Archiwum kategorii: Płytowe wykopaliska

TOMORROW’S GIFT „Tomorrow’s Gift” (1970)

Ewolucja TOMORROW’S GIFT, na początku bluesowego zespołu (nie stroniącego także od soulowych klimatów) w kierunku ciężkiego rocka progresywnego przeszła w sposób bardzo naturalny. Nic dziwnego biorąc pod uwagę fakt, że młodzieńcze umysły członków zespołu (troje było jeszcze nastolatkami) chłonęły jak gąbka rozwijający się na ich oczach nowy, rzec można eksperymentalny, gatunek muzyki. To wtedy zaczęto łączyć psychodelię z bluesem, ciężki rock z muzyką klasyczną, folk z jazzem. Swą debiutancką płytą wydaną 5 grudnia 1970 roku idealnie wpasowali się w ten niezwykły dla muzyki okres. Nie dziwi więc, że oryginalny, dwupłytowy album winylowy dziś kosztuje ponad 800 euro. Ba! kompaktowa reedycja Second Battle wznowiona w późnych latach 90-tych warta jest ponad 100 euro… Zanim jednak ujrzał on światło dzienne, wcześniej zespół pojawił się na dwóch różnych płytach będących zapisem koncertów, które w marcu i sierpniu odbyły się w Hamburgu i jego okolicach tego samego roku.

Pierwsza z nich „Pop & Blues Festival ’70” zawierała 20-minutową wersję piosenki Donovana „Season Of The Witch” tutaj pod tytułem… „Sound Of Which” (sic!). Jamowe granie przeplatane fantazyjnymi i długimi wstawkami instrumentalnymi był dobrym przykładem ich surowego, ale ciekawego brzmienia na żywo. Co ważne – grupa na tle znanych gwiazd przybyłych na ten dwudniowy festiwal wypadła naprawdę świetnie. A zagrali tam m.in: Black Sabbath, The Nice, Alexis Corner, Chicken Shack, East Of Eden, Man…

Płytowy "debiut" na składance "Pop & Blues Festival'70"
Płytowy „debiut” na składance „Pop & Blues Festival’70”.

Po raz drugi TOMORROW’S GIFT pojawił się na albumie „Love And Peace” będący zbiorem nagrań hamburskich zespołów biorących udział w trzydniowym „Love And Peace Open Air Festival”. W zamyśle organizatorów miał on być kontynuacją święta muzyki na wzór Woodstock i brytyjskiego Isle Of White. Impreza odbyła się na Fehmarn, wyspie położonej pomiędzy Niemcami a Danią i zapisała się w pamięci fanów nie tylko z powodu fatalnej pogody. To właśnie tu, 6 sierpnia 1970 roku, Jimi Hendrix dał swój ostatni publiczny koncert. Dwanaście dni później świat obiegła szokująca wiadomość o jego niespodziewanej śmierci…

Lp. "Love And Peace" z udziałem Tomorrow's Gift
Front okładki LP. „Love And Peace”  (1970).

Tym razem Hamburczycy zagrali dwa autorskie numery: „Begin Of A New Sound„, oraz „At The Earth (Part 1 & 2)”. Ten drugi, w połączeniu  z coverem Richie Havensa „Indian Rope Man” przeciągnął się w ciężki 20-minutowy psychodeliczny jam.

Zespół tworzyli wówczas: ognista, pełna temperamentu rudowłosa wokalistka Ellen Meyer, gitarzysta Carlo Karges, klawiszowiec Manfred Rurup, grający na flecie Wolfgang Trescher, basista Bernd Kiefer i perkusista Gerd Paetzke (zastąpił Olafa Casalicha). W takim składzie nagrali dwupłytowy album „Tomorrow’s Gift” wydany przez wytwórnię +plus+. Tę samą, która rok później wydała płyty zespołu Wind („Seasons”) i Ikarus, po czym przestała istnieć.

Album "Tomorrow's Gift" (1970)
Album „Tomrrow’s Gift” (1970)

Debiutancki album to ponad 60-minut wyrafinowanego, soczystego, heavy progresywnego grania z psychodelicznymi klimatami i (momentami) całkiem chwytliwej muzyki. Napędzana huczącymi ciężkimi organami, potężnymi gitarowymi solówkami i riffami, niesamowitą energią sekcji rytmicznej, ozdobiona partiami fletu i mocnym, rozdzierającym wokalem Ellen Meyer przypominającym nieco Ingę Rump z Frumpy. Wiem, że nie wszyscy trawią żeński śpiew w tego rodzaju muzyce (ja ten wokal akurat lubię), ale nie ma go tu aż tak dużo. Patrząc na niektóre tytuły utworów, jak chociażby „Prayin’ To Satan”, czy „The First Seasons After The Destruction” można zastanawiać się, czy grupa czasami nie miała mrocznych podtekstów..? Spoko, nie miała. Teksty oscylowały wokół tematu miłości (co prawda niezbyt miłej) i rozpaczy, ale z nutą nadziei na lepsze jutro.  Zdecydowanie bliżej im było do teutońskiego stylu Deep Purple/Uriah Heep niż hipisowskiego rocka.

Ognista Ellen Meyer.
Ognista Ellem Meyer.

Spośród trzynastu zamieszczonych tu kompozycji uwagę zwracają te dłuższe, trwające ponad pięć i więcej minut. Jest ich w sumie pięć, ale rzecz jasna te krótsze wcale nie są gorsze od „długasów”. Mam tu na myśli choćby takiej perełki jak „One Of The Narrow – Minded Thoughs” z nerwową partią organów, krótkimi lecz treściwymi solówkami gitarowymi i świetnym wokalem, czy też „Tenakel Gnag” z wiodącym fletem na pierwszym planie… W „BreadsThere A Man” Ellen wyśpiewuje piękną linię melodyczną, a flety są po prostu cudowne; klawesyn w „King In A Nook” jest wielce przyjemnym zaskoczeniem, a samo zakończenie piosenki, gdy „wariaci zaczynają wariować” jest magiczne. Ileż tu różnych emocji naraz, a do tego jak kopie..!

Klawiszowiec zespołu = Manfred Rurup.
Manfred Rurup – instrumenty klawiszowe.

Czy te drobiażdżki są jedynie dodatkiem do albumu? Oczywiście że nie, choć w porównaniu z dłuższymi nagraniami mogą robić wrażenie muzycznych „świecidełek”. Bo przy tych drugich zespół nie bierze jeńców! Otwierający album „Riddle In A Swamp”rozpoczyna się od szalonych niemal paranoidalnych dźwięków fletu i organów do których dołącza się tnąca jak brzytwa gitara z wściekle rozbuchaną perkusją. Przez osiem minut słyszymy jak psychodelia, hard rock i blues przenikają się wzajemnie tworząc wybuchową mieszankę, a pędzi to wszystko z zawrotną szybkością niemieckiej torpedy. Tyle, że tym razem wystrzelonej bynajmniej nie z U-boota… Wbrew groźnemu tytułowi piosenka „Prayin’ To Satan” aż tak groźna nie jest, choć zanim pojawia się wokal organy tworzą niepokojący klimat. I w zasadzie tylko ta krótka część organowa jest przerażająca, bo potem muzyka przechodzi w klasyczny hard rock w stylu James Gang… „The First Seasons After The Destruction” jest najdłuższą, 13-minutową kompozycją na albumie. Bardzo ciekawie wykorzystano w nim partie fletu. Ten instrument zazwyczaj wprowadza do muzyki klimat optymizmu, błogiego spokoju, relaksu. Tu wręcz przeciwnie; jego pulsująca gra tworzy atmosferę poważnego zagrożenia, lęku i obawy. Jeśli pomysł muzyków był taki, aby oprzeć to wszystko na uczuciu paranoi, to moje szczere gratulacje – udało się! Ach i jeszcze jedno – solowa partia Gerda Paetzke zagrana na perkusji (coś co w tamtym czasie zaczynało być normą) nie nuży. Duży plus..!

Bernd Kiefer - gitara basowa
Bernd Kiefer – gitara basowa.

Sporo zmian tempa, flet w stylu Jethro Tull, który dosłownie jest wszędzie. Do tego przemienne krótkie sola perkusji i organów oraz pięknie zaśpiewany tekst. To utwór „How You Want To Live”. Jest tak mroczny i cichy, że znów zaczynam lubić zmrok… „Sandy Concert” to zdecydowanie najbardziej jazzowy numer na albumie. Oparty na muzycznym motywie granym na saksofonie tenorowym przez Jochena Petersena (z grupy Ikarus i… właściciel firmy fonograficznej +plus+) wydaje się być punktem wyjścia do dłuższej improwizacji. Ten 8-minutowy kawałek poprzez swoją jednostajną i niezwykle precyzyjną grę sekcji rytmicznej wciąga i odurza jak narkotyk. Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech „zapętli” go sobie w swoim odtwarzaczu, a przyzna mi rację…

Album „Tomorrow’s Gift” to jeden z najlepszych debiutów niemieckiego prog rocka początku lat 70-tych. Szkoda, że wkrótce po jego wydaniu część muzyków rozeszła się. Manfred Rurup i Bernd Kiefer pozostali jednak na straży i z nowym perkusistą „Zabbą” Lindnerem nagrali w 1973 roku płytę o dość proroczym tytule „Goodbye Future”. Rok później połączyli się z muzykami z zespołu Release Group. W wyniku tej fuzji powstała nowa formacja o nazwie Release Music Orchestra (znana też pod skróconą nazwą RMO), która istniała do końca lat 70-tych wydając pięć płyt… Gitarzysta Carlo Karges założył progresywny zespół Novalis, z którym nagrał płytę „Banished Bridge” (1973) i tuż potem go opuścił. Po kilku latach pojawił się u boku niemieckiej piosenkarki Neny. Skomponowana przez niego piosenka „99 Luftballons” stała się w 1983 roku światowym hitem. Losy pozostałych członków zespołu są mi nieznane…

 

Kalevala „People No Names” (1972)

Juha „Lido” Salonen (bas), Remu Aaltonen (perkusja, wokal) i Albert Jarvinen (gitara) założyli w Helsinkach w 1969 roku grupę Vietnam. Swój repertuar opierali głównie na  standardach rock’n’rollowych szybko zyskując rozgłos wśród stołecznej młodzieży. Przed jednym z koncertów właściciel sali wymusił na nich zmianę nazwy. Doszło do małej awantury, w końcu chłopaki odpuścili. „Zapowiedz, że dziś zagra KALEVALA – rzucił wściekły Salonen, czym wprawił go w osłupienie. Trzeba bowiem wiedzieć, że„Kalevala” to fiński skarb kultury – epos narodowy składający się z legend i ludowych pieśni (zwane runami) podtrzymujący świadomość i dumę narodową w czasach, gdy kraj przez 110 lat był pod rosyjskim panowaniem (Finowie odzyskali niepodległość w 1917 roku po upadku caratu)…

W takim składzie grali trzy lata, po czym perkusista i gitarzysta opuścili Salonena. W ich miejsce pojawili się (odpowiednio) Markku Luukkanen i Matti Kurkinen, oraz wokalista Harri Saksala. Zmiana składu spowodowała też zmianę kierunku muzycznego.

Zespół KALEVALA (1972)
KALEVALA jako kwartet (1972).

Gitarzysta Matti Kurkinen (wcześniej w Apollo) poprowadził zespół w progresywne rejony rocka dostarczając całkiem nowy, a co za tym idzie autorski repertuar, który stał się podstawą debiutanckiej płyty. A ta ukazała w 1972 roku nakładem Finnlevy Records pod tytułem „People No Names”.

Jedna z pierwszych fińskich progresywnych płyt
„People No Names” – jedna z pierwszych progresywnych płyt z Finlandii.

