Wszystkie wpisy, których autorem jest zibi

TEMPEST „In Concert 1973 – 1974”

Historia brytyjskiej grupy TEMPEST jest dość krótka i prosta. Nie znajdziemy w niej żadnych sensacji, dramatycznych czy też skandalicznych opowieści. Może dlatego, że tworzyli ją profesjonaliści, ludzie, którzy kochali muzykę ponad wszystko. Określani jako „supergrupa” pozostawiła po sobie dwa świetne heavy – progresywne, nieco jazzujące albumy: „Tempest” (1973) i „Living In The Fear” (1974). W Polsce mało znana, a może inaczej – mało spopularyzowana. Gdy pytam wśród swoich znajomych, którzy interesują się muzyką, czy znają ten zespół, na ogół widzę zaskoczenie na ich twarzach. Jednak gdy podaję nazwiska muzyków, okazuje się, że nie są one im obce.TEMPEST powstał bowiem z inicjatywy perkusisty i lidera innej legendarnej formacji Colosseum – Jona Hisemana, basisty Marka Clarke’a (Colosseum, Uriah Heep), wokalisty Paula Williamsa (ex-Bluesbreakers, Juicy Lucy), oraz wyśmienitego gitarzysty Allana Holdswortha (Igginbottom, Nucleus a potem Soft Machine i U.K.).

Płyta „In Concert 1973 – 1974” dotarła do moich rąk pod koniec 2014 roku i przez kilka dobrych tygodni nie była wyciągana z mojego odtwarzacza kompaktowego. Jest to kapitalny, nieoficjalny materiał, który został wydany na dwóch płytach winylowych z serii „BBC Transcription Service”  w celach promocyjnych przeznaczonych tylko i wyłącznie  dla stacji radiowych i absolutnie niedostępnych w sklepach!

Tempest - "In Concert 1973- 1974"
Tempest – „In Concert 1973- 1974”

Pierwsza część płyty (54 minuty!) to zapis wybornego koncertu nagranego w kwintecie z dwoma gitarzystami: Holdsworthem i Olli Halsallem znanym m.in. z Patto. Ten ostatni, uważany obecnie za jednego z najlepszych gitarzystów w historii rocka (tak! tak!) dołączył do grupy TEMPEST… dzień wcześniej! Mając w składzie tak bombowy zestaw nie trzeba się dziwić, że gitarowy atak jest tu wprost nieziemski, momentami aż nie do uwierzenia! Ciarki przebiegają mi po krzyżu ilekroć tego słucham. Do tego dochodzi gęste jak zawsze bębnienie Hisemana, którego cenię sobie na równi z Gingerem Baker’em i Johnem Bonham’em. Ten koncert odbył się w The Golders Green Hippodrome w Londynie 2 czerwca 1973 roku i był bootlegowany. Jednak brzmienie na tym bootlegu było beznadziejne – dźwięk nie dość, że był głuchy, to jeszcze spowolniony. Przyszło nam czekać ponad 40 lat na kompaktową reedycję, która teraz brzmi obłędnie!

Ostatnie 26 minut to występ z kwietnia 1974 roku, który został nagrany już po wydaniu ich drugiej płyty w okrojonym trzyosobowym składzie, z którego ubyli P. Williams i A. Holdsworth. Ten ostatni ponoć obraził się na Halsalla twierdząc, że zabrał mu rolę pierwszego gitarzysty w zespole. Wkrótce zasilił  jazz rockowy Soft Machine.

Trio dało pokaz kolejnego, kapitalnego grania na najwyższym poziomie. Zagrali trzy kompozycje ze swej nowej płyty („Yeah Yeah Yeah” tytułowy „Living In Fear” i „Dance To My Tune„) plus kompozycję spółki Lennon/McCartney („Paperback Writer„). Doskonały, kolejny mocny występ! Tak jak i doskonała płyta. Kolejna pozycja w mojej kolekcji, która na pewno nie pokryje się kurzem!

THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND „Next” (1973)

Któregoś dnia przebiegając palcem po grzbietach płyt kompaktowych w  moim regale wysunąłem pudełko z nadrukowanym na grzbiecie napisem FISH „Songs From The Mirror”. Uwielbiam tego olbrzymiego Szkota, byłego drwala leśnego, bardziej znanego jako wokalistę zespołu Marillion, z którym rozstał się w 1988 r. Choć solowa działalność Fisha może nie wszystkich zachwycać (z różnych zresztą względów), akurat ta płyta ma swój szczególny urok. Sam pomysł na nią Fish nosił w sercu będąc jeszcze z kolegami z Marillion i to na długo przed rozstaniem, ale nie wyszło. Nie wyszło też od razu w jego solowej karierze. Jakby dojrzewało w nim to wszystko, aż w końcu stało się.

Songs From The Mirror” (wydany w styczniu 1993) to zbiór dziewięciu utworów, których wcześniejszymi wykonawcami byli tacy wielcy jak Marc Bolan, Dawid Bowie, Genesis, czy Pink Floyd. I w tej plejadzie wielkich gwiazd, przed którymi Fish chyli czoło odnalazłem nazwisko ALEXA HARVEYA i kompozycję „Boston Tea Party”, którą ten wydał ze swym zespołem w 1976 roku.

Czy ktoś dziś pamięta ALEXA HARVEYA?

Po raz pierwszy zetknąłem się z jego nagraniami w upalne lato 1978 (a może ’79) roku, kiedy to wpadł do mnie znajomy z płytami mówiąc: „Posłuchaj tego zespołu i faceta, który z nimi śpiewa. I powiedz co o nim myślisz?”  Były to wówczas dla mnie  szalone lata – bez mrugnięcia okiem potrafiłem wydać na płytę połowę (lub więcej) swojej pensji, a muzykę brałem dosłownie garściami, jakby obawiając się, że czegoś nie zdążę usłyszeć, że przegapię bezpowrotnie coś wartościowego. Już wtedy fascynował mnie świat rozbudowanych rockowych form dźwiękowych a la Pink Floyd i Yes, awangardowych poszukiwań King Crimson. Poznawałem nagrania Johna Coltrane’a i Milesa Davisa, a Bacha i Chopina słuchałem po nocach. Ale to upalne – wręcz afrykańskie można by rzec – lato domagało się słuchania gorącej, pulsującej i  z werwą zagranej muzyki. Taką też odnalazłem na płytach, których wysłuchałem tego dnia. Czysty, żywiołowy, mocny rock’n’roll z soczystym hard rockowym zacięciem. No i ALEX HARVEY, wokalista odgrywający najważniejszą rolę w zespole THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND, nadający wszystkim kompozycjom swoje piętno, swój klimat. Raz śpiewał czystym, wysokim głosem, za chwilę basem, innym razem chrypką w stylu Joe Cockera, lub z rockowym mocnym powerem w klimacie Bona Scotta z AC/DC. Na okładkach płyt zmieniał też swój image, jak kameleon: a to w koszulce w paski i dżinsach z fryzurą jak Jim Morrison, a to jak Elvis Costello z zaczesanymi gładko włosami i drucianymi okularami na nosie, a to w garniturze, jak z żurnala męskiej mody, ale za to z dwiema piłeczkami do gry w ping ponga w ustach(!). Jakby chciał powiedzieć: „Hej! Nie traktujcie mnie na serio. Jestem waszym kumplem. Ja się bawię i was też zapraszam na balangę”. I tak to wówczas odebrałem. Jako doskonałą, wyluzowaną zabawę. Płyt oczywiście już nie oddałem. Zgrały się prawie na wiór!

The Sensational Alex Harvey Band - "Next"
The Sensational Alex Harvey Band – „Next” (1973)

Płyta „Next” THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND wydana w 1973 roku, szalenie popularna w Wlk. Brytanii, to ich drugie  wydawnictwo (po kapitalnym debiucie „Framed” z tego samego roku). Jest jakby przedłużeniem debiutu, aczkolwiek o ile na debiucie można dosłuchać się elementów progresji w połączeniu z glam rockiem, o tyle tu mamy do czynienia z czystym glam rockowym stylem wymieszanym z hard rockiem i… kabaretem, lub jak kto woli z „muzycznym teatrem”. Trzeba przyznać, że producent płyty, Phil Wainman, współpracujący w tym czasie z takimi zespołami jak Bay City Rollers i Sweet nadał płycie soczyste rockowe brzmienie łącząc te wszystkie gatunki w jedną spójną klamrą, przez co brzmienie jest bardzo przestrzenne, mocne i klarowne.

