Archiwum kategorii: Płytowe wykopaliska

Mało znane, mało grane: FLEUR DE LIS (1972); RAMATAM (1972-1973)

To, co kiedyś było zapomnianym, starym i nieznanym albumem dziś okazuje się białym krukiem osiągającym na aukcjach wysokie ceny. Ba! Nawet kopie, niezależnie od tego, czy pochodzą z oryginału, czy ze wznowień też nie są tanie. Jednym z takich artefaktów jest płyta „Facing Morning” zespołu Fleur de Lis wydana w 1972 roku przez małą wytwórnię Qualisound z Aalborgu w ilości 500 egzemplarzy. Dziś oryginał jest prawie niemożliwy do dostania, a jeśli już to za potężną kwotę..

Fleur de Lis został założony w małym miasteczku Skive na Półwyspie Jutlandzkim wiosną 1970 roku przez perkusistę Kaia Olesena i gitarzystę/wokalistę Leifa Nielsena. Wcześniej grali w lokalnych zespołach wykonując covery Beatlesów, Stonesów, The Who. Wraz z rozkwitem rocka progresywnego postanowili założyć własną grupę. Do tej dwójki dołączyli bracia Pedersen: gitarzysta Bjarne i basista Peder, oraz grający na organach Svend Thomsen. Nazwali się Fleur de Lys. Gdy okazało się, że na Wyspach istnieje zespół o takiej nazwie (pisałem o nim w lipcu 2024 roku) w słowie lys zamienili literę „y” na „i” i nikt już się nie czepiał. Wierząc w swój talent i słuszność obranej drogi rozpoczęli próby mając gotowe szkice, które potem mogły stać się potencjonalnymi utworami na wymarzoną płytę. Podekscytowani świetnym przyjęciem na lokalnych koncertach skontaktowali się z Palle Juulem, właścicielem Quali Sound, który w Nibe miał małe studio. Leif Nielsen pożyczył samochód od rodziców, załadował sprzęt i instrumenty i wyruszyli do studia, gdzie nagrali demo, a wkrótce album.

Od razu powiem – płyta jest naprawdę świetna. Co prawda daleko jej do elit ówczesnych wydawnictw progresywnego rocka, ale biorąc pod uwagę warunki w jakich została nagrana budzi mój podziw i szacunek. Królują na niej fuzz i gitarowa improwizacja podparta organami. Pełna jest wyluzowanych utworów, z których czuć zapach palonej trawki. Mieszają style, czego przykładem utwór tytułowy będący folkową balladą z hipisowskimi akcentami, w którym pojawia się cudowny wokal niejakiej Pat Funell podobny do Annie Haslam. A propos wokalu, 20-letni wówczas Nielsen jest naprawdę dobry i doskonale pasuje do mrocznego, depresyjnego rocka przewijającego się przez większość nagrań. Palący trawkę muzycy musieli naprawdę mieć dużego doła… Udręczony wokal (angielski i duński), płacząca gitara, samobójcze bębny, żałobny bas, jęczące organy… wszystkie te przymiotniki na ogół nie są pozytywne, ale występując razem pobudzają wyobraźnię i są jak mieszanka Van Der Graaf Generator z wczesnym Pink Floyd.

Oryginalne wydanie składa się z ośmiu nagrań. Pełen onirycznych organów „Bad Looser” był jednym z pierwszych utworów nagranych przez zespół, więc nie mogło go tu zabraknąć. Ten, jak i pozostałe nagrywane były w sali gimnastycznej liceum w Skive, do którego uczęszczał i Nielsen i Olesen. Oczywiście zmodyfikowali ją na tyle, na ile mogli wykorzystując wszelkie możliwe środki takie jak dywan, zasłony, kotary, by uzyskać jak najlepsze brzmienie. Całość nagrywali na „setkę” bez możliwości późniejszych poprawek. Jeśli ktoś coś zepsuł, popełnił błąd zaczynali od nowa… Album otwiera się świetnym „Home Of Mind” z oszałamiającym wokalem i płynną warstwą psychodelicznych partii klawiszowych, które w miarę rozwoju są coraz cięższe osiągając punkt kulminacyjny w postaci prostego, lizergicznego gitarowego solo. Szczerze? Wbiło mnie w ziemię! „Har I Set” podąża tą samą ścieżką, ale z bardziej akustycznym, introspektywnym i melancholijnym brzmieniem. Jest piękny. Najlepiej posłuchać go późną nocą, przy zgaszonym świetle… Agresywne gitarowe riffy nadają „In Love” acid rockowego brzmienia ze zwartą, bezpośrednią i surową sekcją rytmiczną; piękny (kolejny!) instrumentalny utwór… „Why” to doskonała ballada zaczynająca się kościelnymi organami  z wędrującą psychodeliczną gitarą. I znów muszę to powiedzieć – cudo! Pewnym zaskoczeniem jest „Sympathetic Attitude” w klimacie komercyjnego popu lat sześćdziesiątych z tanecznym rytmem, a płytę zamyka wykonany a capella „Sneen” potwierdzający jakość jak i dramatyzm albumu.

Chociaż „Facing Morning” nie odniósł wielkiego sukcesu, szóstka przyjaciół kontynuowała wspólne granie. Ale jak to w życiu, sielanka nie trwa wiecznie. Wiele sporów, od muzycznych po polityczne, doprowadziło do odejścia Kaia Olesena, którego zastąpił Per Schou. To z nim, w małym domku na obrzeżach Skive, w sielskiej oazie spokoju udało im się nagrać kilka utworów na nowy album. Jednak rozpad Fleur de Lis był nieunikniony. Niektórzy kończyli liceum i wybierali się na studia, inni chcieli szukać szczęścia w większym mieście. Niedokończony drugi album nigdy się nie ukazał. Surowe nie do końca oszlifowane nagrania dołączone do kompaktowej reedycji z 20004 roku pokazały, że muzycy wciąż mieli potencjał i pomysł na swoją muzykę.

April Lawton, oszałamiająco piękna kobieta z z długimi, ciemnobrązowymi włosami grająca na bogato zdobionym Les Paul Custom była cudownym dzieckiem gitary w epoce rock and rollowego szowinizmu. Legenda głosi, że pobierała lekcje gry u samego Hendrixa. Chwała wytwórni Atlantic Records, że doceniła jej talent otaczając ją takimi gwiazdami jak perkusista Mitch Mitchell, który przeżył przygodę życia w The Jimi Hendrix Experience, gitarzysta Mike Pinera z Blues Image i Iron Butterfly, a także legendarny producent Tom Dowd, który przyczynił się do powstania debiutanckiego albumu zespołu Ramatam wydanego w 1972 roku.

Ten album zazwyczaj klasyfikowany do gatunku hard rocka (z czym nie do końca się zgadzam) może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Prawdopodobnie dlatego, że otwierający go „Ask Brother Ask” z gościnnym udziałem saksofonisty Tommy’ego Sulivana (były członek Brooklin Bridge!) to mięsisty kawałek ciężkiego rocka robiący wrażenie pół wieku temu i dziś. Podoba mi się, że trio nie zamyka się w jednym gatunku. W „Whiskey Place” i „Wayso” można usłyszeć potężny funk rock z domieszką instrumentów dętych, w „Heart Song” acid rock z uroczym fletem, a „What Dream I Am” to czysty soft rock z gitarą akustyczną i delikatnie pojawiającym się fletem. „Changing Days” to kolejny łatwo przyswajalny, balladowy kawałek, zaś „Strange Place” śmiało można umieścić w jazz rokowych rejonach Zappy. Finałowy utwór „Can’t Sit Still” brzmi jak zapętlone taśmy Ornette’a Colemana i Alman Brothers i pewnie gdyby nie wykonywali go na koncertach ktoś mógłby pomyśleć, że to właśnie to. Ten eklektyzm nie wszystkim przypadł do gustu. Płyta okazała się komercyjną klapą. Z jednej strony trzeba uszanować czasy po Beatlesach, kiedy zespoły takie jak Ramatam nie chciały ograniczać swojego brzmienia do jednego stylu; z drugiej, trzeba zdać sobie sprawę, że nie każdy może być Led Zeppelinem. Osobiście uważam, że to przyzwoity album, ale żeby zaiskrzyło trzeba posłuchać go kilka razy.

Mitch Mitchel i Mike Pinera zniknęli z horyzontu, a ich miejsce zajął Jimmy Walker na perkusji i Tommy Sulivan, który tym razem dorzucił wokal, pianino, gitarę, bas i wszystko inne, co było potrzebne, by nowa płyta brzmiała tak schizofrenicznie jak absurdalny był jej tytuł.

Nowy producent, Geoffrey Haslam plus ciężka orkiestracja (jedenaście instrumentów smyczkowych i osiem dętych) pod dyrekcją Charlesa Gouse’a wniosła do brzmienia Ramatam pewną elegancję, który na żywo wciąż był totalnym wulkanem energii. Na szczęście nie zaszkodziło to samej muzyce. „In April Came The Dawning Of The Red Sun” to wciąż ciekawy, lekko koncepcyjny album rockowy łączący różne style i gatunki. Znajdziemy tu hipisowski rock („The Land/Rainy Sunday Evening”), rockabilly z lat 50-tych („Betty Lou”), miniaturę na gitarze klasycznej („Excerpt From Guitar Concerto #1”), czy interludia melotronowe („Free Fall”). Oczywiście znalazło się też parę hard rockowych kawałków jak wzmocnione dętymi „Downrange Party”, czy „Push A Little” i popisowy numer tej płyty, mocarny „I Can Only You Love”.

Gdy i ten album nie odniósł oczekiwanego sukcesu, zainteresowanie Atlantic osłabło, a Lawton przejęła rolę liderki nowej formacji, April Lawton Band, którą prowadziła do końca lat 70-tych, po czym całkowicie porzuciła muzykę i zajęła się projektowaniem graficznym. Niezwykle skryta rzadko udzielała wywiadów, częściowo z powodu powtarzających się plotek na temat jej tożsamości seksualnej. Zmarła w listopadzie 2006 roku na zawał serca. Miała 58 lat.

Jeśli chcecie nazwijcie mnie neandertalczykiem uzależnionym od ciężkich brzmień i zniekształconych dźwięków, ale nikt w dzisiejszych czasach nie goni już za albumami Ramatam tak jak ja i kilku innych pozytywnie zakręconych maniaków muzycznych. Maniaków, którzy podziwiali grę April na sześciu strunach mając wtedy po jedenaście, góra piętnaście lat…

Asy z rockowej talii: BF TRIKE; A FOOT IN COLDWATER; WARPIG; SHUTTAH.

W wielu karcianych grach As ma największą wartość i „bije” inne karty choć, dajmy na to w pokerze, może mieć najniższą i robić za „jedynkę” (mały strit: As-2-3-4-5) W mojej muzycznej talii wszystkie cztery mają dla mnie tę samą, największą wartość i tworzą pokerową „karetę”.

Pierwszy z nich to As Trefl, czyli…

BF Traik „BF Traik” (1971)

Początki pochodzącego z Kentucky BF Trike wywodzą się z psychodelicznego zespołu Hickory Wind, który w 1969 roku wydał całkiem udaną (nagraną w.. domu pogrzebowym!), jedyną płytę. Kiedy kwintet został zredukowany do trio zmienił nazwę na Troyka, ale że był już zespół o takiej nazwie zmienili na Trike, potem na Big Furry Trike, aż w końcu stanęło na BF Trike, po czym przenieśli się do Nashville. Tam rozpoczęli pracę nad albumem dla wytwórni RCA Records.  Ojczyzna muzyki country nie była jeszcze gotowa na długowłosy zespół heavy rockowy i zostali wyrzuceni z Monument Studios zanim zdążyli się rozgrzać. Bardziej przychylne okazało się Cinderella Studios mieszczące się kilkanaście mil od Nashville, gdzie w styczniu 1971 roku zarejestrowali większość materiału na album. Unikając psychodelicznego stylu swojego poprzedniego zespołu, trio podkręciło gitarę fuzzem i stworzyło dziesięć świetnych numerów spod znaku ciężkiego rocka. Niestety, z niewiadomych przyczyn RCA wycofało się z umowy i materiał został odłożony na półkę, gdzie przeleżał ponad dekadę. Prawa do nagrań nabyła firma Rockadelic, która w 1989 roku wydała je na winylu w limitowanym nakładzie stu egzemplarzy, a siedem lat później na płycie CD.