Album otwiera dziewięciominutowy utwór tytułowy, który rozpoczyna się miłym akustycznym intro zmieniając się nagle w hard bluesowego, całkiem przyjemnego rockera z riffem Jethro Tull i energetyczną częścią brzmiącą jak wstęp do „Heart Of The Sunrise” Yes z płyty „Fragile”. Wokalista śpiewa pięknym, mocno szorstkim głosem – prawie jak Captain Beefheart. Wysokoenergetyczne partie gitary są dość ciężkie jak na rok 1972; śmiało można je umieścić obok UFO, T2, Uriah Heep i Led Zeppelin. Kapitalna, zróżnicowana i wyrafinowana (w dobrym znaczeniu) kompozycja z najwyższej półki nieosiągalna dla wielu ówczesnych hard rockowych kapel. Cudo! Po burzliwym wstępie lekki i przewiewny „Where I’m From” za sprawą akustycznej gitary, delikatnych dźwięków fortepianu (gościnnie Olli Ahvenlahti) i pięknej, płynącej gdzieś w drugim planie wokalizy wydaje się być niebiańskim ukojeniem. Na moment robi się bardziej żywiołowo i melodyjnie głównie za sprawą perkusji, silnego wokalu i partii fletu na którym zagrał (kolejny gość) Raimo Wallen. Trwa to jednak dosłownie pół minuty, po czym wszystko wraca do punktu wyjścia. A przed moimi oczami ponownie pojawiają się obrazy słodkowodnych jezior i niekończących się lasów sosnowych…

Label oryginalnej płyty
Label oryginalnej płyty winylowej  wytwórni Finnlevy.

Instrumentalny, bardzo rytmiczny „Waves” prowadzony jest przez melodyczną linię graną na klawiszach, która wbija się w pamięć. Jednak główną atrakcją tego numeru jest pięknie poprowadzona partia gitary z długą improwizowaną solówką. Oba instrumenty uzupełniają się dając naprawdę ciekawe połączenie symfonicznego prog rocka z psychodelią… Hard rockowy „In The Next” z riffem w stylu „Highway Star” przypomina trochę Deep Purple, a pojawiająca się harmonijka ustna dodaje całości bluesowego zabarwienia. Dali czadu w tym nagraniu!… Krótka ballada fortepianowa „My Friend” przynosi chwilę wytchnienia i zadumy. Takie muzyczne perełki zawsze cieszą moje uszy… „Lady With The Veil” zaczyna się od wejścia basu, akustycznej hiszpańskiej gitary, dźwięków czyneli i cichym zaśpiewem w oddali. Po niecałej minucie utwór wchodzi w rejon progresywnego ciężkiego rocka z doskonałym, superszybkim bębnieniem Luukkanena i świetną gitarą Kurkinena. Absolutny klasyk gatunku!… Z kolei w „Escape From The Storm” kapitalnie współpracują ze sobą dwie gitary: akustyczna, na której gościnnie zagrał Ile Kallio z Hurriganes i elektryczna. Matti Kurkinen robi tu kawał świetnej roboty pokazując jak wielki drzemał w nim talent i twórczy potencjał. Na dodatek wszystko podparte zostało mocną sekcją rytmiczną, zaś cały numer zagrany został z polotem. Czuć, że muzyków bawiło wspólne granie, czego dowodem zamykający płytę „Tamend Indias” będący muzycznym żartem. Bo jak inaczej określić kawałek, który brzmi jak fińska tradycyjna (ludowa) kompozycja zagrana z „przytupem” na akordeonie i skrzypcach..? Nie zmienia to faktu, że całego albumu słucha się jednym tchem!

Trzy lata później Salonen i Kurkinen z nowymi muzykami nagrali album „Boogie Jungle” utrzymany w nieco lżejszej konwencji. W międzyczasie Kurkinen grał na gitarze w międzynarodowej kultowej sekcji fińskiego saksofonisty Eero Koivistoinena, z którą wydał album „Wahoo”. Dobrze zapowiadającą się karierę przerwała nagła śmierć muzyka. 15 czerwca 1975 roku czekając na przystanku autobusowym w Vantaa potrąciła go ciężarówka przejeżdżająca zbyt blisko krawężnika. Zginął na miejscu. Miał 24 lata…

 

TETRAGON „Nature” (1971)

Koniec lat 60-tych był w muzyce erą eksperymentów, w którym ramy rock’n’rolla i bluesa młodym wilkom stawały się zbyt ciasne. Oni chcieli pójść dalej, a takie gatunki jak psychodelia i rodzący się rock progresywny poszerzały ich horyzonty do granic jakim wówczas nikomu się nie śniło. To w tym momencie (rok 1967) na scenie pojawił się tercet Trikolon z niemieckiego Osnabruck, który od samego startu zrezygnował z grania popowych numerów na  rzecz oryginalnych rozbudowanych kompozycji w stylu The Nice, Egg, czy holenderskiego Ekseption…

Pomysł założenia zespołu wyszedł od Hendrika Schapera (klawisze, trąbka, wokal) do którego dołączyli: basista Rolf Rettenberg i perkusista Ralf Schmieding. Co ciekawe, wszyscy byli uczniami tej samej szkoły średniej. Mimo młodego wieku można było powiedzieć, że w sposób mistrzowski opanowali grę na  swych instrumentach. Dość szybko zyskali sławę (w swej okolicy), a ich wirtuozostwo budziło szczery podziw. Występy na żywo z udziałem tria były entuzjastycznie przyjmowane przez młodzież. Za własne pieniądze nagrali jedyny (koncertowy) longplay „Cluster”, który wyszedł w 1969 roku. Mimo amatorskiej produkcji i niskiego, żeby nie powiedzieć zerowego budżetu (wytłoczono zaledwie 150 kopii!) „Cluster” porywa. Muzycy pod wodzą szalonego klawiszowca skutecznie połączyli psychodelię i muzyką klasyczną (szczególnie Bacha) z jazzowymi wpływami w duchu Milesa Davisa, którego fanem był Schaper… Niestety zaraz po jego wydaniu grupę opuścił Schmieding. Jego miejsce zajął Joachim Luhrmann, oraz wielce utalentowany gitarzysta z tej samej szkoły, Jurgen Jaehner. Chcąc nawiązać do byłego tria nowa nazwa TETRAGON wydawała się być jak najbardziej trafna. Wszak tetragon to figura geometryczna o czterech kątach – tylu, ilu było muzyków w zespole…

Kwartet TETRAGON (1971)
TETRAGON. Tył: R. Rettenberg, J. Luhrmann. Przód: H. Schaper, J.Jaehner

Rozszerzony skład nie zmienił podejścia do wykonywanej muzyki; grali co im się żywnie podobało, pod warunkiem, że był w tym wszystkim organowy groove (koniecznie na Hammondzie!), ognista, acidowa gitara z nieodzownym efektem wah-wah, elementy jazzowego fusion w stylu Milesa Davisa i dawka muzyki klasycznej (najlepiej Bach lub Mozart). Jak na mój gust piorunująca dawka, a efekt finalny absolutnie genialny…

Jedyny album TETRAGON zatytułowany „Nature” ukazał się dokładnie 1 sierpnia 1971 roku. Zespół nie zawracał sobie głowy kontraktem z żadną wytwórnią płytową. Miał świadomość, że ich „dziwna” muzyka nie zainteresuje nikogo. Nie zdecydował się też na profesjonalne studio; materiał na płytę nagrał więc „na żywo” w… wiejskiej stodole przyjaciół rodziców Joachima Luhrmanna. Chłopaki musieli włożyć sporo pracy, by przystosować ją do tego zadania. Najwięcej kombinowali przy mikrofonach. W końcu zawisły w siedmiu różnych miejscach, aby jak najlepiej uchwycić dźwięk każdego instrumentu. Całość rejestrowali na dwuścieżkowym magnetofonie Revox A77 przez dwa kolejne majowe weekendy, a  ponieważ nie było możliwości miksowania, robienia nakładek i powtórek dwoili i troili się, by wszystko zostało precyzyjnie zagrane. I tak np. Hendrik Schaper jedną ręką obsługiwał Hammonda, zaś drugą klawinet. Nie miał fortepianu, więc by uzyskać odpowiednie brzmienie użył przedwzmacniacza z podłączonym pedałem wah-wah, który obsługiwał nogami. Wirtuozowski wysiłek od początku do samego końca! Podobnie robił Jurgen Jaehner – wygrzewał na gitarze elektrycznej  szaleńczą solówkę a następnie, gdy wymagał tego kolejny fragment utworu, w locie łapał za gitarę akustyczną…

TETRAGON "Natura" (1971)
Okładka płyty „Nature” autorstwa Jurgena Osieki (1971)

Płytę wydała, założona przez menadżera zespołu Petera Kretschmanna, efemeryczna firma  Soma w ilości… 400 egz. Kompaktowa reedycja (na szczęście w dużo większym nakładzie) ukazała się po raz pierwszy w 1995 roku nakładem nieocenionej wytwórni Musea. Oryginalny krążek zawiera pięć kompozycji, a otwiera go najdłuższa, 16-minutowa „Fuge” – jak łatwo się domyślić inspirowana „Toccatą i fugą d-mol” J. S. Bacha. Najsłynniejszy utwór mistrza epoki baroku był wielokrotnie grany i nagrywany przez progresywne zespoły lat 70-tych, ale wersja TETRAGON wyróżnia się dzięki bardziej zróżnicowanemu i nowatorskiemu podejściu.  Oprócz organów Hammonda (co jest zrozumiałe z uwagi na jej klasyczne pochodzenie) i silnej sekcji rytmicznej dochodzi piekielnie ciężka gitara Jurgena Jaehnera, który wycina bluesowe pasaże tworząc inteligentną jazzowo progresywną atmosferę. Do tego każdy z pozostałych muzyków (bas i perkusja) dostał swoją „działkę” w postaci krótkich solowych improwizacji. Absolutny majstersztyk progresywnego grania! Dwudziestosekundowy „Jokus” traktować można jako przerywnik przed zamykającym stronę „A” longplaya „Irgendwas” z partią bardzo fajnego, „wyjętego z kapelusza” fortepianu, organami i na przemian grającymi gitarami: elektryczną i akustyczną. Muzycy pobawili się tu stereofonią; w lewym kanale słyszymy organy, zaś w prawym gitarę. Pamiętam, że kiedyś takie „efekty” bardzo mnie rajcowały. Zabieg ten powtórzyli w następnym numerze „A Short Story”, w którym pod koniec drugiej minuty partie gitary i organów grane unisono słychać w dwóch oddzielnych kanałach. Skomplikowane podziały rytmiczne z awangardowymi dźwiękami klawiszy na samym początku tego drugiego pod względem długości nagrania (13:41) robią wielkie wrażenie. A potem – o rany, co tu się dzieje! Rock progresywny miesza się z muzyką klasyczną, blues z fussion, a wszystko zagrane po profesorsku i z dużym wyczuciem… Zamykający płytę utwór tytułowy to wczesny rock progresywny zakorzeniony w bluesie z jazzowymi inklinacjami, w którym po raz pierwszy pojawia się (angielski) wokal Schapera. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, trudno jest się z tym krążkiem rozstać…

Kompaktowa wersja płyty zawiera fantastyczny bonus: „Doors In Between”. Ten koncertowy, trwający czternaście minut utwór, który  został nagrany 12 lutego 1972 roku w Georgsmarienhutte, mieście położonym w pobliżu ich rodzinnego Osnabruck to porywająca wycieczka w rejon absolutnie ciężkiego progresywnego rocka z efektownymi partiami gitary, szalonym Hammondem i kapitalną sekcją rytmiczną. Słuchanie go w wyższych rejestrach głośności absolutnie wskazane! Dynamiczna końcówka rozpruła mi kiedyś głośnik…

Do dziś nurtuje mnie pytanie: dlaczego TETRAGON mając takie atuty nie zrobił kariery? I powiem szczerze – żadna sensowna odpowiedź od lat nie przychodzi mi do głowy…

Śmierć bigbitu. Czerwone Gitary „Spokój serca” (1971)

Dla dzisiejszych nastolatków CZERWONE GITARY są zapewne zespołem dawno minionej, niemal zapomnianej epoki, którego fenomenu popularności nie są w stanie zrozumieć. Nic dziwnego, wszak muzyka grupy rozpalała do białości jeśli nie rodziców, to na pewno rodziców ich rodziców, czyli dziadków. Głównym walorem i źródłem sukcesu wczesnych CZERWONYCH GITAR była prostota. Co prawda kawiarniani krytycy czasem wybrzydzali – pisali o łatwiźnie, przeciętności, tanim guście, infantylności tekstów i braku wartości artystycznych. Jednak wbrew tym zarzutom muzyka grupy trafiała tam gdzie trzeba, była komunikatywna, porywała miliony, przynosiła radość. A to już była nie lada sztuka. Nie bez kozery mówiło się wówczas o nich, że byli polskimi Beatlesami.