Zaczyna się od „Swampsnake” gdzie prosty nabijający rytm perkusji w połączeniu z melodyjną partią harmonijki i w miarę ostrą gitarą powodują, że nogi zaczynają się same bez naszej woli poruszać. Podobnie jest w równie dynamicznym „Gang Bang” z tym, że tu do głosu dochodzi także saksofon z fortepianem powodując „zagęszczenie” muzycznego tematu. W trwającym siedem minut „Faith Healer” gitarowa ściana dźwięku łączy się z intensywnym wokalem HARVEYA. Zaczyna się pulsującym basem, delikatnym dźwiękiem czyneli , wchodzą dzwonki rowerowe i w końcu gitara na której gra kapitalnie Zal Cleminson (na wszystkich okładkach grupy wymalowany na klowna). Tutaj zawsze podkręcałem pokrętła mojego wzmacniacza niemal na full! Utwór wydany na singlu przyniósł grupie sukces na Wyspach. „Giddy-Up-A-Ding-Dong” to typowy glam rock, który z powodzeniem mógłby wykonywać zespół pokroju Sweet, Mud, czy Bay City Rollers i jest naprawdę uroczy. Tytułowy „Next” autorstwa Jacques’a Brela to pastisz kabaretowego songu z piękną orkiestrową aranżacją, w którym ALEX HARVEY daje popis jak na poważnie/niepoważnie wokalista rockowy może bawić się takimi piosenkami. Potem w „Vambo Marble Eye” znowu mamy popis glam rocka w połączeniu z ostrą jazdą gitary i mocnym śpiewem wokalisty wspomaganym chórkami wokalnymi reszty zespołu. Płytę zamyka „The Last Of The Teenage Idols” zaczynający się delikatnym niemal romantycznym wstępem fortepianu, by po chwili nabrać tempa i pędzić niczym galopujący mustang po prerii. Płyta jest krótka, bo to tylko nieco ponad 33 minut muzyki, ale gdy  słucham tej płyty zawsze mój palec wędruje z powrotem na klawisz z napisem  „play”.

The Sensational Alex Harvey Band
The Sensational Alex Harvey Band

ALEX HARVEY urodził się 5 lutego 1935 r. w Gorbals koło Glasgow. Jak głosi legenda, porzuciwszy szkołę w wieku piętnastu lat zaczął imać się różnych zajęć. Był roznosicielem gazet, kelnerem, pomywaczem okien, listonoszem, cieślą, akwizytorem, sprzedawcą… Tych profesji było ponoć trzydzieści sześć, by w końcu wybrać tę najważniejszą – profesję zawodowego muzyka. Trzydziesty siódmy zawód ALEXA HARVEYA.

Na scenie muzycznej zadebiutował w 1955 r. a swą pierwszą płytę wydał dziewięć lat później. Na początku lat 70-tych założył zespół THE SENSATIONAL ALEX HARVEY BAND i to ten okres jego działalności jest jak dla mnie najefektowniejszy. Z formacją SAHB nagrał dziewięć świetnych płyt i niespodziewana choroba w 1977 r. zmusiła go do rozwiązania grupy. Próbował mimo to nadal być aktywnym muzykiem. Dwa lata później wydał solową płytę „The Mafia Stole My Guitar„. Mimo kategorycznych sprzeciwów lekarzy wciąż koncertował. Niestety, 4 lutego 1982 r. na pokładzie samolotu w Belgii po zakończeniu tournee po Europie, serce nie wytrzymało. Świat rockowy utracił jedną z najbardziej barwnych i lubianych osobowości. Trzydziesty siódmy zawód ALEXA HARVEYA okazał się być jego ostatnim. Ostatnim, ale i największym.

MORRICONE, GABRIEL i MOZART na Święta Wielkanocne

Są płyty w moim zbiorze, które odtwarzam (na przestrzeni roku kalendarzowego) tylko przy wyjątkowych okazjach, lub w określonych dniach, by wymienić tu np. Dzień Św. Walentego, pierwszy dzień wiosny, Święto Zmarłych, czy właśnie okres wielkanocny. Każdy z tych dni, czy też okres czasu,  jest na swój sposób wyjątkowy i każdy ma swą oprawę muzyczną, który celebruję odpowiednią muzyką. Takie moje prywatne „widzi mi się”, a może raczej osobiste muzyczne katharsis. O każdym z tych szczególnych dni mógłbym napisać dużo, a nawet bardzo dużo, ale skoro Wielkanoc za pasem , więc ograniczę się do tego właśnie okresu. Bo jak wiadomo, Wielkanoc to najważniejsze święto kościoła katolickiego.

Historia muzyki rockowej już dawno uhonorowała to Święto (np. rock opera „Jesus Christ Superstar”) a wyższość  Ducha na Śmiercią wciąż jest inspiracją dla wszystkich muzyków.

Tak się dziwnie składa, że z wielu przesłuchanych płyt, które idealnie pasują do nastroju Wielkiego Tygodnia, mnie osobiście „rozkładają krzyżem” i powalają na ziemię trzy, z czego dwie to ścieżki dźwiękowe z filmów.

Ennio Morricone, to włoski kompozytor, który tworzył urokliwą muzykę filmową z czego największy rozgłos przyniosła mu ta z filmu Sergio Leone „Dawno temu na Dzikim Zachodzie” będącą parodią westernu.

Film „The Mission” („Misja”) w reżyserii Rolanda Joffe’a parodią gatunku na szczęście nie jest. Na ten film do kina chodziłem trzy dni pod rząd, zafascynowany pięknymi zdjęciami plenerowymi, fabułą i przede wszystkim niesamowitą, cudowną muzyką! Sam obraz, tragiczny w swej wymowie, jest opowieścią mimo wszystko optymistyczną, bo dotyka tak ważnych problemów życia człowieka jak przyjaźń, miłość, przebaczenie, wiara, nadzieja. Taka jest też i muzyka tutaj zawarta. Z jednej strony optymistyczna, żyjąca w zgodzie i harmonii z przyrodą, z człowiekiem („On Earth As It In Heaven„, „Falls„, „Gabrliel’s Oboe„), z drugiej zaś katastroficzna, nieziemska, jednocześnie niesamowicie uduchowiona, wzniosła, dająca Nadzieję, Wiarę, odwołująca się do pieśni kościelnych („Ave Maria Guarami„, „The Mission, „Te Deum Guarami„, „Miserere„). Gwarantuję, że po wysłuchaniu „Ave Maria Guarami” ( w filmie tę pieśń śpiewają nawróceni przez księży półnadzy Indianie idący w obronie tytułowej misji jezuickiej dosłownie na rzeź) każdy wrażliwy słuchacz padnie ze skruchą na kolana. Temat ten przewija się zresztą dość często w Wielki Piątek przez niemal  wszystkie rozgłośnie radiowe. Podobnie jak i większość zawartych na płycie „The Mission” kompozycji.

Ennio Morricone - "The Mission"
Ennio Morricone – „The Mission”

Temat następnego filmu już sam w sobie był tak niebezpieczny, że np.  takiej katolickiej Hiszpanii groziły groźne zamieszki na tle religijnym w czasie jego premiery, zaś we Włoszech, na znak protestu podpalano kina, w których miała odbywać się projekcja filmu. Obraz znakomitego reżysera Martina Scorsese „The Last Temptation Of Christ” („Ostatnie kuszenie Chrystusa”) zrealizowany na podstawie książki  Mikisa Kazantzakisa  choć wywołał u bigotów burzę emocji (w Polsce film osiągalny tylko w wersji kasetowej na DVD) przynosi niezwykłą muzykę autorstwa Petera Gabriela, byłego lidera grupy Genesis, wydaną następnie na płycie pt. „Passion„.

Peter Gabriel - "Passion"
Peter Gabriel – „Passion”

Kiedy usłyszałem „Passion” po raz pierwszy – a było to latem 1988r. – doznałem niezwykłego olśnienia, jakby nawiedzenia. Poczułem, że oto jestem świadkiem narodzin pomostu muzycznego rzuconego przez Petera Gabriela w wiek XXI. Artysta dokonał czegoś, czego nie udało się przed nim nikomu, który wskazał i otworzył nową drogę do muzycznych inspiracji innym wykonawcom („Suns Of Arqa„, „Dead Can Dance„). Powiązał europejską muzyczną dyscyplinę („Of These Hope – Reprise„, „Bread And Wine„) z klimatami i brzmieniowymi rozwiązaniami arabskimi. Wyszedł fascynujący świat muzyczny z pulsującym gorącym rytmem pustyni („The Feeling Begins„, „Of These Hope„, „A Different Dump”) połączony z mrokami historii („In Doubt„, „Passion„). Pierwiastek ludzki łączy się z pierwiastkiem boskim („Stigmata„, „With The Love – Choir„).

Praca nad tym albumem zajęła Peterowi Gabrielowi bardzo dużo czasu. Przesłuchał wiele płyt z muzyką ludową, zaprosił do współpracy jej wielu twórców. Nawet gdy film wszedł już na ekrany, wciąż jeszcze doskonalił nagrania. Album stał się dla niego, jak stwierdził w jednym z wywiadów, „poszukiwaniem Prawdziwej Muzyki”. Poszukiwaniem zwycięskim!

Wolfgang Amadeusz Mozart, jako artysta, jako muzyk, wydaje się istotą nie z tego świata, zaś cała jego twórczość zdaje się przedstawiać jako czysta formalnie skończona „boska” doskonałość! Ten „…subtelny geniusz światła i miłości muzyki” – jak nazwał go Ryszard Wagner – wydawać by się nam mógł jako postać mityczna, wyidealizowana, szczególnie patrząc poprzez pryzmat XIX-wiecznego romantyzmu. Na szczęście posiadamy o nim dokładne (niekiedy wręcz intymne) wiadomości, z których wyłania się obraz człowieka z krwi i kości, skory do żartów, figlów, psot, będący jednocześnie przenikliwym, bezlitosnym obserwatorem i sędzią ludzkiej natury.

A jednak ten pierwiastek boski jest w Mozarcie tak czysty – zarówno w największym, duchowym znaczeniu, jak i w zwykłym ludzkim sensie – że jest coś z prawdy w tym, że był on tylko gościem na tej ziemi.

