagrał Jean Ristori pełniący tutaj także funkcję inżyniera dźwięku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Jean Ristori wraz z Patrickiem Morazem wcześniej byli członkami grupy Mainhorse. To właśnie partia wiolonczeli sprawia, że muzyka jest taka melodyjna… „Dawn Over Darkness” wkracza na arenę ze świetnymi dźwiękami instrumentów klawiszowych, potężną perkusją i oszałamiającą grą gitarzysty. Piękna linia wokalna (który to już raz zachwycam się głosem Gilberta Gandila?) wsparta została nieziemskim fletem. Takim jak ten z crimsonowskiego „I Talk To The Wind”. Pod koniec nagrania wkracza bęben przenosząc muzykę w crescendo, podczas gdy linia wokalna porusza się w wyższych dźwiękach. W tle słychać delikatną gitarę elektryczną, syntezator i flet, które łagodnie zamieniają się w „Misty Garden Of Passion” – dwuminutową miniaturkę, a raczej w muzyczną perełkę. Jednak to co następuje w instrumentalnym „Fear Of Frost” to już prawdziwy horror. Klimatyczny syntezator z porywającą sekcją rytmiczną siłą i brzmieniem wyraża jakiś demoniczny taniec złowrogich stworzeń odgrywających w swej metafizycznej radości jakiś pierwotny i przerażający rytuał. Kakofonia dźwięków swą dynamiką i głośnością poraża. Dosłownie. Ale w tej symfonii jest atrakcyjna różnorodność, w którą zanurzamy się niczym w Oceanie Oczyszczenia. . Wszelkie obawy i lęki pokonuje CZAS będący naszym zbawiennym katharsis„Time” to ostatni, cudowny, choć krótki utwór (uwierzcie mi – zbyt krótki) zaśpiewany operowym głosem przez Jean-Louis Rebuta, dyrygenta genewskiej Orkiestry Symfonicznej, który kończy tę niezwykłą pod każdym względem płytę.

I DRIVE „I Drive” (1972)

Pochodzący z Manchesteru kwartet I DRIVE w 1966 roku wyjechał do Niemiec jak niegdyś Beatlesi nie po to, by szukać szczęścia i bram do sławy, ale dla chęci grania przed publicznością. Zapotrzebowanie na muzyczne zespoły z Wysp wciąż było spore i choć „złota era” brytyjskiego popu zdawała się powoli mijać tamtejsi promotorzy wciąż chętnie ściągali ich do siebie. Zespół I DRIVE występował tam przez cztery lata w różnych znanych i mniej znanych klubach, czasem w podejrzanych spelunkach. Występowali codziennie od 21.00 do 3.00 nad ranem grając rocka w myśl zasady głośno, szybko, prosto. W 1968 roku doszedł do nich Geff Harrison charyzmatyczny wokalista obdarzony mocnym głosem, który na niemiecką ziemię przybył rok wcześniej wraz z grupą Some Other Guys. To z nim I DRIVE dostali angaż do hamburskiego Star Club kojarzonego z występami słynnej Czwórki z Liverpoolu. Tam też zawiązała się grupa fanów (ściślej mówiąc fanek) podążająca za zespołem krok w krok. Przez moment poczuli się nawet jak The Beatles…

Pod koniec lat sześćdziesiątych niemiecka klubowa scena muzyczna umarła, a z nią grana tam muzyka na żywo. Zachowało się jednak kilka miejsc, w których próbowano podtrzymać tradycję klubowych występów, szczególnie na głębokim południu kraju. Zespół wyjechał w tamte rejony wynajmując mały domek w uroczym, dziewiczym pustkowi skąd ruszał w klubowe trasy. Wydana w 1969 roku na własny koszt  EP-ka „Classic Rigby” sprzedawana przez muzyków na koncertach pokazała, że beatowa do tej pory grupa weszła na ciężką rockową ścieżkę.

Niestety w  1970 roku Geff Harrison odszedł od chłopaków i dołączył do niemieckiej formacji Twenty Sixty Six And Then, a potem zasilił Kin Ping Meh. Mimo to kwartet działał dalej, a obowiązki Geffa przejęli gitarzysta i klawiszowiec. W końcu zespół został dostrzeżony przez jednego z monachijskich menadżerów, który pod koniec tego samego roku sprowadził ich do stolicy Bawarii. Niestety plenerowe koncerty weekendowe nie gwarantowały dużych zysków, więc zatrudniali się w monachijskich studiach nagraniowych jako muzycy sesyjni. To w tym czasie napisali i zarejestrowali na taśmach trzydzieści numerów, z których miała powstać duża płyta. Najwięcej frajdy sprawiło im nagrywanie utworu „Before The Devil” z udziałem Monachijskiej Orkiestry Symfonicznej, która pewnego dnia przyszła na sesję nagraniową. W podziękowaniu I DRIVE zrobili to, czego nie wolno im było robić: ku uciesze filharmoników odegrali na żywo cały materiał na płytę. Któryś z inżynierów przytomnie uruchomił magnetofon; koncert został nagrany. Obiecano potem, że będzie z tego płyta „Live”. Niestety taśma w niejasnych okolicznościach zniknęła ze studyjnego archiwum, podobnie jak i symfoniczna wersja „Before The Devil”. Diabeł w tym palców nie maczał, więc co? Pech..? Na szczęście jesienią 1972 roku niemiecki Metronome w końcu wypuścił na rynek longplay zatytułowany tak jak nazwa zespołu.

Album „I Drive” to ciężki, dynamiczny rock z progresywnymi naleciałościami i wspaniałymi melodiami, które mimo upływu lat (dekad!) wciąż świecą i wiele mówią o mocy i żywym brzmieniu grupy. „Cheese” (wł. Richard Henry Hampson) jak każdy gitarzysta z zawieszonym na szyi krucyfiksem był mistrzem w tworzeniu ciemnych, gęstych riffów. „Les” (Leslie Graham) kreślił swym Rickenbackerem świetne, pełne furii linie basu, John Barry Smith grał na Hammondach nie gorzej niż Vincent Crane z Atomic Rooster, a bębnienie Davida Charlesa Bailey’a powoduje szybsze bicie serca. Album jest „gęsty”, wokal sprawia wrażenie jakby każda kompozycja miała inny styl, a przy tym zawierała wiele inspirujących momentów. Otwierający „Down, Down, Down” jest jednym z najbardziej wybuchowych numerów na płycie. Idealnie wyważone proporcje, fantastyczna gra całego kwartetu, piekielnie solidna i ciężka sekcja rytmiczna, kapitalne Hammondy i tnąca jak brzytwa gitara! Jazda aż dech zapiera! Gitarzysta potrafi pokazać też i łagodniejsze, bardziej akustyczne brzmienie swego instrumentu. Słychać to w urokliwym kawałku „Christine” który wciąga jak narkotyk i trudno się potem od niego uwolnić. Chwila nieuwagi i jesteśmy jego więźniami na całe życie.. „Looking Out My Window” porywa rytmem, psychodelicznym stylem i organami na pierwszym planie, a „Before The Devil” to z kolei wybuchowa mieszanka złożona ze stylu Jericho i Black Widow. Najwięcej zachwytów wzbudza ostanie nagranie „Brave New World”. I choć nie przepadam za „łzawymi” rockowymi balladami, to ta sześciominutowa kompozycja z łatwo wpadającą w ucho melodią sprawia mi wielką radość. Czuć żar i emocje płynące w głosie wokalisty, jest miejsce na gitarową solówkę wspomaganą przez Hammondy, a do tego bas i mocarna perkusja czynią z niej kawał dobrego wyśmienitego hard rocka! Kompaktowa reedycja Flawed Gems z 2015 roku zawiera aż osiem bonusów. Sześć z nich to nigdy wcześniej niepublikowane wersje demo utworów z 1971 roku nagrane na żywo w studio z czego tylko dwa: „Before The Devil” (dłuższy o pół minuty) i „Looking Out My Window” znalazły się na płycie. Największą gratką jest jednak nagranie „Classic Rigby (Part 1 + 2)” pochodzące z mega rzadkiej niemieckiej EP-ki wydanej w 1969 roku z Geffem Harrisonem śpiewającym po swojemu beatlesowskie „Eleanor Rigby” na tle klasycznych instrumentalnych tematów granych przez muzyków. No i jest też nigdy nie wydane „I Need A Friend”, które Harrison nagrał z I DRIVE w 1972 roku tuż przed jej rozpadem, brzmiące bardziej jak jego późniejszy Kin Ping Meh.

Zespół I DRIVE nie zdobył popularności, nie zaznał sławy, a jedyna płyta z powodu kiepskiej promocji i niskiemu nakładowi nie przebiła się na muzycznym rynku. I choć na pewno nie jest to pozycja wybitna (nie każdy album musi być zaraz klasykiem) słucha się jej z ogromną przyjemnością. Ja do tej płyty wracam często.

Fat Mattress (1969)

Podczas wyczerpującej pracy nad płytą „Electric Ladyland” basista The Jimi Hendrix Experience Noel Redding zrobił sobie krótką przerwę. Udał się do swego rodzinnego Folkestone w hrabstwie Kent (południowo-wschodnia Anglia) aby „naładować baterie”. Co prawda przebąkiwano tu i ówdzie, że muzyk był skłócony z Jimi Hendrixem, który w dążeniu do perfekcji odsunął go na bok i sam nagrywał partie basu, ale nie do końca było to prawdą. Wszak po powrocie do nowojorskiego studia basista kontynuował sesje, przywiózł ze sobą nową piosenkę („Little Miss Strange”), która weszła na album, brał udział w koncertach… Pobyt w  Folkestone Redding wykorzystał m.in. na spotkanie z dwójką dawnych przyjaciół: Jimem Levertonem i Neilem Landonem.

Fat Mattress. Od lewej: Eric Dillon, Jim Leverton, Noel Redding, Neil Landon

Landon, Leverton i Redding znali się od wczesnych lat 60-tych. Noel Redding był gitarzystą jednego z najpopularniejszych wówczas zespołów z południa The Lonely Ones. Wokalista Neil Landon miał własną grupę o nazwie Gepard, zaś Jim Leverton grał na basie w The Big Beats, Kiedy w połowie dekady te trzy grupy rozpadły się razem utworzyli jedną – The Neil Landon And The Burnettes. Nowy zespół intensywnie występował na Wyspach i Europie – najwięcej w niemieckich klubach nocnych. W 1966 roku Landon zdecydował się na karierę solową. The Burnettes rozpadli się, ale pozostała dwójka dobrała sobie nowego wokalistę i jako The Lovin’ Kind trafili pod skrzydła Gordona Millesa, menadżera Toma Jonesa i Engelberta Humperdincka.

The Lovin’ Kind wydali trzy single dla Pye Records, ale żaden nie odniósł sukcesu. Nowy wokalista opuścił zespół próbując zrobić karierę solową, perkusista przeszedł do Honeybus, a Jim Leverton zarabiał jako muzyk sesyjny grając na basie dla Cata Stevensa, The Walker Brothers i dla Engelberta Humperdincka. W zespole tego ostatniego spotkał  perkusistę Erica Dillona z którym szybko się zaprzyjaźnił. Noel widząc, że nic z tego już nie będzie wrócił do Folkestone. Kilka tygodni później przeczytał ogłoszenie w „Melody Maker” –  grupa The Animals poszukiwała gitarzysty. Poszedł na casting. Spóźnił się – wakatu już nie było. Szczęśliwie tego samego dnia spotkał Chasa Chandlera, menadżera The Animals, idącego w towarzystwie Jimi Hendrixa. Chandler zapamiętał Noela Reddinga z porannej wizyty, szepnął słówko Hendrixowi, a ten zaproponował mu miejsce basisty w tworzonym właśnie zespole The Jimi Hendrix Experience…

Noel Redding.