Dziś mogę zaryzykować stwierdzeniem, że to jeden z najlepszych przywróconych do życia albumów ciężkiego rocka. Przynajmniej dla mnie. Power trio (z naciskiem na  słowo „power”) z super ciężkim odurzającym brzmieniem, które faworyzuje obłędne, ogniste gitarowe riffy i solówki w połączeniu z psychodelicznymi dźwiękami i harmoniami, mocnym rasowym wokalem i znakomicie pracującą sekcją rytmiczną jest fantastyczny! Od początku mamy ogień i szaloną jazdę; dopiero w piątym kawałku („Sunshine”) zwolnili tempo. Uwielbiam jak hard rockowy zespół sięga po gitarę akustyczną i tworzy nie kolejną łzawą balladę, ale coś, co nazywam „akustyczną burzą”. Taki też jest ten psychodeliczny folk rockowy kawałek, który idealnie w tym miejscu się wpasował. Album zaczyna się od „Time And Changes” z repertuaru Hickory Wind wykonany w znacznie cięższym stylu z dobrymi partiami gitary. „For Sale Or Lease” jest nieco wolniejszy, ale nadal ciężki, a bardziej chwytliwy „Lovely Lady” atakuje oszałamiającym gitarowym fuzzem, dzięki czemu jest i surowy i potężny. W „Six O’Clock Sleeper” utrzymują styl i wrzucają kilka fajnych partii na gitarze. Całość kończy  „Be Free”, który łączy wszechobecną gitarę fuzz z pomysłową perkusją i refrenem staccato, co stawia go ponad przeciętność. Odmawiając wydania tego albumu RCA strzeliła sobie w stopę. Szczęście, że dziś mamy go na wyciągnięcie ręki.

Drugi w „karecie”, As Karo i jest nim…

A FOOT IN COLDWATER „A Foot In Coldwater” (1972)

Uwielbiam tę płytę. I niech nie zmyli Was okładka z tęczą i błyszczącym logo zespołu wyrysowane patykiem na plaży. To nie jest nieznana płyta The Beach Boys, a stworzony przez kanadyjską grupę A Foot In Coldwater rock z domieszką bluesa. Prosty i szczery jak rock and roll, czyli dokładnie taki jaki powinien być. Klasyczny, różnorodny, toczący się jak pociąg towarowy – tu z grzmiącym Stratocasterem nieżyjącego już Paula Naumanna i jego solówkami, oraz ryczącym Hammondem Boba Horne’a. W zasadzie już po pierwszym akordzie każdego numeru można rozpoznać, że to ich styl. Pierwsze trzy utwory „On The Wind”, „Yalla Yae” i „Deep Freeze” to całkiem poważne rockowe kawałki z ciężką gitarą i Hammondem robiące już na początku wrażenie. Dzięki dość mrocznej muzyce, „Yalla Yae” wkracza na terytorium metalu podkreślony odpowiednim tekstem: „Zróbcie miejsce diabłu pukającemu do waszych drzwi / Poddajcie się jego złu, które przechodzi przez podłogę…” „Deep Freeze”, choć mniej mroczny wbija się w głowę dzięki mocnym gitarowym atakom. Na uwagę zasługuje wokal Alexa Machina, który wyróżnia się gruboziarnistym papierem ściernym w gardle. Balladę „(Make Me Do) Anything You Want” z gitarą akustyczną i smyczkami cudownie brzmiącymi miałem nagraną na taśmie szpulowej. Musiało minąć kilka dekad nim wróciła do mnie na płycie. Wydana na singlu trafiła na szczyt kanadyjskiej listy przebojów, zaś po sąsiedzku, w USA, osiągnęła 26 pozycję na liście Billboardu. Kolejne dwa utwory, „Who Can Stop Us Now” i „Alone Together” bez śladu mrocznej i ciężkiej muzyki są bardziej optymistyczne, ale to nadal dobry rock. Akustyczne intro w „Fallen Man” wprowadza nas w opowieść o facecie, który nie ma szczęścia. Pomimo stereotypowego tematu lubię ten utwór. Ma w sobie nutę Led Zeppelin, a poza tym chylę czoło przed wokalistą, który nie próbuje brzmieć jak Robert Plant… Dwa kolejne nagrania kończą płytę. W „In Heat” wracamy do ciężkich gitar  z miażdżącą solówką i jest to świetny powrót. Z kolei „Lady True” to bardziej melodyjny kawałek w stylu April Wine, ale wciąż jesteśmy w klimacie hard rocka. Na następnych płytach zespół próbował grać bardziej progresywnie, ale jeśli ktoś tak jak ja kocha stare ciężkie brzmienie warto ten debiut mieć w swojej kolekcji.

I następny tuz – As Kier

WARPIG „Warpig” (1970)

Ten zespół, którego nazwa może kojarzyć się z utworem Black Sabbath (zapewniam – nie ma z nim nic wspólnego), powstał w 1966 roku, w kanadyjskim miasteczku Woodstock leżącym około 130 kilometrów od Toronto. Gitarzysta i wokalista Rick Donmoyer skupił wokół siebie muzyków grających w różnych miejscowych kapelach. Byli to Terry Brett (bas), Dan Snitch (klawisze/gitary) i Terry Hook (perkusja). Niekończące się próby w piwnicy domu rodziców Hooka doprowadziły do ​​powstania Warpig. Wkrótce stali się stałym elementem niezależnej sceny Toronto zdobywając liczną rzeszę fanów, co zaowocowało podpisaniem w 1968 roku kontraktu z wytwórnią Fonthill Records. Tournée Led Zeppelin, który szturmem podbił Kanadę w 1969 roku napełniły młode zespoły takie jak Warpig nową energią i witalnością. Rok później Donmoyer z kolegami weszli do studia nagrywając materiał będący unikalną mieszanką współczesnego brzmienia organowego (Uriah Heep), ciężkiego blues rocka (Led Zeppelin) i psychodeli. Dzięki produkcji i pomocy ze strony Roberta Thomsona krążek w ujrzał światło dzienne wiosną 1970 roku. Zespół dostarczył nam album pełen surowej mocy, z inspirującymi reliktami wszystkiego, co działo się w ostatnim czasie: od British Invasion po surfowe brzmienie, od Cheta Atkinsa po Black Sabbath. Utwory takie jak „Flaggit” i „Tough Nuts” inspirowane Deep Purple to rockery dające poczucie nieokiełznanej pasji młodego zespołu grającego po swojemu, podczas gdy „Advance In A Minor” (mile widziana odmiana) zdominowany przez fortepian próbuje być progresywny… Z kolei trochę wolniejsze „Melody With Balls” i enigmatycznie zatytułowany „UXIB” mają ducha Black Sabbath. Moim ulubionym jest „Sunflight”, poetycki utwór ocierający się o Wishbone Ash i Uriah Heep. Podobnie jak muzyka, teksty są dosadne, na ogół poruszające aktualne tematy i (co sobie cenię) pozbawione zbędnymi metaforami i kwiecistymi obrazami.

Płytę promował singiel „Rock Star”, który obiegł stacje radiowe, a wraz z występami na żywo liczba fanów rosła w geometrycznym tempie. Pomiędzy koncertami muzycy wślizgiwali się do studia i rejestrowali nowe kawałki. W 1971 roku  Fonthill została przejęta przez London Records, co postawiło zespół w dziwnej sytuacji – muzycy uświadomili sobie, że nie mają wytwórni. W 1973 roku London wznowił im debiutancki album tyle, że mało kto po niego sięgnął. Świat, a z nim muzyka, zmieniał się i pędził jak szalony do przodu. Charakterystyczne brzmienie  nagrań, które jeszcze tak niedawno zachwycało wyszło z mody. Co gorsze, próba wydania drugiego albumu została udaremniona przez brak odpowiedniego zarządzania i całkowitego zaniedbanie ze strony wytwórni. To był główny powód rozwiązania zespołu. Mam nadzieję, że doczekamy się w końcu oficjalnej publikacji tych nagrań. Taśmy-matki są, trzeba tylko wyciągnąć po nie ręce.

Ostatni z czterech to  As Pik

SHUTTAAH „The Image Maker Vols 1 & 2”

„The Image Maker Vol 1 & 2” jest zagadką swoich czasów nierozwiązaną do dnia dzisiejszego. Po części dlatego, że ten ultra rzadki podwójny album to jeden wielki kryptogram dla miłośników winyli. Chociaż został nagrany we flagowej dla rocka progresywnego wytwórni Vertigo utwory nigdy nie doczekały się oficjalnego wydania i, co ciekawsze, nikt nie jest pewien, kto na nim grał. Brytyjskie rejestry praw autorskich nie ujawniają tożsamości autorów piosenek, a wszystkie informacje o sesjach nagraniowych zaginęły. Pewna jest tylko jedna rzecz: utwory zostały nagrane na acetacie w 1971 roku i podobno (informacja nie jest dokładnie sprawdzona) są w posiadaniu anonimowego kolekcjonera płyt, który udostępnił je firmie Shadocks Music. Ta wydała je na winylu i kompakcie w 2002 roku. To, czy jego sprawcy to anonimowi muzycy, czy też artyści zaangażowani w znane projekty są li tylko rozważaniem czysto akademickim i możemy sobie je odpuścić. Ja na pewno nie będę zgadywał kim byli – po prostu nie mam ani sił ani ochoty przedzierać się przez moje stare płyty i genealogiczne drzewa w poszukiwaniu wskazówek. Zresztą robili to już profesjonaliści i nic nie odkryli. Zastanawiam się za to nad jednym: jak to się stało, że tak wysoki poziom produkcji i kunszt kompozytorski został przeoczony i nie wydany?! Skandal!

Termin shuttah odnosi się do Biblii i w języku hebrajskim oznacza drzewo (prawdopodobnie akacjowe), z którego powstała Arka Przymierza. „The Image Maker” to złożone i różnorodne dzieło oddające hołd swojej epoce. Muzycy stworzyli undergroundowy album koncepcyjny, gdy ta koncepcja była jeszcze nowa, albo przynajmniej ciepła i koncentruje się na angielskich stuletnich doświadczeniach wojennych w połączeniu z Biblią. To barwna, pięknie wyprodukowana mieszanka ciężkich riffów organowych, gitary fuzz, basu, perkusji, dziwnych dęciaków i miażdżąca ściana przeróżnych dźwięków. Jest tu miejsce na rock progresywny, blues, jazz, awangardę. Czasem zespół skręca w stronę bar rocka szczególnie gdy próbuje grać bardziej przystępnie, ale nawet i tu partie instrumentalne są najwyższej klasy. „Run Bull” z pierwszej płyty to utwór, z którym zawsze ciężko mi się rozstać. Riffy wielkości czołgów, fuzz organowy niczym chmury burzowe, halucynogenne fragmenty wojskowych efektów dźwiękowych i odlotowy saksofon, który mógłby pochodzić od Sony Rollinsa, albo gościa z „Angel’s Egg” grupy Gong. Niesamowite! Nie będę opowiadał o innych, by nie psuć zabawy w wielowarstwowym odkrywaniu tej podwójnej płyty, gdzie utwór goni utwór i nie ma czasu na mrugnięcie okiem. Wszystkie są autentycznie pomysłowe, eksperymentalne i dowodzą, że rock progresywny to objawienie na miarę Biblijnego cudu. Kimkolwiek byli muzycy stojący za tym projektem mieli olbrzymią wyobraźnię i talent. Szkoda, że ​​nie udało się ich zidentyfikować. Zresztą pal licho personalia… chodzi o to, by podziękować im za tak genialną pracę.

Muzyka (nie)tylko dla wybrańców: ALAN TRAJAN; STRIFE; GOLDENROD; DEJA-VU.

Alan Trajan (wł. Alan Robertson), stały bywalec szkockich pubów i edynburskiej sceny końca lat 60-tych był wulkanem nieustannej erupcji. Słuchając go można przysiąc, że był kwintesencją artysty niepokornego. Jego dźwiękowa magma przenikała spelunki i bary nieokreśloną mieszanką jazzu, bluesa, folku, soulu i popu. Innymi słowy, wczesne przebłyski progresywnego rocka, albo pijacki bełkot neurotycznego pianisty beznadziejnie chorego na afektywną dwubiegunowość. Muzyk i „gawędziarz nieszczęść” z undergroundową esencją tamtych czasów pachnący cydrowym piwem zmieszanym z tanim winem z pubowych piwniczek. Problemy z alkoholem nie raz kończyły się pobytem na policji, lub w izbie wytrzeźwień. Nie przeszkodziło to jednak całemu MCA w zauważeniu jego osobliwej aury. Alan, promyk światła jaśniejący na tle panującej szarości posiadał charyzmę. W październiku 1969 roku ukazał się jego jedyny, obecnie legendarny album „Firm Roots”. I powiem wprost – łatwiej wygrać dziś na loterii, niż znaleźć oryginał. Temu, któremu to się uda będzie bogaty. W moim przypadku „legalnie inaczej” wydany kompakt nie powoduje wyrzutów sumienia. Takie płyty rozświetlają każdą półkę, nadając jej odpowiedni, uświęcony rodowód, a w tym przypadku jej posiadanie zostaje rozgrzeszone.