Requiem” to ostatnie dzieło Mozarta, którego ukończeniu przeszkodziła śmierć (w 1791 r.) i było pracą na zamówienie. Nawiasem mówiąc artysta nawet nie znał osoby zamawiającego. W lipcu przybył posłaniec z listem zlecającym kompozytorowi napisanie mszy żałobnej. Mistrz w tym czasie pracował nad „Czarodziejskim fletem” i choć propozycja była interesująca, nie od razu przystąpił do jej komponowania. Zmagał się już ze swą chorobą. Podejmowanie prób w celu ustalenia nazwiska zamawiającego posłaniec określił jako „niemożliwe i bezcelowe”. Mozart otrzymał z góry honorarium, w takiej wysokości, jakiej zażądał. Dziś już wiemy, że zamawiającym był hrabia Franciszek Walsegg zu Stuppach, kiepski muzyk-amator, który kupował u innych kompozycje i wystawiał je jako swoje. Człowiek ten przed laty stracił żonę, pamięć jej zaś w owym czasie chciał uczcić podniosłym „Requiem„.

W. A. Mozart - "Requiem"
W. A. Mozart – „Requiem”

Ostatnie dzieło zazwyczaj rozpatrywane jest jako swego rodzaju testament artystyczny, wokół którego krystalizują się wszelkiego rodzaju skojarzenia. W przypadku „Requiem” rzecz nie jest tak klarowna i oczywista. Mozart naszkicował 40 stron partytury. Ukończył w całości „Requiem aeternam” i „Kyrie„, zaś osiem części – od „Dies irae” aż do „Hostias” – rozpisał na głosy wokalne, bas i sugestie dotyczące instrumentacji. Prowadził swoisty wyścig z czasem uważając, że pisze ten utwór na własną śmierć. Z takim przekonaniem zmarł. Powstałe luki „pozalepiali” i dzieło dokończyli Joseph Eybler, oraz uczeń i przyjaciel rodziny  Franz  Xaver Sussmayr, których wynajęła wdowa po Wolfgangu – Konstancja, w obawie, że osoba zamawiająca „Requiem” gotowa zażądać zwrotu zapłaconego już honorarium. Oszustwo to Konstancja podtrzymywała bardzo długo, a kiedy strapiony wyrzutami sumienia Sussmayr przyznał się do niego w 1800 r. nikt (przez cały XIX wiek) nie przyjmował tego do wiadomości.

Zajmijmy się w końcu dziełem w którym „…już od pierwszego taktu „Requiem aeternam” znamy dokładne intencje Mozarta i jego postawę wobec śmierci. Nie jest to już postawa bez reszty zgodna z duchem Kościoła. Czy to nie uderzające, że dominują tu dwie pary drewnianych instrumentów dętych – rożków basetowych i fagotów – a instrumentom smyczkowym przypada niemal tylko rola towarzysząca? Przy słowach „Exaudi orationem meam” poszarpana figura w akompaniamencie orkiestrowym zdaje się symbolizować raczej bunt niż prośbę” (A. Einstein „Mozart” PWM 1975).

Po wzniosłym chóralnym „Dies irae” – wspaniałym, bo jednocześnie dramatycznym i sakralnym – następuje „Tuba mirum„, gdzie tekst rozdzielony jest między solistów, a niebiański solowy puzon obwieszcza przerażający moment Sądu Ostatecznego. Następne części : „Rex fremendae„, „Rocordare„, „Confutatis„, „Lacrimosa” – należą do najkunsztowniejszych, najczystszych, najbardziej porywających rzeczy jakie Mozart kiedykolwiek napisał. Szczególnie posępne i straszne crescendo „Lacrimosa” podcina nogi i powoduje, że po plecach przebiegają miliony mrówek. Schizofreników i paranoików przestrzegam przed słuchaniem tego w całkowitej samotności i ciemności!

Płytę polecam wszystkim lubiącym mroczne i tajemnicze klimaty (doskonale odbiera się ją słuchając w wyższych rejestrach głośności). Nazwisko Mozarta fanom rocka proponuję zaś śmiało wpisać do swojego muzycznego kanonu. Wszak muzyka jest jedna. Dzieli się jedynie na dobrą i złą.

Kos, Walenty i motyle

Od kilku dni co rano budzi mnie kos. Taka dużo większa odmiana wróbelka. I choć natura nie dała mu kolorowych piórek, to obdarzyła go  niezwykłym darem – darem śpiewania, a właściwie gwizdania. Jest on w tym mistrzem. Fantastycznym mistrzem. Skoro jego głos przebił się przez mury mojej sypialni to pomyślałem sobie: „Teraz to już na pewno przyszła wiosna”.

Kos
Kos

Dla wielu z nas ta pora roku zaczyna się 20 (lub 21) marca, bo tak wychodzi z kalendarza astronomicznego. Dla innych zaczyna się ona z chwilą pojawienia się pierwszej jaskółki, czy innego bociana. Jest zwiastunem budzenia się nowego życia, początkiem nowego świata. Także i rynek muzyczny odradza się z zimowej drzemki, czego dowodem pojawiające się niczym wczesne nowalijki, płytowe wiosenne nowości. Ale dla mnie muzyczna wiosna zaczyna się za każdym razem dokładnie 14 lutego. Wiem, wiem! „To jeszcze zima” – ktoś krzyknie. No cóż, za oknem pewnie tak, ale w moich głośnikach już niekoniecznie…

Dziś dzień 14 lutego przede wszystkim kojarzy się z sympatycznymi „walentynkami”, które dotarły do nas kilka lat temu z zachodniej Europy i na dobre wpisały się w nasz rodzimy kalendarz. A tak przy okazji: czy wszyscy znamy tę piękną legendę walentynkową? Otóż w III wieku naszej ery w Cesarstwie Rzymskim żył biskup Walenty, który wbrew zakazom ówczesnego  cesarza, Klaudiusza II Gockiego, dawał śluby legionistom. Wg cesarskiego dekretu młodzi żołnierze w wieku 18-37 lat nie mogli wchodzić w związki małżeńskie, gdyż jak uważał cesarz, najlepszymi żołnierzami są ci niemający rodzin. Biskup Walenty za złamanie tego prawa został wtrącony do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce swego strażnika. I jak mówi dalej legenda, narzeczona pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok. Gdy dowiedział się o tym cesarz, kazał zabić duchownego. W przeddzień egzekucji Walenty napisał list do swej ukochanej, który podpisał „Od Twojego Walentego”. Egzekucję wykonano 14 lutego 269r. Tyle legenda.

14 lutego obchodzi także swe urodziny Piotr Kaczkowski – legenda radiowego mikrofonu, któremu całe pokolenia zawdzięczają muzyczną edukację w czasach gdy nie było komputerów i internetu, a najlepiej sprzedawanymi płytami w kraju nad Wisłą były te wydawane przez Państwowe Zespoły Ludowe Pieśni i Tańca „Mazowsze” i „Śląsk”. I właśnie od Pana Piotrusia wszystko się zaczęło. Przez kilka kolejnych lat prezentował na antenie „Trójki” w tym dniu płytę zespołu Colosseum „Valentyne Suite” a w zasadzie puszczał w eter tytułową suitę. Ten album to niewątpliwie jedna z absolutnie najważniejszych rzeczy wydanych w 1969 roku. Zachwyca mnie ona tym kapitalnym połączeniem jazzowej improwizacji, klasycznej podniosłości i rockowej mocy. Sama suita nie jest jakaś potwornie trudna, choć  wymaga odrobiny skupienia. Dziś nie wyobrażam sobie, aby tego dnia nie wybrzmiała u mnie w domu i ta płyta, i ta kompozycja. Tak jak Wigilia nie może się odbyć bez „Silent Night”. Ot, tradycja.

Colosseum - "Valentyne Suite" 1969
Colosseum – „Valentyne Suite” 1969

Tradycją jest także to, że w pierwszy dzień wiosny zawsze słucham, skryte pod tymi kolorowymi motylami z okładki, dźwięki z płyty „The Colour Of Spring” grupy TALK TALK.

TALK TALK - "The Colour Of Spring" 1986
TALK TALK – „The Colour Of Spring” 1986

Był to ich trzeci w dyskografii album wydany w 1986 roku, usadowiony pomiędzy przebojowym The Party’s Over”  a minimalistycznym The Spirit Of Eden„. Tak jak wiosna jest między zimą i latem. Moim zdaniem to najlepszy album w całej ich karierze. Bowiem nie ma on słabych punktów. Oprócz tej krótkiej pory przedwiośnia nie słucham tej płyty wcale. Mogę powiedzieć, że to taki dla mnie „sezonowy” album. Nie pasuje do jesiennych deszczowych dni. Nie pasuje do białego puchu za oknem. Nawet latem ciężko się do niego zabrać. Tylko i wyłącznie wiosna. I to nie tylko przez tytuł…

Ładne, skoczne piosenki przeplatają się z cichymi kompozycjami i pełnym emocji śpiewem Marka Hollisa. Niezależnie od tego, czy muzykom chodzi o rytm, czy ciszę, siłą TALK TALK okazują się być małe, trudne do usłyszenia dźwięki, jedno ukłucie gitary, albo jeden jedyny akord na fortepianie. Jedna sekunda, która wbije się w pamięć  jak dobry, dwugodzinny film. Jeden z pozoru przypadkowy dźwięk. Jedna chwila… Płyta jest tak znakomita, że nie jestem w stanie wyróżnić  jakikolwiek pojedynczy utwór. Wybiórczo więc powiem, że np.”April 5th” to wyciszony, minimalistyczny i nostalgiczny utwór, w którym poczucie czasu nie istnieje; absolutnie rewelacyjny i „przebojowy” z brawurową partią harmonijki i z rozpaczliwym wokalem Hollisa jest „Living In Another World„; słodko-gorzki „Time It’s Time” śmiało może kandydować do najlepszych kompozycji w całej historii zespołu. Prawdziwa perełka! I tak dalej i tak dalej… Motyle w brzuchu. Takie jak te z okładki.