Historia zespołu doczekała się licznych publikacji prasowych, opracowań książkowych, wpisów encyklopedycznych, więc nie ma sensu jej tu przytaczać. Tytułem wprowadzenia przypomnę jedynie, że grupa powstała 3 stycznia 1965 roku w kawiarni „Crystal” w Gdańsku Wrzeszczu z inicjatywy Jerzego Kosseli (opuścił grupę dwa lata później) i Henryka Zomerskiego na bazie formacji Pięciolinie. W pierwszym składzie znaleźli się jeszcze Bernard Dornowski, Jerzy Skrzypczyk i Krzysztof Klenczon. Jesienią Henryk Zomerski dostał powołanie do wojska, a jego miejsce zajął Seweryn Krajewski. Ponieważ Krajewski i Skrzypczyk byli jeszcze uczniami szkół średnich dla zmylenia grona pedagogicznego występowali pod pseudonimami Robert Marczak i Jerzy Geret. Zadebiutowali 15 stycznia w Elblągu; na plakatach wydrukowanych wcześniej widniała jeszcze nazwa Pięciolinie. Cztery dni później w sopockim „Grand Hotelu” w ramach zimowego „Non Stopu” przybyłych gości po raz pierwszy witał plakat z nazwą CZERWONE GITARY. Trzy miesiące później pojawili się w Polskim Radio dając koncert „na żywo”, a latem ruszyli w trasę z hasłem „Drzemy się najgłośniej w Polsce”, które cenzura szybko zamieniła na łagodniejszą wersję „Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”. Największe sukcesy grupa odniosła w pierwszych pięciu latach swojego istnienia…

Czerwone Gitary
W pięcioosobowym składzie Czerwone Gitary grały w latach 1965 – 1967.

W 1970 roku świat obiegła wiadomość o rozpadzie The Beatles. W Polsce wiatr zmian powiał od morza – w grudniu zaczął się początek rządów Edwarda Gierka, a jego słynne zapytanie „To jak towarzysze, pomożecie?” przeszło do naszej historii. Pół roku wcześniej, po VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu obwieszczono śmierć rodzimego bigbitu. Widownia wybuczała i wygwizdała czołowych reprezentantów naszej estrady. Białe koszule z żabotami zaczęły być przyciasne, a krawaty zaciskały się niczym pętla na szyi „etatowym” gwiazdom. Dostało się też CZERWONYM GITAROM. Jeden z poczytnych młodzieżowych tygodników został zasypany listami od czytelników, którzy ostro pojechali po zespole. „Ambicje dzisiejszej młodzieży sięgają nieco wyżej. To, co kilka lat temu było cudowne, dziś nie cieszy” – napisała pani A.M. Głowacka z Krakowa dodając „Z Beatlesami mają tyle wspólnego, że jest ich czterech i trzech gra na gitarach, a jeden na perkusji. Ja porównałabym ich do kaszy manny, która jedzona przez cztery lata po prostu już się przejadła”… Szkoda, że pani Głowacka dość szybko zapomniała, że rok wcześniej (styczeń’69) podczas trwania Międzynarodowych Targów Muzycznych MIDEM odbywających się w Cannes we Francji zespół został uhonorowany prestiżową statuetką (a ściślej „Marmurową Płytą”) za największą liczbę sprzedanych krążków w rodzinnym kraju. Smaczku dodaje fakt, że Krajewski i spółka zdobyli ją ex aequo z… The Beatles.

Jakby mało było tej krytyki, w tym samym 1970 roku, CZERWONE GITARY opuścił Krzysztof Klenczon. Szok dla fanów, którzy w parze Klenczon/Krajewski widzieli polski odpowiednik liverpoolskiej pary Lennon/McCartney, oraz wcale nie mniejszy szok dla pozostałych członków grupy. Tak oto kwartet schudł do tria. Wkrótce pojawiły się plotki, że zespół zmienia nazwę na Krajewski Band, ewentualnie Seweryn Trio. Tymczasem osamotniony lider zaczął myśleć o powrocie do skrzypiec; miał też nowe pomysły brzmieniowe i dość ambitne plany na przyszłość jak choćby koncert beatowy na zespół i dwoje skrzypiec skomponowany z myślą o Konstantym Andrzeju Kulce, swym dawnym koledze szkolnym.

Zostało ich tylko trzech...
Zostało ich (chwilowo) trzech: B. Dornowski, S. Krajewski, J. Skrzypczyk.

Otrzeźwienie przyszło szybko, tuż po tym jak Klenczon wystartował ze swoim nowym zespołem Trzy Korony. Znalezienie „czwartego do brydża” było sprawą niecierpiącą zwłoki. Rezygnując z występów w kraju wyruszyli w trasę po Związku Radzieckim (107 koncertów!), NRD (nagrali tam płytę „Consuela”) i Bułgarii. W trasie wspomagał ich Dominik Konrad (wł. Dominik Kuta) – zdolny, choć  awanturniczo usposobiony muzyk (były członek usteckiego zespołu 74 Grupa Biednych i pruszkowskiego Motyw Blues) z którym nagrali płytę „Na fujarce”. I choć ten ambitny album niektórzy krytycy uznali za najlepszy w historii CZERWONYCH GITAR został on chłodno przyjęty przez fanów, o którym chcieli jak najszybciej zapomnieć. Pewnie sami muzycy, też gdyż szybko pozbyli się Konrada (vel Kuty), który wkrótce zasilił grupę Qourum (kojarzoną dziś z przeboju „Ach co to był za ślub”)… Wydany rok później „Spokój serca” ukazał dość zaskakujące i całkiem zmienione oblicze zespołu.

Czerwone Gitary "Spokój serca" !(1971)
Krwistoczerwona okładka płyty „Spokój serca” (1971).

Dziś można śmiało postawić tezę, że ten piąty w dyskografii album to ścisła dziesiątka najlepszych polskich rockowych płyt powstałych w latach 70-tych. Przynajmniej dla mnie. Zawsze twierdziłem, że granie w trio wyzwala w muzykach niesamowitą siłę i moc, która przekłada się na brzmienie zespołu. „Spokój serca” tezę tę jedynie potwierdza. Pierwsze co się rzuca się w oczy to fakt, że absolutnym liderem grupy stał się Krajewski – z dziewięciu nagranych utworów osiem było jego autorstwa; tylko otwierający, dość urokliwy „Uwierz mi Lili” napisał Jerzy Skrzypczyk. Poza tym stały się one dłuższe, wychodzące poza standardowe trzy i pół minuty. No i rzecz najważniejsza – kto liczył na mocniejsze partie gitar, solówki i ostrzejsze granie ten się nie zwiódł. Nigdy wcześniej, ani nigdy później Krajewski nie czarował tak mocarnym brzmieniem swej gitary elektrycznej podłączonej do efektu wah-wah jak tutaj!

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Kompaktowa reedycja włoskiego Eastern Time z 2005 roku różni się nieco od oryginalnego longplaya wydanego przez Muzę i to nie tylko ze względu na zawarte bonusy. „Uwierz mi Lili” –  prosta i ładna piosenka (ukłon w stronę fana bigbitu) będąca nostalgicznym wspomnieniem dziewczyny spotkanej na bratnim stepie znalazła się tutaj na czwartej pozycji. Obok przeuroczej piosenki  „Płoną góry, płoną lasy” (o której słów kilka poniżej) to jedyne, nieco łatwiejsze nagrania. Reszta to już prawdziwy, ambitny rock! Powolny, snujący się „Nie jesteś ciszą” z klimatyczną, nieco psychodeliczną gitarą utrzymany jest w tonacji bluesowej. Podchodzące pod nową falę „Nocne całowanie” miażdży kapitalną grą sekcji rytmicznej, ciężki bas wgniata w fotel, gitara tnie niczym brzytwa, a partia skrzypiec mrozi krew. Jedna z moich ulubionych kompozycji! Włoskich wydawców chyba też, gdyż na CD spośród ośmiu zamieszczonych tutaj bonusów znalazła się jej dwie wersje: radiowa i niemiecka pod tytułem „Kusse Bei Nacht”… Oniryczne „Gdy trudno zasnąć” snuje się niczym mgła na wodzie; amerykanie zakwalifikowaliby go pewnie do acid rocka…  Nie do końca przekonuje mnie ballada „Jesteś dziewczyno tęsknotą” zaśpiewana przez lidera z gitarą akustyczną, która łamie koncepcję płyty. Dużo lepiej wypada tu już „Pierwsza noc” i rewelacyjnie zaśpiewany na wielogłosy „Spokój serca” w stylu Novi Singers. Hitem okazał się energetyczny, rockowy „Uczę się żyć”. Ponadczasowym numerem została jednak piosenka „Płoną góry, płoną lasy”, czyli opowieść o pięknie uralskiego krajobrazu (podziwiali go będąc na tournee po Związku Radzieckim), wielkiej miłości i nieuchronnym rozstaniu z ukochaną. Fantastyczny klimat, ciekawa melodia, fajny tekst, a do tego łagodnie łkająca gitara Krajewskiego. Nałożony kilkukrotnie wokal robi wrażenie harmonijnego śpiewu – coś z czego CZERWONE GITARY słynęły z czasów Klenczona.

Mało kto wie, że oprócz radiowej i płytowej wersji była jeszcze jedna: anglojęzyczna. Tekst przetłumaczył Andrzej Więcko, polski korespondent tygodnika „Newsweek”. Publicznie wykonali ją tylko raz, podczas Festiwalu w Sopocie w sierpniu 1971 roku, gdzie wystąpili poza konkursem jako gość specjalny obok amerykańskiej gwiazdy Nancy Wilson. Ta wersja pod tytułem „Crimson Forrest, Crimson Mountains” wspólnie z utworem „W drogę” („Moving”) miał zostać wydany na singlu, z którym CZERWONE GITARY miały wyruszyć do Belgii, Wielkiej Brytanii i USA. Mimo, że studio czekało zespół w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu…

Jak już wspomniałem kompaktowa reedycja płyty zawiera rzadkie, (wręcz mega rzadkie) utwory dodatkowe: radiowe wersje „Nocnego całowania”, „Płoną góry…”, oraz „Uwierz mi Lili”. Alternatywna wersja  „Uczę się żyć”, wspomniane wcześniej singlowe „Kusse Bei Nacht” i „Du Bist Die Stille Nicht” („Nie jesteś ciszą”) nagrane dla niemieckiej Amigi,  „Anna M” z EP-ki z czerwca 1971 i największy diament tego wydawnictwa „Pejzaż miasta”. Dlaczego? Bo po raz pierwszy w swej pełnej, trwającej siedem i pół minuty wersji (rozszerzonej o 1,5 minuty w porównaniu do rzadkiej EP-ki) z genialną, przedłużoną gitarową improwizacją Seweryna.  Powiem szczerze: kopara opada! Szkoda, że nie ma tego na Youtube

Czerwony winyl Czerwonych Gitar.
Czerwony winyl Czerwonych Gitar wprawił wszystkich w osłupienie!

Na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. Autorem okładki był Marek Karewicz, który wymyślił sobie, że okładka ma być krwistoczerwona, a karton twardy, eksportowy z „grzbietem”. Do tego sepiowe fotografie, logo wydawcy, złote obwódki i litery. Łódzka Drukarnia Akcydensowa broniła się przed przyjęciem zlecenia jak diabeł przed święconą wodą. Pomogły dopiero tzw. „układy” i silne naciski ludzi z Polskich Nagrań. Udało się! Ale skoro była czerwona okładka, ówczesny menadżer zespołu, Dariusz Michalski, wpadł na iście szatański pomysł: chciał wydać płytę na czerwonym winylu. Ze swoich marzeń zwierzył się Franciszkowi Pukackiemu – alfa i omega polskiej fonografii. „Czerwone? To się da załatwić!” zapalił się do idei były cichociemny, który jak już komuś dał słowo dotrzymywał go, a gdy komuś coś obiecał – nigdy nie zawiódł. Dariusz Michalski: „No i udało się! Na festiwalu piosenki w Sopocie Pronit niechętnie (wszak pracował dla konkurencji, dla Muzy) wytłoczył kilkadziesiąt egzemplarzy krwistoczerwonych krążków, których zagranicznych gości wprawił w osłupienie. Że jednak wszystko działo się w tamtej Polsce, dowiodły następne dni: komponentów cynobru już zabrakło, co najwyżej starczyło do wyprodukowania płyt pomarańczowych, w końcu „do handlu” poszedł tradycyjny czarny longplay”.