Wspominając dawne czasy trójka przyjaciół wpadła na pomysł, by wspólnie stworzyć zespół, który byłby odskocznią od ich obecnych zobowiązań. Tak narodziła się grupa FAT MATTRESSNoel Redding przyniósł kilka autorskich kompozycji; z Neilem Landonem napisał następne, a gdy wyjechał do Stanów na kolejną trasę z Hendrixem do pracy przyłączył się Jim Leverton. On też rozwiązał problem z perkusistą. Zadzwonił do Erica Dillona z zapytaniem, czy nie zechciałby pograć w nowym zespole? Chciał. Machając ręką na pożegnanie Humperdinckowi przyłączył się do nowych kolegów i wziął udział w sesji nagraniowej. Pierwszą piosenkę jaką nagrali było „All Night Drinker” z gościnnym udziałem Chrisa Wooda z Traffic. Ten świetny numer nadał ton całej płycie; pozostałe utwory zostały nagrane podczas dziesięciu nocnych sesji, której przyglądał się Chas Chandler później oferując grupie swoje usługi. Był pewny siebie, obiecał zdobyć poważny kontrakt płytowy no i znał się z Noelem Reddingiem. To on, już jako menadżer, wysłał ich wiosną 1969 roku do Stanów w trasę z The Jimi Hendrix Experience, a w czerwcu załatwił lukratywny kontrakt z Polydor Records. W kuluarach wytwórni mówiło się, że FAT MATTRESS otrzymało wówczas nie tylko wielki kredyt zaufania od szefów firmy, ale także pokaźną zaliczkę. Jedną z największych w historii firmy. Dwa miesiące później 15 sierpnia 1969 wyszedł ich debiutancki album „Fat Mattress”.

Jeśli ktoś spodziewa się, że ze względu na obecność Noela Reddinga płyta będzie skrzyła się gitarowym ciężkim brzmieniem to trzeba powiedzieć, że jest ona daleko od tego co Noel grał z Hendrixem. Co więcej – Redding nie jest tu postacią dominującą jak można by przypuszczać, ale jednym z członków grupy. Bo FAT MATTRESS był zbiorowym wysiłkiem czwórki muzyków. Dodajmy – znakomitych muzyków.

Cała płyta jest pod silnym wpływem cudownej popowej psychodelii rodem z amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża i brytyjskiej muzyki folk rockowej przypominającej wczesne Family i Traffic. Zresztą grający tu na flecie Chris Wood nie przypadkiem pojawił się na albumie. Każda piosenka jest doskonała, a proste teksty są tak urocze, że przywołują ducha barwnych lat 60-tych. I jeśli kiedykolwiek chcę wywołać uśmiech na mej twarzy wystarczy, że przywołam sobie słowa otwierające piosenkę „She Came In The Morning”. Na mnie to działa! Co prawda niektórzy zarzucali grupie gloryfikację narkotyków śpiewając o rzekomo pięknych doświadczeniach z nimi związanych („Walking Throught A Garden”, „Everything Blue”), ale bez przesady – w tym temacie znam o wiele bardziej radykalne teksty… Płytę otwiera wspomniana już wcześniej prześliczna folkowa kompozycja „All Night Drinker” a kończy „How Can I Live?” z dźwięczną linią basu i potrójną harmonią wokalną utrzymaną w znakomitej brytyjskiej tradycji chóralnej. Nawiedzony i chwytliwy „Petrol Pump Assistant” napędzany pogłosem gitary, „pulchnym” basem i mocną perkusją są wzorem kapitalnej produkcji płyty. Kawałki zakotwiczone w późnych latach 60-tych takie jak „Mr. Moonshine” czy ukochany przeze mnie „Magic Forest” z udziałem Mitcha Mitchella na  perkusyjnych „przeszkadzajkach” to przykłady cudnej lirycznej psychodelii połączonej z akustycznym folkiem. Słuchać tego mogę bez końca…

Wcale, ale to wcale nie przeszkadza mi, że na albumie brak ostrych dźwięków gitar z fuzzem, potężnego brzmienia bębnów i ryczącego wokalisty na tle dudniącego basu. Jeśli chce się posłuchać pokolenia, które nauczyło się czegoś więcej od Dylana z odgłosami brytyjskiego folk rocka to tę płytę pokocha się na zabój. Bardzo podoba mi się tu Noel Redding, który oprócz tego, że był doskonałym basistą (co udowodnił grając z Jimi Hendrixem), był też świetnym gitarzystą. Bębnienie Erica Dilliona na pozór proste i nieskomplikowane jest wręcz niesamowite! Podobnie jak gra na basie i klawiszach Jima Levertona . Z kolei wokal Neila Landona jest tak ciepły i delikatny, że może łamać serca, lub lać w niego miód. Jeden kciuk uniesiony w górę dla tej płyty to za mało. Ja wyciągam dwa!!!

Kompaktowa reedycja Esoteric Records z 2011 roku zawiera osiem bonusów w tym m.in. cały singiel promujący album, dwa nagrania które nie weszły na płytę, strona „B” singla promującego drugi album, czy też – i tu ciekawostka: niewydany singiel Jima Levertona.

Płyta „Fat Mattress” sprzedawała się znakomicie po obu stronach Atlantyku. Magia nazwiska człowieka grającego z Jimi Hendrixem zrobiła swoje… 30 sierpnia 1969 roku na słynnym Festiwalu na Wyspie Wight zagrali przed 150 tys. publicznością. Zaraz po tym ruszyli na tournee po Niemczech. Publiczna  telewizja ARD zaprosiła zespół do popularnego programu muzycznego Beat-Club. Grupa zaśpiewała kilka piosenek w tym singlowy „Naturally”, albumowe „Magic Forest”, „Bright New Way”, „Mr. Moonshine”… Są to jedyne nagrania „na żywo” FAT MATTRESS jakie zachowały się do dnia dzisiejszego!

Kolejny wyjazd do Ameryki miał ugruntować dobrą pozycję zespołu. Niestety z trzydziestu zaplanowanych koncertów udało im się zagrać zaledwie… pięć! Totalna klapa. Jakby tego było mało grupę opuścił Noel Redding, a zaraz potem Jim Leverton. Po powrocie z USA na ich miejsce zatrudniono kanadyjskiego gitarzystę Steve’a Hammonda i klawiszowca Micka Weavera. Wydana w 1970 roku płyta „Fat Mattress II” okazała się dużo słabsza od debiutu w związku z czym Polydor nie przedłużył kontraktu a zespół zakończył działalność.

W Los Angeles Noel Redding  dołączył do hard rockowej grupy Road wydając album „Road” (1972). Następnie przeprowadził się do Irlandii gdzie założył zespół The Noel Redding Band. Udzielał się też jako muzyk sesyjny sporadycznie nagrywając i występując u boku innych artystów;  w 1993 roku grał z rockową kapelą Phish. Martwego muzyka znaleziono w jego domu w Country Cork 11 maja 2003 roku. Do dziś nie ustalono przyczyny jego śmierci. Miał 57 lat… W 1971 Jim Leverton związał się z grupą Juicy Lucy, grał także w Savoy Brown. W 1978 przyjął propozycję od Steve’a Marriotta i jego zespołu Blind Drunk. To był początek ich długiej przyjaźni, aż do śmierci Marriotta w 1991 roku. Cztery lata później został członkiem legendarnej grupy Caravan, w której gra do dziś… Eric Dillion grywał w różnych mniej znanych kapelach rockowych. Zrobił licencję pilota i z tego co wiem jeszcze kilka lat temu zatrudniony był w brytyjskich liniach lotniczych. Odwiedzając Folkestone wpada czasem do pubu i dla odprężenia pogrywa na bębnach z lokalnymi muzykami… Neil Landon nagrywał solowe płyty; ostatnia „Sings Musical Highlights” wyszła w 2000 roku. I choć wielkiej kariery nie zrobił jego głos na zawsze będzie mi się kojarzył z FAT MATTRESS

SILBERBART „4 Times Sound Razing” (1971)

Muzyczna kariera wokalisty i gitarzysty Hansa  Joachima Teschnera zaczęła się od… zakazu grania. Mając 15 lat kupił sobie używany, dość wiekowy saksofon dmuchając w niego ile sił w płucach. „Myślałem, że gram free jazz. Od tych dźwięków lokatorzy bloku w którym mieszkałem dostawali biegunki i dlatego zakazano mi ćwiczyć”. Saksofon zamienił na bardziej „bezpieczny” instrument, gitarę Hofnera. Aby uzyskać lepszy dźwięk podłączył ją pod lampowe radio Saba imitujące wzmacniacz z zielonym „oczkiem”. Kiedy zgodnie z zasadami szkoły gitarowej wziął akord E-dur i uderzył w struny dioda mocno zamrugała, z głośnika wydobył się przeraźliwy pisk, a z kabla poszedł dym. Zniekształcony dźwięk jaki usłyszał sprawił mu ogromną radość i satysfakcję! To był jego pierwszy gitarowy fuzz.

W szkole założył zespół The Shocker z „genialnym” basistą grającym dwa akordy na krzyż i perkusistą walącym w wojskowy bęben i odwróconą do góry nogami metalową umywalkę. Kilka lat później z dodatkowym wokalistą regularnie grali do tańca w żołnierskim klubie Gage dostając za noc 15 DM do podziału plus kilka butelek darmowego piwa. Do domu wracali o świcie zazwyczaj czołgając się niż maszerując i wcale nie chodziło tu o ćwiczenia wojskowe…  W 1967 roku po ukończeniu szkoły opuścił rodzinne Varel i udał się do Hamburga. Tam grał w kilku zespołach – najdłużej w The Tonics, z którym nagrał pięć singli dla wytwórni Ernte (niemiecki oddział Philipsa). Gdy The Tonics rozpadł się Hans wrócił do Varel z mocnym postanowieniem, że założy własną grupę. Dość miał grania popowych kawałków, które śpiewał z The Tonics. Ciągnęło go w innym kierunku –  w stronę improwizowanej ciężkiej muzyki. Do współpracy zaprosił basistę Wernera Kruga oraz Petera Behrensa mającego wówczas reputację najlepszego perkusisty w okolicy. Tak oto w 1970 roku w Dolnej Saksonii, w malutkim miasteczku Varel narodziło się trio SILBERBART.

Silberbart
SILBERBART. Od lewej: Werner Klug (bg), Peter Behrens (dr), Hans J. Teschner. (g. voc)

Repertuar oparli głównie na coverach Jimi Hendrixa, Led Zeppelin, Deep Purple, Grand Funk, Cream… Szybko załapali się na cotygodniowe koncerty organizowane w prestiżowym domu uzdrowiskowym Kurhaus w Wiesbaden, które cieszyły się wielkim powodzeniem szczególnie wśród młodzieży. Kokosów z tego co prawda nie było, ale muzycy nie narzekali. Jedyne czego im wtedy  brakowało to osoby, która zajmowałaby się wszelką poza muzyczną działalnością, czyli menadżera. Przez moment wydawało się, że takiego znaleźli – obrotny, wygadany, mający szerokie kontakty. Niestety gość po dwóch koncertach zniknął w dość „tajemniczy” sposób a wraz z nim gotówka odkładana przez muzyków od kilku miesięcy…

Mieli reputację najbardziej dzikiego i najgłośniej brzmiącego zespołu w tej części Niemiec. Mimo, że rzadko ruszali się ze swych  rodzinnych stron zdarzało im się otwierać koncerty wielu znanym zespołom, by wspomnieć tu o Frumpy, czy Eloy. Problemem było jednak to, że po ich ekspresyjnych występach główne gwiazdy brzmiały jak „dobrze wychowane zespoły licealne” zaś publiczność nierzadko wychodziła z sal z przekonaniem, że tego dnia nic lepszego już nie usłyszy.