Wiosna nadchodzi i już chce się ściągnąć z siebie ciepłe kurtki i czapki. Zobaczyć pierwsze liście na drzewach, zanurzyć się w ciepłych  promieniach słońca. Pokazać małemu Adasiowi jak z ziemi ku słońcu przebijają się pierwsze kwiatki, jak gałązki wierzby pokrywają się puszystymi kotkami. Wiosna. I wszystko budzi się do życia.

Mnie ze snu budzi poranny gwizd kosa, który upatrzył sobie drzewo tuż obok sypialnianego okna. Jego gwiżdżący śpiewny głos przebijający się przez mur dociera nawet pod zaciągniętą po uszy kołdrę. Ptasie trele to też muzyka. Piękna muzyka. Tylko dlaczego o czwartej nad ranem..?

BLUES CREATION „Demon And Eleven Children” (1971)

Kazuo Takeda, japoński gitarzysta zafascynowany muzyką Cream i The Yardbirds wraz z trójką szkolnych przyjaciół założył na początku 1969r. zespół BLUES CREATION. Bardzo szybko, bo już w październiku tego samego roku nakładem wytwórni Polydor ukazała się ich debiutancka, bardzo dobra zresztą, płyta zatytułowana po prostu „Blues Creation”. Zawierała głównie standardy muzyki bluesowej m.in takich twórców jak Sonny Boy Williamsona, Willie Dixona (kapitalny „Spoonful”), Mudy Watersa (słynny „Rollin’ And Tumblin”), Memphis Slima, ale też i kompozycję Johna Mayalla i Erica Claptona z okresu Blues Breakers („Double Crossing Time”).

Blues Creation - "Blues Creation" 1969
Blues Creation – „Blues Creation” 1969

Tamtejsi fani  spragnieni bluesowej muzyki w wykonaniu rodzimych wykonawców spowodowali, że płyta odniosła duży sukces komercyjny. Niemal wszyscy członkowie byli zdania, że trzeba iść za ciosem i nagrać kolejną bluesową płytę. No właśnie – niemal wszyscy oprócz jej lidera,  bowiem Takeda zafascynowany wydanymi nie tak dawno pierwszymi płytami Led Zeppelin i Black Sabbath chciał podążyć w tym kierunku. Nie uzyskawszy aprobaty swoich przyjaciół co do dalszego kierunku rozwoju muzycznego zespołu rozwiązał BLUES CREATION (niektórzy twierdzą, że po prostu wszystkich ich wyrzucił), by kilka miesięcy później powołać go z powrotem do życia w zupełnie nowym składzie. Na marginesie dodam tylko, że pierwszy wokalista BLUES CREATION, Fumio Nunoya, po rozstaniu z Takedą utworzył wkrótce świetny zespół Dew grający ciężką odmianę blues rocka.

W sierpniu 1971r. wychodzi drugi album zespołu „Demon And Eleven Children” z autorskimi kompozycjami lidera grupy. Jeśli miałbym określić go jednym słowem to powiem, że jest on po prostu KAPITALNY!!! Wstrzelił się idealnie w epokę stylistyczną  wspomnianych wyżej Led Zeppelin, Black Sabbath, czy Mountain. Otwierający całość „Atomic Bomb Away” to powolny ciężki acidowo – apokaliptyczny walec drogowy. Fantastyczna gra gitarzystów, zmiany tempa, ciężkie riffy. A zaraz po nim zaczynający się harmonijką ustną blues rockowy „Mississippi Mountain Blues” , gdzie zresztą harmonijka udanie prowadzi dialog z gitara prowadząca. Ale nie ma postoju, gdyż „Just I Was Born” porywa nas do galopu przed goniącą z tyłu Godzillą. Kolejna wzorcowa gra gitarzystów zapiera dech w piersiach! Z kolei „Sorrow”  to urokliwa melodyjna kompozycja łącząca styl Sabbathów z Budgie. Zresztą przypomina ona trochę „Parents” walijskiego tria i aż żal, że nikt jej nie wypromował w epoce, bo obok właśnie „Rodziców”, czy „Dziecka w czasie” Deep Purple „Smutek” miałby szansę stać się takim samym muzycznym killerem wszech czasów! Następny „Brane Buster” (tylko dwie minuty) to popis Kazuo Takedy i jego gitary pokazujący jak w tak króciutkiej formie muzycznej można pomieścić tyle ciekawej muzyki. Czapki z głów! I to samo można powiedzieć o „Sooner Or Later” będący popisem lidera, ale także i całego zespołu. Wzmacniacz i głośniki rozgrzane u mnie niczym w kuźni ogromne palenisko – dają żaru i czadu. Bo nie sposób tego słuchać  inaczej niż na „full”. Całość kończy epicka ponad dziewięciominutowa tytułowa kompozycja „Demon And Eleven Children„. Zmiany tempa, mnóstwo ciężkich riffów, stylistyka Zeppelina i Sabbath posunięta niemal do ekstremum, czyli esencja hard rocka początku lat 70-tych. I tylko żal, że geograficznie odizolowani samuraje z gitarami nie dotarli wówczas do Europy i nie dołączyli do ścisłej czołówki ówczesnych herosów muzycznych,  którymi niewątpliwie byli!

Blues Creation - "Demon And Eleven Children" 1971
Blues Creation – „Demon And Eleven Children” 1971

W tym samym miesiącu, dokładnie 7 sierpnia 1971r. BLUES CREATION wystąpili w Nagatsugawie na festiwalu muzycznym The 2nd All Japan Folk Jamboree, gdzie zarejestrowano ich koncert z myślą o wydaniu go na płycie. Z niewiadomych do dziś powodów koncertowa płyta nie ukazała się w tamtym czasie a nagrania, które przeleżały na półce wiele lat zostały opublikowane i wydane na CD dopiero w 1998r! Płyta „Live 1971” pokazuje zespół bardziej od strony bluesowej, choć zaprezentowane standardy zagrał po swojemu – z rockowym, mocnym zacięciem, ciężko i intensywnie – z niezliczonymi rozbudowanymi improwizacjami. Ależ tego się słucha! W dwóch nagraniach z grupą zaśpiewała wokalistka Carmen Maki, określana jako „Japońska Janis Joplin”.

Blues Creation - "Live 1971"
Blues Creation – „Live 1971”

To spotkanie zaowocowało wydanym rok później ich wspólnym albumem zatytułowanym „Carmen Maki And Blues Creation” przynoszący kolejną dawkę bluesa z rockiem, aczkolwiek więcej mamy tu tego pierwszego. Dominują bowiem powolne, bluesowe ballady śpiewane bardzo pewnym, czystym, krystalicznym głosem. Cięższe utwory nie straciły jednak nic ze swej mocy, choć malkontenci uważają, że ten album przeznaczony jest bardziej dla fanów wokalistki niż dla fanów BLUES CREATION. Prawda jak zwykle leży po środku. Jak dla mnie – bomba! I to wcale nie  przypadek, że wszystkie te cztery albumy stoją u mnie na półce i są perełkami w mojej płytotece!

Carmen Maki And Blues Creation - 1972
Carmen Maki And Blues Creation – 1972

Po nagraniu tego albumu Kazuo Takeda definitywnie rozwiązał zespół choć z grania muzyki nie zrezygnował. Cztery lata później powołał do życia grupę CREATION, z którą wspólnie z amerykańskim hard rockowym zespołem Mountain koncertował po Japonii. CREATION wydali dwa albumy nagrane we współpracy z Felixem Pappalardim (basistą Mountain), po czym gitarzysta rozpoczął nagrywanie solowych płyt. Wydał ich w sumie ponad 20, a od czasu do czasu, jak donosi japońska prasa muzyczna, także koncertuje (najczęściej po Azji) wspólnie z byłym perkusistą CREATION. Dla mnie, jak i dla wielu fanów starego rocka pozostanie jednak w pamięci jako japoński samuraj z gitarą z genialnej płyty „Demon And Eleven Chidren„.