Paradoksalnie „Spokój serca” był gwoździem dobijającym polską muzykę bigbitową przez jej czołowego przedstawiciela. Tyle tylko, że CZERWONE GITARY po nagraniu tej płyty odpuściły sobie rocka na dobre. A szkoda…

GNIDROLOG „Lady Lake” (1972)

Walijski GNIDROLOG ze swoją niezwykle inteligentną muzyką jest jedną z najbardziej niedocenionych grup brytyjskiego rocka początku lat 70-tych. Drzemał w niej ogromny potencjał twórczy i przy odrobinie szczęścia w promocji grupa mogłaby namieszać w czołówce brytyjskiej awangardy rockowej. Ich eklektyczna muzyka o rozbudowanym, orkiestrowym brzmieniu z użyciem instrumentów takich jak flet, saksofon, obój, róg, czy wiolonczela brzmiała absolutnie unikalnie i była trudna do sklasyfikowania. Jeśli bawić się w porównania to najbliżej im było do zespołu Gentle Giant głównie ze względu na szeroko rozbudowane instrumentarium, w którym zabrakło (i to jest dość ciekawe) instrumentów klawiszowych.

Trudno też mówić, że GNIDROLOG to grupa zupełnie nieznana. Fani wczesnego progresywnego rocka bardzo wysoko cenią zespół. Ich drugi album „Lady Lake” ozdobiony przeuroczą, baśniową okładką to prawdziwe muzyczne arcydzieło, które (wierzę w to) wielu ma na swej półce. Nie mniej w epoce ani płyta, ani zespół nie przebili się na rynku muzycznym. Patrząc z perspektywy czasu uważam to za jedną z największych porażek w historii rocka…

Gnidrolog (1971)
Jedno z niewielu zachowanych zdjęć zespołu(1971).

Zespół powstał w 1969 roku z inicjatywy braci bliźniaków: Colina i Stewarta Goldring’ów. W ich rodzinnym domu muzyka klasyczna była od zawsze. Już w wieku 11 lat byli członkami miejscowej orkiestry symfonicznej grając na skrzypcach i instrumentach dętych. Nieco później zainteresowali się współczesnymi rytmami i gitarą. Mając lat 15 często występowali w lokalnych klubach, a zaraz po skończeniu szkoły, jako duet gitar klasycznych, regularnie dawali koncerty. Gdy odkryli możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej postanowili rozszerzyć skład, a że wieści rozchodziły się szybko jako pierwszy zgłosił się do nich perkusista Nigel Pegrum. Były członek grupy Spice (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Uriah Heep) oprócz bębnienia doskonale opanował grę na fortepianie, flecie i oboju. Problem był basista; w końcu po serii przesłuchań znaleziono odpowiedniego kandydata – był nim Peter „Mars” Cowling. Nazwa zespołu została wymyślona przez braci. Tajemniczo brzmiące miano GNIDROLOG okazuje się być anagramem ich nazwiska do którego dodano  literkę „o”.

Mimo zdecydowanie różnych gustów muzycznych próby zespołu odbywały się bez żadnych sporów. Główny nacisk położono na granie zespołowe bez epatowania solowymi popisami. Improwizacja była podstawą każdej nowej kompozycji, z której potem wyłaniał się jeden wiodący temat. Przez sześć miesięcy ciężkiej wielogodzinnej pracy szlifowali autorski materiał. Potem przyszła seria koncertów i pierwsza większa trasa z The Kinks z wypadem do Niemiec. Liznęli też rock’n’rollowego stylu życia z zakrapianymi alkoholem nocnymi imprezami, LSD i marihuaną na czele. Na szczęście wszystko było pod kontrolą. Głównym celem zespołu w tym czasie było podpisanie kontraktu płytowego. Po długich i nieudanych próbach fortuna w końcu uśmiechnęła się do nich – jesienią 1971 roku pod swój dach zespół przyjęła wytwórnia RCA Records. Z producentem Johnem Schroederem z miejsca przystąpiono do nagrania debiutanckiego albumu. Schroeder, wbrew naciskom szefów RCA domagających się szybkiego wydania singla z przebojowym kawałkiem, odniósł się z wielkim szacunkiem do muzyków i prawie nie ingerował w proces twórczy. Płyta „In Spite Of Harry’s Toenail” ukazała się na początku 1972 roku i miała całkiem niezłe recenzje (czego nie można powiedzieć o sprzedaży), a to zainspirowało muzyków do podjęcia dalszych działań. Do zespołu dołączył nowy muzyk, saksofonista John Earle. W rozszerzonym składzie sześć miesięcy później weszli do londyńskiego Morgan Studios nagrywając materiał na drugi krążek. Album „Lady Lake” wydano w grudniu tego samego roku.

Bajeczna okładka płyty "Lady Lake" (1972)
Bajeczna okładka płyty „Lady Lake”  (1972) autorstwa Bruce’a Penningtona.

Płyta zaczyna się od ich klasycznego utworu „I Could Never Be A Soldier”. W dzisiejszych czasach kompozycja ta, z ponadczasową melodią zaliczana jest do elitarnych dzieł wczesnego rocka progresywnego. Zespół wytoczył tu wszystkie swoje atuty: obecność dwóch flecistów oferujących bujne dźwięki w stylu Jona Andersona z Tull, gitarowe zagrywki Stewarta Goldringa z pełną pasji hard rockową solówka pod koniec nagrania, baśniowy głos jego brata Colina, przepiękne melodie, cudowny refren, wyśmienicie napędzany bas Petera Cowlinga (przypominający nieco to, co King Crimson zbudował dwa lata później na „Starles And Bible Black”), uroczy folkowy klimat i saksofon Johna Earle, który znakomicie prowadzi cały utwór. Do tego bezpretensjonalny, pacyfistyczny tekst, który w 1967 roku mógłby stać się hymnem kontestującej młodzieży…  Następny numer, „Ship”,  jest po prostu PIĘKNY! Ma w sobie coś z atmosfery słonecznej Kalifornii i okolic San Diego z widokiem na spienione fale Oceanu Spokojnego, a do tego kolejny cudowny tekst tym razem o ekologii… Śliczna akustyczna miniaturka „A Dog With No Collar” jest chwilowym oddechem przed najbardziej awangardowym, wymagającym większego skupienia nagraniem tytułowym.

Tył okładki
Tył okładki

Ponad ośmiominutowy „Lady Lake” jest centralną częścią repertuaru tego albumu pokazując najbardziej „odjazdową” stronę zespołu. Progresywny trend sprytnie został wykorzystany do jazz  rockowego, fantazyjnego grania. Główną rolę grają tu instrumenty dęte; gra Johna Earle ma w sobie coś kreatywnego, a zarazem nerwowego, co oczywiście mi nie przeszkadza, a jego końcowe solo jest wręcz obłędne! Kapitalna linia basu, wykorzystanie fletu, rogu i wiolonczeli, gęste brzmienie, wysublimowana gra perkusji, niesamowity rozmach aranżacyjny… ach, długo by tak można jeszcze pisać… A potem jakby z innego świata, miłosna pieśń „Some Dreams” z gościnnym udziałem Charlotte Fendrich na fortepianie. Całość  emocjonalnie zaśpiewana przez Colina z gitarowym podkładem, miękkim basem i obojem, na którym zagrał perkusista Nigel Pegrum. Perełka… „Social Embarrassment” przenosi nas w w okolice Canterbury z całą baterią dętych: obój, rogi, flet i pojedynkiem saksofonowym na czele, agresywnym dźwiękiem wiolonczeli, pochodami basu, nieco zabawnym wokalem (w tej roli John Earle), perkusyjnymi łamańcami i jazzowymi gitarowymi riffami. Uf! Sporo się dzieje, a wszystko idzie tak szybko, że łatwo przeoczyć różne smaczki. Niesamowite zakończenie niesamowitej płyty. Stworzonej przez muzyków z miłością do muzyki. Płyta „Lady Lake” to czysty klasyk. Muzyczny Rembrandt widziany oczami Andy Warhola…

Recenzje albumu „Lady Lake” były znakomite. Jednak muzyka GNIDROLOG, zbyt inteligentna dla mas, nie sprzedała się. Zdając sobie sprawę, że na takiej muzyce nie można zarobić wytwórnia RCA rozwiązała umowę z zespołem, który wkrótce rozpadł się.

Nigel Pegrum podjął współpracę ze Steeley Span, Peter Cowling związał się z gitarzystą Pat’em Travers’em. Bracia Goldring w 1976 roku założyli punkowy(!) zespół Pork Dukes, oraz zajmowali się pracą sesyjną. Do dziś występują na scenie jako duet grający na gitarach akustycznych…

Meksykański totem: La Revolucion de Emiliano Zapata (1971)

W erze psychodelicznego rocka i pod wpływem amerykańskich hipisów grupa młodych przyjaciół pod wodzą gitarzysty Javiera Martina del Campo powołała do życia zespół LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. To był czas długich bokobrodów, kwiaciastych koszul, spodni dzwonów. I narodzin meksykańskiego ruchu zwanego La Onda, który wypłynął na fali kontrkultury lat 60-tych. Owych buntowników nazywano onderos, macizos, lub po prostu jipitecas (czyli hipisów). Członkowie grupy mieszkali w Jardines del Bosque – nowej dzielnicy meksykańskiej metropolii Guadalajara. Ta bardzo nowoczesna pod względem architektonicznym część miasta zaprojektowana w 1957 roku od początku budowy budziła kontrowersje i wiele emocji; ku rozpaczy mieszkańców powstała bowiem na obszarze wyciętego niemal w pień prastarego lasu Santa Edviges.

Młodzież z Gudalajary  zafascynowana była w tym czasie muzyką z Anglii i amerykańskim rockiem, a lokalne grupy takie jak Los Spiders, La Fachada de Piedra (jak ja uwielbiam takie nazwy!), Blue Jeans i kilka innych cieszyły się sporą popularnością. LA REVO (jak w skrócie nazywano zespół) zaczynali od grania popularnych piosenek, ale we własnej, oryginalnej interpretacji na okolicznościowych imprezach, ulicach i placach targowych Jardines del Bosque. Ich sława jako bardzo sprawnie grającego zespołu rockowego szybko rozeszła się po całym mieście. Wkrótce grali już we francuskim kasynie, w prestiżowym klubie „Lions” i wielu innych miejscach.

La Revolucione de Emilio Zapata
Występ grupy La Revolucion de Emiliano Zapata w klubie „Lions”

Wielkim krokiem naprzód był udział w konkursie zorganizowanym przez stację radiową „Radio ondas de la alegria” (ang. Waves Of Happiness Radio), w którym uczestnicy musieli na żywo wykonać własny, premierowy kawałek. LA REVO w bezpośrednim telefonicznym głosowaniu słuchaczy zdobyli główną nagrodę – kontrakt z wytwórnią płytową. Jak widać gra warta była świeczki… Ludzie z Mexico City czując dobry interes szybko zlecieli się, żeby ich zatrudnić. Kapela przez kilka miesięcy zwlekała z podpisaniem umowy; żadna nie gwarantowała pełnej swobody artystycznej, na której tak im zależało. Dopiero Polydor Records zapewnił kontrakt, który usatysfakcjonował obie strony. I tak  rozpoczął się krótki, ale bardzo udany wypad do świata muzyki rockowej. Z nowymi pomysłami, premierowymi kompozycjami i poczuciem kreatywności przenieśli się do stolicy kraju, Mexico.

W tym czasie zespół tworzyli: Oscar Rojas Gutierrez (wokal), Javier Martin del Campo (gitara), Francisco Martinez Orlenas (bas), Antonio Cruz Carbajal (perkusja), oraz Carlos Valle Ramos (gitara). W 1970 roku ukazał się pierwszy singiel grupy. Mała płytka „Nasty Sex/Still Don’t (Not Yet)” była forpocztą dużego albumu. Piosenka ze strony „A” okazała się hitem nie tylko w Meksyku. „Nasty Sex” gościła na czele list przebojów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w wielu krajach Zachodniej Europy. O egzotycznym zespole z odległego (jak dla Europejczyka) zakątka Ziemi zrobiło się głośno. Nic więc dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem czekano na dużą płytę. Ta ukazała się kilka miesięcy później, na początku 1971 roku.