Na przełomie kwietnia i maja 1971 roku na czterościeżkowym magnetofonie w prywatnym studiu nagraniowym zarejestrowali na „setkę” cztery utwory z myślą o płycie promocyjnej. Kiedy taśma trafiła do rąk przedstawiciela wytwórni Philips, ta z miejsca wydała go na dużym krążku.

Przesłuchując płytę po raz pierwszy kilka razy z uporem maniaka sprawdzałem datę wydania nie mogąc uwierzyć, że tak ekstremalnie ciężki materiał ukazał się w 1971 roku! Ci trzej muzycy są zupełnie wyjątkowi i niepowtarzalni i brzmią jak nikt inny wówczas nie brzmiał. Do tego całość wykonana jest z zadziwiająco doskonałą synchronizacją. Porównywanie tej płyty do „Hinten” Guru Guru (która ukazała się trzy miesiące później), czy do pierwszych trzech krążków Alice Coopera nie ma sensu. Intensywny hard rock zapędzający się w bardzo psychodeliczne rejony trudno skojarzyć z konkretnym zespołem; jeśli już, to stawiałbym na fuzję Pink Floyd z tego okresu z niemieckim Midnight Sun…

„Chub Chub Cherry” otwierający płytę wydaje się być tu najbardziej przystępnym kawałkiem. Teschner ze swym chrapliwym „zbolałym ” wokalem napędza utwór miażdżąc mocą swojej gitary dźwięki kojarzone z nutami Jimmy Page’a dostając mocne wsparcie od sekcji rytmicznej.  A to tylko rozgrzewka. Prawdziwa psychoza nadchodzi dopiero w drugiej kompozycji.

„Brain Brain” zaczyna się zwiewnie jak sen. Powolny puls basu i delikatne uderzenia w talerz sygnalizują zbliżającą się ciemność. Senna kołysanka działa jak narkoza. Atmosfera robi się bardziej gęsta i napięta. Czuć nadchodzącą grozę. Trwa to do momentu, gdy Teschner wypuszcza z całą mocą krzyk wydobywający się z najgłębszych zakamarków swoich trzewi. Krzyk, który tak jak w „Careful With That Axe Eugene” Pink Floyd wstrząsa, szokuje i powoduje, że skóra cierpnie ze strachu. Mózg zaczyna wariować. Jestem teraz w jego wnętrzu. Szukam po omacku brzytwy, by przeciąć wrzód, który się tam zadomowił. Peter Behrens wali w bębny jak szalony, puls basu Wernera Kluga czuć na piersiach, a gitara prowadząca skacząc spiralnie we wszystkich możliwych kierunkach ubezwłasnowolniła mój błędnik. Chaos i kakofonia psychodelicznych dźwięków atakują uszy; z niepokojem spoglądam na membrany w głośnikach i modlę się by wytrzymały jego potężny napór. W tym szaleństwie jest też i metoda, która ogólnie mówiąc sprowadza się do muzycznych interwałów. Muzycy co jakiś czas zwalniają i wyciszają się, by za chwilę przyspieszyć i dać kolejnego kopa. Jeśli ktoś twierdzi, że Fripp i Zappa to mistrzowie takiego grania pewnie nigdy nie słyszeli grupy SILBERBART… Utwór kończy się chwilowym powrotem do początkowego spokojnego motywu zagranego przez Teschnera. Ale wytchnienie jest tylko chwilowe; jego ciężka gitara powraca z porażającą mocą, a bas i perkusja budują wokół niego burzowe chmury przybierając formę „Bolera”, po czym… w mgnieniu oka wszystko wycisza się. Cóż za jazda!!! Macam się po głowie, przewracam oczami. poruszam palcami. Uff! Wszystko wydaje się być na miejscu. Chyba…

Ale to jeszcze nie koniec. Przed nami jeszcze więcej horroru. Trzeci utwór, „God” nie jest tak szalony jak poprzedni, ale wciąż bardzo ciężki i może przybliżyć do całkowitego załamania psychicznego. Ta dziesięciominutowa epopeja zaczyna się od ciężkiego wokalu, w którym Teschner opowiada o wojnach, wybuchach, destrukcji i zagubieniu. Gitarowe agresywne zagrywki z silną sekcją rytmiczną przeplatane acid rockowymi wstawkami solowymi przypominają drapieżnego ptaka kołującego nad upatrzoną ofiarą. Druga połowa nagrania to jamowe granie pełne szaleństwa zarówno perkusji jak i basu ze swobodnym gitarowym solem pełnym dzikiego vibrato. Cała rzecz bawi, przeraża i dezorientuje. I kiedy już myślimy, że to koniec trio gra dalej, bo jak to z SILBERBART-em bywa: nic się nigdy nie kończy, kiedy się kończy.

W końcową fazę podróży zabiera nas utwór zatytułowany „Head Tear Of The Drunken Sun” (kto do licha wymyśla takie tytuły?!) czyli kolejne dwanaście minut istnego szaleństwa. Podobnie jak „God” zaczyna się ciężką, chwytliwą gitarą i basem. Takie skrzyżowanie „Sing Low Sweet Cheerio” Alice Coopera z  brzmieniem zbliżonym do „Speed King” Deep Purple. Rozciągnięta improwizacja w drugiej części idzie w kierunku eksperymentowania, a gra gitarzysty i jego sprzężonego instrumentu przypomina operację na otwartym sercu: a to wznosząc się w górę i nurkując w dól, a to przekręcając kołki tuningowe raz na jeden raz na drugi kanał, a to krzycząc „Stop the madness!” Bębny i bas zaczynają dzwonić i reagować na siebie, ale żadne z nich nie decyduje się na solówkę. W jakiś sposób wszystko sprowadza się wkrótce do głównego tematu, aby ostatecznie zakończyć tę wyczerpującą, ale i oczyszczającą epopeję.

Tytuł albumu „4 Times Sound Rizing” mówi sam za siebie – twój mózg zostanie zrównany z ziemią cztery razy podczas jego słuchania. Ale gdy wszystko się skończy twoje zdrowie psychiczne będzie wyleczone, a umysł rozjaśniony…

Mogę sobie wyobrazić jakie uszkodzenia mózgu mogło spowodować słuchanie SILBERBART na żywo. Chciałbym to sprawdzić. Niestety, dopóki nie zostanie wymyślona podróż w czasie jest to niemożliwe. Dlatego gorąco polecam ten albumu. Poddajcie się świadomie temu muzycznemu  „eksperymentowi” i chociaż raz w życiu spróbujcie zapaść w tę niezwykłą psychodeliczną śpiączkę.

Ukryty smok belgijskiego rocka progresywnego – „Dragon” (1976).

Grupa DRAGON pochodziła z miasteczka Ath położonego w belgijskiej prowincji Walonii w połowie drogi między Brukselą a Lille. Założyli ją w 1970 roku bracia Jean (g) i Georges (dr) Vanaise do spółki z grającym na klawiszach Jean-Pierre Pirard’em. Niestety Pirard dość szybko opuścił kolegów ze względu na zły stan zdrowia; jego miejsce zajął Jean-Pierre Houx, utalentowany muzyk grający także na trąbce, puzonie i basie. W zespole było dwóch wokalistów. Pierwszy, Michael Lefevre, miał znakomity głos, ale opuścił kolegów koncentrując się na dalszej edukacji. Drugi barwą głosu przypominał Hendrixa i pochodził z Zairu, ale i on nie zagrzał długo miejsca – odszedł gdy dostał posadę attache w ambasadzie belgijskiej u boku syna zairskiego prezydenta Mobutu Sese Seko. Grupa przyjęła nazwę Burning Light pod którą występowała aż do czasu wydania płyty w 1976 roku.

Lider zespołu Jean Vanaise
Lider zespołu Jean Vanaise

Zaczynali skromnie, od grania znanych popowych hitów na lokalnych imprezach, a że ambicje mieli większe z biegiem czasu zastępowali je własnymi, bardziej złożonymi kompozycjami. Wyjątkowo gorąco zostali przyjęci na festiwalu muzyki rockowej w Coq Sur Mer gdzie spotkała się cała ówczesna śmietanka belgijskiej sceny rockowej z The Pebbles, Lagger Blues Machine i Irish Coffee na czele. Zaraz potem wyjechali poza granice kraju dając serię koncertów w paryskim Golf-Drouot. Ten nocny klub cieszył się wśród francuskiej młodzieży ogromną popularnością goszcząc znanych artystów takich jak Free, David Bowie, The Who…

Muzycy świadomi bycia lepszymi instrumentalistami niż śpiewakami przyjęli do zespołu wokalistę Bernarda Callaerta, a że kilku z nich grało na więcej niż jednym instrumencie mogli w pełni wykorzystać swe talenty wzbogacając przy tym muzyczną różnorodność brzmienia i harmonii. Liderem formacji stał się Jean Vanaise, który dostarczał sporo nowego materiału. Nie mniej każdy z pozostałych członków mógł wnosić do nich swoje pomysły i aranżacje. Mieli predylekcję do muzyki granej przez zespoły takie jak Pink Floyd, Golden Earring, czy Iron Butterfly, ale po swojemu. Koncerty urozmaicali pokazami slajdów, grą świateł i gęstym dymem, twarze przyozdabiali ostrym makijażem, zakładali maski. Wszystkie te akcesoria i efekty specjalne podkreślały wizualną i teatralną stronę ich przedstawienia.

Jean-Pierre Houx w scenicznym makijażu
Jean-Pierre Houx w scenicznym makijażu

Pod koniec 1975 roku do grupy dołączył Christian Duponcheel, były klawiszowiec i saksofonista Lagger Blues Machine, jednocześnie współwłaściciel sklepu muzycznego, w którym chłopaki kupowali instrumenty. Dodanie nowego członka zwiększyło możliwości muzyczne grupy szczególnie na scenie, gdy w niektórych kompozycjach trzeba było wykazać się płynną wymiennością funkcji. Przybycie Duponcheela wzmocniło w nich także przekonanie, że powinni stworzyć album, który z jednej strony uczyni ich muzykę bardziej znaną, z drugiej ułatwi karierę poza granicami kraju.

Christian Duponcheel
Christian Duponcheel

Zaczęli poszukiwanie wytwórni płytowej dla przyszłego albumu. Największe zainteresowanie wykazało EMI, ale ze względu na wewnętrzną reorganizację firmy Brytyjczycy wycofali się z tego pomysłu. Przeglądając New Musical Express natknęli się na reklamę nowo otwartego studia nagraniowego Acorn, które na swym wyposażeniu miało nowoczesną konsolę z 16-ścieżkowym magnetofonem. Pracując z niewielkim budżetem, grupa Burning Light ukończyła nagrania (wliczając w to miksowanie) w ciągu pięciu dni. Stało się to możliwe dzięki pomocy i dobrym radom inżyniera dźwięku Colina Batemana, któremu udało się także uzyskać pomoc od EMI w sprawie produkcji płyty. To wtedy zespół podjął decyzję o zmianie nazwy na DRAGON – bardziej neutralną i lepiej brzmiącą od poprzedniej, którą wymyślił gitarzysta Jean Vanaise. Nakład płyty był niski – wytłoczono zaledwie 1500 kopii, za które z własnej kieszeni zapłacili sami muzycy. Album, który zdobi piękna okładka zaprojektowana przez basistę Jean-Pierre Pirarda ukazał się w listopadzie 1976 roku. Dystrybuowała go na terenie Belgii Gamma Records. oraz muzycy podczas swoich koncertów. Na profesjonalną promocję zabrakło pieniędzy. Niestety.