Blues Creation
Blues Creation

GRUPA STRESS „Nagrania Radiowe z lat 1972 – 1979”

Pochodząca z Poznania GRUPA STRESS nie doczekała się żadnej płyty, żadnego liczącego się koncertu, a mimo to była legendą PRL-u lat 70-tych, której kariera mogła spokojnie przekroczyć granice naszego kraju. Stało się jednak inaczej. Prawdopodobnie za sprawą długich włosów, spodni dzwonów i agresywnej muzyki stwarzającej przecież zagrożenie dla ówczesnego ustroju na zawsze pozostała grupą polskiego podziemia, pamiętaną do dziś wyłącznie dzięki kilku antenowym emisjom nagrania „Ciężką drogą”. Kojarzyli się z hipisami a tych władze komunistyczne wolały zwalczać niż hołubić. Na całe szczęście w radiowych archiwach zachowały się nagrania GRUPY STRESS zarejestrowane w Rozgłośni Polskiego Radia „Merkury” w Poznaniu (w latach 1972-1977) i Bydgoszczy (1979), które w formie podwójnego CD ukazały się dopiero(!) w 2008 roku w cyklu „Z Archiwum Polskiego Radia”. Co ja się nachodziłem za tą płytą! No, ale to długa historia, do której może kiedyś wrócę. Na szczęście od mniej więcej roku cieszy ona moje uszy. Zanim o zawartości płyty, pozwolę sobie przytoczyć fragment tekstu z wkładki dołączonej do tego wydawnictwa przybliżające nam te (odległe dla niektórych) czasy:

Grupa Stress - "Z Archiwum Polskiego Radia"
Grupa Stress – „Z Archiwum Polskiego Radia”

„Była wiosna 1972. Na antenie Polskiego Radia pojawia się nagranie „Ciężką drogą” nieznanego szerzej poznańskiego tria STRESS. Trwa grubo ponad siedem minut i jest na tyle ciężkie, a przy tym – jak na nasze warunki – nowatorskie, że zwala z nóg pół kraju.. Pierwszy polski hard rockowy utwór z prawdziwego zdarzenia, oparty na gitarowym riffie, brzmiący podobnie jak „kawałki” Grand Funk Railroad czy Black Sabbath, znane przecież doskonale polskim rockfanom. I choć radiowa promocja „Drogi” nie należała wówczas do największych – nagranie natychmiast trafiło na listy przebojów dosłownie wszędzie. W Rozgłośni Harcerskiej stało się Przebojem Roku, w notowaniu „Non Stopu” (wówczas dodatku do „Dziennika Demokratycznego”) – dotarło do pierwszej piątki. Równie wysoko GRUPA STRESS sklasyfikowana została w kategoriach Nadzieja i Zespół Roku. Tu także pierwsza piątka, a nawet czwórka… Ale za sukcesem utworu nie posypały się propozycje nagrań płytowych ani prasowych wywiadów. Poza skromną notką biograficzną w „Jazzie” i kilkoma lokalnymi publikacjami, o zespole można było też przeczytać w jednej z ogólnokrajowych gazet w artykule na temat „zachodniego rocka i jego polskich naśladowców”. Tu jednak –  zamiast o niewiarygodnym wręcz sukcesie grupy – dowiedzieliśmy się wyłącznie, że słowo „stres” pisze się przez jedno „s”, co w podtekście świadczyć mogło, że zarówno Gomułka jak i Gierek mieli rację w kwestii destrukcyjnego wpływu imperialistycznej muzyki na umysły naszej młodzieży”.

GRUPĘ STRESS tworzyli Mariusz Rybicki (śpiew, gitara, flet), Henryk Tomczak (gitara basowa – później muzyk zespołów Heam i Turbo) i Janusz Maślak (perkusja – potem menadżer Turbo), którzy początkowo wykonywali utwory z repertuaru Black Sabbath, Deep Purple i Jimiego Hendrixa. I te wpływy słychać na nagraniach zamieszczonych na pierwszej płycie „Nagrań Radiowych„. Oczywiście największe wrażenie robi tutaj wspomniana już wyżej kompozycja „Ciężką drogą”, sabbathowski mocny riff, pulsujący bas z mocnymi bębnami i nagle gdzieś w połowie chwila wytchnienia – delikatnie wchodzący flet wprowadzający nastrój zadumy – by za chwilę wszystko wróciło do klasycznej konwencji hard rocka. Poza tym charakteryzuje się on  kapitalną motoryką, dojrzałym sposobem śpiewania i zaskakująco rasowymi solówkami gitarowymi, za które  odpowiada zaledwie siedemnastoletni w tym momencie Mariusz Rybicki. Ten „killer” powala! Pozostałe nagrania nie zostawiają cienia wątpliwości, że zespół czuje tę muzykę do szpiku kości, jak np. galopujące „Dwa lata świetlne”, czy bluesujący, ale z hardrockowymi inklinacjami i zapuszczającymi się w rejony psychodelii „Wśród krzyży z kamieniami”. W podobnym psychodelicznym klimacie , chociaż w wolniejszym tempie, utrzymany jest „Konfiteor” z pulsującym basem w tle i kolejną intrygującą solówką na gitarze. Zahaczający o Jethro Tull z okresu z Mickiem Abrahamsem jest „Granica życia”, zaś utwór Fatamorgana z zeppelinowskim cytatem wprost z „Heartbreaker” z gościnnym udziałem słynnego jazzmana Jerzego Miliana grającym na wibrafonie dowodzi niezwykłego wprost talentu muzycznego tria i szerokiej muzycznej wyobraźni. Mariusz Rybicki był wspaniałym gitarzystą, który już na początku swej muzycznej działalności mając zaledwie 16 lat(!) zdobył nagrodę dla najlepszego instrumentalisty na  II Wielkopolskich Rytmach Młodych w Jarocinie w 1971r. (które za niecałą dekadę przekształcą się w pierwszy z prawdziwego zdarzenia Festiwal Rockowy). On też był liderem grupy i kompozytorem prawie wszystkich zebranych tu utworów.

W 1973 r. GRUPA STRESS powiększyła swój skład o dwóch dodatkowych muzyków: Andrzeja Richtera (śpiew, skrzypce) i Krzysztofa Jarmużka (gitara, harmonijka ustna, conga). Dostali się pod patronat Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego w Bydgoszczy, co miało im ułatwić koncertowanie w kraju i za granicą. Jak się wkrótce okazało, nieudolni ludzie od tzw. animacji  kultury wręcz zawodowo pokpili sprawę i w sposób profesjonalny zniszczyli tak pięknie zapowiadającą się karierę. W tym składzie nagrali m.in „Cybernetyczną pamięć dnia”  i „Hazard”. O ile ten drugi raczej nie powala na kolana, to „Cybernetyczna pamięć…” za sprawą skrzypiec Richtera wyprzedza swą epokę. Przypomnę, że amerykański Kansas w Polsce jest jeszcze nieznany,  popularność grupy  Krzak  nie wykracza na razie poza Śląsk, a brytyjski UK to dopiero przyszłość…  Dwa lata później doszło do całkowitej reorganizacji składu, w której ze starej GRUPY STRESS pozostał tylko jej lider – Mariusz Rybicki.  Druga płyta „Nagrań Radiowych ” zawiera utwory zrealizowane w latach 1976/79 i pokazuje zespół w tych dwóch różnych składach, który wyraźnie odchodzi w stronę rocka progresywnego, a nawet jazz rocka. Nasuwają się tu porównania z Colosseum („Cichy poniekąd zaułek”), czy King Crimson (Curiosum sztuki). Tyle że – niestety – do naszego  kraju  zaczęła docierać coraz mocniejsza fala disco i nie było już zapotrzebowania na tego typu muzykę. Wkrótce Mariusz Rybicki zawiesza  działalność GRUPY STRESS. Aby jakoś przeżyć angażuje się jako gitarzysta towarzyszący na koncertach Eleni, Urszuli Sipińskiej i Orkiestry Zbigniewa Górnego. Ostatecznie wyjechał z Polski i na stałe osiadł w Niemczech, gdzie w 1994r. nakładem Polydoru wydał płytę „Gitarrentraume”.

Grupa Stress w powiększonym pięcioosobowym składzie
Grupa Stress w powiększonym pięcioosobowym składzie

Na zakończenie wrócę raz jeszcze do początków działalności poznańskiego tria, bowiem oprócz popularnego nagrania „Ciężką drogą” GRUPA STRESS może pochwalić się przebojem, który od ponad 40 lat śpiewany jest przez setki tysięcy mieszkańców stolicy Wielkopolski. Ale o tym opowie basista zespołu, Henryk Tomczak:

Była końcówka sierpnia 1972. Dzwoni do mnie Kosmala i wrzeszczy: „Zbieraj kolegów, bo jutro w studiu nagrywamy hymn”. Jaki hymn? „Za tydzień jest pierwszy mecz „Kolejarza” w pierwszej lidze i cały stadion będzie z wami śpiewał”. Już to widzę, przecież STRESS to nie Rolling Stones. „Nic się nie martw – dodaje – melodie wszyscy znają, bo to „Żółta łódź podwodna”. do której tekst napisał Andrzej Sobczak”. Melodię nagraliśmy z pamięci. My, plus Staszek, ministrant z dzwonkami kościelnymi. W przeddzień meczu „Gazeta Poznańska” wydrukowała tekst a radio puściło ten kawałek… Przyjeżdżamy na stadion bagażówką marki „Żuk”. Patrzymy – jest podest dla zespołu, ale nie ma prądu. Potrzebny jest 250-metrowy przedłużacz, bo najbliższe gniazdko jest na koronie, po przeciwnej stronie. Dyżurny elektryk stadiony nie dysponuje takim kablem. Nasz akustyk wie gdzie można go zdobyć, ale potrzebna jest forsa na bagażówkę. Musieliśmy się na nią zrzucić. Po godzinie kabel zostaje przywieziony. Zagraliśmy kilka własnych utworów, po czym Andrzej zaczął uczyć ludzi melodii. Mariusz Rybicki śpiewał zwrotki, po których 40 tysięcy kibiców darło się „W górę serca i niech zwycięża Lech”. Tak wylansowaliśmy hymn „Kolejarza”, którego refren śpiewany jest na tym stadionie do dziś. Nikt jednak już pewnie nie pamięta, że zrobiła to GRUPA STRESS. Zresztą, czy to ważne… Klub Sportowy też do dziś wisi nam kasę za tamtą bagażówkę…

PHOENIX „Cei Ce Ne – Au Dat Nume” (1972)

Z czym kojarzy nam się Rumunia? Stereotypowo – z Karpatami, krwiożerczym hrabią Drakulą z Transylwanii, komunistycznym dyktatorem i dziećmi wyciągającymi rączki po pieniądze. Z muzyką rockową już niekoniecznie. Dobrze pamiętam jedną z wizyt mojego przyjaciela, który siadając na kanapie u mnie w domu któregoś dnia  spytał: „No to czego dziś słuchamy?”. Gdy zobaczył, że wyciągam album rumuńskiego zespołu Phoenix, skrzywił się jak po wypiciu soku z cytryny i z kwaśną miną skwitował: „Rany! Cygańskiej muzyki będziemy słuchać…”. A potem się od tej grupy uzależnił. Serio!