"La Revolucion de Emiliano Zapata" (1971)
Front okładki płyty „La Revolucion de Emiliano Zapaat” (1971)

Album „La Revolucion de Emiliano Zapata” zawiera dziewięć autorskich kompozycji. Słychać, że grupa inspirowała się angielskim i amerykańskim rockiem od Erica Burdona, Ten Years After i The Rolling Stones, po Creedence Clearwater Revival, Quicksilver Messenger Service i Blue Cheer… Wszystkie teksty śpiewane były po angielsku, choć niektórzy onderos nie byli z tego zadowoleni. Według nich nazwa grupy obligowała do śpiewania w ojczystym języku… Całość otwiera przebojowy „Nasty Sex” w swej pełnej, siedmiominutowej wersji. Kontrowersyjny tekst mówiący o dziewczynie, która uprawia swobodny seks z dopiero co poznanym rocanroleo był pewnie dla wielu szokujący, choć czy aby na pewno..? Klimatem utwór przypomina mi „Born On The Bayou” CCR, z lekką domieszką „Honky Tonk Woman” Stonesów. Nagranie ozdabiają  wspaniałe  psychodeliczne solówki gitarowe Javiera Martina del Campo w stylu Johna Cipolliny… Nabuzowana energią „Melynda” z ostrą perkusją i gitarowym fuzzem to czysty hard rock w stylu lat sześćdziesiątych. W końcówce świetne solo del Campo, które wbija się w pamięć.  Nie za długie, ale i nie krótkie – proporcje zachowane wzorowo. The Who takim kawałkiem z pewnością by nie pogardzili… Pół akustyczna, kojąca uszy ballada „I Wanna Know (Quiero saber”)  rozbraja mnie czarującą partią harmonijki ustnej i delikatnym, ledwo słyszalnym dźwiękiem fletu. Idealna jako podkład do filmowej sceny z westernu: wąsaty Vagueros z okrągłym sombrero na głowie śpiewa przy ognisku piosenkę o miłości do swej ukochanej Conchity, którą zostawił daleko stąd w małym pueblo. No, albo coś w tym stylu…

Tył okładki.
Tył okładki limitowanej, kompaktowej reedycji albumu. (Polydor 2009).

Dramatyczny „If You Want It (Si tu lo quieres)” to absolutny majstersztyk rockowego grania na dwie gitary prowadzące. Nie ma tu jednak pojedynku między gitarzystami o to kto lepiej zagra swoją partię, czyje solo będzie piękniejsze. Kapitalny numer, który zawsze odsłuchuję z niekłamaną radością… Rozbujany, pełen wirujących psychodelicznych gitar „Shit City (Ciudad perdida)”, lżejszy i spokojniejszy „A King’s Talks (Platicas de un rey”), oraz „Still Don’t. Not Yet (Todavia nada)” to już acid rock amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża w swej najczystszej postaci nawiązujący do stylu Grateful Dead i Jefferson Airplane. Oryginalny longplay kończą dwie urocze piosenki: akustyczna „At The Foot Of The Mountain (Al pie de la montana)” z użyciem ludowej fujarki i utrzymana w stylu San Francisco sound „Under Heavens (Bajos los cielos)”. Obie potwierdziły, że w ich muzyce oprócz mocnego brzmienia liczy się też melodia… Na kompaktowej reedycji, którą Polydor wznowił w limitowanej (numerowanej) wersji w 2009 roku znalazły się trzy bonusy: wcześniej nie publikowany, nieco senny  „Gonna Leave (Vamos a alejamos)”, nagranie „Pig” ze strony „A” trzeciego singla, oraz czterominutowa wersja przeboju „Nasty Sex” pochodząca z rzadkiej EP-ki wydanej w 1971 roku w Europie…

Album okazał się wielkim sukcesem LA REVO przy okazji przecierając szlak dla innych meksykańskich wykonawców. Sam zespól zaczął intensywny, rock’n’rollowy tryb życia, Wszystko toczyło się w zawrotnym tempie; niezliczone pielgrzymki do różnych stacji telewizyjnych, setki wywiadów, tourne tutaj, noc w Monterrey, wschód słońca w Oaxaca.., Sława, ale też chaos, szum medialny i zmęczenie. Terminy mieli tak napięte, że zrezygnowali z występu w Festival Rock y Ruedas de Avandaro – pierwszym meksykańskim festiwalu rockowym w Avandaro (odpowiednik  amerykańskiego Woodstock) w 1971 roku. Do dziś onderos nie mogą im tego wybaczyć…  Prawda była taka, że w tym samy czasie zespół brał udział w zdjęciach do filmu „Prawdziwe powołanie Magdaleny”. Główną rolę w tym filmie zagrała bardzo popularna piosenkarka i aktorka nowego pokolenia Angelica Maria. W filmie można zobaczyć (fikcyjny) występ zespołu z Angelicą na.. festiwalu w Avandaro (sic!). Oszustwo? Raczej sztuka filmowego montażu.  Obraz okazał się jednak hitem, a ścieżkę dźwiękową zatytułowaną „HOY – nada del hombre me esjeno” uznaje się za drugi oficjalny krążek LA REVO

Muzyczne koncepcje członków zespołu zaczęły coraz bardzie różnić się od siebie. Spory, osobiste kłótnie, niezdrowe emocje zaczęły brać górę wyzwalając agresję, serię walk i absurdalne nieporozumienia. Zaczęły się zmiany w składzie. Jako pierwszy, w 1974 roku z grupą pożegnał się Oscar Gutierrez, wokalista,  frontman i twarz zespołu. Zmęczony miastem jak i całą tą niezdrową atmosferą rozpoczął proces upadku LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. Grupy, która nie tylko przez onderos nazywana jest Totemem meksykańskiego rocka

PS. Zespół pod wodzą Martina del Campo istnieje do dziś. Nagrywa, koncertuje, pokazuje się w TV. Tyle, że wykonuje już zupełnie inną muzykę, daleko odbiegającą od tej z lat 70-tych. Banalne, proste i słodkie piosenki o miłości podszyte rodzimym folklorem adresowane są głównie do turystów. Tych z bogatym portfelem. I tej zdrady najstarsi onderos, macizos i jipitecas nigdy w życiu nie wybaczą gitarzyście LA REVO

Chemiczna formuła rocka: P2O5 „Vivat Progressio – Pereat Mundus” (1978)

Zespół P2O5 powstał w 1970 roku w bawarskim miasteczku Wendelnstein oddalonym zaledwie 12 km na południe od Norymbergi. Wolfgang Burkhard (klawisze), Rainer Hauser (gitara), Helmut Hiebel (bas, wokal) i Eddie Lotter (perkusja) uczyli się w tej samej szkole średniej. Nazwa grupy została wymyślona podczas lekcji chemii. Tajemnicze P2O5 to nic innego jak… wzór chemiczny  pięciotlenku fosforu. Stosuje się go do osuszania gazów, oraz do usuwania najmniejszych śladów wilgoci. I nie jest to na pewno „chemiczna formuła materiału wybuchowego” jak zapowiedział spiker wywołujący kwartet na scenę wiosną 1971 roku. Ów sceniczny debiut odbył się na miejscowym Rynku, tuż obok popularnego pubu Zu Den Grei Linden. Tym samym, w którym jeszcze tak niedawno przy kuflu z piwem snuli marzenia o scenicznej karierze.

Ten pierwszy koncert poparty był długimi próbami w przeróżnych miejscach: szkolnej sali, opuszczonym strychu, starej szopie z dziurawym jak sito dachem, zagraconej wilgotnej piwnicy. Do tego zagrany na kiepskim, amatorskim sprzęcie. Mimo to grupa była z niego bardzo zadowolona. Publiczność też, czego przykładem gorące przyjęcie rockowej ballady „Hangman” – pierwszej wspólnej kompozycji zespołu. Kolejne występy zaczęły gromadzić coraz większą liczbę fanów… Rok później grupę opuścił Rainer Hauser (ustrzeliła go strzała Amora), którego zastąpił Konny Hempel. Po dwóch latach chciał wrócić, ale Konny był tak świetnym gitarzystą, że pokazano mu drzwi… Ich występy z użyciem pirotechniki, płonącymi pochodniami, mgłą snującą się po podłodze i twarzami pomalowanymi tak jak Kiss (na długo zanim zespół Kiss stał się sławny w Europie) były dodatkową atrakcją zwiększając rosnącą popularność P2O5 daleko poza Bawarią.

Grupa P2O5
P2O5. Od lewej: E. Lotter, H. Hiebel, K. Hempel, W. Weiss, W. Burkhard (1975).

Zmieniła się też muzyka , która zaczęła opierać się na progresywnym i mistycznym brzmieniu zbliżonym do Pink Floyd z domieszką Black Sabbath i Paternoster. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że wyprzedzali swój czas, byli krok do przodu przed innymi niemieckimi zespołami. Nie dziwi więc, że w pewnych kręgach zyskali status zespołu kultowego; paradoksem było też to, że brak oficjalnych nagrań potęgował większe zainteresowanie grupą.

Jednym z najbardziej znaczących momentów tego okresu było zaproszenie zespołu do wzięcia udziału w tzw. „konkursie młodych talentów” zorganizowanym przez bawarską stację radiową Bayerischer Rundfunk. P2O5 zajęli wysokie, drugie miejsce w kategorii „muzyka rockowa”. W nagrodę ich kompozycja „Obolus Machine” gościła przez jakiś czas na radiowej antenie w popularnym programie muzycznym „Musikalische Leichtgewichte”. Taka tam darmowa promocja… Rok 1975 przyniósł następną zmianę kadrową – do zespołu dołączył wokalista Werner Weiss, którego głos w stosunku do ochrypłego, gotyckiego śpiewu Helmuta Hiebela brzmiał łagodniej i melodyjniej, a do tego miał znacznie szerszą skalę. W następnym roku zespół zdecydował, że nadszedł najwyższy czas aby utrwalić na taśmie kilka nagrań. Nie wiedzieć czemu zwlekał z tym pomysłem dość długo, bo aż do października… 1978 roku! Na dodatek muzycy wybrali tanie i (delikatnie mówiąc) dość ubogo wyposażone studio nagraniowe należące do niewielkiej norymberskiej wytwórni płytowej Brutkasten. Album tajemniczo zatytułowany „Vivat Progressio – Pereat Mundus” (Żyj postępem – choćby świat miał zginąć.) ukazał się jeszcze tego samego roku.

P2O5 "Vivat Progressio - Pereat Mundus" (1978)
Kompaktowa reedycja płyty P2O5 z  dwoma bonusami (2007).

Niewielki budżet jakim dysponowali muzycy pozwolił na wytłoczenie zaledwie 600 płyt z czego 500 na czarnym winylu plus 100 kopii na kolorowym. Cóż, można zażartować, że album ukazał się w limitowanym nakładzie…

„Vivat Progressio…” to osiem bardzo solidnych kompozycji, w których hard rock miesza się z prog rockiem wzbogacony klawiszami (organy, syntezator) i melodramatycznym, angielskim wokalem. „Comin’ Over Again” ma prosty nieskomplikowany rytm nabijany przez perkusistę i ładną melodię wygrywaną przez gitarzystę. I kiedy wydawałoby się, że nic tu się nie wydarzy końcówka przeradza się w zapierającą dech wściekłą galopadę… Równie mocnym kawałkiem jest „Undumufu (All Right)” z fajnym basem, delikatnymi klawiszami w tle i doskonale dozowanymi partiami gitary; z kolei „Smash” okraszony został cudowną solówką Hempela.

Tył okładki CD wytw. Garden Of Gelight (2007)
Tył okładki CD wytwórni Garden Of Delights (2007)

W spokojnym „Morning Of The Ants” dominują klawisze, ciężki bas i głos wokalisty opowiadający swą smutną opowieść. Jeszcze bardziej melancholijny nastrój mamy w najdłuższym, ponad 7-minutowym utworze „I Didn’t Care”. Ten toczący się niczym walec drogowy niesamowity numer to wzorcowy przykład rocka progresywnego oparty na brzmieniu organów, mocnej sekcji rytmicznej i snujących się jakby od niechcenia dźwięków elektrycznej gitary. Te kilka minut mija jak kilka sekund. Ciary! A jest jeszcze przecież „Hangman” – przepiękna rockowa ballada pamiętająca czasy scenicznego debiutu grupy w rodzinnym Wendelnstein. Jestem święcie przekonany, że gdyby ukazała się wówczas na singlu cieszyłaby się ogromną popularnością! Ma w sobie coś z klimatu balladowych pereł Procol Harum, The Moody Blues, węgierskiej Omegi. Słuchana kilkakrotnie pod rząd uzależnia… „Step Of My Face” ze zmiennym tempem, fajną linią melodyczną, kapitalną solówką gitarową okazuje się być kolejną perłą tego wydawnictwa. Całość kończy energetycznie zagrany, bardzo dynamiczny „Memories” potwierdzający łatwość z jaką zespół poruszał się w diabelnie ciężkim rocku.