Front okładki "Dragon" (1976)
Front okładki płyty „Dragon” (1976)

O tym albumie można powiedzieć, że załopotał jak sztandar pozostawiony przez Pink Floyd w 1971 roku na szczycie wzgórza zwanym Progresja uniesiony ponownie w górę, tyle że tym razem przez belgijskiego przyczajonego i ukrytego  SMOKA. Żartowałem. Aczkolwiek…

Całość otwiera instrumentalne, lekko symfoniczne „Introduction (Insects)” – nieco mistyczny kawałek na wzór Pink Floyd i Novalis z dryfującym Hammondem, krętą rozmytą melodią gitary elektrycznej splatającą się z kosmicznymi efektami. I ten piękny fortepian pod koniec… Tuż potem przychodzi „Lucifer” – dziewięciominutowy numer z szumem morza i krzykiem mew w intro, delikatnie brzmiącą bluesową gitarą o jazzowym zabarwieniu i ładnie „chodzącą” linią basu. Kilka zabawnych wersów o El Diablo wykrzyczanych ostrym głosem wokalisty podparte zostały zawodzącymi solówkami gitarowymi. Druga odsłona nagrania rozpoczyna się od nastrojowej, wolnej części pełnej syntezatorowych dźwięków w stylu Eloy z partią fletu; wokal staje się przestrzenny, a melodyjny i podniosły śpiew z owym łaa-łaa kojarzy się z „Celestial Voices” – końcową, czwartą częścią utworu „A Saucerful Of Secrets” Pink Floyd. Ciary..! Zaskakująco refleksyjny i emocjonalny „Leave Me With Tears” ma mroczny, ale porywający tekst. To psychodeliczny prog rock z gitarą akustyczną, polifonicznymi wokalami, uroczym łkającym melotronem i ekspresyjnym gitarowym solem wsparte fortepianem w finale…  „The girl with her hair in the wind, the girl with the key of time, ain’t gonna wait forever!” – nie mam pojęcia co autor tekstu miał tu na myśli, ale spróbujcie wybić sobie z głowy ten chwytliwy refren, gdy tam wejdzie. Nie da rady! Na dodatek „Gone In The Wind” to po prostu rześki rockowy numer brzmiący jak połączenie Barclay James Harvest z Uriah Heep z zabójczo wiodącą gitarą, uroczych wybuchów melotronu i niezwykle nośną melodią. A do tego niemożliwie optymistyczny i pełen życia! Z kolei „In The Blue” zaczyna się od psychodelicznych pejzaży; senną atmosferę rodem z Pink Floyd podkreśla jazzowa gitara i migoczące klawisze. Słychać wibrafon, róg i syntezator, który buduje kosmiczną, bardzo łagodną atmosferę, by później stać się ładnym organowym Camel-owym cudeńkiem z uroczymi aranżacjami wokalnymi i niesamowitą melodią. Wspaniałe partie gitar, syntezatorów i szczególnie organów Hammonda jakby żywcem przeniesione z 1967 roku sprawiają, że atmosfera jest naprawdę nawiedzona, a sama kompozycja rewelacyjna! „Crystal Ball” to kolejny przysmak i kontynuacja poprzedniego utworu z ostrą gitarą, który idealnie kończy ten znakomity album.

Jak już wspomniałem promocji albumu praktycznie nie było; zespół nie postarał się też by kopie płyt trafiły na przykład do radiowych DJ’ów, dziennikarzy, prasy muzycznej i innych mediów. Ten brak promocji oraz fakt, że album został wydany pod sam koniec okresu „złotej ery” progresywnego rocka i na początku punkowej rewolucji spowodował, że krążek przepadł. Do tego DRAGON wycofał się z grania koncertów skupiając się na tworzeniu nowego materiału. W trakcie pracy muzycy mieli jednak poczucie (całkiem uzasadnione), że ówczesne nastroje nie faworyzowały ich stylu muzycznego co w końcu doprowadziło do rozwiązania grupy w 1977 roku. Zarejestrowane nagrania ukazały się jednak na płycie „Kalahen”, którą Jean Vanaise wydał w 1986 roku w limitowanej, skromnej  edycji 400 egz… Jean-Pierre Houx i Christian Duponcheel dołączyli później do grupy rockowej Alcool, która przekształciła się w Graffiti. Pozostali muzycy nie podjęli żadnej współpracy i całkowicie wycofali się z muzycznej branży. Na szczęście DRAGON zostawił po sobie kapitalny album będący klejnotem (nie tylko) belgijskiego rocka progresywnego!

Kilka rzeczy na temat „Electric Ladyland” Jimi Hendrixa o których chcielibyście wiedzieć, ale wstydzicie się zapytać.

Ostatni studyjny album nagrany przez THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE, który ujrzał światło dzienne 16 października 1968 roku przeniósł gitarzystę lata świetlne poza jego dwa poprzednie dzieła: „Are You Experienced?” i „Axis: Bold As Love” – oba wydane w 1967 roku.  Album  „Electric Ladyland” dziś uważa się za prawdziwe arcydzieło na którym znalazły się m.in. takie kompozycje jak: „…And The Gods Made Love” z połamanymi rytmami perkusji, taśmą odtwarzaną od tyłu i zniekształconym wokalem; cudowna kołysanka w stylu Curtisa Mayfielda „Have You Ever Been (To Electric Ladyland)”; gniewny protest song „House Burning Down”; obłędny piętnastominutowy bluesowy jam „Voodoo Chile”; ponętny soul-jazzowy groove „Rainy Day, Dream Away” i epicka psychodeliczna apokalipsa „1983…(A Merman I Should Turn To Be)”. Co prawda takie „Crosstown Traffic” czy tlący się popowo „Burning Of The Midnight Lamp” mogłyby z powodzeniem znaleźć się na każdym innym albumie tria, ale „Electric Ladyland” zawiera też dwa nagrania, które na zawsze kojarzyć się będą z legendą Jimi Hendrixa. Myślę tu o mega ciężkim „Voodoo Child (Slight Return)” i o kapitalnej przeróbce piosenki Boba Dylana „All Along The Watchtower”.

Mało się dziś o tym mówi, ale narodziny albumu były bardzo trudne. Sesje nagraniowe w większości podzielone pomiędzy londyńskim Olympic Studios a nowojorskim Record Plant regularnie przerywane były przez zobowiązania koncertowe. Gitarzysta był tą sytuacją mocno sfrustrowany. „Robiliśmy nowe, naprawdę fantastyczne utwory i dopiero się w nie wkręcaliśmy” – zwierzał się na łamach tygodnika The Rolling Stone w lutym 1968 tuż po występie w Filmore West w San Francisco. I dodał: „Mamy te piosenki w głowie i chcemy jak najszybciej wrócić do studia by je zrealizować.” On, basista Noel Redding i perkusista Mitch Mitchell pracowali z przerwami nad nowym materiałem od poprzedniego lata tworząc jądro „Electric Ladyland” rozrastające się do podwójnego albumu. Dążenie do perfekcjonizmu oraz niekończąca się fascynacja eksperymentami dźwiękowymi zraziły w trakcie pracy jego niektórych najbardziej zaufanych przyjaciół, Sam artysta też nie do końca był zadowolony z efektu finalnego. „Electric Ladyland” nie tylko nie brzmiał, ale też i nie WYGLĄDAŁ tak jak  go sobie wymarzył. I to jest pierwsza z tych rzeczy, o których nie wszyscy wiedzą.

1. Zamieszanie wokół okładki.

Oprócz bycia muzycznym perfekcjonistą, Hendrix miał bardzo specyficzne pomysły wizualne dla „Electric Ladyland”. Linda Eastman, późniejsza żona Paula McCartneya, w nowojorskim  Central Parku zrobiła zdjęcie zespołu z dziećmi siedzącymi na odlanej z brązu rzeźbie Jose de Creefta „Alicja w Krainie Czarów”. Gitarzysta stwierdził, że będzie ono idealnie pasować na okładkę albumu. Osobiście zadzwonił do wytwórni Reprise Records i wydał odpowiednie polecenie. Z niewiadomych do dziś powodów Reprise zdecydowało się ostatecznie użyć „słonecznego” zdjęcia Karla Ferrisa zrobione w 1967 roku podczas występu artysty w londyńskim Saville Theatre.

Amerykańska wersja okładki
Amerykańska wersja okładki „Electric Ladyland” (Reprise 1968)

Hendrix nie krył rozczarowania, ale w końcu dał się przekonać. Jednak gdy zobaczył brytyjskie wydanie wytwórni Track Records z zupełnie inną okładką wściekł się na dobre. Track będący oficjalnym wydawcą płyt Hendrixa w Wielkiej Brytanii zastosował bardziej prowokacyjny i kontrowersyjny temat. Posłużył się zdjęciem dziewiętnastu nagich modelek zrobionym przez Davida  Montgomery’ego bez porozumienia z gitarzystą „Nic nie wiedziałem o jakimkolwiek alternatywnym projekcie” – powiedział Melody Maker w listopadzie 1968 roku. „Nie było szans, by to odwrócić – album trafił do dystrybucji.” I dodał: „Szkoda, że fotograf pokpił sprawę robiąc zdjęcie soczewką rybiego oka lub czymś takim. To sprawiło, że dziewczyny wyglądają źle, a niektóre z nich są piękne. Ale to nie moja wina.”

Brytyjska edycja LP wytwórni Tracks Records
Kontrowersyjny, brytyjski projekt okładki Track Records (1968)

Wydanie Track spotkało się z oporem i cenzurą w wielu sklepach płytowych szczególnie w odległych prowincjach Wysp Brytyjskich. Natomiast londyńscy hurtownicy zacierali ręce z radości; płyta, co prawda zapakowana w dodatkową brązową kopertę, sprzedawała się znakomicie! Dopiero 9 listopada 2018 roku z okazji 50-tej rocznicy ukazania się „Electric Ladyland” na rynku firma Sony Music wydała 4-płytowy box opatrzony oryginalnym projektem Lindy Eastman, który jako jedyny Jimi Hendrix w pełni akceptował.

Rekomendowana okładka albumu przez Hendrixa.
Rekomendowana przez  Hendrixa okładka autorstwa Lindy Eastman.

2. Mama Whitney Houston śpiewała chórki w „Burning Of The Midnight Lamp”.

Pierwsza piosenka nagrana na „Electric Ladyland”, „Burning Of The Midnight Lamp”, została zarejestrowana w nowojorskich Mayfair Studios 6 i 7 lipca 1967 roku zaledwie trzy tygodnie po „ogniście płonącym” występie Experience na Monterey Pop Festival. Co prawda była ona nagrana z myślą o albumie „Axis: Bold As Love”, ale wtedy zabrakło na nią miejsca.

Sesje „Burning…” były pierwszymi, w których Hendrix pracował z inżynierem Garym Kellgrenem i który odegrał główną rolę w procesie tworzenia „Electric Ladyland”. Kiedy Jimi i Chas Chandler zdecydowali, że piosence przydałby się kobiecy wokal żona Gary’ego Kellgnera, Marta, sprowadziła do studia kwartet wokalny Sweet Inspirations prowadzony przez Emilly „Cissy” Houston. Kwartetowi towarzyszyła czteroletnia wówczas córeczka Emilly, Whitney, która jak wiemy za kilka lat sama podbije serca fanów na całym świecie… Choć psychodeliczna muzyka Houston i jej kohortom wydawała się trochę niezwykła panie były gotowe przyjąć wyzwanie. Wszak pracowały już z takimi artystami jak Aretha Franklin, Wilson Pickett, Solomon Burke i Van Morrison. „Piosenkę uznały za dość hm… dziwną” – wspominał Chas Chandler, menadżer artysty. „Myślę nawet, że „Burning Of The Midnight Lamp” wstrząsnęło nimi, ale też i spodobało  się. Dziewczyny wykonały naprawdę świetną robotę.” 