Nie pamiętam dokładnie kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z zespołem Phoenix, ale myślę, że było to gdzieś w późnych latach 70-tych. Moją muzyczną edukację opierałem w tym czasie ( tak jak większość z nas) na audycjach muzycznych radiowej „Trójki”. We wtorki red. Dariusz Michalski w „Muzycznej Poczcie UKF” prezentował nagrania zespołów i wykonawców z krajów socjalistycznych. To tam można było posłuchać m.in. płyt Omegi, Locomotiv GT, Die Puhdys, czy Bijelo Dugme. I to w tej audycji „upolowałem” rumuński Phoenix.

Pierwotnie nazywali się „Sfintii” („Święci”), ale władza komunistyczna uznała to za szerzenie propagandy religijnej i nazwę zmieniono na Transsylvania Phoenix, by ostatecznie zostać przy ostatnim członie tej nazwy.

Ta pochodząca z Timisoary grupa została założona przez dwoje przyjaciół. Pierwszy z nich to Nicu Covaci, gitarzysta, wokalista, lider grupy, który oprócz tego, że był muzykiem, to jeszcze  był artystą malarzem i rzeźbiarzem. Był prawdziwą supergwiazdą i idolem na widok której  mdlały nastolatki; niewątpliwe charyzmatyczna postać, która przyciągała do siebie różnej maści artystów: poetów, muzyków, aktorów.

Nicu Covaci
Nicu Covaci

Drugim współzałożycielem był Bola „Kamo” Kamocsa, gitarzysta węgierskiego pochodzenia, który po upadku komunizmu w Rumunii był organizatorem największych festiwali bluesowych tamże (zmarł w 2010r. w wieku 66 lat). Pozostali członkowie grupy to: Mircea Banicu, Josif Kappl, Costin Petrescu i  Valeriu Sepi.

Grupa Phoenix 1972r.
Grupa Phoenix 1972r.

Początkowo na ich repertuar składały się utwory The Who, The Rolling Stones, Deep Purple i bardzo szybko zyskali wielki rozgłos w kraju, ale też ściągnęli na siebie uwagę władz komunistycznych. Oskarżeni o libertynizm i dekadencję w 1970 r. zabroniono im koncertować po Europie Zachodniej.

W 1971r. wyszła dyrektywa Nicolae Ceausescu, że odtąd  wszystkie produkcje kulturalne mają zawierać wątek folklorystyczny. Nicu Covaci  odparł na to: „Chcecie folkloru? Damy wam folklor!” I to był strzał w dziesiątkę!

W 1972r, ukazał się „Cei Ce Ne – Au Dat Nume” ( „Ci którzy nadali nam imię”) pierwszy, koncepcyjny album, oparty w odniesieniu do pór roku i należący dziś do absolutnego kanonu europejskiego folkowego prog -rocka, a zarazem jest to pierwsza rockowa trójka dawnego Bloku Wschodniego (serio)!

Phoenix "Cei Ce Ne - Au Dat Nume" 1972r.
Phoenix „Cei Ce Ne – Au Dat Nume” 1972r.

Pomysł na łączenie folku, muzyki dawnej i rocka nie jest specjalnie oryginalny, ale za to nośny, o ile znajdą się odpowiedni ludzie, do tej roboty. A muzycy Phoenixa na pewno takimi byli, ich muzyczna erudycja może budzić podziw. Ci muzycy podchodzili do swej sztuki całkowicie profesjonalnie i poważnie. Zespół kapitalnie połączył tu elementy rumuńskiego folkloru (teksty śpiewane w ojczystym języku), z soczystym, psychodelicznym, gitarowym graniem od którego nie można się oderwać. Te ludowe inspiracje nie przekraczają jednak pewnej granicy, za którą dla ucha fana muzyki rockowej stałyby się uciążliwe i niestrawne, a całość trąciłaby jarmarczną tandetą. Charakterystyczne dla zespołu są oryginalne instrumenty perkusyjne – drewniane kłapiące paszcze na których gra Valeriu Sapi. Na szczególną uwagę zasługuje niewątpliwie 15-to minutowa suita „Negru voda” zajmująca większą część drugiej strony oryginalnego albumu. Wszystko zaplanowane i zagrane z wyczuciem i wirtuozerią. Zachwyca „chodzący” bas, cudowne dźwięki gitar, pojawiają się zmiany tempa, zmiany muzycznych nastrojów. Muzycy bardzo odważnie podchodzili do eksperymentów z brzmieniem i z dynamiką. A tak na marginesie: w tym czasie zespoły progresywne często rezerwowały jedną ze stron czarnych płyt winylowych na jeden długi utwór, mający formę rozbudowanej rockowej suity. Tak było chociażby w przypadku pierwszej płyty naszej Budki Suflera (płyta „Cień wielkiej góry” z 1975r.) z utworem „Szalony koń” ( o rany, wtedy Budka grała jeszcze rocka!), wcześniej „Krywaniu, Krywaniu” Skaldów (płyta „Krywań, Krywań” z 1973r. – moja ukochana tego zespołu), czy też suity „Szvit” węgierskiej Omegi („Omega 5” z 1973r.). Z wiadomych względów nie wymieniam tu przykładów z brytyjskiej sceny rockowej, bo to temat rzeka.

Pierwotnie płyta miała ukazać się jako podwójny LP. Niestety, rumuńska cenzura znowu wtrąciła swoje „trzy grosze” i usunęła trzy utwory, w tym tytułową kompozycję.

Phoenix, jako grupa „podwyższonego ryzyka” (cokolwiek to miało znaczyć) ciągle inwigilowana przez służby bezpieczeństwa miała, jak już wyżej wspomniałem, zakaz wyjazdów do państw zachodnich. Odwiedzała za to braterskie kraje socjalistyczne w tym i nasz, występując w 1973r. na festiwalu w Sopocie, zaś po latach „Cei Ce Ne – Au Dat Nume” została wydana także w Polsce (1998r. przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne) w limitowanej co prawda edycji, ale za to z dwoma dodatkowymi utworami.

Kolejne płyty Phoenix Mugur de Fluier” (’74) i „Cantofabule” (’75), stojące jak i debiut na bardzo wysokim poziomie, ugruntowały popularność zespołu w Rumunii, gdzie ich krążki sprzedały się w ilości 9 mln egz. co było w tym kraju, w tamtym czasie, rzeczą wręcz niewyobrażalną, a ich sława zaczęła wypływać daleko poza granice kraju.

Nie mogąc doprosić się władz o zniesienie zakazu wyjazdu na koncerty do krajów kapitalistycznych, podejmują, w akcie desperacji, dramatyczną decyzję – ucieczkę z kraju. Wiedzą, że w razie niepowodzenia narażają się na utratę życia, bowiem za takie wykroczenie w Rumunii karano najwyższą z możliwych kar. Karą śmierci. Wypatrują firmę przewozową, która wyjeżdża do Berlina Zachodniego ze sprzętem nagłaśniającym. W nocy, bez wiedzy kierowcy i konwojenta, dostają się do furgonetki przewożącej ów sprzęt i  ukryci w kolumnach głośnikowych Marshalla przekraczają szczęśliwie granicę Rumunii.

Ta spektakularna ucieczka do Niemiec Zachodnich umocniła jeszcze bardziej pozycję legendy „kultowego” zespołu w Rumunii. Kraju, który kojarzy nam się z Karpatami, pięknymi widokami i hrabią Drakulą.

PINK FLOYD spod choinki

O archiwalnych zasobach muzycznych Radia BBC krążą legendy. Ponoć skrywają one tak niezwykłe nagrania, o jakich nie są w stanie śnić nawet zagorzali zbieracze i melomani. Ile w tym prawdy – nie wiadomo. Jednak od czasu do czasu jesteśmy karmieni wydobytymi z tychże archiwów kapitalnymi, nieznanymi nagraniami wydawanymi cyklicznie pod  nazwą „Live At BBC”, „BBC Archives” czy też seria z cyklu „BBC Sessions”.

Pink Floyd byli i pozostaną na zawsze moją muzyczną miłością i największą muzyczną fascynacją. Koniec i kropka!

Kiedy więc w wigilię Bożego Narodzenia 2014 r. znalazłem pod choinką dwie absolutnie obłędne płyty mojej ukochanej grupy, naprawdę uwierzyłem w Świętego Mikołaja! Oto bowiem stałem się posiadaczem prawdziwych „białych kruków” srebrnego krążka.

Trzymając się chronologii na początek płyta z radiowego archiwum: PINK FLOYD BBC Session 1967 – 1968„.