Na tym albumie Trajan-kompozytor, śpiewa i gra na pianinie. Towarzyszą mu David McNiven (organy) i legenda brytyjskiego folku, Davy Graham (gitara akustyczna). Jest też godna pochwały sekcja rytmiczna, o której w moim egzemplarzu na jej temat nie ma wzmianki… Z przymglonym głosem przypominającym Steve’a Winwooda i Garry Brookera artysta prezentuje przygnębiające, ponure piosenki z dobrze wykonanymi aranżacjami rockowymi tak charakterystycznymi dla  końca lat 60-tych. Chociaż większość utworów była oryginalnymi kompozycjami, muzyk przełamał nastrój trzema piosenkami z pierwszych albumów Boba Dylana i coverem Davida Acklesa.

„Speak To Me, Clarissa” to przejmujący, dramatyczny monolog skierowanym do dziewczyny, która przedawkowała. Oto jak bardzo „optymistyczny” jest ten facet. Utwór emanuje mroczną aurą, przywodzącą na myśl Atomic Rooster i The Norman Haines Band. Zarówno Crane jak i Haines przypominają Trajana. Są cholernie szaleni i niezrównoważeni. I wszyscy genialni. Partie basu i perkusji stanowią potężne wsparcie dla mocnej sekcji organów, która zajmuje centralne miejsce obok fortepianu grającego motyw przewodni. Niesamowite otwarcie. Elektryzującą kwasowość przynosi „One Tends To Get Bitter Now And Again” w stylu Arthura Browna. Proroczy, porywczy i definitywny proto-hard rockowy numer… Delikatna gitara na początku „Thoughts” należy do Davy’ego Grahama. Ten utwór z charakterystycznym głosem Trajana, to złowieszczy, cmentarny progresywny folk podszyty psychodelią. Charyzmatyczny i niesamowicie przejmujący… „Highway 51 Blues” to pierwszy z trzech coverów Dylana. Brzmi szorstko i chropawo jak obskurny bar. To dlatego go uwielbiam! Akustyczne, hipisowskie tekstury w „This’ll Drive You Off Your Head” brzmią jak Roy Harper w Small Faces. Niemożliwy sojusz, prawda? A tu proszę – działa! Pod rozpadającym się dachem organów i gitary, kolejny psychodeliczny i neurotyczny dramat rozgrywa się w „Mental Destruction”. Donośny utwór o hipisowskim fatalizmie, przesiąknięty brutalnym samospaleniem to klasyczny, psycho -progresywny underground. Perła!

Kolejną pesymistyczną refleksję oferuje „Time” otwierający drugą stronę oryginalnego longplaya, po którym pojawia się wersja „Down River” Davida Acklesa w stylu Procol Harum nie będąca jednak hymnem domowych prywatek i szkolnych potańcówek. Mimo to ani na sekundę nie traci blasku. Kolejna piosenka Dylana, „Corrina, Corrina” zyskała blues rockową oprawę stając się w świecie bohemy i jej nocnego życia bardzo popularna. Mroczny progres powraca w „This Might Be My Last Number” z tajemniczymi organami i uroczym fortepianem elektryczną  będący niczym dźwiękowy prototyp generatora Van Der Graafa…Trzecia piosenka Dylana, „Girl From The North Country” mimo, że żywiołowa brzmi smutno. No cóż, z Alanem Trajanem nie da się tego uniknąć. I na koniec utwór o dziwnym tytule „Charles Russell, Gtr, Vcl And Harmonica”, czyli kolejne żałobne ćwiczenie w stylu Rare Bird spotyka Procol Harum, w którym tak bardzo gustował artysta.

„Firm Roots” to definitywny symbol undergroundowej bohemy. Jej rozpaczy i samobójczego, autodestrukcyjnego hedonizmu. Od początku do końca jest tak samo dobry jak smutny. Mówiąc krótko carpe diem tamtych dni.

Podczas gdy kanadyjskie trio Rush snuło swoje progresywne fantazje o „By-Tor And The Snow Dog” i „Necromancer”, w tym samym niemal czasie po drugiej stronie Atlantyku angielska trójka muzyków przekopywała się przez pozostałości hard i glam rocka, a także rocka progresywnego szukając odpowiedniego kierunku. Pochodzili z Liverpoolu i nazywali się Strife. To był naprawdę dobry zespół! Porównywano ich do Hawkwind i wczesnego Budgie, więc łatwo zrozumieć dlaczego go polubiłem. Ich debiut z 1975 roku, nomen omen zatytułowany „Rush” odsłuchałem z płyty winylowej, którą pod koniec lat 80-tych przywiózł brat mojego szkolnego kolegi pływający wtedy na statku handlowym. Znacznie później kupiłem ją i ich drugą, „Back To Thunder”, na płycie CD. 

Trio powstało w 1969 roku i na początku grało rock and rolla płacąc składki w pubach Merseyside, ale nie wzbudzili zainteresowania żadnej wytwórni płytowej. W 1972 roku grali w Los Angeles, gdzie dziwnym trafem spotkali muzyka soulowego, Edwina Starra, który widział ich wcześniej  w klubie Mardi Gras w Liverpoolu. Starr zorganizował im sesję w studiach w L.A. i San Francisco, gdzie nagrali taśmę demo. Jeden z utworów, „Better Man Than I”, pojawił się potem na albumie „Rush”. Pełnometrażowy debiut został wydany przez Chrysalis w 1975 roku, a więc w czasie, gdy punk rock czaił się w ciemnej uliczce gotowy do ataku. Od samego początku płyta zapowiada się niesamowicie dzięki mocnemu atakowi hard rocka w „Back Street Of Heaven” i nieoczekiwaną wisienką na torcie w postaci chórku girls bandu w stylu glam rocka. Panie powróciły wykonując parę turbo-motownowych kawałków w dedykowanym Starr’owi „Magic Of The Dawn” i w „Life Is Easy” z udziałem sekcji dętej, zaś w porywającym „Better Man Than I” bluesowa zagrywka Johna Lee Hookera została wciśnięta w błyszczący rockowy kombinezon. Reszta materiału zawiera bardziej przewidywalne brzmienia. Jest tu post psychodeliczna zaduma, apokaliptyczny punkt kulminacyjny w „Indian Dream”, oraz kipiący proto metal Budgie w „Man Of The Wilderness”. Płytę zamyka dwunastominutowy, heavy progresywny killer „Rush” – kosmiczny jam w stylu Hawkwind, o ironio zbliżający się do „2112” tria Rush!

Całość sprawia, że ​​album idealnie wpisuje się w mój ulubiony styl retro rocka lat 70-tych. Niestety,  tuż po tym, jak Johnny Rotten i jego grupa anarchistów uważanych za twardzieli zaczęli siać spustoszenie na Wyspach Brytyjskich, Strife został wciśnięty w kategorię „dinozaurów rocka”. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że jego członkowie, John Reid (wokal, gitara), Gordon Rowley (bas, wokal) i David Williams (perkusja) wyglądali jak z innej epoki (panowie, męskie afro-fryzury wyszły z mody już w 1969 roku!), a ich twarze mogły podobać się tylko w radiu. Kłopot w tym, że nawet radio nie było nimi zainteresowane.

Strife mimo wszystko brnął dalej, wydając w 1977 roku EP „School”,  a rok później „Back To Thunder”. Zespół rozpadł się w 1979 roku, a Rowley poszedł grać w okropnym Nightwing nagrywając z nim rok później „Something In The Air” – prawdopodobnie NAJGORSZY album jaki słyszałem w nowo powstającym wówczas nurcie zwanym Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM). Jedyne co mieli dobrego to okładka.

Prezentowany poniżej fragment koncertu Strife to ich jedyne zachowane nagranie „na żywo”. Proszę nie zwracać uwagi na fatalną jakość obrazu – tu liczy się muzyka. A ta jest rewelacyjna!

Rok 1969. Wojna w Wietnamie, bolesne motto „włącz się, dostrój, odpuść” – wszyscy znaleźli się nagle w erze politycznego zamętu. To wtedy ukazał się album amerykańskiego tria Goldenrod wydany przez małą niezależną wytwórnię Chartmaker w niewielkim nakładzie zawierający cztery instrumentalne utwory (6-12 minut) pozbawione jakiegokolwiek komercyjnego potencjału. Teraz, ponad pięćdziesiąt lat później, możemy tylko drapać się po brodzie i zastanawiać co sprawiło, że ktoś skłonny był wyłożyć trochę pieniędzy, wynająć studio, nagrać muzykę na plastik, włożyć ją do kolorowej tekturowej koszulki, a następnie wysłać do sklepów mając świadomość, że produkt nie przyniesie zysku. Kim był ów filantrop tego już się chyba nie dowiemy…

Płyta została nagrana przez gitarzystę Bena Benaya, basistę Jerry’ego Scheffa i perkusistę Toxey’a French’a, którzy poznali się gdy zostali zaangażowani jako muzycy sesyjni do wspierania w studio grupy The Fifth Dimension. Jak już wspomniałem, album zawiera cztery utwory o magicznym, ciężkim jamowym acid rockowym brzmieniu z intensywnymi, ogłuszającymi gitarowymi efektami, bezkompromisowym basem i potężną perkusją. To był zwiastun narodzin heavy metalu na rok przed pojawieniem się Black Sabbath. Mistyczny „Open Descent Of Cyclopeans” z porywającym riffem i mocną linią basu od początku robi wrażenie, „Karmic Dream Sequence” to temat, od którego trudno się oderwać, a jego niesamowita atmosfera przenosi nas w zupełnie inny wymiar. W „The Gator Society” Benay, atakuje „galaktycznym” gitarowym solo w towarzystwie doskonałej sekcji rytmicznej. I choć zarówno „Karmic Dream…” jak i „The Gator Society” nie posiadają żadnej formalnej struktury, a są jedynie szkicami dziesięciominutowych improwizacji gdzie cała trójka może grać swoje solo do woli, to każdy z nas może z nich wyciągnąć coś dla siebie. Album kończy „Standing Ovulation” z głębokim nieokrzesanym dźwiękiem, miejscami przybrudzonym, ale nadzwyczaj klarownym. Nie mam wątpliwości, że spełni oczekiwania nawet wybrednych fanów gatunku. Polecam!

Norweski zespół Deja-Vu jak wiele innych z tamtego okresu nagrał tylko jeden album. W zasadzie projekt albumu. Nie dość, że był on samofinansowany, to jeszcze wyprodukowany jako promocyjne testowe tłoczenia bez okładki. Wspomina się o stu kopiach, z których większość została przypadkowo zniszczona, gdyż przechowywano je blisko grzejnika. Tak więc mówimy tu o jednym z najrzadszych norweskich artefaktów, które zostało po raz pierwszy wydane na płycie kompaktowej w 1996 roku. To, co jego twórcy kiedyś uznali za kompletną porażkę, teraz traktuje się jako odzyskane po latach dzieło sztuki oddane do renowacji i dogłębnie analizowane.