3. Kazoo domowej roboty użyte w „Crosstown Traffic”.

Gitarzysta uwielbiał bawić się dźwiękiem, otaczał się nowinkami technicznymi, a pedał wah wah uważał za najlepszy wynalazek jaki do tej pory wymyślono. Potrafił też na gorąco coś „zmajstrować” jeśli miało to być konieczne. I tak na przykład podczas jednego z występów w trakcie grania „All Along The Watchtower” użył zapalniczki jako gitarowego slajdu. W „Crosstown Traffic” długo męczył się szukając odpowiedniego dźwięku, który siedział mu w głowie. Przyjaciel Jimiego, Velvert Turner tak to wspomina: „Przeżywał męki, bo jak sobie coś wymyślił nie odpuszczał – musiało być tak jak on to widział. W końcu zdesperowany zapytał mnie „Masz grzebień?” Owinął go celofanem i zaczął w niego dmuchać. Brzmiało to jak kazoo (instrument z grupy membranofonów dętych składający się z cienkiej membrany umieszczonej wewnątrz  metalowej, bądź drewnianej rurki, która zbliżona do ust śpiewającego wzbudza drgania nadając głosowi nosowe zabarwienie – przyp. moja). Tak więc gitarowe solo w „Crosstown Traffic” otoczone jest dźwiękiem domowej roboty kazoo, a konkretnie moim osobistym grzebieniem.”

4. Niedyspozycja Briana Jonesa w „All Along The Watchtower”.

Hendrix często zachęcał zaprzyjaźnionych muzyków by  przyłączali się do niego podczas sesji nagraniowych. Tak też było i tym razem. Na albumie pojawiło się ich dość sporo, w tym Al Kooper, Buddy Milles, muzycy z Traffic czyli Dave Mason, Steve Winwood i Chris Wood… Kiedy podczas nagrywania coveru Dylana w studiu pojawił się Brian Jones z The Rolling Stones Jimi oszalał z radości. Jego entuzjastyczna prośba, by gość zagrał na fortepianie okazała się, niewykonalna. Stan trzeźwości Briana udaremnił ów pomysł. Jimi nie chcąc zranić uczuć przyjaciela posadził go tyłem do perkusji i wręczył do ręki vibraslap (instrument imitujący dźwięk zgrzytającej szczęki), które tak wyraźnie słychać w intro „All Along The Watchtower”. Brian jako jedyny ze Stonesów mógł pochwalić się studyjną współpracą z gitarowym geniuszem…

5. Szacunek Boba Dylana i „miłosne” wyznanie Hendrixa.

Bob Dylan wielokrotnie chwalił wersję „All Along The Watchtawer” nagraną przez Hendrixa, a nawet włączył jej aranżację do swoich koncertów. W wywiadzie dla Fort Lauderdale Sun Sentinel w 1995 roku powiedział: „Miał talent znajdowania w piosenkach rzeczy, które energicznie rozwijał na swój przestrzenny sposób, rzeczy o których inni by nie pomyśleli. Wtedy mnie to przytłoczyło, dziś sam z tego korzystam.” Oprócz „All Along…” Jimi Hendrix miał w swym repertuarze także inne utwory Dylana: „Like A Rolling Stone”, „Can You Please Crowl Out Your Window?” i „Drifter Escape”. „Kocham Dylana” – wyznał na łamach Rolling Stone w 1969 roku. „Jak długo się znacie? „ dopytywał reporter. „Spotkałem go tylko raz, jakieś trzy lata temu w Kettle Of Fish (niewielka knajpka, miejsce spotkań folk-rockowych muzyków na MacGougal Street w Nowym Jorku – przyp. moja). To było jeszcze przed wyjazdem do Anglii. Obaj byliśmy wtedy dość pijani, więc prawdopodobnie on tego nie pamięta…”

6. „Voodoo Chile” – jamowe granie z rockowymi gwiazdami.

Podczas tworzenia „Electric Ladyland” Jimi lubił wpadać do popularnego klubu nocnego Scene znajdującego się w piwnicy na West 46 Street. Mieścił się on się tuż za rogiem studia nagraniowego  Record Plant, które Gary Kellgren urządził z myślą o Hendrixie. Ten niewielki przybytek był magnesem przyciągającym muzyków, którzy koncertując po Stanach zahaczali o Nowy Jork. Wizyty Jima w Scene zawsze kończyły się wspólnym graniem z kimkolwiek kto by tam nie był. Potem naładowany energią wracał na sesje nagraniowe. W nocy 2 maja 1968 roku spotkał tam Steve’a Winwooda z Traffic i Jacka Casady z Jefferson Airplane – obaj koncertowali w tym czasie ze swoimi zespołami w Nowym Jorku. Eddie Kramer, który tego wieczoru towarzyszył Hendrixowi twierdzi, że takiej chemii między muzykami dawno nie widział. Jimi nie mógł odpuścić tej cudownej okazji; zaciągnął obu muzyków do studia, gdzie czekał już na nich Mitch Mitchell. Jimi był bardzo podekscytowany”- wspomina tę noc Kramer. „Adrenalina wszystkim buzowała w żyłach, a jemu chodziło tylko o jedno: zatrzymać ów magiczny moment i powtórzyć to wszystko w studio. Tak powstało „Voodoo Chile” – obłędny piętnastominutowy blues zrodzony z przypadkowego spotkania fantastycznych muzyków”. 

7. Ekipa telewizyjna BBC w studio nagraniowym.

Dzień po nagraniu „Voodoo Chile” w studio zjawili się ludzie z Telewizji BBC. Chcieli uchwycić pracę zespołu podczas nagrywania płyty do ewentualnego filmu dokumentalnego. Choć muzycy mieli tylko udawać że grają na swych instrumentach Jimi wykorzystał moment i nauczył kolegów z zespołu nowej piosenki w trzy minuty! Tak narodził się „Voodoo Child (Slight Return)”, który pozostaje jednym z najcięższych i najmocniejszych utworów w karierze Hendrixa. Szkoda tylko, że materiał Brytyjczyków z  BBC nigdy nie ujrzał światła dziennego – ponoć został przypadkowo skasowany…

8. Perfekcjonizm przyczyną nieporozumień i rozstań.

To, że „Voodoo Chile” jak i „Voodoo Child (Slight Return)” zostało nagrane w zaledwie trzech podejściach było niespotykanym jak dla Hendrixa ewenementem. Dążenie do perfekcjonizmu odbijało się na jego współpracownikach, którzy czasami mieli tego po prostu dość. Menadżer i producent pyty Chas Chandler, który preferował metodę tworzenia płyty na zasadzie „zagraj i skończ” czuł się coraz bardzie sfrustrowany tendencjami perfekcjonistycznymi gitarzysty. Czarę goryczy przechyliło pięćdziesiąt(!) podejść do w sumie krótkiego, funkowego „Gypsy Eyes”. Chas Chandler: „Nie pamiętam po którym to było razie, ale w końcu krzyknąłem do Jimiego: „Jest super. Mamy to!” a on nie zwracając na mnie uwagi wciąż kręcił głową i mówił „Nie, nie, nie…”. I dalej próbował. Atmosfera w studio robiła się gęsta. W końcu machnąłem na to wszystko ręką i wyszedłem”. Noel Redding także nie krył rozczarowania zachowaniem Jimiego, który coraz częściej sam nagrywał partie basu. „Czułem się odsunięty i nikomu niepotrzebny… Do tego w studio kręciło się mnóstwo niepotrzebnych ludzi, których nie wiem po jakie licho Jimi  sprowadzał. W końcu powiedziałem mu w oczy co o tym myślę, na co on odpowiedział „Człowieku, wyluzuj…” Miałem do niego żal. Wtedy zrobiłem sobie dłuższą przerwę, odprężyłem się i nawet nie wiedziałem, czy wrócę tam kiedykolwiek…” Wrócił. Jimi w geście pojednania zgodził się włączyć piosenkę „Little Miss Strange”, którą basista przyniósł ze sobą do „Electric Ladyland”. O ile Noel Redding wrócił, Chas Chandler już nie – odszedł od Herndrixa na dobre.

9. JImi Hendrix rozczarowany brzmieniem albumu.

Długie godziny spędzane w studiu podczas nagrywania „Electric Ladyland” zwielokrotniły i tak już duże koszty produkcyjne albumu. Wystarczy powiedzieć, że rachunek w Record Plant wyniósł  60 000 dolarów, a kolejne 10 000 zapłacono londyńskiemu Olympic Studios! Pod presją Reprise Hendrix zmuszony był do miksowania gotowego materiału będąc w trasie z Experience. Pozbawiony luksusu przebywania w studiu, tuż po wydaniu płyty żalił się magazynowi Hullabaloo: „Trudno skoncentrować się na obu sprawach jednocześnie – być w trasie i robić miksy. Część roboty spadła na Eddie’ego Kramera. Planowaliśmy, że użyjemy przestrzennego dźwięku, takie brzmienie w 3D, ale ludzie z Reprise tego nie rozumieli. W końcu wyszło jak wyszło, część jest zamulona, ze zbyt dużą ilością basu. Ach, gdyby dali nam trochę więcej czasu…” Jimi oczywiście przesadził. Żaden inny album w tym czasie nie brzmiał tak nowatorsko jak „Electric Ladyland”. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.

10. „Electric Ladyland”, album który namieszał krytykom w głowie.

Wielu ówczesnych recenzentów nie było w stanie objąć w swoich umysłach wielkości i muzycznego bogactwa „Electric Ladyland”. Ponoć niektórzy bojąc się ośmieszenia odmawiali podjęcia się jego recenzji. Tony Glover pisząc o albumie na łamach Rolling Stone z 9 października 1968 roku chwalił trio za wycieczki w stronę bluesa, ale wydawał się niepewny co do ciężkich momentów narzekając na „zawodzącą gitarę Hendrixa. Pochwalił mniej złożoną kompozycję „Little Miss Strange” zaś o „Voodoo Chile” i „1983” powiedział, że „zostały zniszczone przez reaktywnie surową grę”. Melody Maker skupił się w zasadzie na prostszych piosenkach („All Along The Watchtower” uznał za arcydzieło) i zarzuci, że „albumowi brakuje struktury i brzmi zbyt gęsto”... Robert Christgau był bardziej entuzjastyczny chwaląc w Stereo Reviev doskonałą produkcję oraz świetne teksty, zaś album określił jako „wybuchową wizytówkę rocka z ciężką gitarową estetyką”. Dodał też: „Podczas gdy wielu rockowych gitarzystów uważa, że improwizacja jest prostym przedsięwzięciem niech posłucha Hendrixa w „Voodoo Chile”. Takich efektów nigdy nie otrzymasz od Kenny’ego Burella” (ceniony amerykański gitarzysta jazzowy – przyp. moja).

Od chwili gdy „Electric Ladyland” ujrzało światło dzienne minęło pół wieku. Dziś uznaje się, że to jeden z tych najważniejszych i największych albumów rockowych wszech czasów. Po prostu absolut!

Francuski neo-prog: MINIMUM VITAL „La Source” (1993); HALLOWEEN „Merlin” (1994).

Założony przez bliźniaków Thierry’ego (kb) i Jean-Luca (g) Payssan w 1982 roku MINIMUM VITAL to zjawisko szczególne wśród najbardziej oryginalnych zespołów na progresywnej scenie lat 80-tych. Muzycy będący lojalnymi spadkobiercami klasycznego rocka progresywnego lat 70-tych stworzyli wyjątkowo wyrafinowany i świetlisty krajobraz muzyczny. Żeglując między muzyką rockową, progresywną, celtycką, średniowieczną i tradycyjną muzyką z południa Europy, łącząc wpływ grupy Yes z zadziwiającą wirtuozerią rodem z fusion zbudowali jednolity, niepowtarzalny i oryginalny styl. Ich fonograficzny debiut to kaseta magnetofonowa zatytułowana „Envol Trianges” wydana wydana w 1985 roku; dwa lata później ukazała się kolejna „Les Saisons Marines” i dopiero w 1990 roku nieoceniona w propagowaniu rocka progresywnego wytwórnia Musea wypuściła na rynek płytowy debiut grupy, „Sarabandes”, który został gorąco przyjęty przez francuskich fanów. Trzy lata później ukazał się krążek zatytułowany „La Source”.