Pink Floyd - BBC Sessions
Pink Floyd „BBC Sessions 1967 – 1968”

Jak wskazuje data, są to nagrania z pierwszego, najbardziej kolorowego, psychodelicznego okresu Pink Floyd zrealizowane dla Radia i TV BBC (!) pomiędzy marcem 1967r. (pięć miesięcy przed wydaniem pierwszego albumu) i  grudniem 1968r. ( pół roku po wydaniu drugiego albumu). Płyta zawiera 24 nagrania, z czego pierwszych 14 to skład z Sydem Barrettem, zaś w pozostałych 10 pojawił się już David Gilmour.

Jak zapewniają w BBC, są to wszystkie istniejące i jedyne ocalałe nagrania z tego przedziału czasowego, więc dla fanów zespołu rzecz absolutnie bezcenna! Niesamowite jest też to, że jakość dźwięku (jak na tego typu „wykopaliskowe” wydawnictwo) jest bardzo dobra, wręcz idealna i tylko niektóre z tych nagrań lekko szumią, lub są trochę głuche. Lepszych jakościowo nie będzie, bo takimi nie dysponuje nawet brytyjska EMI!

Płyta zawiera kilka nagrań, które zespół umieścił na swojej debiutanckiej płycie „The Piper At The Gates Of Dawn„, tu przedstawione pod zmienionymi tytułami. Mamy też utwory nigdy wcześniej niepublikowane, można więc powiedzieć – premierowe , które potem drogą naturalnej selekcji przepadną na wieki, lub ewoluują i będą podstawą dla przyszłych wspaniałych nagrań.

Dodam jeszcze, że ten fanclubowy CD został wydany w limitowanym (niestety) nakładzie 500 egzemplarzy.

Kolejna płyta Pink Floyd wyciągnięta spod choinki nosi tytuł „Live in Amsterdam 1969” i jak sugeruje tytuł, mamy tu koncertowe wydawnictwo, zresztą  z tego samego 1969 roku, z którego pochodzi podwójny LP „Ummagumma” zawierający, jak pamiętamy, na pierwszej płycie zapis występu zespołu z Birmingham i Manchesteru. Była to jedyna oficjalna płyta „live” z wczesnego okresu działalności Pink Floyd. Na kolejny taki oficjalny album  przyjdzie nam poczekać aż 19 lat, do płyty „Delicate Sound Of Thunder„!

Pink Floyd - Live in Amsterdam 1969
Pink Floyd „Live in Amsterdam 1969”

Dlaczego tak rzadko Pink Floyd decydowali się na wydawanie płyt koncertowych, skoro wiadomo było, że ich występy zawsze cieszyły się wielką popularnością i stały na bardzo wysokim poziomie? Myślę, że odpowiedź może być jedna: zespół zawsze podchodził do tych nagrań bardzo profesjonalnie i perfekcyjnie, jeśli więc nie wszystko grało i brzmiało tak, jak życzyli sobie tego muzycy, po prostu nie publikowali i nie wydawali tego na albumach. Tu muszę też dodać, że Pink Floyd, jako chyba jedyna na świecie grupa, ma największą ilość bootlegowanych koncertów (kilka takich wydawnictw mam też w swojej płytotece)! Sami muzycy w tamtym czasie łaskawym okiem patrzyli na fanów, którzy nagrywali ich występy, czego nie można powiedzieć o ekipach technicznych zespołów takich jak np. Deep Purple, czy Led Zeppelin, którzy na koncertach odbierali i niszczyli fanom sprzęt nagrywający.

Płyta „Live In Amsterdam 1969” to absolutnie rewelacyjny 80-cio minutowy zapis koncertu, który odbył się w tym mieście we wrześniu i był transmitowany „na żywo” w tamtejszym radio.

Zespół na scenie zaprezentował swoje unikatowe wówczas psychodeliczne przedstawienie zatytułowane „The Man And The Journey„, gdzie pojawiło się wiele utworów i tematów muzycznych, które nigdy wcześniej, ani później nie były wykorzystane. Nie było nic, co dostaliśmy na płycie „Ummagumma„! To jest wręcz REWELACYJNY materiał! Taka psychodeliczna nirwana, z którą zapoznać się powinni wszyscy, a fani Pink Floyd obowiązkowo!!! Do tego dźwięk na płycie jest doskonały z bardzo dobrą dynamiką, bez szumów. Brzmi to wszystko rewelacyjnie i aż się prosiło, aby ten koncert ukazał się wówczas na oficjalnym wydawnictwie. Niestety, w trzech utworach David Gilmour miał problemy z mikrofonem, a zespół nie uznawał studyjnych dogrywek, więc cały materiał przeleżał w amsterdamskich archiwach radiowych aż do tej pory! Z drugiej jednak strony wcale nie jest to wadą, gdyż większość materiału i tak jest instrumentalna z natury, więc można tu bez przeszkód usłyszeć wszystkie muzyczne niuanse.

Okładka płyty to plakat, jaki firma Hipgnosis przygotowała zespołowi na tournee, które w tym czasie odbywało się w Anglii, zaś w środku mamy kilka bardzo fajnych zdjęć, w tym to, z rozłożonym sprzętem grającym na lotniskowym pasie startowym, wówczas robiącym ogromne wrażenie.

Pink Floyd
Pink Floyd

No i jak tu nie wierzyć, w Świętego Mikołaja! A to nie jedyne płyty, które wówczas wyciągnąłem spod choinki. Ale o tym innym razem…

THORS HAMMER „Thors Hammer” (1971)

Nie wiedzieć czemu, ale „stary ” rock ze Skandynawii jest u nas prawie nieznany. Zespoły takie jak Culpeper’s Orchard z Danii, Elonkorjuu z Finlandii, czy Life ze Szwecji (by wymienić choćby tylko po jednym  reprezentancie z tych krajów) bardzo popularne, można by wręcz powiedzieć, kultowe TAM, przeciętnemu fanowi muzyki w kraju nad Wisłą raczej mówią niewiele, lub nic. Sam tego doświadczyłem na własnym przykładzie odkrywając skandynawskie arcydzieła płytowe dość późno. Dlatego też postanowiłem, że co jakiś czas w Rockowym Zawrocie Głowy pojawiać się będą wpisy przybliżające perły naszych północnych sąsiadów.

Warto było podjąć trud w zdobyciu tych, niekiedy bardzo rzadkich, płyt z lat 70-tych. Okazuje się bowiem, że poziomem wykonawczym wcale nie odstawały od tego, co reprezentowała czołówka brytyjskiego rocka tamtego okresu, a w niektórych przypadkach wręcz ją przewyższała.

Takim zespołem z tej tzw. „górnej półki” był duński, a konkretnie kopenhaski, Thors Hammer ze swoją jedyną (niestety!) płytą zatytułowaną po prostu „Thors Hammer” wydaną w 1971r.

Thors Hammer - "Thors Hammer" 1971
Thors Hammer – „Thors Hammer” 1971
Tył okładki Thors Hammer
Tył okładki Thors Hammer

Okładka płyty raczej nie zachwyca do jej nabycia (tylna strona ratuje odrobinę jej pozytywny wizerunek); w moim prywatnym rankingu „najbrzydszych okładek” pewnie znalazłaby się w pierwszej dwudziestce. Na szczęście o zawartości muzycznej nie decyduje opakowanie. Warto o tym pamiętać!

Thors Hammer grało muzykę progresywną w połączeniu z jazzem i jeśli miałbym tę grupę stylistycznie porównać do jakichś pokrewnych zespołów, to wymieniłbym tu Colosseum, Traffic, Hannibal, czy Nosferatu. Równorzędnym bowiem instrumentem na tej płycie, obok gitary, jest saksofon. I najczęściej jest tak, że oba te instrumenty prowadzą ze sobą dialog, jak w najdłuższym, 13-to minutowym „Not Worth Saying”, czy w zamykającym album utworze „Believe In What You Want”. Po krótkim wstępie następuje kapitalna galopada saksofonu z sekcją rytmiczną, od której dech w piersiach zapiera. Ależ jazda! Potem saksofon milknie i do głosu dochodzi gitara. Improwizacja pełną parą. No i mamy tu też Hammondy! Miód na uszy!

W zasadzie każdy z pięciu zamieszczonych na tej płycie utworów można byłoby tak opisać i nad każdym się zachwycać. Ta płyta nie ma żadnych słabych stron. Perła w koronie skandynawskiego rocka godna najszczerszego polecenia! Mimo, że zespół nie przebił się w epoce, do dziś, jego jedyny album, jest jednym z najbardziej poszukiwanych i pożądanych tytułów wśród kolekcjonerów płyt.

TICKET TO RIDE. Wyprawa po płyty

To były czasy, gdy rynkiem muzycznym rządziły płyty analogowe, zaś pojęcie „płyta kompaktowa” nie istniało. Dinozaury na Ziemi wyginęły miliony lat temu, a komputery osobiste, smartfony i inne bajery techniki cyfrowej jeszcze się nie narodziły.

Jeden z moich znajomych, który jeździł regularnie do Łodzi i Warszawy na giełdy płytowe zaproponował mi wspólny wyjazd do stolicy. „Zobaczysz jak to wygląda, poznasz zbieraczy i sprzedawców. Na pewno coś kupisz”.

Długo nie zastanawiałem się. Zaopatrzony w bilet PKP w jedną stronę i gotówkę (coś około 75% mojej miesięcznej pensji) ruszyliśmy do płytowego Eldorado.