Wiele wskazywało na to, że zespół odniesie sukces, ponieważ dwóch jego członków, Svein Rønning (gitary) i Knut Lie (perkusja) grali wcześniej w popularnym popularnym i znakomitym Høst. Pozostali to Kai Grønlie  (wokal), Harald Otterstad (klawisze) i Per Amundsen (gitara basowa). Jeśli mamy cieszyć się skandynawskim brzmieniem ciężkiego progresywnego rocka lat 70-tych to „Between The Leaves” ma absolutnie wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Bardzo mocną stroną jest wykorzystanie wielu instrumentów klawiszowych w tym melotronu, organów Hammonda, czy fortepianu, które podkreślają pejzaże malowane dźwiękiem.  Dziesięciominutowy „Burning Bridges” prezentuje brzmienie z fantastycznym basem przeplatany zawiłymi dialogami syntezatorów i gitar. Utwór tytułowy zaczyna się klawesynem, a zaraz potem cały zespół wykazuje się wspaniałą formą prezentując smakowity kąsek ciężkiego progresywnego rocka. Hendrixowska gitara prowadzi nas do „Free Man” przechodząc w floydowski klimat „Wish You Were Here”, w którym Svein Rønning wykonuje „gilmourowskie” solo wspierane przez znakomitą sekcję rytmiczną. Z kolei „Flaming” ze względu na instrumentalną delikatność i melodyjną naturalność to jeden z najwspanialszych utworów mogący z powodzeniem znaleźć się w repertuarze Kaipy z Roine Stoltem, a proste starannie dopracowane chórki tworzą idealną harmonię. Jedenastominutowy „Somebody Cares” z długim intro przywodzi na myśl gwiazdy niemieckiej sceny rockowej jak Hölderlin, Novalis, czy Jane. Idealnie dopracowana struktura kompozycji pokazuje, że muzycy ewidentnie byli niewolnikami perfekcjonizmu. Daj Boże, by takich niewolników w muzyce było więcej! Na zakończenie „Visions Of Nirvana”, czyli coś, co zachowuje hipisowski romantyzm z poruszającym prog rockiem tamtych lat. Cudo!

Płyty takie jak „Between The Lines” są doskonałym przykładem artystycznego triumfu i sekretem wieczności. Szkoda, że kiedy została wznowiona Kai Grønlie już nie żył… Jedyną rzeczą  do jakiej mogę się przyczepić to kiepska,  zupełnie nietrafiona okładka pasująca bardziej do death metalowej kapeli lat 90-tych. Na szczęście to nie ona decyduje o jej muzycznej wartości.

ANTONIUS REX „Neque semper arcum tendit rex” (1974)

Śmierdzący ogniem i siarką bałagan z atmosferą tak gęstą, że można by ją pokroić. Wylęgarnia fobii, demonów i pożerające dusze robactwa. Krystalicznie czysta produkcja, rytmy kotłów i gitara zniekształcona w sposób, który prawdopodobnie nie mógł pochodzić z tego świata. Formuła, z której mogłaby czerpać cała dzisiejsza scena black metalowa, z Master’s Hammer na czele. Jednym słowem (a raczej dwoma) „diaboliczna orkiestra”, a mówiąc dokładnie, Antonius Rex z 1974 roku. Roku demonów. Tylko czy ktoś  w to jeszcze wierzy..?

Niby znam tę grupę od dawna, ale im więcej próbuję się o niej dowiedzieć, tym bardziej jestem zdezorientowany. To jeden z najbardziej tajemniczych zespołów włoskiej sceny rockowej, a okoliczności powstania ich nieoficjalnego debiutu „Neque semper arcum tendit rex niosą ze sobą mnóstwo sprzecznych informacji. Grupa jest bezpośrednim następcą równie tajemniczego projektu Jacula (1969-73). To firma rodzinna, kierowana przez gitarzystę i kompozytora Antonio Bartoccettiego, oraz jego partnerkę życiową Doris Norton. Łączyła ich nie tylko miłość i muzyka, ale także wspólne zainteresowania filozofią, ezoteryką i spirytualizmem. Pierwsze kroki zespołu wiązały się z wieloma trudnościami. Bartoccetti miał pomysły, ale brakowało mu środków na ich realizację, więc los zgotował mu niespodziankę – spotkanie z nieco ekscentrycznym okultystą, lordem angielskich wrzosowisk, Albertem Goodmanem. Zamożny Goodman był właścicielem kilku posiadłości, w tym średniowiecznego zamku z małym studiem nagraniowym. Muzyką interesował się amatorsko (grał na perkusji), był również właścicielem niezależnej wytwórni płytowej Darkness Records. Spodobały mu się plany tej dwójki, zaoferował wsparcie finansowe, wpływy i kontakty. W zamian dostał miejsce w zespole.
Materiał na debiutancki album został nagrany w Mondial Sound Studios w Mediolanie pod nadzorem inżyniera dźwięku Colina Coldweise’a, a produkcją zajął się sam Goodman. Praca w studiu trwała trzydzieści osiem dni, a mastering wykonano w Londynie, co nie było wówczas powszechną praktyką. Najwyższej klasy czyste, a jednocześnie wystarczająco przenikliwe brzmienie będzie się bronić nawet po latach. Goodman obiecał dopilnować wydania albumu (wstępnie wytłoczono czterysta próbnych egzemplarzy) i mieć piecze nad promocją w Vertigo, ale zwrócił się do niewłaściwej osoby. Gdy tylko zrozumieli znaczenie tekstu „Devil Letter” zażądali jego usunięcia i zmiany okładki albumu. Bartoccetti zdecydowanie odmówił, więc projekt został zamrożony, a zespół zakończył działalność. Rok później pojawili się mecenasi gotowi sfinansować nowe sesje. Chociaż małżonkowie mieli w tym czasie rodzinne problemy, trudności finansowe zmusiły ich do pracy w studio, czego efektem był album „Zora”, którego część materiału została zapożyczona z repertuaru Jaculi. I to on (nawiasem mówiąc w bardzo kiczowatej okładce) uważany jest za płytowy debiut zespołu.
Taśmy z „Neque semper arcum…”  na szczęście pozostały i trafiły do ​​szerszej dystrybucji dopiero dzięki włoskiej niezależnej wytwórni Black Widow w 2002 roku, która wypuściła je w świat w dwóch wersjach: winylowej  (edycja limitowana) i kompaktowej. 
Zdecydowanie mroczny, niepokojący i biorąc pod uwagę ówczesny krajobraz muzyczny album jest przerażający. Plotka głosi, że jest  przeklęty, owiany tajemnicą i otoczony mrocznymi wydarzeniami. Tu podaje się przykład Alberta Goodmana, który zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach zaraz po wydaniu płyty „Zora”. Z kolei medium z Rumunii, Giulio Tasnad, twierdzi, że słuchając go ułożył na stole osiem magicznych symboli z okładki albumu, przeczytał od tyłu tekst „Devil’s Letter” i wyszło, że odkrył fragment listu okultysty Asmodeusza z 1624 roku. Budowanie takich „legend” uważam za szkodliwe nie tylko dla zespołu, ale i dla samej muzyki, która w takich przypadkach schodzi na dalszy plan. Na szczęście oprócz rzekomo magicznych właściwości „Neque Semper Arcum…” może pochwalić się doskonałą zawartością muzyczną. I to właśnie muzyka stanowi prawdziwą magię tego albumu i wspaniały przejaw kunsztu tego zespołu. 
Potężny gitarowy talent Bartoccetti’ego, który nigdy nie był tak płodny w riffy jak w tych sześciu numerach zdominował ten album. Solidne jak skała błyskawiczne solówki czynią go czarnym klejnotem ezoterycznego progresywnego brzmienia. Lodowate organy Doris Norton groźnie wspierają i akompaniują jej partnerowi. Wreszcie, oszczędna perkusja Goodman podkreśla nieprzewidywalne ewolucje w większości utworach, które jawią się jak prawdziwy misteryjny rytuał. Zaskakująca jest jednak nie biegłość techniczna, ani inteligencja prezentowanych tu konstrukcji, ale wyjątkowa umiejętność całej trójki do dystansowania się od nastrojów tamtej epoki. Można powiedzieć, że to dzieło niepasującego do swoich czasów. Dzieło, które niezaprzeczalnie brzmi jak z lat 70-tych i które zadziwia oryginalnością, umiejętnością przewidywania i stawiania się poza wszelkimi porównaniami. Tego ostatniego nie da się  porównać nawet z samym Black Sabbath, ojcami proto-doom metalu, a także z halucynogenną poetyką Van Der Graaf Generator.
Antonio Bartoccetti.
Utwór otwierający, „Neque Semper Arcum”, rozpoczyna się majestatycznymi organami rozwijając się wraz z sugestywną recytacją Magusa Antonia skierowaną do współczesnego świata, który odrzucił wszelką duchową głębię. To ognista tyrada przeciwko tym, którzy „są przeznaczeni do kultu złota i seksu”, którzy „posiadają wille z kości słoniowej bez drzwi, ale ze służbą”, którzy „chcą zrozumieć głębię jeziora, nie zanurzając nóg”. Emocje osiągają punkt kulminacyjny w połowie utworu, gdy cisza zalega jedynie nad wiatrem, a przepastny głos Bartoccettiego recytuje: „Duch wiatru wędruje, ostrze losu przecięło języki tych, którzy przemówili; teraz ich ciała kołyszą się na strunach cyprysów…” To co wstrząsa, to gitara. Potężny riff przenosi nas z cieni złowrogiego gotyckiego świata w duszący kurz sabatu. Tak rozpoczyna się porywająca jazda, w której rockowe riffy łączą się z dysonansowymi tematami organowymi.  Magiczna spirala dźwięku brzmi jak nieomylna inwokacja, ale nie dziwmy się –  Bartoccetti ukończył filozofię pisząc pracę zatytułowaną (dosłownie) „Ewokacyjna moc gitary”. Serio!
Organy w „Pactus” stanowią godną kontynuację mrocznego utworu otwierającego: krucjata przeciwko nowoczesności, wpływom i zgubnej władzy mediów. W finale, któremu towarzyszy spokojna perkusja, możemy poczuć melodyjną gitarę z eleganckim solo z delikatnymi, jazzowymi akcentami… „In Hoc Signo Vinces” i „Non Fiat Voluntas Tua” z paranoiczną obsesją opowiadają o przemocy. Pierwszy to instrumentalny utwór, który wiernie nawiązuje do „Triumphatus Sad”, jednego z pierwszych przykładów heavy metalu, który znajdziemy na debiutanckim albumie Jaculi z 1969 roku. Drugi, pod sztandarem groźnych, hipnotycznych gitarowych ataków pozbawionych elementu rytmicznego wspomagają kolejne oskarżenia rzucane światu przez Bartoccettiego. No i w końcu dochodzimy do (nie)sławnego „Devil’s Letter”, przerażającej wyprawy w pozamuzyczną sferę, gdzie gitara milknie, a dominującą rolę odgrywają cisza, skrzypienie, kroki, mroczne gregoriańskie kontrapunkty i inwokacja Goodmana. Album kończy się najbardziej brutalnym, a jednocześnie imponującym „Aquila Non Capit Muscas” – ostatecznym ostrzeżeniem dla „małego nieudacznika”, bezlitośnie atakowanego przez cały album. Przesiąknięty sadystycznymi nastrojami zespół prowadzi nas do najgłębszych zamkowych lochów z atmosferą wiecznych tortur, a kończy potężnym gotyckim marszem, który można określić mianem thrash metal ante litteram. Nieprzypadkowo na myśl przychodzi fragment z „Raining Blood” Slayera podkreślający moc gitarowej techniki Bartoxa, a jednocześnie niezwykłą gwałtowność, z jaką gitarzysta potrafił spalić uszy nieszczęśnikom tamtych czasów.
Jest jeszcze jeden aspekt, który chciałbym poruszyć. Na różnych forach internetowych wielu wątpi w autentyczność powstania tego materiału w 1974 roku. O ile organy i monologi (bo trudno nazwać je wokalami) brzmią jak z lat 70-tych, o tyle gitara i perkusja wydają się im bardziej współczesne. Parę razy głos w tej kwestii zabrał sam Bartoccetti. W wywiadzie z Augusto Croce wyjaśnia mówiąc, że Goodmana nauczono pracy z taśmami i pętlami stąd rytmiczna perfekcja. W innym wywiadzie, tym razem z Francesco Fabbrim opisuje jak pracowali z oryginalnym masterem podczas przygotowywania reedycji podkreślając, że skupili się jedynie na korekcji dźwięku, kompresji, dynamiki i redukcją szumów. Nie mnie to oceniać, tym bardziej, że geniusz (król) remasterów jest jeden – Steven Wilson. I pewnie on mógłby to rozstrzygnąć. Tak czy inaczej, pod względem merytorycznym jest to produkt wyjątkowy i nie ma znaczenia, czy pochodzi z 1974, czy 2002 roku. Ignorowanie zespołu Antonius Rex i talentu Antonia Bartoccettiego  to największy grzech, jaki może popełnić każdy, kto uważa się za prawdziwego konesera muzyki. Wszak mówimy tu o prawdziwej muzyce, a nie produkcji stworzonej przez sztuczną inteligencję.
Gdyby „Neque semper arcum tendit rex” został wydany w 1974 roku w formie, jaką znamy dzisiaj, byłby bombą. Antonius Rex wyprzedziłby całą metalową scenę o dobre dziesięć lat i dziś byłby uważany za jednego z pionierów heavy metalu. Tak się jednak nie stało. Zdaję sobie też sprawę, że album nie przypadnie do gustu każdemu. Jeśli już to prawdopodobnie wąskiemu gronu, którzy mają pozytywne nastawienie do tego typu płyt. Lubię taką muzykę, ale nie chcę przekonywać i polecać jej komukolwiek. Będzie lepiej, jeśli każdy odnajdzie ją sam.