To najdoskonalszy w tym czasie album zespołu, prawdziwe dzieło na którym po raz pierwszy pojawił się wokalista. Był nim  Antoine Guerber,  klasyczny tenor grający również na harfie. Postać dość ciekawa o tyle, że tuż po nagraniu płyty „La Source” poświęcił się całkowicie prowadzeniem chóru pod nazwą Diabolus In Musica.  Chór wraz z kwartetem smyczkowym wspomagany instrumentem o oryginalnej nazwie klawicyterium (rodzaj klawesynu, w którym struny ustawione są pionowo!) wykonywał głównie francuską muzykę z epoki średniowiecza. Ale to tak na marginesie… Guerber śpiewa po francusku i w wykreowanym przez zespół języku stanowiącym połączenie łaciny, portugalskiego i dialektów południowej Francji. I choć album w dużej części jest instrumentalny, to wokalista dodał mu oryginalności i większych emocji szczególnie w „Ann dey floh” „Ce gui soustient”. Muzyka oparta jest w głównej mierze na instrumentach klawiszowych i szybkich, momentami karkołomnych solówkach gitarowych. Trzeba przyznać, że bracia Payssan to bardzo sprawni i utalentowani muzycy doskonale się rozumiejący i nawzajem uzupełniający. Spaja to wszystko sekcja rytmiczna z przyjemnie złożonym bębnieniem i głębokim basem. Trudno wskazać jakąś wybijającą się kompozycję – wszystkie trzymają wysoki poziom. Otwierający całość  „Danse des voex” przypomina mi „Siberian Khatru” grupy Yes – przynajmniej na samym początku, z kolei klawiszowe zagrywki w „La villa emo” pasują do stylu Marka Kelly’ego  z Marillion, a „Ann dey floh” brzmi jak średniowieczny madrygał. Najbardziej „soczysty” klimat rocka progresywnego ma kompozycja „Mystical West” z cudownymi zagrywkami gitarowymi, delikatnym fletem, kolorowymi plamami klawiszy, które nadały jej trójwymiarową głębię. Płytę kończy prześliczna, trwająca zaledwie półtorej  minuty miniatura „La source/Finale” z delikatnym i snującym się jak poranna mgiełka wokalem. Jak ja uwielbiam takie zakończenia!

Założony w 1983 roku HALLOWEEN to, obok Minimum Vital i Hecenia, jeden z najbardziej obiecujących zespołów progresywnych we Francji w tamtym czasie. Entuzjastycznie przyjęte dwa pierwsze albumy: „Part One” (1988) i „Laz” (1989) były przygrywką dla trzeciego, najdoskonalszego dzieła. Płyta „Merlin” z piękną, na wpół baśniową okładką została wydana w 1994 roku.

HALLOWEEN grają dopracowaną, wycyzelowaną muzykę pełną przejść, zmian rytmu i zadziwiających rozwinięć instrumentalnych. Brzmienie grupy charakteryzują fantastyczne partie skrzypiec (Jean-Philippe Brun) i klawiszy (Gilles Coppin), oraz umiejętność tworzenia mrocznej, niepokojącej muzyki z gęstymi klimatami w duchu „Lark’s Tonque In Aspic” King Crimson.

Longplay „Merlin” to koncepcyjny album opowiadający historię najsłynniejszego celtyckiego maga na dworze króla Artura, którego brzmienie wzbogacono znakomitym żeńskim wokalem Gerardine Le Cocq. Wspomagają ją także wspomniani już wyżej panowie, ale to jej głos wybija się zdecydowanie kreując cudowne klimaty. Tak jest np. w „Morgane”. Na tle klawiszy Gerardine szepta napisane przez siebie wersety. Jej usta wydają sie przyklejone do naszego ucha podczas gdy muzyka, teraz wspierana przez skrzypce, podkreśla hipnozę i urok melodii. Musimy się uszczypnąć, żeby nie poddać się halucynacji… Teksty  śpiewane są po francusku i chwała im za to. Kiedy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy oszalałem na jej punkcie. Serio! To była jedna z tych pozycji, którą gotów byłem zabrać na bezludną wyspę. Myślę, że fani grupy Ange, legendy „starego” francuskiego prog rocka też zwariują na jej punkcie. To, co robi wrażenie to nie tylko znakomita muzykalność i świetne kompozycje, ale pełne i bogate wykorzystanie wielu instrumentów. Gitara, melotron, skrzypce, bas, perkusja to podstawa – one dominują. Jednakże mamy tu i tubę i lutnię i rogi, kontrabas, puzon, a także flet i trąbkę. Daje to albumowi silne wrażenie symfonicznego rozmachu. I tak jak w przypadku płyty „La Source” trudno na „Merlin” wyróżnić  jakiś utwór. Tym bardziej, że całość to jedna długa opowieść, w której połączone wątki muzyczne przeplatają się wzajemnie. Jeśli powiem, że „Le Conseil Des Demons”, „Le Proces”, „Dragon Rouge Dragon Blanc”, „La Mort De Morgane” i „Foret” są doskonałe, to o pozostałych mogę powiedzieć, że są „tylko” świetne!

Cenię sobie obie te płyty. Za ich oryginalność i świeżość, Tych cech zabrakło wielu innym, czasem bardziej znanym i popularnym grupom z Wlk. Brytanii i ze Starego Kontynentu. Tak się bowiem składa, że Francuzi na ogół nie kopiują, lecz idą swoją własną muzyczną ścieżką. I chwała im za to!

Archiwalia: GENESIS „Archives 1967-75”; AC/DC „Bonfire”.

O płytowych rarytasach wydawanych przez wytwórnie płytowe pisałem już nie raz. Z uwagi na to, że temat cieszy się dużym zainteresowaniem postanowiłem do niego wrócić sięgając po boxy zawierające ciekawe, z punktu widzenia zagorzałego fana bezcenne archiwalia. Zacznę od zespołu GENESIS i boxu„Archives 1967-75” wydanego przez Virgin Records w 1998 roku.

Cóż my tu mamy? W największym skrócie: czterokompaktowy box, 52 utwory, 250 minut muzyki i 80-cio stronicowa książeczka – istna rockowa Biblia! W dodatku całość do tej pory nigdy nie publikowana!!! Muzycy dali fanom to, czego ci oczekiwali od lat, a więc cały „The Lamb Lies Down In Boadway” nagrany na żywo podczas trasy promocyjnej, obszerny fragment koncertu w Rainbow Theatre z października 1973, utwory wydane tylko na singlach, fragmenty sesji dla Radia BBC i najrzadsze w tym zestawie, absolutne rarytasy – nagrania demo z okresu debiutu. Trzeba przyznać, że od nadmiaru szczęścia w głowie może się zakręcić!

Pierwsze dwie płyty wypełnia koncertowe wykonanie „The Lamb…”, które dokonano w The Shrine Auditorium w Los Angeles 24 stycznia 1975 roku i jest to, uwaga – JEDYNY(!) zarejestrowany koncert „Baranka…” przez zespół. Peter Gabriel po odsłuchaniu materiału nie krył rozczarowania swoim śpiewem. Pamiętajmy, że to był ten okres gdy wokalista występował na scenie w różnych maskach, wisiał nad sceną zawieszony na linach, biegał, skakał. Nie dziwi więc, że czasami miał trudności z oddechem, ze śpiewaniem, dlatego na potrzeby tego wydawnictwa w studiu poprawił wokal. Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni. Wiadomo również, że do studia zawitał też Steve Hackett, by poprawić co nieco (np. gitarowe solo w utworze „Lamia”) lub w całości nagrać na nowo „It” zamykający suitę, gdyż w 1975 roku realizator usnął podczas koncertu i… nie zauważył, że skończyła się taśma. Tak więc po latach doszło w studiu do sensacyjnego spotkania grupy w dawnym składzie! Nie muszę dodawać jak wielkie emocje towarzyszyły temu wydarzeniu i jakie nadzieje rozbudziło ono w naszych sercach. Szybko okazało się, że próżne były to nadzieje…

Trzeci, moim zdaniem najlepszy kompakt zawiera zestaw marzenie. Pierwsze pięć utworów i aż 50 minut muzyki pochodzi z koncertu jaki odbył się w londyńskim Rainbow Theatre 20 października 1973 roku, na którym grupa promowała swój nowy album (jeden z moich ukochanych) „Selling England By The Pound” wydany osiem dni wcześniej. Szczególnie urzekające jest wspaniałe wykonanie magnum opus grupy „Supper’s Ready”. Mogę słuchać tego całymi godzinami! Potem mamy rewelacyjną wersję „Stagnation” z albumu „Trespass” nagraną na żywo w 1971 roku dla Radia BBC. Ostatnie trzy utwory znane nielicznym pochodzą z bardzo rzadkich singli bądź bootlegów: balladowy, utrzymany w klimacie Cata Stevensa „Happy The Man” (strona „A” z 1972), wspaniały rockowy numer a la Jethro Tull trwający niemal osiem minut „Twilight Alehouse” (strona „B” singla „I Know What I Like”), oraz amerykańska, zremiksowana w 1972 roku wersja „Watcher Of The Skies” z zupełnie zmienionym zakończeniem. Chociażby dla tego jednego kompaktu warto kupić całe wydawnictwo!

Główną atrakcją czwartej płyty są przede wszystkim trzy cudowne kompozycje nagrane dla Radia BBC (znów!) na potrzeby programu „Nightride” 22 lutego 1970 , a zatem pół roku przed „Trespass” i są to: „Shepherd”, „Pacidy” i „Let Us Now Make Love”. W tym czasie zespół przestawał grać proste, melodyjne, popowe piosenki, a zaczął kombinować z dłuższymi, bardziej rozbudowanymi formami. Proszę posłuchać – ten zespół skazany był na sukces! Utwory te grane były na koncertach, ale nigdy nie zarejestrowano ich na oficjalnych płytach. Kolejne dwa nagrania: „Going Out To Get You” i „Dusk” to dema pochodzące mniej więcej z tego samego okresu, przy czym ten drugi niemal w identycznej aranżacji znalazł się na „Trespass”. Z kolei „Build Me A Mountain” nagrany podczas sesji do albumu „From Genesis To Revelation”, który ostatecznie tam się nie znalazł jest o tyle ciekawy, że wyraźnie słychać w nim motyw, który potem przekształcił się we wspaniały „Twilight Alehouse”. Pozostałe nagrania (trzynaście) to – o dziwo, świetnej jakości wersje surowe i dema nagrane w latach 1967-68 przez Gabriela i Banksa.