Pociąg do Warszawy był niemiłosiernie przepełniony. Wiadomo, środek wakacji. Całą drogę przejechaliśmy stłoczeni jak sardynki w puszce w wagonowym korytarzu. Duszno jak przy rozgrzanym piecu kaflowym. Rozdzieleni kilkoma osobami dzielimy się ponad ich głowami kanapkami wziętymi z domu. On podaje mi przez kilka rąk butelkę z wodą. Gdy ta dociera do mnie, jest już pusta. Po drodze została opróżniona przez współpasażerów. W głowie gdzieś kołacze mi się piosenka którą śpiewał Wiesław Gołas: „W Polskę idziemy drodzy panowie, w Polskę idziemy…”

Około południa stadion warszawskiej „Skry” wypełniony tysięcznym tłumem i różnymi stoiskami, w tym sektor ze skarbami na winylowych płytach! Żar leje się z nieba; dostrzegam gdzieś w oddali dwa ustawione obok siebie saturatory, ale widok stumetrowej kolejki po szklankę gazowanej wody z sokiem zniechęca mnie mimo, iż w ustach sucho i w gardle drapie.

Kolega kieruje się w stronę znanych sobie sprzedawców płyt. Innych omija. Zdarzają się bowiem i nieuczciwi handlarze, którzy do „oryginalnych” okładek płyt (np. Black Sabbath) wkładali płyty polskich wykonawców (Tercet Egzotyczny, czy zespół Mazowsze), naklejali jakąś naklejkę w języku angielskim tak, aby nie można było samej płyty wyjąć z kopert i jako tzw. „pieczątki” sprzedawali za niezłą kasę!

Dostaję oczopląsu. Mam tu, jak na palecie, przegląd tego wszystkiego, czego w domu słucham z radia i taśm magnetofonowych. Oryginalne winyle Beatlesów, Stonesów, Presleya, King Crimson, Cream, Deep Purple… Pytam o Pink Floyd. „Mam, ale w osobnej walizie. Pokazać?” Są! Oryginalne, zapieczętowane fabrycznie folią. Drogie. Bardzo drogie! Pytam jeszcze o Budgie, zespół, który wylansował w radiowej „Trójce” Piotr Kaczkowski, stając się – o dziwo – bardziej popularny w Polsce, niż w rodzinnej Walii. Pokazuje mi pożądaną przez wszystkich fanów w naszym kraju trzecią ich płytę, „Never Turn Your Back On A Friend”. Oczy mi się śmieją, ale szczęka mi opada, gdy podaje cenę. Prawie dwie moje miesięczne pensje. Jetem załamany. „Płyty Budgie są najdroższe. Nawet te otwarte” – podpowiada mi z boku kolega.

Never Turn Your Back On A Friend
Budgie – „Never Turn Your Back On A Friend”

Czas ucieka, nie mogę się zdecydować co wybrać. Mój towarzysz kupił już sześć krążków i zaczyna mnie lekko poganiać. W końcu mam na oku wypatrzone dwie pozycje: Dire Straits „Communique” i progresywny UK z koncertówką „Night After Night”, ale znając swój budżet mogę pozwolić sobie tylko na jedną z nich. W końcu decyduję się na UK wówczas nie przeczuwając, że za kilka lat ten  amerykański egzemplarz z białym labelem na winylu będzie wielką gratką dla kolekcjonerów. To był strzał w dziesiątkę!

UK - "Night After Night"
UK – „Night After Night”

Wychodząc z giełdy zaczepiło nas dwóch kolesi. Mają do sprzedania płytę psychodelicznej grupy Odyssey i chcą za nią tyle, aby starczyło im na bilet powrotny do Sochaczewa. Okładka bardziej pasowała do kolorowego disco niż do psychodelii, ale wziąłem ją od nich, tym samym definitywnie pozbawiając się obiadu.

Odyssey - "Hollywood Party Tonight"
Odyssey – „Hollywood Party Tonight”

Po powrocie do domu płyta  „Hollywood Party Tonight” Odyssey okazała się (jak dla mnie) koszmarnym, dyskotekowo – funkowym gniotem. No cóż, zapłaciłem pierwsze frycowe i choć pozbyłem się jej bardzo szybko, to do dziś stoi mi ona kością w gardle.

A tak na marginesie, w USA faktycznie działała grupa o tej samej nazwie. Ich płyta „Setting Forth” jest jedną z najrzadszych, psychodelicznych płyt ze Stanów Zjednoczonych wydana w ilości … 100 egzemplarzy i zawierała kapitalne granie w tym gatunku z organami w klimacie Vanilla Fudge, czy Iron Butterfly. Ale to odkopałem dużo, dużo później.

Minęło kilka lat. Świat, a ja z nim, oszalał na punkcie cyfrowego zapisu dźwiękowego na płytach CD. Żadne szumy, żadne trzaski nie przeszkadzały już w słuchaniu muzyki.

Republika Federalna Niemiec otworzyła dla nas granice z Berlinem Zachodnim. Zaczął się polski najazd na sklepy w tym mieście. Takiego boomu mieszkańcy stolicy zjednoczonych obecnie Niemiec nigdy dotąd, ani później nie mieli.

Uzbieraliśmy z Jolą trochę waluty niemieckiej i wybraliśmy się PKS-em do tej pięknej metropolii. W autobusie porady „starych” podróżników, co opłaca kupować się tam i sprzedać z zyskiem tu. My, nastawieni na zakupy tylko dla siebie, grzecznie słuchamy i potakujemy. Ja mam dodatkowe, „wolne” 20 marek na kupno płyt. Nie wiem jeszcze jakich. Zdecyduję na miejscu.

Pominę, jak wyglądało zachowanie i obleganie wielkiego supermarketu przez naszych rodaków. O dziwo, obsługa w sklepie była życzliwa, miła, uśmiechnięta, a towary, które błyskawicznie znikały z półek i lądowały w wózkach klientów, jeszcze szybciej były dostawiane z powrotem na to samo miejsce.

Ta część Berlina, w której byliśmy zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Dużo zieleni, kwiatów, kolorowe elewacje budynków. Niemiecki porządek. Korzystam z toalety publicznej i jestem w szoku. Sterylnie czysto, pachnąco, z kolorowym papierem toaletowym i lawendowym mydłem w płynie. Żadnej opłaty, żadnej obsługi. Instytucja „babci klozetowej” w tej części Europy  chyba nieznana.

Mam namiary na „Word Of Music” – sklep muzyczny z największym wyborem płyt w Niemczech. To kilka ulic od postoju naszego autobusu. Zakupy w luku bagażowym, do odjazdu około dwóch godzin. Kierowca, pan Franciszek, zapowiedział, że nie czeka na żadnych spóźnialskich. O wyznaczonej godzinie wracamy do Polski, a kto nie zdąży jego sprawa.

Jola zostaje w autobusie  a ja pędzę do WOM-u.

Odnajduję piękny, oszklony budynek. Mekka mojej podróży. Wchodzę do środka i … szok! Zamroczyło mnie totalnie!  Ogromna przestrzeń, pod ścianami regały z płytami podzielonymi na gatunki muzyczne: klasyka, opera, jazz, blues, folk, dance, world music… Robi mi się gorąco, krew pulsuje w skroniach, po karku czuję przesuwające się krople potu. Ktoś z obsługi podchodzi do mnie i o coś mnie pyta. Oprócz słowa „danke” nie znam niczego po niemiecku, ale i tego nie potrafię w tym momencie powiedzieć. Uśmiecham się tylko (choć może mi się tak wydaje) i kiwam ręką, że dam sobie radę. Wciąż się rozglądam. Płyty, plakaty, koszulki, książki i różne gadżety. Wciąż stoję zszokowany i jak zamurowany. Na środku olbrzymi stół i napis: rock, hard rock, progressive i nogi mi się uginają. Przegródka z napisem Jimi Hendrix, a w niej kilkanaście płyt; tytuły, które widzę po raz pierwszy w życiu. Ciśnienie mi rośnie, czuję to, wychodzę więc na zewnątrz by ochłonąć. Nie pamiętam ile tam siedziałem, ale pamiętam pustkę w głowie. Miałem poukładane w myślach, co chciałbym kupić, ale teraz zapomniałem totalnie wszystkiego. Kompletne pustka!

Patrzę na zegarek. Niemożliwe! Do odjazdu autobusu pół godziny. Szok mija powoli i decyzja: nie wracam do sklepu. Nie przywiozę ze sobą stąd żadnej płyty. Wracam do autobusu.

Skracam sobie drogę i po chwili wiem, że zabłądziłem. Nie ta ulica, nie ten kierunek. Panika! Bez znajomości języka, bez paszportu, który został w autobusie, z dwudziestoma markami w kieszeni, co ja tu zrobię jak nie dotrę na czas do swoich? Nie wyszedł mi ten skrót na dobre. Zaczynam kombinować i intensywnie myśleć. Gdzieś obok idzie obładowana zakupami para i słyszę: „Dawaj ku…a Danka szybciej, bo nam autobus spie…li”. Rany, nasi tu są! Lecę w ich kierunku i po chwili jestem na ulicy, gdzie stoi nasz autobus. Dobiegam na pięć minut przed jego odjazdem. W oczach Joli widzę wszystko: strach i troskę. I po chwili krótkie „I co?”. Pokręciłem tylko przecząco głową. „Trudno. Następnym razem pójdziemy tam razem i na pewno coś kupimy”. O ile będzie następny raz – pomyślałem.

A jednak! Miesiąc później przywiozłem z Berlina „trójkę” Budgie. I wówczas przypomniała mi się moja pierwsza wyprawa na giełdę płytową do Warszawy, gdzie w tamtym czasie ten sam tytuł był dla mnie cenowo nieosiągalny. Koło się zamknęło…