P2O5. Helmut Hiebel, Konny Hempel, Eddy Lotter, Wolfgang Burkhard
P2O5. Helmut Hiebel, Konny Hempel,Eddy Lotter, Wolfgang Burkhard

Jakość nagrań na płycie była (nie oszukujmy się) daleka od ideału. Dwa bonusy dołączone do kompaktowej reedycji wytwórni Garden Of Delights z 2007 roku brzmią o niebo lepiej. Koncertowa wersja „Hangman” ma dużo większą dynamikę, jest bardziej przestrzenna. Teraz można w pełni docenić potęgę tej niezwykłej kompozycji… Monumentalne „Paradise” z pięknym solem saksofonu, znakomitą (kolejną!) solówką gitarową, powłóczystymi klawiszami i żarliwym, dramatycznym wokalem Weissa jest absolutnym majstersztykiem progresywnego rocka! Takich nagrań wciąż mi mało i mało…

Po 1980 roku w zespole zaczął się kryzys. Najpierw odszedł Burkhard, potem Hiebel, a tuż za nim Hempel. Sytuację próbował ratować perkusista Eddy Lotter. Dobierając kilku nowych muzyków zarzucił granie oryginalnych utworów przestawiając się na covery Black Sabbath i Judas Priest. Nie wróżyło to dobrze. Nieuchronne załamanie przyszło szybko –  w lipcu 1982 roku ogłoszono, że P2O5 przestało istnieć…

Losy członków potoczyły się różnymi torami: Hempel sprzedawał rowery w swoim sklepie, Weiss zarabiał jako taksówkarz, Hiebel został programistą, Lotter założył małą firmę budowlaną. Wolfgang Burkhard zmarł w 2004 roku…

Don Kichot z Walencji – Eduardo Bort (1975).

Każdy ambitny Artysta jest po trochu Don Kichotem, który fantazją i zamierzeniami wykracza poza przyjęty stan rzeczy i możliwości.

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Beatlesów, których młody Eduardo pokochał od pierwszego nagrania jakie usłyszał w samochodowym radio jadąc z ojcem do szkoły. I to był ten moment, który tak naprawdę zadecydował o dalszym życiu młodzieńca. Nie wiemy, czy to wówczas zakiełkowała w nim myśl o byciu muzykiem. Faktem jest, że już pod koniec lat 60-tych zaczął grywać na gitarze w rodzinnej Walencji w grupach Los Exciters , Los Boodgies i La Oveja Negra… Niestety w czasach dyktatury generała Franco muzyka rockowa w Hiszpanii była piętnowana przez ówczesnych dysydentów i praktycznie została zepchnięta do głębokiego „podziemia”. Bort zdając sobie sprawę, że nie spełni się w rodzinnym kraju zaczął podróżować po Europie szukając tam swego miejsca. Jako muzyk sesyjny udzielał się w licznych sesjach nagraniowych głównie w Szwajcarii, Niemczech i Anglii. Ocierając się o wspaniałych muzyków, grając w najbardziej złożonych produkcjach pod kierunkiem świetnych producentów gromadził doświadczenie, które jak mniemał zaprocentuje w przyszłości. Zaczął też tworzyć pierwsze autorskie kompozycje będące zalążkiem późniejszej dużej płyty.

W Paryżu związał się z francuską grupą Out, z którą nagrał cztery piosenki. Singiel miała wydać mała niezależna wytwórnia Out Music wiosną 1973 roku. Z niewiadomych do dziś powodów mała płytka nigdy się nie ukazała. Same nagrania przepadły bez wieści, tak jak i zespół Out… To przesądziło sprawę. Bort przejrzał na oczy. Nic go tu nie trzymało, nie miał żadnych zobowiązań. Naładowany pozytywną energią, z głową  pełną pomysłów wrócił do rodzinnej Walencji. Tam, w domowym zaciszu postanowił popracować nad nowym projektem. Źródłem jego inspiracji była literatura fantastyczna H.P. Lovercrafta i wspaniałe opowieści anglo-irlandzkiego powieściopisarza Lorda Dunsany’ego.  Jedno z nich, opowiadanie „Idle Days On The Yann” („Beztroskie dni na rzece Yann”) należące do kanonu literatury fantastycznej zrobiło wielkie wrażenie na Eduardo. Tak wielkie, że swe pierwsze nagranie gitarzysta zatytułował „Yann”.

Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)
Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)

Gdy praca nabrała kształtu, Eduardo zajął się szukaniem osób, które byłyby w stanie zrealizować jego pomysł. Wymagania miał spore, a muzyczna scena Walencji wyglądała ubogo. Czuł, że mogą być kłopoty, choć jednej osoby był pewien. Z Jose Soriano znał się od lat i wierzył, że tylko on zdolny jest wyczarować na syntezatorze dźwięki, które chodziły mu po głowie… Basista Marino Hernandez sąsiad mieszkający dwa domy dalej(!) pogrywał w jazzowej formacji, w której za bębnami siedział Vincente Alcaniz. Obaj ochoczo przyjęli propozycję Borta. Szczególnie Vincente oczarowała Borta. „Talerze obsługiwał bosko, czuło się dużą przestrzeń, a jego bębnienie momentami przypominał styl King Crimson.” Ostatnim nabytkiem grupy, którą Bort nazwał YANN (bo jakże by inaczej) był wokalista Miguel Font. Do projektu dołączył także kolejny pasjonat prozy Lovercrafta, Juan Beltran, który po wysłuchaniu próbnych nagrań „Cuadros de tristeza” zakochał się w projekcie i zaproponował napisanie wszystkich tekstów. Bort był tak skoncentrowany na muzyce, że przybycie Beltrana uznał za znak Opatrzności.

Na parterze domu w dzielnicy Campanar odbyli setki godzin prób polerując tematy, próbując różnych aranżacji, pieszcząc szczegóły. Nie mając kontraktu z wytwórnią płytową udali się w 1974 roku do Madrytu. Tam, w wynajętym studiu nagraniowym Audiofilm, które z własnej kieszeni opłacił Eduardo zarejestrowali materiał na album. Czuli, że to co stworzyli było kamieniem milowym w tym kraju. Z drugiej strony Bort zdawał sobie sprawę, że trudno będzie wydać  go w Hiszpanii. Zdecydował się pojechać z gotowym materiałem do Anglii i tam spróbować szczęścia. W podróży wspierała go Judith Wardle, dobra dusza zespołu, która załatwiła mu dojście do Joopa Vissera, jednego z najbardziej wpływowych menadżerów w przemyśle płytowym, szefa A&R oddziału EMI. Tego samego, który odkrył grupę Queen. Wchodząc do biura EMI w Londynie Eduardo nie mógł uwierzyć, że stąpa po tych samych schodach, na których Beatlesi kilka lat wcześniej zrobili swą słynna sesję zdjęciową. Serce miał w gardle… Judith uprzedziła go, że ma najwyżej 3-4 minuty by przekonać Joopa Vissera do swojego projektu. Eduardo Bort: „Zanim zostaliśmy wezwani czekaliśmy kilka minut, które trwały całą wieczność. Po przywitaniu i krótkiej prezentacji Joop rozsiadł się w fotelu, umieścił taśmę w magnetofonie i zaczął słuchać. Pierwsze nagranie, potem następne… Był mocno skupiony. Na moment zatrzymał taśmę a ja zamarłem. On zaś spytał tylko  „Kto to wyprodukował?” Judith oczami wskazała na mnie, po czym kontynuował słuchanie. Nie zatrzymał się dopóki nie wysłuchał całości. Zanotował coś w notesie, zapytał o skład grupy, kompozytora, producenta. W końcu wstał, wyciągnął rękę z gratulacjami i powiedział: „Musisz przyjechać do Anglii i zamieszkać tutaj przez trzy miesiące, bym mógł unormować twoją sytuację prawną. Jeśli spędzisz to lato w Anglii jesienią będziesz rezydentem, a pod koniec tego roku, lub na początku nowego EMI wypromuje was w wielkim stylu. Musisz tylko przekonać pozostałych, by zrobili to samo.” Nie wierzyłem w to co usłyszałem. To było jak sen!”

Plakat zapowiadający koncert Borta
Plakat zapowiadający solowe koncerty Borta (1974 )

Obietnica Vissera otwierała szerokie horyzonty przed grupą YANN. Kiedy po powrocie do Walencji z entuzjazmem opowiadał co się wydarzyło nie uwierzyli mu! O porzuceniu kraju dla mglistych obietnic EMI i iluzorycznej kariery nie chcieli słyszeć. Każdy z nich miał swoje życie – ktoś właśnie się ożenił, ktoś inny kupił dom, ten miał chorą matkę… Bort wściekł się nie na żarty. Oto otwierała się przed nimi wszystkimi szansa, być może szansa życia, a oni mu tu jakieś pitu pitu i dyrdymały opowiadają. Jedynie perkusista skłonny był podążyć za swym liderem. Rozgoryczony całą sytuacją gitarzysta podjął nieodwracalną decyzję o  rozwiązaniu grupy ogłaszając, że będzie pracował na własny rachunek. W akcie desperacji chciał zniszczyć kopie albumu i taśmę matkę. Powstrzymała go Judith. Wierna niczym giermek Sancho Pansa wytrwale stojąca u boku rockowego Don Kichota przekonała go, że musi doprowadzić  dzieło do końca. Eduardo Bort przemyślał sprawę, a że rysa w sercu była głęboka zdecydował wydać płytę pod własnym nazwiskiem. Album, ozdobiony okładką lewitującego wśród gwiazd gitarzysty, ukazał się dokładnie rok później, tuż po upadku reżimu generała Franco nakładem hiszpańsko-portugalskiej wytwórni Movieplay

Album "Eduardo Bort" (1975)
Okładkę albumu „Eduardo Bort”  zaprojektował Fernando Bucho.

Płyta „Eduardo Bort” to sześć utworów trwających niewiele ponad trzydzieści sześć minut muzyki. Mało! Czuję niedosyt!!! Takie rockowe progresywne granie o symfonicznym brzmieniu połączone z szalejącą gitarą przeplataną romantycznymi wstawkami ozdobione elementami hiszpańskiego folku są balsamem na moje uszy. I chyba nie tylko moje…

Ten piękny album rozpoczyna się od podzielonej na dwie części kompozycji „Thougts”(w oryginale „Pensamientos”). Pierwsza część zaczyna się od użycia gitary akustycznej, by później przekształcić się w potężny motyw progresywnego rocka z częstą zmianą rytmu, intensywnym solem perkusyjnym i partią klawiszy na moogu. W drugiej ostra gitara współgra z przenikliwym, wysokim wokalem; w połowie numeru piękna akustyczna wstawka nadała mu głębię i przestrzeń a kończące gitarowe solo chwyta za serce… „Walking On The Grass” („Paseando sobre la hierba”) podąża w tym samym progresywnym kierunku. Delikatny początek z wykorzystaniem fletu, instrumentalne pasaże pełne dźwięcznego bogactwa,  partie wokalne rozpisane na głosy i kończąca ten dziewięciominutowy utwór frenetyczna gitarowa solówka to istne (nie jedyne na tej płycie) arcydzieło progresywnego rocka! Jeśli już mówić o solówkach gitarowych Eduardo, to z całym szacunkiem chylę czoło przed tą zagraną w „Pictures Of Sadness” („Cuadros de tristeza”) przypominająca średniowieczne i romantyczne czasy. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najlepsza solówka gitarowa nagrana do tej pory w Hiszpanii! Użycie melotronu przybliża klimat utworu do lirycznych momentów pierwszych płyt King Crimson i Pink Floyd z okresu płyty „Meddle”. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..? Z kolei instrumentalny „Yann” mógłby być częścią arcydzieła Steve’a Hillage’a  Fish Rising. Wspaniały pojedynek pomiędzy klawiszami (mini-moog, melotron) a gitarą prowadzi do finałowego, niemal duszpasterskiego „En las riberas del Yann”. Ta ośmiominutowa kompozycja zaczyna się dźwiękami melotronu, któremu wtóruje akustyczna gitara i balladowy śpiew wokalisty. W okolicach trzeciej minuty zmiana tempa – z rozmachem, w stylu Yes, eksploduje ciężkie progresywne granie. Świetnie wykorzystany elektryczny bas Hernandeza podbija dynamikę utworu, zaś sam Eduardo ze swą niezawodną techniką gry jak zwykle jest doskonały i perfekcyjny w każdym calu…