Wytwórnia Virgin poszła za ciosem i 6 listopada 2000 roku wypuściła drugą część archiwaliów GENESIS. Jestem wielkim fanem grupy, która kształtowała mój muzyczny gust i ciężko mi to mówić, ale… No właśnie. Trzypłytowy box „Archive 2: 1976-1992”,  który nazwać można „collinsowskim” archiwum zespołu uważam za wielkie rozczarowanie. Niestety. Brakuje mi tu perełek i rarytasów którymi skrzyła się pierwsza część „Archive” i do których wyłem z radości. Druga odsłona w dwóch trzecich swej objętości jest zbiorem stron „B” singli, czyli rozciągniętych i zremiksowanych przebojów, a więc nagrań które sympatycy zespołu znali od lat. Gwoździem do trumny są np. 12-calowe remiksy „I Can’t Dance”, „Invisible Touch”, „Land Of Confusion”, oraz „Tonight Tonight Tonight”, które w porównaniu z wersjami z albumów nic nie wnoszą. Dlaczego zabrakło tu dwóch świetnych nagrań: „Match Of The Day” oraz „Me And Virgil”?  Bo co? Bo nie przepadali za nimi ani Banks, ani Collins? W zamian zaś są słabiutkie instrumentalne kompozycje „Naminamu” i „Submarine” (strony „B” singli z płyty „Abacab”), które – szczerze? nadają się do kosza! Chce mi się wyć. Tyle, że tym razem z rozpaczy. Sytuację odrobinę ratuje drugi krążek będący zbiorem koncertowych wersji dziesięciu znakomitych(!) kompozycji z całego repertuaru GENESIS w tym m.in. ciekawe „Your Own Special Way” nagrane w Sydney z orkiestrą symfoniczną, czy „Entangled” z pierwszej trasy GENESIS z Phillem Collinsem jako frontmanem. Niektóre fragmenty są tak zmiksowane, że robią wrażenie jakby pochodziły z jednego występu i słucha się tego całkiem przyjemnie… Kilkakrotnie przymierzałem się do kupna tego wydawnictwa. Był nawet moment, że miałem go w ręku stojąc przy kasie. Wystarczył jednak ostatni rzut oka na set listę i… odłożyłem go z powrotem na półkę.

Takiego dylematu nie miałem sięgając po tekturowe podłużne i dość ubogie w kolory pudło grupy AC/DC zatytułowane „Bonfire” wydane przez Elektrę 11 listopada 1997 roku. Całość została stworzona jako hołd dla zmarłego wokalisty zespołu, Bona Scotta. Nazwa „Bonfire” była jego oryginalnym pomysłem – właśnie tak chciał nazwać swój przyszły solowy album. Jak wiemy nigdy go nie wydał…

Kilka lat po śmierci wokalisty Angus Young chwalił się, że ma sporo unikalnego materiału z udziałem Scotta i obiecał coś z tym zrobić. Mijały kolejne lata i nic. W końcu fani wymusili na nim, żeby spełnił swą obietnicę. W rezultacie w tekturowym pudle znalazły się trzy płyty CD zapakowane w tradycyjne plastikowe pudełka, które można swobodnie postawić na półkę z pozostałymi albumami grupy.

Płyta numer jeden zatytułowana „Live At The Atlantic Studios” jest zapisem koncertu radiowego z 7 grudnia 1977 roku. Nagrania te początkowo ukazały się tylko na płytach promocyjnych więc były dostępne nielicznym, oraz na kiepskiej jakości bootlegach. W oficjalnym obiegu ukazują się po raz pierwszy i zachwycają znakomitą jakością dźwięku. Nic dziwnego – pochodzą z taśmy matki i zostały poddane remasteringowi… W nowojorskim studiu Atlantic w czasie występu AC/DC panował bardzo kameralny klimacik. Słychać to po skromnych oklaskach garstki pracowników ekipy technicznej, po nieśmiałej konferansjerce Bona Scotta. Muzyka za to – pomijając walor historyczny, jest piorunująca, na rewelacyjnie wysokim poziomie. No i ta emocja płynąca tak z muzyki jak i emocja płynąca ze wspomnień. Fani AC/DC wiedzą o co chodzi…

Druga w zestawie, podwójna płyta „Let There Be Rock – The Movie (Live In Paris)” to koncert nagrany w paryskim Pavilllon 9 grudnia 1979 roku – jeden z ostatnich z Bonem w składzie i wreszcie na CD! Jak dotąd dostępny był wyłącznie na kasetach wideo pt. „Let There Be Rock” od 1980 roku. Film kultowy, więc dźwięki żadną niespodzianką nie są – kolejność utworów ta sama co na VHS-ie z pominięciem rzecz jasna wywiadów i scenek rodzajowych, ale z dodanym utworem „T.N.T.”, którego w filmie nie było.

„Volts” – trzecia płyta, to już same rarytasy! I to jakie! „Dirty Eyes”  jest pierwotną wersją „Who Lotta Rosie”. Smakowitą! „Back Seat Confidential” to praprzodek „Beautin’ Around The Bush” (pamiętam „kwiatek” pewnego prezentera Polskiego Radia, który zapowiedział go jako „Walenie w buszu” – padłem!). „Schools Days” jest przeróbką kompozycji Chucka Berry’ego, którego wielkim fanem od zawsze był Angus Young. Utwór pochodzi z australijskiej płyty „T.N.T.” i dopiero tu miał swą ogólnoświatową premierę. „She Got Balls” – zajefajna wersja z pazurem nagrana w klubie Bondi Lifesaver. Reszta kawałków opatrzona znanymi tytułami może okazać się także niezłą zmyłką. Od wersji znanych z „Highway To Hell”, czy „Let There Be Rock” różnią się riffami, aranżacjami, tempami, liniami wokalnymi, tekstami, czyli raczej dość istotnie. Niektóre są mniej podobne do oryginałów niektóre bardziej. Taki np. „Get It Hot” można poznać w zasadzie tylko po tytule. „Volts” zawiera też materiał z różnych występów rejestrowanych dla TV i z regularnych albumów, ale starych już bardzo: „Dirty Deeds Done Dirty Cheap” i „High Voltage”. Ten krążek obala też mit, że tworzenie muzyki grupie AC/DC przychodziło łatwo i przyjemnie.

Amerykańskie wydanie „Bonfire” zawiera dodatkową płytę „Back In Black” nagraną z nowym wokalistą Brianem Johnsonem. Jestem tym zdziwiony, gdyż w założeniach miał to być hołd dla Bona Scotta, a ten krążek burzy ów zamysł. No cóż – zawsze wiedziałem, że Amerykanie są jacyś inni…

Na koniec mała refleksja, której nie mogę się oprzeć. Czasem mam wrażenie, że wydawcy takich boxów nie do końca poważnie traktują odbiorców swych produktów. Pytam się po jakie licho upychają do pudeł wątpliwej przydatności szpargały? A „Bonfire” poza świetną broszurą pełną rzadkich zdjęć i odręcznie pisanych tekstów zawiera także: dwustronny plakat, „firmowy” otwieracz do piwa(?), kostkę do gitary (czyż nie powinien być mikrofon?), zdjęcie Bona w… szkockiej spódniczce(!) i UWAGA, coś co rozwaliło mnie totalnie na łopatki: idiotyczną naklejkę-tatuaż na rękę! Wyobrażacie sobie starego fana zespołu z takim dziecinnym „tatuażem” na ich koncercie…?!

 

Angus Young w jednym z wywiadów powiedział, że słuchanie tych archiwalnych materiałów zadziałało jak wehikuł czasu. „Czułem się za każdym razem, jakby przetransportowano mnie nagle w tamto konkretne miejsce, w tamten konkretny czas”. Rozgadana gitara, charakterystyczny bas, histeryczny wokal, a przede wszystkim kawał fantastycznego rasowego i spontanicznego rocka – to wizytówka zespołu, który jak żaden inny przez całe dekady nie zmieniał stylu, nie poddawał się modom. I tu przypomina mi się, dziś już między legendy włożona rozmowa braci Young, gdy zakładali zespół. Angus zapytał swego brata: „Malcom, co my będziemy grać?” „Głupie pytanie – rock’n’rolla człowieku!”

 

RECREATION „Recreation”/”Music Or Not Music” (1970-72)

Belgijskie trio RECREATION pochodziło z okolic Liege. Na tamtejszej muzycznej scenie pojawiło się w 1970 roku choć jej lider, perkusista Francis Lonneux, oraz basista Jean-Paul Van Den Bossche wcześniej pogrywali w zespole Les Mistigris założony przez tureckiego piosenkarza Barisa Manco, z którym udało im się nagrać trzy single. Ostatni, „Siberia”/”Andiamo” wydany został w 1966 roku. Tytułowa „Siberia” to instrumentalny i całkiem przyjemny kawałek w stylu The Shadows, którego niezwykłość polega na tym, że za bębnami wcale nie siedział Francis. Jemu przypadła rola… głównego gitarzysty. Taka to była zdolna bestia!

Pod koniec lat 60-tych Baris Manco powrócił do Turcji. Tam ze swoją nową grupą Kurtalan Ekspres odniósł największy sukces artystyczny grając ciężką odmianę rocka psychodelicznego… Sekcja rytmiczna Les Mistigris została w Belgii. Szczęśliwie na ich drodze stanął utalentowany klawiszowiec Jean-Jacques  Falaise, z którym wkrótce zawiązali zespół RECREATION.

Recreation ze swym menadżerem
Recreation ze swym ówczesnym menadżerem Jeanem Jieme (pierwszy z prawej)

Przez trzy lata swojej działalności wydali dwa albumy studyjne: „Recreation” (1970) i „Music Or Not Music” (1972), dziś obie dostępne na pojedynczym CD, oraz niskonakładowy singiel „Love Forever”/„Fallen Astronauts” (1972) – obiekt westchnień poważnych kolekcjonerów winyli.

Debiutancki album z czarną okładką i białym napisem „Don’t Open” (pierwotny tytuł płyty) wydała w Belgii mała wytwórnia Triangle, która niestety nie miała zbyt dużego budżetu na jego promocję. Prawa do nagrań odkupił niemiecki Bellaphone, który z alternatywną i zdecydowanie ładniejszą okładką wydał go pod skróconym tytułem „Recreation” jednocześnie w Niemczech i Francji tego samego roku.

Dwa albumy na 1 CD.
Dwa albumy tria Recreation na jednym „ekonomicznym” CD.

Debiut to sześć instrumentalnych kawałków, w których dominują ciężkie organy Hammonda, bas i perkusja, czyli coś co osobiście uwielbiam. Strona „A” oryginalnej płyty to kompozycje własne, zaś drugą stronę wypełniają interpretacje trzech znanych i popularnych utworów: hit The Lovin’ Spoonful spopularyzowany także przez Joe Cockera, czyli „Summer In The City”, soulowy „Reach Out, I’ll Be There” z repertuaru The Four Tops i mój ulubiony na tej płycie słynny „California Dreamin'” niezapomnianych The Mamas And The Papas.

Drugi album zatytułowany w duchu szekspirowskiego „to be or not to be” czyli „Music Or Not Music” jest po prostu REWELACYJNY! Wyprodukowany przez Erica Van Hulsa jawi się jako 40-minutowa eklektyczna suita złożona z krótkich, czasem nawet bardzo krótkich, utworów. Współczuję wszystkim, którzy słuchali tego z oryginalnej czarnej płyty – utwory łączą się ze sobą bez wyraźnych przerw, więc określić gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie nagranie jest zadaniem wręcz niewykonalnym. No chyba, że ktoś uparł się słuchać całości ze stoperem w ręku. Na szczęście odtwarzacz CD wyświetla na panelu każdy pojawiający się utwór, więc tu problemu nie ma. I jeszcze ważna rzecz – na albumie pojawia się gitara prowadząca, której nie było na debiucie.

Wyobraźmy sobie, że muzycy zapraszają nas na pokład samolotu i zabierają w podniebną podróż. Tak więc Panie i Panowie zapinamy pasy ponieważ spodziewać się możemy burzy szaleństwa, huraganu nut, gigantycznych wirów dźwięku i tajfunu rocka progresywnego. Pragnę zauważyć, że na pokładzie nie ma spadochronów i jeśli ktoś zdecyduje się opuścić pokład w trakcie lotu może skakać, ale na własne ryzyko. Będą turbulencje więc gdy wypadną maski tlenowe proszę nie panikować tylko dotleniać mózg. Trzeźwość umysłu wskazana – przynajmniej na czas trwania albumu!