CATHERINE’S HORSE – historia jednej płyty.

Życie i granie muzyki garażowych zespołów w Nowej Anglii w połowie lat 60-tych miało ten sam scenariusz: zabawa, dziewczyny, jointy palone w ukryciu, trochę alkoholu… Niemal wszystkie zaczynały od grania coverów w lokalnych klubach, prywatnych imprezach, szkolnych zabawach. Czasami nie miały oficjalnej nazwy, często zmieniały skład. Zespół Rogera Goodspeeda założony w 1965 roku nazywał się The Inside Out i co tydzień pojawiał się na potańcówkach. Oczywiście grali „Glorię” i to wcale nie dlatego, że ma tylko trzy akordy. Jesienią 1966 roku Roger rozpoczął naukę w Taft, prywatnej szkole z internatem w Waterbury, podmiejskim miasteczku 80 kilometrów od Nowego Jorku w stanie Connecticut. To właśnie tu, w październiku 1968 roku powstał zespół Catherine’s Horse, którego nazwa żartobliwe nawiązywała do carycy Katarzyny Wielkiej i jej rzekomo nieokiełznanego temperamentu seksualnego. Obok Rogera grającego na perkusji w jego składzie znaleźli się John Hyland (bas), Putman Smith (gitara prowadząca), Jay Geary (gitara, pianino) i Jay Brown (organy). Od czasu do czasu dołączał do nich grający na saksofonie David Bodine, ale nigdy nie był formalnym członkiem zespołu.

Początkowo repertuar opierali na popularnych przebojach. Jay Gear: „Nasze brzmienie było surowe. Grywaliśmy mnóstwo okropnych popowych coverów zanim przeszliśmy w stronę rock’n’rolla z wpływami bluesa. Słuchaliśmy wtedy dużo The Steve Miller Band, Electric Flag, Paula Butterfielda, The Blues Project”. Zaś Roger dodaje: „Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas mógł to wszystko wtedy poskładać. No, może poza Putem Smithem. Jedynie on to jakoś ogarniał.” Zaczęli pojawiać się na potańcówkach i imprezach organizowanych w pobliskich szkołach dla dziewcząt. Mieli również dość regularne występy w Waterbury, grali koncerty w różnych miejscach, od Pittsfield w stanie Massachusetts, po liczne kluby plażowe na wybrzeżu Connecticut. „Podczas jednego z koncertów David Bodine wdał się w bójkę z kimś kto skrytykował naszą muzykę” – wspomina Jay – „Ale ogólnie byliśmy dość popularni w lokalnej społeczności, mieliśmy  stałych fanów, a nawet groupies.” Potrafili dać świetny rockowy set, zbierali mnóstwo komplementów i byli uważani za najlepszy zespół w okolicy.  Chociaż preferowali bluesa musieli również spełniać prośby publiczności i grać aktualne przeboje szczególnie gdy grali w tamtejszych tancbudach. Czy trudno było połączyć szkołę i ciężką muzykę pod jednym dachem? „Nie!” – mówi Roger – „W tym czasie wszyscy mieszkaliśmy na terenie kampusa i nie mieliśmy problemów ani z dyrekcją ani z nauczycielami. Trzymaliśmy instrumenty w szafkach w pobliżu sali prób, mogliśmy ćwiczyć po lekcjach i w weekendy.” Jedyne czego nie mogli robić, to przyjmować pracy poza uczelnią bez zgody dyrekcji. dopóki szkolne władze nie wyrażą zgody. A ta i tak podejrzewała, że ​​grając poza kampusem nie byli aniołkami skoro w grudniu 1968 roku usunęli  Rogera z Taft za „lekceważące podejście do obowiązującego regulaminu”. Na szczęście przyjęto go do lokalnego, publicznego liceum i wciąż grał z zespołem.

Kompaktowa reedycja płyty wytwórni Break-A-Way-Records (2012)

W ostatnim roku nauki Put Smith i Jay Geary zaproponowali swoim nauczycielom projekt zatytułowany „Blues jako wyraz kultury Afroamerykanów” w dużej mierze oparty na zainteresowaniu Puta chicagowskim bluesem i jego korzeniami z delty Missisipi. Miało to być studium historyczne podparte fragmentami muzyki, w domyśle nagraniami Catherine’s Horse. Sprytny plan dzięki któremu szkoła zapewniła im pokrycie kosztów nagrania. Znalezienie studia, realizatora dźwięku, oraz odpowiednich narzędzi do realizacji było kwestią dni. Put Smith: „Pomysł był genialny. Jedyne, czego teraz żałuję, to to, że nie nagraliśmy więcej naszych numerów.” Album został nagrany w nowojorskim studio Sound Ideas Recording przez George’a Klabina, później znanego i cenionego producenta jazzowego. Jego wybór nie był przypadkowy. Klabin ukończył Taft w 1964 roku, potem studiował na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, gdzie pracował jako radiowy DJ, ale wciąż miał dobre kontakty ze starą szkołą. Studio działające od 1969 roku było jednym z miejsc, które Columbia wykorzystywała do jazzowych nagrań. Można więc przyjąć, że nagranie płyty w marcu tego roku być może było jedną z pierwszych sesji. Wszyscy byli podekscytowani; żaden z nich nigdy wcześniej nie był i nie nagrywał w profesjonalnym studiu. Chcieli zrobić dużo więcej, ale budżet był ograniczony. Płytę nagrali w siedem godzin i została wytłoczona w nakładzie 500 egzemplarzy bez okładki, rozprowadzana w brązowych papierowych kopertach z odręcznie napisaną nazwą zespołu. Późniejsze reedycje opatrzone tytułem „Garage Blues From Connecticut” miały taką samą okładkę różniące się jedynie kolorem.

Oryginalna płyta bez okładki i tytułu (1969)

Ze względu na jej rzadkość jest to wciąż mało znane wydawnictwo nawet wśród dzisiejszych kolekcjonerów płyt i uhonorowane pięcioma gwiazdkami w książce Hansa Pokory „1001 Record Collectors Dream Book”. Ci, którzy znają ten album, doceniają go za świeże brzmienie i przejrzystą produkcję. To album z białym blues rockiem z silnym garażowym brzmieniem stworzony przez młodych licealistów, którzy nigdy nie grali zawodowo. W mojej skromnej ocenie jest on niesamowity. Utwory, poza jednym wyjątkiem, to klasyczne, często nastrojowe bluesowe covery z przyjemnymi aranżacjami niekiedy przechodzące w lekkie rockowe motywy stylem nawiązujące do wczesnego Paul Butterfield Blues Band i do The Blues Project.

Reedycja winylowa.

Tak więc mamy tu takie standardy jak „Get Out Of My Love” Allena Toussainta po raz pierwszy nagrany przez Lee Dorseya w 1966 roku, klasyk klasyków, czyli „Good Morning Little School Girl” Sonny Boy Williamsona znakomicie zaśpiewany głosem o niskich dołach. Chłopaki nie ukrywali, że w szkole namiętnie słuchali płyt Stones’ów, więc nie mogło zabraknąć tu kompozycji „Good Times, Bad Times” napisanej przez Jaggera i Richards, po której słyszymy numer Johna Lee Hookera, „Think Twice”. Pierwszą stronę zamykają własnym kawałkiem, „Sun Going Down”. Utrzymany w mrocznej, onirycznej atmosferze pokazuje talent i potencjał jaki w nich drzemał. Faktycznie, należy żałować, że nie nagrali więcej swoich numerów – ten tylko zaostrzył mi apetyt.

Druga strona winylowej reedycji.

Drugą stronę otwiera „Rocket 88” Ike’a Turnera i Jackie Brenstona z 1951 roku kiedy termin „rock and roll” nie był jeszcze powszechnie stosowany. Był to tytułowy utwór z płyty „Rocket 88” zespołu Delta Cats prowadzonego przez Brenstona. Jak ja się ucieszyłem, że ktoś go przypomniał! Okoliczność w jakich powstał obrósł legendą. Muzycy Delta Cats w przedziale wiekowym 17-20 lat, podróżowali do Memphis, aby nagrać singla. Podczas jazdy Autostradą 61 z bagażnika samochodu wypadł wzmacniacz z głośnikiem i, delikatnie mówiąc, „trochę” się poturbował. Właściciel studia, Sam Phillips zakleił uszkodzone membrany papierem, co zmieniło jego brzmienie. Wielu historyków uważa, że ​​dzięki temu zniekształcony dźwięk gitary, oraz surowa, młodzieńcza energia i porywający rytm boogie czynią go pierwszym przykładem rock and rolla. Wersja Catherine’s Horse nieco odbiega od pierwowzoru; zabrakło mi tu znakomitej partii saksofonu, który w oryginale kradnie show, ale zastąpienie pianina organami to już kapitalny pomysł. Jay Brown popisał się na nich fantastycznymi solówkami! Dalej mamy jeden z moich ulubionych bluesowych klasyków, „Can’t Keep From Cryin’ ” Blind Willie Johnsona, tym razem z gitarową solówką Puta Smitha, a tuż potem „One More Mile” Muddy Watersa. Płytę kończy „Mind To Give Up Livin’ „, jeden z najbardziej lirycznych bluesów BB Kinga od lat coverowany przez wielu artystów z Fleetwood Mac i Paulem Butterfieldem na czele. Liryczny tytuł odzwierciedla temat rozpaczy i przekonania, że ​​po straconej miłości lepiej umrzeć, niż żyć ze złamanym sercem. Jak więc widać „Garage Blues From Connecticut” to w stu procentach autentyczne wydawnictwo i godna pozycja dla wielbicieli bluesa i kolekcjonerów płyt końca lat 60-tych.

Dzisiaj Put Smith i Jay Geary są prawnikami – pierwszy w Georgii, drugi na Florydzie. John Hyland jest chiropraktykiem w Kolorado, a Jay Brown prowadzi sklep w New Hampshire. Roger Goodspeed pracował w kancelarii prawniczej. W 2006 roku kupił dom, sam go wyremontował i obecnie jest na emeryturze. Mimo, że instrumenty dawno im zamilkły, ich muzyka nie przestaje grać.

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z kilkustronicowej wkładki dołączonej do płyty. A, i  jeszcze jedno – gdyby nie jeden z moich wiernych Czytelników, który uświadomił mi, że jest taki zespół i taka płyta, pewnie tej historii tutaj dziś by nie było. Janusz – dziękuję.

Rockowe barwy jesieni: Kopperfield; Atlantide; Castanarc; Sfinx, Vytas Brenner; Crack.

Za oknami jesień i jej niepowtarzalny klimat z krótkim co prawda dniem, ale z coraz dłuższymi wieczorami. To idealny czas, by późną porą, gdy krople deszczu spływają po szybach, a wiatr kołysze świat do snu można wygodnie zasiąść w fotelu, przymknąć oczy i oddać się muzyce. Muzyce tak kolorowej jak dywan utkany ze złotych liści w parkowych alejkach. Oto kilka moich propozycji na ten właśnie czas.

KOPPERFIELDTales Untold” (1974)

Gdyby nie dość naiwna ilustracja frontowej okładki przypominająca rysunki moich (dziś już dorosłych) dzieci z okresu fascynacji opowieściami o walecznych rycerzach i złych smokach pewnie nigdy nie wpadłbym na pomysł kupienia tej płyty. Jeszcze się wahałem, ale wystarczył rzut oka na jej tył i zaryzykowałem. Czy było warto..?