Promocja albumu była słabiutka, można wręcz powiedzieć – żadna. Nic dziwnego, że przepadł on w epoce niezauważony. Dziś jego cena na giełdach płytowych sięga 1500 $… Co ciekawe –  utwór „Pictures Of Sadness” był grany w europejskich stacjach radiowych takich jak BBC, RNE, RTF, oraz przez legendarną piracką rozgłośnię Radio Caroline. Jak głosi plotka (niepotwierdzona) płytę do tych rozgłośni ponoć wysyłał sam Bort – współczesny, rockowy Don Kichot z Wenecji, który nie miał szczęścia przebić się ze swoją muzyką poza swój kraj…

Diament w kolczastym drucie. DIES IRAE – „First” (1971)

Saarbrucken – przemiłe miasto położone nad rzeką Saarą w południowo-zachodnich Niemczech graniczące z Francją i Luksemburgiem ze swą uroczą barokową architekturą i francuską atmosferą – było rodzinną kolebką zespołu DIES IRAE. To tu w 1968 roku zespół zadebiutował w jednym z lokalnych klubów i tu zakończył swą krótką działalność.  Pozostawił po sobie singla i duży album zatytułowany „First”. Ironiczny tytuł biorąc pod uwagę, że nie doczekaliśmy się  kontynuacji w postaci albumów „Second”, „Third”… Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że nie było w tym za grosz winy samych muzyków.

Wszystko zaczęło się nad wyraz banalnie. Licealista Rainer Wahlmann podczas nudnych (jego zdaniem) lekcji pisał teksty do swych wyimaginowanych rock’n’rollowych piosenek. Będąc w podstawówce pokochał Elvisa, Eddiego Cochrana, Buddy Holly’ego, Billa Haleya. W szkole średniej był na etapie fascynacji brytyjskiej inwazji muzycznej: The Searchers, Animals, The Who, Kinks i całej reszty im podobnych. Tyle, że tej fascynacji nie podzielał ojciec Rainera. Silny nacjonalizm utrwalił w nim miłość do tradycyjnych niemieckich piosenek, którymi „karmił” syna od kołyski. Nienawidził „muzyki wroga”, tych wszystkich zepsutych zespołów i ich piosenek. Z pogardą mówił, że rock’n’roll to „muzyka brudnych amerykańskich Czarnuchów…”  Któregoś dnia wpadł do pokoju syna i w napadzie szału wyrzucił przez okno gramofon i płyty Stonesów. To przechyliło szalę goryczy; młodzieniec podjął jedną z ważniejszych decyzji w swym życiu: „Zdecydowałem, że będę walczył o wolność myśli i tolerancję nie siłą a muzyką. Zebrałem kilku kumpli z klasy i zaczęliśmy ćwiczyć. Nie umiałem grać, ale miałem coś do powiedzenia. I tak zostałem wokalistą. A w zasadzie udawałem, że nim jestem. Przynajmniej na początku…” To, co zaczęło się jako bunt i akt oporu nastolatka tak naprawdę uruchomiło muzyczną karierę Rainera i jego zespołu.

Dies Irae
DIES IRAE (1971). Od lewej: R. Wahlmann (voc), J. Schiff (gb), H. Thoma (g), A. Cornelius (dr)

Joachim Schiff grający na gitarze siedział razem z Rainerem w jednej szkolnej ławce. Nieco później dołączył do nich świetny gitarzysta Harald Thoma, co zmusiło Schiffa do grania na basie. Kłopot był z perkusistą. W ciągu roku przewinęło się ich kilku, ale żaden nie zagrzał miejsca na dłużej… Pod nazwą The Flash (1966/67) grali piosenki Beatlesów, Stonesów, The Kinks… Gdy odkryli fantastyczne zespoły bluesowe takie jak Bluesbreakers Johna Mayalla, The Yardbirds, Fleetwood Mac, Cream, Taste, oraz amerykańskie legendy gatunku – Muddy Watersa, BB Kinga, Willi Dixona, Howlin’ Wolfa wiedzieli, że pójdą w progresywną muzykę.

Zmienili nazwę na DIES IRAE wraz z przyjściem młodziutkiego Manni von Bohra. Niestety przyszły niemiecki papież perkusji (jak się dziś o nim mówi) z uwagi na to, że nie zdał szkolnych egzaminów i musiał powtarzać klasę dostał od rodziców szlaban na granie w kapeli (później zastał członkiem grupy Birth Control). Szczęśliwie tuż po nim do zespołu trafił wysokiej klasy perkusista jazzowy Andreas Cornelius. Postawił jednakże jeden warunek: „Dołączę do waszego zespołu, ale tylko wtedy, gdy zaczniecie pisać swój własny materiał.”

W 1968 roku całe Niemcy Zachodnie zalała nowa fala zespołów muzycznych. Wiele z nich inspirowało się psychodelią tak bardzo popularną po obu stronach Atlantyku. Inni, jak Amon Dull, Can, czy Guru Guru ze swoimi mistrzowskimi improwizacjami „zaciemniali” brzmienie oscylując pomiędzy elektronicznym, psychodelicznym i eksperymentalnym rockiem. Muzyka DIES IRAE miała podobną ciemność. Jednak w przeciwieństwie do zespołów, które były pionierami rodzącej się sceny krautrocka DIES IRAE nie odrzucił amerykańskich wpływów muzycznych. Szczególny wpływ na ich muzykę miał blues. Dla wielu była to muzyka przeszłości, dla DIES IRAE wrotami otwierającymi nowe opcje, które zaprezentowali na albumie „First” wydanym wiosną 1971 roku przez hamburski Pilz – sublabel największej wówczas niemieckiej wytwórni płytowej BASF.

Dies Irae "First" (1971)
Album „First” wydany przez Pilz Records (1971)

Inżynierem dźwięku był wschodzący geniusz konsolety Conny Plank. Sesja w hamburskim Star Records trwała łącznie 25 godzin z czego około trzy poświęcono na nagranie dwóch dodatkowych kompozycji. I tak naprawdę „Silent Night” i „Shepherd’s Song” (ten drugi trwający zaledwie 30 sek.), które zostały włączone do świątecznej składanki „Heavy Christmas”, a którą wytwórnia Pilz wydała tuż przed Bożym Narodzeniem 1970 roku były pierwszymi nagraniami wydanymi na dużej płycie. Padłem z wrażenia słuchając „Cichą noc” w wykonaniu muzyków z Saarbrucken. I przyrzekłem sobie w duchu, że będę do niej wracał w każdą Wigilię Białych Świąt!

Pośpiech przy nagrywaniu debiutu był więc ogromny. Na dodatek w połowie sesji Conny Plank opuścił studio zostawiając konsoletę pod opieką producenta płyty Jurgena Schmeissera. Kilka przecznic dalej, w innym studio nagrywał płytę z grupą Kraftwerk. Wrócił grubo po północy, po pięciu godzinach nieobecności w towarzystwie kolesi z The Rattles, którym obiecał zwolnić wczesnym rankiem studio…

Mimo owych niezamierzonych perturbacji „First” pod każdym względem okazał się dziełem wyjątkowym. Dostaliśmy tutaj ciężką, mroczną muzykę ze sfuzzowaną, tnącą jak piła łańcuchowa gitarą, która jednakże pozostawia sporo miejsca na zabawę, a nawet na eksperymenty z dźwiękiem, a psychodelia miesza się z miażdżącym ciężkim bluesem. Wyobraźmy sobie wspólne jam session Black Sabbath z Amon Duul II, a zbliżymy się do czegoś co powinno zabrzmieć jak DIES IRAE!

Całość otwiera „Lucifer” – dynamiczny blues rockowy numer z szaloną, by nie powiedzieć obłędną partią harmonijki ustnej (Rainer Wahlmann), namiętnym wokalem, kapitalną sekcją rytmiczną i rasową solówką gitarową. Wow! Ekstra! Ktoś nawet porównał ten kawałek do sabbathowskiego „The Wizard”, choć ja skłaniałbym się iść w kierunku grupy Zior… 30 sekundowe „Salve Oime” z łacińską sekwencją Arystotelesa „Salve oime omne animal triste post coitum” („Każde stworzenie jest smutne po obcowaniu”) wypowiedziane przez basistę, „ozdobione” dość dwuznacznymi pomrukami Haralda mogło być uznane za żart. Tyle, że nie wszyscy go zrozumieli, czego konsekwencje zespół odczuje już wkrótce.  Ale o tym za chwilę… Początek „Another Room” wydaje się być ukłonem w stronę Led Zeppelin (sekcja rytmiczna plus gitara), który potem przechodzi w rejony progresywnego rocka z elementami psychodelii. Wokal Rainera to mieszanka siły, pasji i emocji. Te cztery minuty pokazują jak znakomicie zespół porusza się po różnych rejonach muzycznych! Instrumentalny „Trip” jak już sama nazwa sugeruje przenosi nas w niezwykłą narkotyczną podróż do podświadomości i ciemnych zakamarków ludzkiej duszy. Szeptowi Rainera towarzyszy dziwne tło: płacząca gitara, schowany w oddali bas, delikatnie pieszczona perkusja. Awangardowy acid rock i free jazz łączą się potem w tej jakże magicznej, hipnotyzującej podróży z udziałem niezwykłych efektów dźwiękowych, obsesyjnej psychodelii, zagubionych głosów. Siedem absolutnie niesamowitych minut, które przypominają mi najlepsze momenty z płyty „Meddle” Pink Floyd wydanej tego samego roku tyle, że kilka miesięcy później. Nota bene nakręcony na 8 mm taśmie pięciominutowy klip niemiecka telewizja WDR pokazała tylko raz(!) po czym zniknął on z anteny na kilka dekad. Serio!To jedyny zachowany filmowy dokument pokazujący grupę DIES IRAE „na żywo”…

W „Harmagedon Dragonlove” zespół brzmi jak (nie)Święta Trójca brytyjskiego hard rocka! Ognista gitara, potężny rytm stanowią idealne tło dla oszałamiającego wokalu Rainera. A ten w swym tekście miesza biblijne symbole apokaliptyczne (siedmiogłowy czerwony smok, trzy szóstki, Armagedon) z kulturowo odmiennym światem (dzieci kwiaty, LSD, lato miłości), który wybuchł wcześniej po drugiej stronie Atlantyku.