Cała płyta składa się z piętnastu utworów, z czego trzy ledwo przekraczają 3 minuty, a kolejne trzy 5 minut. Jest tu sporo „niemuzycznych” dźwięków takich jak odgłosy ulicy, dzwonek do drzwi, zegar z kukułką… Oj bawią się panowie muzycy, bawią! Do tego niektóre tytuły, jak choćby „Music For Your Dog”, „The Night Was Clear, The Moon Was Yellow”, „My Grandmother Likes Andy Williams Too”, czy „Caligula’s Suite In Horror Minor”  wprowadzają mnie w doskonały humor. Po pierwszym odsłuchaniu ktoś może odnieść wrażenie, że to awangarda spod znaku muzycznej sceny Canterbury. Może i tak, chociaż te połamane rytmy, zabawa z dźwiękiem z lekkim przymrużeniem (ale bez zniekształceń swoich instrumentów) bardziej przypominają mi szalonego Franka Zappę, niż precyzyjny Caravan, czy doskonały Soft Machine.

Otwierający „Music Against Music” zaczyna się ładnym klasycznym fortepianem, by po około minucie zmienić się w rozszerzone, ostre i rzężące gitarowe solo Jean-Paula Van Den Bossche po czym ponownie powraca Falaise ze swym fortepianem. Ostre bębnienie w stylu latynoskim poprzedzone ślicznym wejściem klawiszy imitujących klawesyn serwuje nam Lonneuxe w „Music For Your Dog”, zaś krótka solówka zagrana na gitarze akustycznej jest cudem samym w sobie. „Where Is The Bar, Clay?” to perkusja i organy, które po chwili ustępują miejsca fortepianowi. Nie na długo, bowiem Hammond powraca natychmiast w mrocznym, psychodelicznym „Caligula’s Suite In Horror Minor” jakby pochodzącym z nomen omen filmu grozy klasy B. Pierwsza część „My Grandmother Likes Andy Williams Too” jest w zasadzie eksperymentalnym kolażem dźwiękowym, który w drugiej swej części przeradza się w bardzo ładną melodię… „Last Train To Rhythmania” jest najdłuższym nagraniem na płycie i z tym swoim groovy dźwiękiem organów, basu i perkusji brzmi wspaniale. Do tego zespół oparł go na jazzowym stylu z lat 60-tych przez co wydaje się być najbardziej uporządkowanym nagraniem na albumie…  Zaskakującą rzeczą związaną z kawałkiem zatytułowanym „…And The Producer Got Mad” jest jego zakończenie. Rozpoczyna się od bardzo fajnej spokojnej gitary prowadzącej w stylu jazz-rock fussion. Potem następuje gwałtowna zmiana tempa przez przesunięcie na plan pierwszy organów z walącym refrenem. Wszystko nabiera energii i prędkości jak podczas wyścigu na torach Formuły 1. Czuć w żyłach przepływającą adrenalinę a w ustach słony smak szaleństwa gdy nieoczekiwanie zatrzymujemy się. Cóż to, koniec jazdy..? Serio.?! Nie ma czasu na fochy, bo oto kolejny, chyba najbardziej konwencjonalny  numer „Glove Story”, któremu klawisze do spółki z perkusją zadały cios po którym pada się na cztery litery! Z kolei trafnie zatytułowany „Nothing’s Holy” można uznać za centralny element albumu. Świetna gitara, mocna perkusja, momentami kościelne organy, liczne zmiany tempa. W „Concerto For Elevator” wpleciono muzyczny cytat z filmu „2001 A Space Odessey” Stanleya Kubricka z przewiewną sekwencją klawiszy kończącą się dźwiękiem oddalających się kroków. Piękna gitara akustyczna otwiera „War Business Is A Good Job”, który przechodzi w zamykający płytę „To End Or Not To End”. Zwracam tu uwagę na zabójczą linię basu z dobrymi improwizacjami gitarowymi do których podłączają się organy grające… „Marsyliankę” na tle wielu efektów dźwiękowych ze śpiewem ptaszków na zakończenie.

Dyskografię RECREATION zamyka singiel „Love Forever”/”Fallen Astronauts” wydany we wrześniu 1972 roku. Utwór ze strony „B” został zainspirowany opowieścią jaką usłyszał menadżer tria, Jean Jieme, od pewnego dziennikarza. Otóż belgijski artysta Paul Van Hoeydonck został poproszony przez amerykańskiego astronautę Davida Scotta o zrobienie niedużej rzeźby upamiętniającą pamięć amerykańskich astronautów i rosyjskich kosmonautów, którzy tragicznie zginęli w trakcie podboju Kosmosu. Obelisk został wykonany i Scott będący członkiem wyprawy Apollo 15 zabrał go ze sobą i pozostawił na księżycowym gruncie 30 lipca 1971 roku. Nawiasem mówiąc nagranie „Fallen Astronauts” dostępne jest na YouTube i warto się z nim zapoznać, choć ma fatalną jakość.

Pomimo faktu, że płyta sprzedawała się znakomicie (przynajmniej w rodzinnej Belgii) zespół rozwiązał się końcem 1972 roku. Falaise wkrótce wyjechał do Turcji i przez moment grał w zespole Kurtalan Ekspres po czym wrócił do kraju; Lonneux zasilił grupę Bacchus, ale nic mi nie wiadomo co działo się z nim później; Van Den Bossche poślubił piosenkarkę Carine Reggiani i jest stałym członkiem jej zespołu… RECREATION pozostawili po sobie ślad w postaci dwóch niezwykłych albumów i singla trwale zapisując się w historię belgijskiego rocka. I nie tylko belgijskiego. Warto o tym pamiętać!

Panta Rei „Panta Rei” (1973)

Patrząc pod kątem muzycznym na miasto Uppsala (60 km na północ od Sztokholmu) okaże się, że w latach 70-tych działała tam prężna scena szwedzkiego rocka progresywnego. To z żyznej gleby Uppsali wyrósł jeden z najbardziej wpływowych zespołów wszech czasów (według szwedzkich fanów rzecz jasna) czyli Samla Mammas Manna. Nie byli jednak jedyni. Rok później, w 1970 roku u ich boku pojawiła się grupa PANTA REI chętna do robienia muzyki odbiegającej od jakiejkolwiek estetyki komercyjnej.

Działali krótko, ledwie trzy lata. Pozostawili po sobie jeden jedyny album z przyciągającą wzrok niezwykłą (niektórzy twierdzą, że obrzydliwą) okładką zatytułowany po prostu „Panta Rei”.

Album "Panta Rei" (1973)
Kontrowersyjna okładka albumu „Panta Rei” (1973).

Nie jest to długi krążek – raptem pięć kompozycji i 38 minut muzyki. Muzyki wybornej. Napędzanej dwiema gitarami prowadzącymi ze świetnymi solówkami z użyciem efektu wah wah. Pojawia się też saksofon, flet, liczne instrumenty perkusyjne, harmonijka ustna, marakasy… Bogate instrumentarium dodało brzmieniu niepowtarzalnego charakteru. Do tego solidny nieco połamany rytm, długie utwory, chwytliwe melodie, świetny warsztat wykonawczy – słowem żadnego ściemniania i muzycznej waty! Był taki czas, że słuchałem tego albumu przez kilka tygodni na okrągło. I z każdym kolejnym przesłuchaniem odnajdywałem nowe dźwięki, nowe smaczki, które wcześniej umykały mojej uwadze. Jakie to było fascynujące!

Chciałbym od razu wyjaśnić, że „Panta Rei” to żaden tam space rock, psychodelia, czy rock symfoniczny jak niektórzy płytę tę klasyfikują. Całość wypełnia zagrane z niesamowitą lekkością… ciężkie(!) progresywne granie z wzorcowo wplecionymi elementami jazzu, folku i bluesa, czyli to co cechowało ówczesny rock progresywny.

Radosny „Five Steps” otwiera cały album. To najkrótszy utwór na płycie, zaledwie trzy minuty z sekundami, ale z dynamicznymi, pięknymi partiami granymi przez dwie gitary unisono w stylu Wishbone Ash… Czułe dźwięki, tym razem akustycznej gitary, zaczynają balladowy „White Bells”. Cudowny nastrój folkowego klimatu wyczarowuje bogato zdobiony flet pojawiający się po minucie i dwudziestu sekundach. Jest w tym coś z crimsonowskiego „I Talk To The Wind” w połączeniu z nastrojami z płyt grupy Traffic. Naprawdę piękna rzecz od której trudno się uwolnić. Potem mamy instrumentalny, zakręcony i mocno połamany rytmicznie „Five O’Clock Freak” z gościnnym udziałem saksofonisty Gorana Freese z free jazzowej formacji GL Unit. To już najwyższa półka rockowej progresji. Słychać tu zarówno fascynację brzmieniem Sceny Cantenbury (Caravan, Soft Machine) Zappą i jego The Mothers On Invention, a nawet Hendrixem, ale bez awangardowych szaleństw i niepotrzebnych udziwnień. To tu jak w muzycznym tyglu mieszają się instrumenty w bogate dźwięki: harmonijka, fortepian, marakasy, perkusyjne „przeszkadzajki”, fantastyczny saksofon tenorowy, akordeon… Mimo jamowego charakteru wszystko jest zaplanowane, poukładane i co ważne – zagrane z zegarmistrzowską precyzją. Takie granie cechuje jedynie wielkich Mistrzów. Szacun!

Tył okładki oryginalnej płyty
Tył okładki oryginalnej płyty .

Najdłuższym, blisko 14-minutowym nagraniem jest „The Knight” zaczynający stronę „B” oryginalnej winylowej płyty. Rozpoczyna się gitarową melodią w średniowiecznym stylu. do której podłącza się lider formacji, Thomas Arnesen. Gra na elektrycznym fortepianie coś co przypomina jeden z koncertów fortepianowych Roberta Schumanna. A może tylko tak mi się wydaje..? W każdym bądź razie Arnesen przenosi partię fortepianu na gitarę idealnie wpasowując się w charakter utworu. Tymczasem zapętlony rytm perkusji wprowadza słuchacza w lekki trans, z którego wybudza głęboki głos wokalisty Georga Trolina. Na moment pojawia się flet, ale nie dajmy się zwieść – muzyka podąża w rejony jazz rocka, tak gdzieś w okolice Mahavishnu Orchestra i pozostaje na dłużej pozwalając Leif’owi Ostmanowi  zagrać długą, fenomenalną wręcz jazzową solówkę gitarową. Pałeczkę (w dosłownym tego słowa znaczeniu) na moment przejmuje perkusista Tomo Wihma wykonując króciutkie solo na bębnach. O rany! Jak się ma taki muzyków na pokładzie trudno potem dziwić się, że poziom nagrań jest tak wysoki… Płytę zamyka nieco orientalny w smaku „The Turk” dopełniając album luźnym, wesołym w nastroju nagraniem nieco zbliżonym do twórczości kolegów z ich rodzinnego miasta Uppsali, czyli grupy Samla Mammas Manna. Figlarne oczko puszczone w ich kierunku..? Myślę, że tak.

„Panta Rei” to jedna z najbardziej niezwykłych płyt z kręgu skandynawskiego rocka i (jak dla mnie) najlepsza jaka powstała w Szwecji w latach 70-tych. Kompaktowa reedycja Flawed Gems z 2011 roku brzmi rewelacyjnie i ma całkiem przystępną cenę w przeciwieństwie do oryginalnego i trudno dostępnego winylu, za który poważni kolekcjonerzy płacą od 1000 euro w górę bez mrugnięcia okiem. Pozostaje jedynie żal, że tuż po wydaniu debiutu ta świetna grupa przestała istnieć. Cóż, już wieki temu Heraklit z Efezu powiedział, że nic nie jest stałe, wszystko płynie – ta panta rhei.