Kopperfield powstał z popiołów kilku szkolnych zespołów w Edwardsberg, w amerykańskim stanie Michigan. Dwójka dobrych przyjaciół, klawiszowiec Keith Robinson i basista Jerry Opdycke grali w konkurujących ze sobą combach, ale często wspólnie jamowali i omawiali możliwość połączenia się w jednym zespole. Okazja nadarzyła się, gdy ich kapele zaczęły się rozpadać. Jesienią 1971 roku zgromadzili wokół siebie kilku zaprzyjaźnionych muzyków i dość szybko się zgrali. Rok później pojechali do Chicago, gdzie zarejestrowali kilka własnych, nie do końca dopracowanych kompozycji. Był to zalążek nagrań, które potem doszlifowane znalazły się na płycie „Tales Untold” wydanej w 1974 roku. Pod wieloma względami zawiera ona dość typowy dla połowy lat 70-tych amalgamat hard rocka i rocka progresywnego, ale byłoby błędem sugerować, że może to popsuć przyjemność jej słuchania. Silna dominacja klawiszy, wijące się gitary, przesadny rockowy wokal to dla wielu wykonawców typowa konwencja gatunku tamtego okresu. Z instrumentalnego punktu widzenia Kopperfield miał wiele zaoferowania. Byli doskonałymi muzykami, szczególnie perkusista, Tim Curtis, oraz dwaj klawiszowcy, Paul Decker i Keith Robinson, którzy nie bali się wejść na terytorium Raya Manzarka. Jedenaście utworów składających się na muzyczną opowieść rozciągają się od lekkiego blues rocka przywodzącego na myśl Free, po uroczy utwór tytułowy, który łączy akustyczne faktury folkowe i harmoniczne partie z psychodelicznymi i klasycznymi motywami klawiszowymi. Utwory takie jak „Anatomy” i „Nothing Left To Give” również zdradzają silny wpływ hard rocka z Detroit, choć pod wieloma względami jest on znacznie bliższy Grand Funk Railroad, niż MC5, a w „Brain Rot” wyczuwam lekką obsesję na punkcie Bloodrock.

Rozszerzone wydanie Gear Fab Records zawiera dodatkowo dziewięć utworów. Pierwsze sześć pochodzą z zaginionych taśm. Wprawdzie są surowe i nieoszlifowane, ale równie intrygujące jak oficjalne. Trzy ostatnie, w tym koncertowy „Katie Love”, zostały zaplanowane na obiecujący, niestety niedokończony drugi album i różnią się od wszystkiego, co znalazło się na „Tales Untold”. Nawet jak na standardy rocka progresywnego, przy prawie osiemdziesięciu minutach muzyki trudno będzie niektórym reedycję tę ogarnąć za jednym posiedzeniem. Ale warto spróbować, bo jest tu naprawdę wystarczająco dużo mocnej i dobrej muzyki, która zadowoli nie tylko wybrednego fana ciężkiego progresywnego rocka lat 70-tych. A na postawione pytanie, czy warto było ją kupić odpowiem krótko: TAK!

ATLANTIDE „Francesco Ti Ricordi” (1976).

Pod kilkoma względami Atlantide  założona w 1972 roku w starożytnej wiosce Cirigliano liczącej dziś niewiele ponad trzystu mieszkańców w regionie Basilicata na południu Włoch była dość nietypową grupą. Po pierwsze, tworzyli ją czterej bracia Sanseverino: Mimmo (g, voc), Mario (bg), Leonardo (org) i Matteo (dr). Po drugie, w 1973 roku przenieśli się do Rottweil w Niemczech, gdzie grali z takimi zespołami jak Message, Atlantis i Scorpions zdobywając przychylne recenzje i zainteresowanie tamtejszych fanów. Po trzech latach występów i sporadycznych kontaktach z wytwórniami bracia postanowili samodzielnie wyprodukować płytę. Wydali ją dopiero w 1976 roku w nakładzie pięciuset sztuk pod tytułem „Francesco Ti Ricordi” nakładem wytwórni „S” (od nazwiska Sanseverino). Album zawierał sześć nagrań brzmiących jak wczesny proto-heavy psych rock z przewagą ciężkich rockowych kompozycji z organami i progresywnymi elementami, który bardziej pasuje do roku 1972 niż 1976. Złośliwi twierdzą, że ogólny groove albumu nie należy do zbyt oryginalnych. No, ale kochani, nie oszukujmy się – prochu dwa razy nie da się wymyślić. Osobiście uważam go za jeden z najlepszych ciężkich włoskich albumów tamtych lat,  który wcale, ale to wcale nie kojarzy się z włoskim ruchem progresywnym . Marzenie braci Atlantydów ( w szerokim tego słowa znaczeniu) jest doprawdy niezwykłe. Można uznać je za ich arcydzieło. Osobiste zwycięstwo młodzieńców, którzy z marzeniami wyruszyli z malutkiej górskiej wioski. Wraz z nimi odżyło znaczenie mitycznego snu o Atlantydzie, które w tym przypadku przebiło się przez izolację, wyłaniając się ze śnieżnych zim i mgieł prastarych lasów Lukani. Marzeniami, które stały się zespołem, nagraniem, długo oczekiwanym albumem…  Trudno nie docenić go jako kamienia milowego osiągniętego i spełnionego wśród tysiąca i jeden zespołów tamtych lat. Biorąc pod uwagę wszystkie trudności i niedostatki to niemal cud, że to epickie przedsięwzięcie im się udało. Pragnienie, by przywołać Włochy za pomocą ich własnego dumnego języka, bez popadania w typową retorykę emigrantów budzi mój szacunek, a przede wszystkim zdrowy zachwyt połączony ze szczerym podziwem dla ich odwagi.

Historię braci Sanseverino odkryłem przypadkiem w 2023 roku i zapamiętam na długo. Pewnie dlatego tak osobiście odbieram tę płytę. Jednak bez względu na tło jej powstania polecam ją wszystkim kochającym zespoły pokroju Deep Purple, Atomic Rooster, Satin Whale…

CASTANARC „Journey To The East” (1984).,

Rock progresywny ma swoje anioły i demony. Są zespoły depresyjne i świetliste. Castanarc był jednym z tych niewinnych, świetlistych, które, podobnie jak Solstice, czy Yes poszukiwały pełnych wyobraźni ścieżek muzycznych. Oczywiście, wszystko, co piękne i przyjemne może być uznane za śmieszne, lub banalne, ale jaką inną alternatywną drogę poza medycyną ma ludzkość, by uciec od bólu i szaleństwa..?

Zespół dorastał razem ze swoimi brytyjskimi neo-progresywnymi rówieśnikami na początku lat 80-tych, ale prawie nikt nie zwracał na nich uwagi. Bycie łagodnym w czasach, gdy punkowcy obrażali, pluli, wymiotowali i tłukli się na ulicach, nie było dobrym pomysłem. Tworzenie przyjemnej, pięknej muzyki prawie nigdy nie jest dobrym pomysłem – wszyscy będą ją krytykować. Bo to, co jest fajne, odnoszące sukcesy i popularne w naszych czasach, to bycie złym, bycie skurwielem. Strach to dobry interes. Życzliwość jest dla przegranych… W 1983 roku ukazał się ich debiut, „Journey To The East”, prawdziwy klasyk z zapadającymi w pamięć przepięknymi utworami – każdy zagrany z wykwintną delikatnością i czułością. Pod względem jakości Castanarc porównywano do debiutantów odrodzonego prog rocka takich jak Pallas i Pendragon. Brzmienie bardzo przypomina wczesny Marillion z wyraźnymi wpływami Yes, szczególnie w wokalu Marka Holidaya. Jego głos, w którym zakochałem się od pierwszego dźwięku, to jeden z najbardziej szlachetnych jaki pojawił się wówczas w neo-progu. Jest tak delikatny jak krem na odparzenia dla niemowlaka. Paul Ineson dorównuje Steve’owi Rothery jeśli chodzi o długie solówki gitarowe inspirowane Davidem Gilmourem, a klawisze Davida Powella to stały element albumu i naprawdę są urocze. Nie przesadzają z głośnością, ani nie wymykają się spod kontroli. Koncentrują się na budowaniu harmonii wokalnych i pięknej architekturze brzmienia.

Zawsze jest czas na czułość i każdy z nas ją ma. Nie ma powodu by się jej wstydzić, lub ukrywać. I ta muzyka jest właśnie taka: czuła, wrażliwa, ciepła. Dla nas wszystkich.

SFINX „Zalmoxe” (1979).

Rumunia nie jest krajem, który od razu przychodzi na myśl, gdy myślimy o rocku progresywnym, a nawet o muzyce w ogóle. Jednak w 1979 roku rumuński zespół wydał jeden z najlepszych albumów rocka progresywnego końca lat 70-tych przełamując oczekiwania i prezentując ukryty talent muzyczny Europy zza żelaznej kurtyny. „Zalmoxe” to album koncepcyjny, który zgłębia rumuńską historię i mitologię, z tekstami autorstwa poety Alexandru Basaraba, opartymi na folklorystycznej postaci boskiego przywódcy religijnego Zalmoxe z czasów panowania króla Burebisty. Początki Sfinx sięgają 1963 roku, kiedy to trzech uczniów bukaresztańskiego liceum: Corneliu „Bibi” Ionescu, Octav Zemlička i Cristian Valic założyło beatowy zespół. Ze względu na egzaminy, sytuację szkolną, sprzeciw rodziców i dobór repertuaru jego skład często się zmieniał. Przełom nastąpił w 1967 roku, gdy do zespołu dołączyli młody perkusista Marian Toroimac, oraz 17-letni uczeń muzycznego liceum, gitarzysta i skrzypek Dan Andrei Aldea uznany już wtedy za geniusza. Ich debiutancki album „Lume albă” (Biały świat) ukazał się w 1975 roku i odniósł ogromny sukces wśród publiczności i (o dziwo) doceniony przez tamtejszych krytyków wrogo nastawionych do „zgniłej zachodniej muzyki”. Cztery lata później  wydali „Zalmoxe” – swoje progresywne dzieło.

Tym razem zespół, jak i sam album, napotkał trudności politycznych urzędników. Został ocenzurowany, wstrzymany i wydany dopiero trzy lata po nagraniu. Pamiętam jego pierwszy odsłuch kiedy to usadowiony w fotelu włączyłem płytę i… zastygłem w bezruchu na całe czterdzieści pięć minut. Znaczącą rolę odgrywają tu klawisze tworząc bogate i złożone brzmienie, które chwilami przypominają „stary” Genesis. Całość rozpoczyna się imponującym „Ursitoarele” (Wróżki), z barokowym, niemal gregoriańskim wstępem. Jednak po kilku sekundach wstęp ten przekształca się w symfoniczny rytm z intensywnym progresywnym beatem, licznymi zmianami i doskonałymi riffami gitarowymi. Po tym mocnym otwarciu „Blana de Urs” (Futro niedźwiedzia) ewoluuje w zdominowany przez organy fragment przywodzący na myśl Yes. Perkusja i bas doskonale uzupełniają kreatywną pracę gitary, klawiszy i wokalu, tworząc zachwycająco spójne brzmienie. „Mierea” (Miód) to łagodna ballada z zaskakującymi ozdobnikami klawiszy utrzymująca słuchacza w skupieniu. Wyszukany utwór, a brzmi tak prosto. Niesamowite! Tuż po nim „Pastera” (Jaskinia), jeden z najbardziej poruszających numerów na albumie. Chociaż nie znam rumuńskiego, piękno i jego złożoność sprawiają, że język nie stanowi bariery. „Epifania” (Objawienie Pańskie) to kolejne spokojne nagranie, która wydaje się płynąć. Ale, jak to bywa w rocku progresywnym, zespół zaskakuje dramatyczną zmianą kierunku, w którym prym wiodą klawisze. Z kolei „Furtuna Cu Trup de Balour” (Burza w kształcie smoka) to punkt zwrotny albumu. Brzmienie staje się frenetyczne, a nawet ciężkie, z nietypowymi strukturami i mocnymi partiami organów. Muzycy pokazują w nim swoją odważniejszą, bardziej eksperymentalną stronę. Warto też wspomnieć o „Cãlãtorul Prin Nori” (Podróżnik w chmurach), w którym Sfinx zapuszcza się w etniczny folk tworząc ciepły klimat z nutą pewnej tajemniczości, oraz „Kogainon” – najbardziej zapadający w pamięć. Całość zamyka trzyminutowy „Epilog”. Zaczyna się bardzo spokojnie, a potem nabierający pasji.

Aldea planował wystawić całą muzykę na teatralnej scenie w formie rock opery, ale reżim nigdy nie dał na to zgody ponieważ podejrzewano go o polityczną wywrotowość. Takich ludzi władza nie tolerowała. Z tego samego powodu jego solowy singiel z 1979 roku został wycofany ze sprzedaży i zakaz grania w radio. Obawiając się o swoje życie muzyk uciekł do Niemiec, gdzie uzyskał status politycznego uchodźcy. Po upadku komunizmu nie skorzystał z okazji, by wrócić do kraju i połączyć siły ze swymi byłymi kolegami. Sfinx, jak się niedawno dowiedziałem, nadal istnieje, okazjonalnie koncertuje, ale od ponad dwóch dekad niczego nie nagrał.