Label wytwórni Pilz Records albumu "First"
Oryginalny label wytwórni Pilz Records albumu „First”

Dużo więcej kontrowersji wzbudził tekst utworu „Tired” jawnie zachęcający do korzystania z  „leków” ułatwiających „wspólne podróżowanie ku słońcu na jaskółczym ogonie” (czyżby aluzja do lennonowskiego „Glass Onion”?). Mimo to trzeba przyznać, że to kolejny świetny blues rockowy jam z solową partią harmonijki, mocnym basem i gitarą wspomaganymi ciężkimi bębnami… Dziewięciominutowa epopeja „Witche’s Meeting” łączy jazz z elementami bluesa, klasycznego rocka i rocka progresywnego. Naładowana efektami psychodelicznymi gitara łączy się z dudniącą perkusją przechodząc w kapitalne zespołowe improwizowanie. Jeszcze jeden oszałamiający jam pokazujący, że DIES IRAE należeli wówczas do muzycznej Bundesligi… „Red Lebanese” to kolejna piosenka, która wzbudziła kontrowersje w 1971 roku. Odnosząca się do palenia haszu była powodem, dla którego władze zakazały grania w radiu nie tylko tej jednej piosenki, ale i całego albumu! Szkoda, bo to kapitalny numer nawiązujący do blues rocka w stylu Ten Years After i Groundhogs, z gulgoczącą gitarą wędrującą po kanałach, chodzącym basem i płynnie przemieszczającymi się gatunkami muzycznymi. Całość kończy 36-sekundowy „Run Off” – żartobliwy ukłon Haralda i Rainera w stronę Elmore’a Jamesa wywołujący uśmiech na twarzy słuchaczy… aż do następnego razu. Niestety, następnego razu nie było już nigdy…

Moralni opiekunowie Niemiec Zachodnich pozbawili zapoznania się z płytą szerokiej publiczności. Kontrowersyjne teksty podważające „niemiecki porządek” w tym brak tolerancji i wolności słowa, nawoływanie do legalizacji miękkich narkotyków i „hipisowska”  muzyka zagrażały (według nich) młodym Niemcom. Wszystkie publiczne stacje zbojkotowały płytę, a bez radiowej promocji nie było szans zaistnienia na tamtejszym rynku muzycznym. Niewiele też w tej kwestii zrobili ludzie z Pilz tłumacząc się zmianą profilu BASF-u ukierunkowaną na popowe szlagiery. Tak przepadł nie tylko DIES IRAE, ale i inne znakomicie zapowiadające się grupy, by wspomnieć McChurch Soundroom, Broselmachine, Rufus Zuphall, Ardo Dombec… Jakże więc prorocza okazała się okładka albumu „First” cała „owinięta” drutem. Takim jakim zazwyczaj oddziela się pastwiska, ale też więzienia i wszelkie obozy odosobnienia. Drut kolczasty – symbol społecznej izolacji…

Jedno jest pewne – ta płyta jest bardzo oryginalna i na swój sposób niepowtarzalna. W mojej ocenie to jeden z najlepszych albumów kontynentalnej Europy i absolutna czołówka topowych albumów krautrocka wszech czasów.

Flower Travellin’ Band – rockowi samuraje.

Punktem zwrotnym w życiu Yuya Uchidy była znajomość i przyjaźń z Johnem Lennonem. Przynajmniej on tak twierdzi. To dzięki niemu ten japoński piosenkarz (grał także na perkusji i gitarze) poznał w połowie lat 60-tych niemal całą ówczesną czołówkę znakomitych brytyjskich artystów: Keitha Richardsa, Jaggera, Burdona, Bakera, Claptona… Wstrząśnięty i oszołomiony londyńskim koncertem Jimi Hendrixa w 1967 roku Uchida szybko wrócił do domu i niemal z marszu założył zespół The Flowers starając się przeszczepić na japoński grunt nową muzyczną fascynację. 25 lipca 1969 roku na tamtejszym rynku ukazała się płyta firmowana nazwą Yuya Uchida & The Flowers pt. „Challenge!” Japońskich fanów zaszokowała ona nie tylko muzyką, ale też intrygującą okładką przedstawiającą cały zespół… nago. Jej producentem (a także menadżerem zespołu) był sam Uchida, który – trzeba to uczciwie przyznać – spisał się z tego zadania znakomicie.

Yuya Uchida & The Flowers "Challenge!" (1969)
Yuya Uchida & The Flowers „Challenge!” (1969)

Album, poza jednym autorskim nagraniem, zawierał wyłącznie covery zachodnich zespołów takich jak Cream („White Room”), Big Brother & Holding Company („Summertime”) The Jimi Hendrix Experience („Stone Free”), Jefferson Airplane („Greasy Heart”) – w sumie było ich dziewięć. Sprawnie zagrane, często cięższe niż oryginał zostały zaśpiewane przez bardzo fajną wokalistkę Remi Aso określana jako japońską Janis Joplin (uważam, że Carmen Maki było znacznie bliżej do Janis) i wokalistę Kento Nakamurę. Za bębnami zasiadł Joji Wada, gitarę solową z fajnymi efektami dźwiękowymi obsługiwał Katsuhiko Kobayashi, na basie zaś zagrał Ken Hashimoto. Jednak jak dla mnie najlepszy utwór na tej płycie to instrumentalny „Hidariashi no Otoko” – kawał świetnego, ciężkiego psychodelicznego rocka z najwyższej półki… Album wywołał zachwyt i szaleństwo wśród japońskich fanów. Tymczasem Yuya Uchida… rozpędził wszystkich członków na cztery strony świata (zatrzymał przy sobie jedynie Joji Wadę) angażując na ich miejsce gitarzystę Hideki Ishimę, wokalistę Joe Yamanakę (obaj z bluesowej grupy Mystic Morning) i basistę Jun Kozuki‚ego. Zmienił też nazwę na FLOWER TRAVELLIN’ BAND.

Flower Travellin Band
Flower Travellin’ Band – „eksportowa” wizytówka japońskiej sceny rockowej..

Uchida wymarzył sobie, by nowa grupa stała się „eksportowym zespołem, który mógłby spodobać się poza Japonią”. Pierwszym wydawnictwem jako FLOWER TRAVELLIN’ BAND była mała płytka „Crash/Dhoop” nagrana wspólnie z kwartetem jazzowym słynnego trębacza Terumassa Himo. To była rozgrzewka, bowiem wkrótce po tym weszli do Nippon Victor Studios i nagrali materiał na debiutancki album. Płyta zatytułowana „Anywhere” ukazała się dokładnie 21 października 1970 roku i posiada jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą), rockową okładkę wszech czasów!!!

FLOWER TRAVELLIN' BAND " Anywhere" (1970)
FLOWER TRAVELLIN’ BAND „Anywhere” (1970)

Zdjęcie nagich muzyków pędzących na motocyklach ewidentnie nawiązujące do filmu „Easy Rider” (reż. Dennis Hopper) zostało wykonane wcześnie rano na dawnym wysypisku śmieci w nadmorskim rejonie Zatoki Tokijskiej… Podobnie jak w przypadku płyty „Challenge” album „Anywhere” składał się  z samych coverów. I to jakich! Mamy tu więc słynne „House Of The Rising Sun” The Animals,  13-minutową wersję „21st Century Schizoid Man” King Crimson, rozciągnięty do 16 minut soczyście zagrany „Louisiana Blues” Muddy Watersa (w oryginale trwający niecałe trzy) i najbardziej przyciągający moją uwagę „Black Sabbath” grupy Black Sabbath dłuższy o ponad dwie minuty. Tony Iomi i spółka w życiu nie spodziewali się, że osiem miesięcy po debiucie w odległej Japonii ktoś inny nagra ich numer. I zrobi to absolutnie rewelacyjnie! Tamtejsi dziennikarze napisali o płycie, że to „…unikalna mieszanka progresywnego, odważnego psychodelicznego ekscentryzmu i ciężkiej rockowej surowości”… Fakt – „Anywhere” pokazał wiele muzycznych cech, które miały pojawić się na następnym albumie.

Jeszcze w tym samym roku zagrali koncert na Światowej Wystawie EXPO w Osace. Ich występ obejrzało kilka tysięcy fanów wśród których znalazł się popularny kanadyjski zespół jazz rockowy Lighthouse. Kanadyjczycy byli tak zachwyceni występem, że zaprosili zespół na tournee do siebie. Sen o eksportowej grupie muzycznej Yuya Uchidy stawał się rzeczywistością…

Wyczuwając szansę na międzynarodową popularność muzycy zabrali się do nagrywania kolejnej płyty, tym razem z własnym materiałem. Hideki Ishima wymyślał gitarowe riffy, a ponieważ fascynowała go muzyka indyjska aspekt orientalny stał się częścią brzmienia zespołu. Ze względu na zamiłowanie do zespołowej improwizacji mało było tekstu do zaśpiewania. Joe Yamanaka: „Nie możemy teraz zmienić  kierunku i przestawić się na granie piosenek bo otworzyła nam się szansa na sukces w Ameryce i Europie.” Nowy album został nagrany w ciągu dwóch dni. Iście ekspresowe tempo. Płyta „Satori” ukazała się 5 kwietnia 1971 roku. Wcześniej jej materiał testowali w Toronto występując na scenie m.in. obok Dr. Johna i tria Emerson Lake & Palmer.  Wszystkim opadły szczęki. Sukces!

Album "Satori" (1971)
Album „Satori” (1971)

„Satori” to album koncepcyjny składający się tak naprawdę z jednej, tytułowej, kompozycji podzielonej na pięć części. Psychodeliczny, hard rockowy monster napędzany przez wściekłe gitarowe zagrywki Hideki Ishimy, które wybuchają i eksplodują z wielką mocą. To jest muzyczna Godzilla! Sercem brzmienia jest kapitalna gra sekcji rytmicznej – niesamowity Joji Wada na perkusji wyczynia istne cuda, a Jun Kozuki swym basem podgrzewa całość do czerwoności. No i ten niesamowity wokal Joe Yamanaki, momentami nieziemski, łączący krainę zaświatów ze światem żywych, od którego dostaję dreszczy. Umiejscowiony pomiędzy Iggy Popem, a Robertem Plantem z dużą skalą rozpiętości robi wrażenie… Wyjątkowe, hipnotyzujące brzmienie ma bardzo charakterystyczny wschodni układ odniesienia, któremu odpowiada nawet styl okładki w hinduistycznym stylu. Mnie „Satori” zabiera w podróż do centrum jakiegoś miejsca, które wydaje się znajome, ale nigdy wcześniej nie było mi dane go odwiedzić…

Szacowny „Rolling Stone” umieścił tę płytę na 71 miejscu japońskich płyt wszech czasów pisząc m.in : „Zespół uchwycił tu eklektyzm rockowej sceny lat 70-tych, i wszystkie filozofie, które stopniowo ewoluowały w pełni rozpoznawalne gatunki. „Satori” ze swym groźnym i złowieszczym brzmieniem stał się esencją doom metalu.”

Pod koniec roku odbyli kolejne tournee po Kanadzie wraz z grupą Lighthouse. Korzystając z okazji nagrali tam swój trzeci studyjny album ironicznie zatytułowany „Made In Japan”. W nagraniu  udział wziął klawiszowiec Lighthouse, Paul Hoffert, który podjął się także (do spółki z Uchidą) produkcji krążka. Chorego na gruźlicę Wadę w kilku nagraniach zastąpił kanadyjski perkusista Paul Devon. Płyta ukazała się 10 lutego 1972 roku kilka tygodni przed ich powrotem z Kanady.

"Made In Japan" (1972)
„Made In Japan” (1972)

Po tak wysoko zawieszonej poprzeczce jakim był album „Satori” zespołowi trudno było przebić swego poprzednika. „Made In Japan” skazany był na wszelkie porównania. Choć wizja Hofferta nie zawsze odzwierciedlała styl zespołu to Uchida i muzycy byli zadowoleni z całego wyniku. Płyta broni się znakomicie, a takie utwory jak „Kamikaze”, „Spasm”, czy „Hiroshima” (będąca nową interpretacją „Satori Part III”) trzymały wysoki poziom.

Niemal dokładnie rok później ukazał się ostatni, tym razem podwójny album zatytułowany „Make Up” będący zbiorem utworów wykonywanych przez FLOWER TRAVELLIN’ BAND na żywo jak i w studio.

"Make Up" (1973)
„Make Up” (1973)

Jeden z ówczesnych recenzentów określił go jako „zdezorientowany i co najmniej niekonsekwentny”. I coś w tym stwierdzeniu jest. Obok znakomitych rockowych nagrań takich jak  „Slowly But Surely”, „All The Days”, „Satori II” czy 24-minutowa wersja „Hiroshimy” zespół pokazuje tu, raczej dość nieoczekiwanie, bardziej łagodną, popową stronę. Mam tu na myśli „Blue Suede Shoes”delikatny „Look At My Window”czy „Broken Strings” będący niczym innym jak bluesową rzewną balladą, przy której zapalniczki w rękach fanów wędrują do góry.

Wspólne koncert z The Rolling Stones podczas planowanego tournee Brytjczyków po Japonii niestety nie doszły do skutku. Problemy Micka Jaggera oskarżonego o posiadanie narkotyków spowodowały, że wokaliście cofnięto wizę… Latem 1973 roku FLOWER TRAVELLIN’ BAND dali swój ostatni koncert w Maruyama Park w Kioto po czym drogi muzyków rozeszły się. Każdy z nich poszedł swoją drogą angażując się we własne projekty muzyczne. Pozostawili po sobie fantastyczne płyty, które do dziś zadziwiają swoją świeżością. Tacy bywają rockowi samuraje..