VYTAS BRENNER  „La Ofrenda de Vytas” (1973).

Na początku lat 70-tych, gdy rock progresywny osiągał kosmiczne rozmiary w Europie i w Stanach Zjednoczonych, w Ameryce Łacińskiej narastała inna rewolucja dźwiękowa, która nie skupiała się na gwiazdach muzycznych, lecz na górach, rzekach i rytmach ziemi. W Wenezueli alchemik dźwięku, Vytas Brenner zaoferował swój muzyczny świat: metyską symfonię, w której nowoczesność prowadzi dialog z przodkami, syntezator Mooga i mandolina rozmawia z harfą i cuatro, a wszystko to w towarzystwie niezwykłych rytmów

Brenner był Niemcem, ale jego przeznaczeniem nie były europejskie sale koncertowe, ale Wenezuela, z jej bujną geografią i nieokiełznanym folklorem. Swoim pierwszym dźwiękowym dziełem jakim jest „La Ofrenda de Vytas” nie tylko przeciwstawił się konwencjom rocka progresywnego – on wynalazł muzyczny wenezuelski język o symfonicznej elegancji nie tracąc przy tym jego istoty. Mało tego – utworom nadał tytuły nawiązujące do symboli narodowych związanych z florą, fauną i geografią. Ale „La Ofrenda..” to nie tylko płyta. To portal. W jej rytmach kryje się bryza Andów, frenetyczny puls Caracas, mądrość przodków i delirium szamanów. To most między dwoma światami: popularnym i akademickim, elektrycznym i akustycznym, ziemskim i duchowym. Manifest tożsamości. Płyta, której się nie słucha: ją się przeżywa. Jej odbiór to intensywne i wciągające doświadczenie. Już od pierwszej nuty Vytas konstruuje majestatyczny wszechświat dźwiękowy, pełen rytmicznych zmian, świetlistych faktur i dopracowanych aranżacji, a częste pojawianie się skrzypcowego melotronu nadaje niektórym utworom nieco nastrojowego bluesa.. Oczywiście Vytas nie robi tego sam. Towarzyszą mu  wieloletni współpracownicy: Pablo Manavello na gitarach, Carlos Acosta na basie i Frank Rojas na perkusji, plus zaproszeni muzycy. Ta synergia między tradycją a awangardą, między mistycyzmem a przyziemnością jest fascynująca, a zdolność do przekształcania rodzimych brzmień w nową wizję progresywnego folku zdumiewająca. Na całym albumie kompozycje (wszystkie instrumentalne) płyną z organiczną naturalnością, bez popadania w akademicką sztywność i pretensjonalność. Wszystkie piękne, ale gdybym miał wskazać tę jedną jedyną, która skradła mi serce byłaby to „Ofrenda de Miguel”. Połączenie folkowych faktur i rockowych zawirowań z wykorzystaniem orkiestrowych interludiów i blues rockowej frazy. Prawdziwa progresywna perełka.

„La Ofrenda de Vytas” to doskonałe znalezisko awangardowego folku i latynoamerykańskiego prog rocka, a także dzieło godne polecenia wszystkim kochającym dobrą muzykę.

CRACK „Si Todo Hiciera Crack” (1979).

Pochodzący z Gijón (północna część Półwyspu Iberyjskiego) kwintet Crack powstał pod koniec 1978 roku kończąc swój żywot trzy lata później. Biorąc pod uwagę, że nagrali jeden z najpiękniejszych albumów progresywnego rocka jaki pojawił się w Hiszpanii serce z żalu pęka mi do dziś.

Rozpoczęli swoją działalność jako popowa grupa, ale pojawienie się klawiszowca Mento Hevii zmieniło ich styl. W 1978 roku przenieśli się na Formenterę, aby w spokoju przygotować materiał na płytę, którą nagrali w madryckim Audiofilm Studios. Album „Si Todo Hiciera Crack”, absolutny klejnot gatunku z wpływami Genesis, Camel i King Crimson, to świadectwo wielkiego talentu całego zespołu. Co ciekawe, jego okładka była wynikiem konkursu wśród słuchaczy radiowego programu muzycznego i kojarzy mi się trochę z okładką płyty „Spartakus” niemieckiej grupy Triumvirat. Pod każdym względem „Si Todo…” jest wyjątkowe. Tu każda minuta warta jest słuchania, każda jest inna, a każdy z siedmiu utworów opowiada inną historię. Oczywiście po hiszpańsku. Ale to nie ważne. Prawdziwa magia kryje się w aranżacjach, które są radosne, optymistyczne i urzekające. Podobnie jak inne andaluzyjskie zespoły, Crack łączy elementy inspirowane rockiem progresywnym z piękną hiszpańską gitarą klasyczną, elektryczną i klawiszami tworząc zachwycające brzmienie, które od razu wciąga. Alberto Fontaneda i Mento Hevia wykonują świetną robotę wokalną, a gitarowe popisy Rafaela Rodrígueza i Alberto zasługują na wielkie brawa. Album jest bardzo równy, bez wypełniaczy i słucha się go z wielką przyjemnością. Przy pierwszym odsłuch duże wrażenie wywarły na mnie instrumentalny  „Descenso En El Mahellstrong” w piękny sposób otwierający tę płytę i szczyt wszystkich szczytów, czyli tytułowy „Si Todo Hiciera Crack”. Ciekawy jest także epicki, dwuczęściowy „Marchado Una Del Cid” z genialnym solo na klawiszach, którego bohaterem jest El Cid, hiszpański bohater narodowy z XI wieku walczący o wyparcie Arabów (Maurów) z Półwyspu Iberyjskiego. Album zebrał bardzo pozytywne recenzje poza Hiszpanią; zaryzykowałbym nawet, że jest bardziej znany za granicą niż w swoim kraju. Przekonałem się o tym będąc w tym słonecznym kraju kilka lat temu.

Z dalekich wypraw… TRUTH; HAYMARKET SQUARE; CHAMPIGNOS; TRUCK; BIB SET.

Z każdej wakacyjno-zagranicznej podróży staram się przywozić płyty nieoczywistych wykonawców z danego kraju. Czasem jest ich więcej, innym razem trafi się jedna, dwie… Zazwyczaj wybieram małe sklepiki ukryte gdzieś w  ciasnych uliczkach, pchli targ, miejscowy bazar… Miejsca, gdzie można dostać wszystko – od zardzewiałego gwoździa po Kałasznikowa. Te eksploracje są wyjątkowo ekscytujące, czasem zaskakujące. Bywało tak, że z Grecji przywiozłem argentyński artefakt, z Turcji zaginiony afrykański rarytas, a z Hiszpanii cudeńko ze Wschodniej Azji… Nie ważne, że czasem pudełko pęknięte, wkładka poplamiona, a sama srebrna płytka pokryta odciskami palców wielopokoleniowej rodziny. Jeśli kompakt w odtwarzaczu gra idealnie wszystko inne się nie liczy. Z tych dalekich wypraw przedstawiam kilka, które nie dość, że miło grają są uroczym wspomnieniem urlopowych wojaży.

TRUTH „Of Them And Other Tales” (1969-1970)

Truth to jedna z mniej znanych gałązek na niesamowicie rozległym muzycznym drzewie genealogicznym, które wyrosło z 1964 roku z Belfastu z zespołu Them. Tytuł albumu może sugerować, że to po latach odkryta zaginiona płyta Vana Morrisona i jego zespołu. Prawda jest taka, że kiedy Morrison zakończył działalność jego członkowie, Jim Armstrong (g), Kenny McDowell (voc) i Ray Elliot (flute, piano) utworzyli wraz z Curtisem Bachmanem (bg), oraz Reno Smithem (dr) zespół Truth. Ćwicząc jak szaleni i grając koncerty zyskali lokalną popularność. Nagrane utwory w latach 1969-1970 dziwnie zaginęły. Po latach odnalezione i oczyszczone ukazały się na podwójnej płycie CD. Ta wspaniała kolekcja pochodzi bezpośrednio z taśm matek i niewydanego acetatu. Większość z nich to nagrania zrobione na potrzeby filmu „College For Fun And Profit” z 1970 roku (zespół miał tam nawet mały epizod), oraz z acetatu nagranego na potrzeby planowanego albumu dla wytwórni Epic, która ostatecznie zrezygnowała z jego produkcji. Jak na grupę, która miała mało czasu na wspólne granie brzmieli naprawdę dobrze. Ich muzyka, głównie psychodeliczny rock Zachodniego Wybrzeża z wypadami w kierunku bluesowego soulu, funku, wschodnich klimatów z ciężkim sitarem, a nawet country jest bezbłędna, momentami oszałamiająca. A wszystko to z przyjemnym, melodyjnym, dynamicznym wokalem,  smakowitą gitarą i fletem. Tajną bronią zespołu był basista, który stworzył jedne z najbardziej hipnotycznych i melodyjnych linii jakich u innych nie słyszałem. Nie miejsce tu, by omówić wszystkie czternaście zamieszczone tu utwory, ale aby nie być gołosłowny wybrałem kilka dla zaostrzenia apetytu. „Music Is Life” to deklaracja programowa, która łączy w sobie psychodeliczne brzmienia z bluesem i soulem. Armstrong zaprezentował tu serię olśniewających jazzowych solówek gitarowych, a Bachman melodyjną linię basu. Folk rockowa ballada „High!” w stylu Byrds/Buffalo Springfield to numer, który od razu mi się spodobał i jeden z najważniejszych tego albumu… „6 O’Clock Alarm” to typowy lament dla białych kołnierzyków mówiący o tym, że życie jest okrutne gdy trzeba rano wstać i iść do pracy. Ale, uwaga –  w środku znajduje się pięciominutowy jam w stylu Jerry Garcia/Phil Lesh (obaj z Grateful Dead). Curtis Bachman zagrał jedną z najdłuższych solówek basowych jakie słyszałem, podczas gdy Jim Armstrong mógł sobie zaszaleć na swej gitarze. Z kolei trwający ponad dziesięć minut instrumentalny „Archimed’s Pad (Squared Room)” z plemiennymi bębnami jest tak samo hipnotyczny jak „The End” The Doors. Płytę zamykają trzy równie świetne utwory z organami i fletem ze wspomnianego acetatu – jestem pewien, że potężny „Castles In The Sand” rozwali głowę każdemu!

Podsumowując – to naprawdę znakomity zestaw archiwalny. Na ścieżkach z acetatu słychać niewielki szum, ale pozostałe nagrania są krystalicznie czyste. Im więcej go słucham (a słucham głośno!), tym staje się jeszcze lepszy. Szkoda, że ​​grupie nie udało się wydać normalnego albumu studyjnego.

HAYMARKET SQUARE „Magic Lantern” (1968)

Haymarket Square to kolejny przykład genialnych, psychodelicznych dźwięków pochodzących z amerykańskiego muzycznego podziemia końca lat 60-tych. Jak wiele z prezentowanych tu zespołów w swoim czasie nagrali tylko jedną płytę. Ale jaką! Dwa oryginalne egzemplarze sprzedano na Discogs za 1500 i 2700 funtów! Zespół powstał po rozpadzie chicagowskiej garażowej kapeli The Real Things. Dwaj osiemnastolatkowie, perkusista John Kowalski i gitarzysta rytmiczny Bob Homa postanowili trzymać się dalej razem i z innym składem stworzyć nowy zespół. Pierwszy na ogłoszenie w lokalnej prasie zareagował o rok młodszy gitarzysta Marc Swenson, który zaimponował im swoją grą w stylu Dave’a Daviesa z The Kinks. Etat  dostał od ręki. Mając tak znakomitego gitarzystę, Bob przejął rolę basisty. Pozostało jeszcze jedno stanowisko do obsadzenia – wokalista. Próbowano kilku, ale żaden nie pasował. Któregoś dnia zgłosiła się do nich dwudziestoletnia blondynka. Młodzieńców ogarnęły wątpliwości. Był rok 1967, dziewczyny pełniące rolę wokalistek w zespołach rockowych były rzadkością. Okazało się, że Gloria Lambert obdarzona mocnym, pewnym i dość oryginalnym głosem idealnie pasowała do psychodelicznej kapeli. Tak więc można powiedzieć, że już na starcie wyprzedzili o krok inne miejscowe zespoły. Nazwę kwartetu wymyślił John Kowalski; inspiracją był pomnik upamiętniający protest robotników jaki miał miejsce na Placu Haymarket w Chicago w 1886 roku.

W krótkim czasie zdobyli silną lokalną renomę i popularność na chicagowskiej scenie rockowej, grając w prestiżowych miejscach, takich jak Electric Playground i Playboy Mansion, a także w wielu klubach młodzieżowych. Ich akcje poszły w górę, gdy wystąpili razem z The Yardbirds i Cream, a także lokalnymi ulubieńcami: H.P. Lovecraft, Saturday’s Children i Shadows Of Knight. Komponowali własne utwory wchłaniając miejskie tradycje bluesowe i folkowe, dodając odrobinę okultystycznych akcentów. Brzmienie miało specyficzny charakter. Urzekła mnie zwłaszcza perkusja – z jednej strony inspirowana stylem „surf”, z drugiej miała puls czystego hard rocka. Gitara ma lekko rozmyty dźwięk, bas gra nietuzinkowym biciem. a wspaniały wokal Glorii przypomina Grace Slick i Janis Joplin. Przełom nastąpił w 1968 roku. Muzeum Sztuki Współczesnej w Chicago zaproponował im wzięcie udziału w dwutygodniowej instalacji „Light Circus”. Był to projekt artystyczny typu „światło i dźwięk” dwóch profesorów Uniwersytetu Illinoise. Grupa przyjęła ofertę i stworzyła na tę okazję pięć oryginalnych utworów, które razem z coverem Tiny Bradshawa „The Train Kept A-Rollin” znalazły się później na płycie „Magic Lantern” wydanej przez małą wytwórnię Chaparral Records w nakładzie… 100 sztuk! Biorąc pod uwagę, że album został skomponowany specjalnie na potrzeby „Light Circus” muzyka była dość surowa, co nie znaczy, że zła. Przeciwnie. Na płycie znajduje się sześć nagrań i tylko jeden trwa krócej niż siedem minut. Wszystkie mają cudowne, odlotowe brzmienie. Utwory takie jak „Phantasmagoria” i „Amapola” plasowały zespół w samym sercu hitów takich grup jak Jefferson Airplane, It’s A Beautiful Day i Grateful Dead. Otwierający „Elevation” to niesamowity kawałek psychodelii z Zachodniego Wybrzeża zbudowany na pulsującej perkusji Kowalskiego, przesiąkniętym acidowym wokalem Glorii Lambert i smakowitym solem Swensona. Numer jest jednocześnie złowieszczy i na swój sposób komercyjny. Wspomniany wyżej energetyczny „The Train Kept A-Rollin” moim skromnym zdaniem przebija inne bardziej znane wersje w tym Aerosmith i Johnny Burnette’a. Rozbudowany, improwizowany „Ahimsa” nawiązywał do starożytnej indyjskiej zasady niestosowania przemocy wobec wszystkich istot żywych i otworzył Swensonowi okazję do zaprezentowania swojej gry na gitarze z fuzzem, a Kowalskiemu do perkusyjnego solo wzorowane na „Toad” Gingera Bakera. Całość kończy „Funeral”, improwizowany, dziesięciominutowy jam, który tak naprawdę mógłby trwać co najmniej dwa razy dłużej…

Po nagraniu płyty Bob opuścił zespół, ale doskonała reputacja grupy na szczęście na tym nie ucierpiała. Niestety nic więcej już nie nagrali. W 1974 roku dali ostatni koncert, po czym się rozpadli. Cóż, jeśli ma się zostawić po sobie tylko jeden doskonały album, to „Magic Lantern” właśnie nim jest.

CHAMPIGNONS „Première Capsule” (1972).

Tym razem coś dla miłośników kanadyjskiego rocka progresywnego spod znaku King Crimson, Jethro Tull i VDGG. W zasadzie niewiele wiadomo o tym pochodzącym z Shawinigan z prowincji Quebec zespole. Założył go… wikariusz parafii St-Pierre w Shawinigan Emile Naud, którego ciągnęło do muzyki. W maju 1972 roku Naud porzucił parafię, nawiązał kontakt z dwudziestoletnimi muzykami. Byli to: perkusista Alain Vincent, klawiszowiec Daniel Maillette, basista Alain Lavalle, oraz gitarzyści Jacques Paradis i Alain Charette. Sam Emile Naud był głównym wokalistą, flecistą i saksofonistą. Zakładając Champignons chciał promować francuskojęzyczny rockowy underground. Jeszcze tego samego roku Pieczarki wydają album w wytwórni Les Jeunes Artistes Associés. W rzeczywistości była ona stworzona przez zespół tylko w celu jej wydania. Na płycie zatytułowanej „Première Capsule”, na której widzimy kolorowego grzyba, muzycy nie kryją swoich zainteresowań: odurzaniem i tworzeniem psychodelicznej muzyki. Ale tak naprawdę „Première Capsule” to coś więcej niż płyta dla osób na haju. Choć intencją było zaproszenie do halucynacyjnej podróży, orientacje pozostają progresywne.

To delirium składające się z siedmiu utworów rozpoczyna się od „Dynamite”, gdzie płonący saksofon prowadzi nas w stronę szorstkiego, nieco latynoskiego jazzu. Po tym instrumentalu Les Champignons oferują nam „Le Ghetto Noir”, bluesa trwającego ponad siedem minut na kwasie, pachnącego potem i gorącymi nocami. Nadchodzi dysonansowy „Rêve Futur” i solo acid rockowych gitar, którym towarzyszy piękny, stłumiony flet. Po jazz folkowym interludium „Le Train”, gdzie flet i gitara robią świetną robotę, pojawia się najdłuższy, ponad dziesięciominutowy „Le Château Hanté” (Nawiedzony zamek). Utwór nie dający się jednoznacznie sklasyfikować. Wolny, mroczny, z koszmarnym tempem, w którym gotyckie szepty Emile’a Naud’a nie dodają otuchy. Jak dla mnie odlotowy klasyk! Po takim horrorze powrót do jazzowych dziwactw w „Folies Du Mercredi” jest jak zbawienie i brzmi zdecydowanie swobodniej, choć też nie jest lekki. W sumie – niecałe czterdzieści minut, a dzieje się tu tak wiele. Jeśli jeszcze nie znacie tej płyty koniecznie posłuchajcie!

TRUCK „Surprise! Surprise!” (1974)

Ostatnim razem, kiedy czułem taki entuzjazm wobec zespołu pochodzącego z egzotycznego zakątka świata był urugwajski Los Mockers. Tym razem trio Truck, jedno z „marzeń kolekcjonerów”, pochodzi z innego miejsca na Ziemi, Azji Południowo-Wschodniej, a konkretnie z Singapuru. Zespół był odłamem pop rockowej grupy October Cherries. Jej skład to basista/wokalista Jeremiah „Jay” Shotam, gitarzysta Peter Diaz i perkusista Richard Khan. W 1974 roku wydali album „Surprise! Surprise!”. Dzięki reedycjom z 2004 (LP) i 2005 roku (CD) zyskał on status kultowego albumu. Kiedy usłyszałem go po raz pierwszy oniemiałem. Singapur i TAKA płyta..? Czy to możliwe..? Możliwe! Przestrzeń dźwiękowa jaką zajmuje plasuje się w przegródce „nie ignorować!”. Zespołowi udało się odtworzyć lśniącą markę beatlesowskiego psychodelicznego popu. Nie bez kozery w Malezji nazywano ich „singapurskimi Beatlesami”.

Główną rzeczą, która sprawiła, że ​​z wielką przyjemnością wracam do tego albumu, są urocze piosenki. Naprawdę nie ma tu ani jednego słabego kawałka. Ktoś porównał go do płyt Paula McCartneya z ery Wings i powiem, że to całkiem trafne porównanie. Hiper melodyjna muzyka, chwytliwe melodie przeplatane dźwiękami syntezatorów i absurdalnymi tekstami mają w sobie coś z Sir Paula. Rzewny utwór tytułowy, rozpoczynający się w klimacie Nazz spotyka The Beatles z przeładowanymi harmoniami dla wielu może już w tym momencie być punktem kulminacyjnym. Ale spokojnie – idźmy dalej. „Broken Chair” z gigantycznym refrenem to ballada na lata. Absolutnie niesamowity kawałek, w którym zakochałem się po uszy. To samo mogę powiedzieć o „These Words I Sing For You” i „This Is Our Love Song” w stylu Badfinger trzyma się za ręce z Bee Gees. Z kolei barokowa aranżacja smyczkowa w „Love Blooms All Over Me” przenosi nas do raju dla zombie. „One Fine Day” z nieodparcie funkową linią basową można by uznać za najlepszy utwór melodyjny Stevena Stillsa, Natomiast „Take Me Ohio” łączy eklektyzm „Martha My Dear” z beztroskim klimatem „Ob-la-di ob-la-da„, podczas gdy „Earth Song” i odpowiednio zatytułowany „Dreamseller” mimo, że są od siebie oddzielone tworzą nierozerwalny popowy duet na tym albumie.

Zawsze powtarzam, że muzyka ma nie tylko wzruszać i poruszać – ma też bawić i powodować byśmy czuli się wyluzowani i szczęśliwi. „Surprise! Surprise!” daje mi tę radość od pierwszego do ostatniego dźwięku. To dzięki takim płytom świat wydaje mi się bardziej kolorowy i bezpieczny.

BIB SET „It Wasn’t Meant To Happen…” (1969)

Grupa „BIB Set” została założona w szwedzkim  Olofström w 1966 roku przez wokalistę/perkusistę Björna Ingvara Björnssona. I to jego inicjały tworzą pierwszy człon nazwy zespołu. Początkowo wzorowali się na Rayu Charlesie i Spencer Davis Group. W 1967 roku zgromadzili materiał na album, ale gdy pojawił się Hansson & Karlsson, a na Wyspach Traffic ze swoimi płytami radykalnie zmienili spojrzenie na muzykę. Ostatecznie cały materiał trafił do kosza. Drugą próbę w zupełnie innym stylu BIB Set podjął dwa lata później, ale Björnsson był już wtedy zmęczony graniem progresywnego rocka i opuścił zespół przed ukończeniem prac w studiu. Na szczęście pozostali muzycy się nie poddali i projekt doprowadzili do końca. Co ciekawe, na okładce pierwszych wydań poza informacją, że jest to trio nie wymieniono żadnych nazwisk. Źródła zewnętrzne i późniejsze reedycje podają, że tymi trzema muzykami byli: Tommy Tillman (wokal, gitara basowa), Roland Gärdh (perkusja) i Hans Eng (organy). Ani słowa o Björnie Ingvarze, który nieco później założył Björnson Band.

Patrząc na rok jej wydania jakość muzyki jest więcej niż znakomita. Jestem zachwycony fantastycznym brzmieniem jakie stworzyli łącząc mroczną psychodelię z progresywnym stylem. które szalały w ówczesnej europejskiej muzyce rockowej. Kompozycje mistrzowsko prowadzone przez klawisze (głównie organy Hammonda) są w stylu undergroundowych zespołów takich jak Damnation Of Adam Blessing, Frame, Xhol Caravan i Sain Whale gdzie króluje mrok. To jedna z najlepszych progresywnych pozycji z przełomu dekady, z atmosferą niemal tak mroczną jak okładka albumu. Jazzowe bębny i wirujące, przesiąknięte pogłosem organy przypominają duet Hansson & Karlsson, ale fortepian, bas i dobry wokal mają tu inny smak, którego nie ma na żadnym innym albumie (przynajmniej nie ze Szwecji). Znakomity miks jest niemal trójwymiarowy, z dźwiękami przemieszczającymi się nad głową, za głową i przed oczami, a wszelkie barwy znikają w mrocznej dali, by za chwilę pojawić się blisko uszu. Aby w pełni docenić jego atmosferę wypełnioną ciężkim powietrzem trzeba grać go od początku do końca w zupełnej ciemności ze słuchawkami na uszach. Tylko wtedy ujawni on swoją zniewalającą moc i mroczność. Nie chcąc psuć nikomu przeżywania po swojemu tej muzyki odpuszczę sobie opisywanie każdego z pięciu zamieszczonych tu utworów, z których ostatni, „Tears From A Black Angel”, trwa blisko czternaście minut. 

FIRE „Father’s Name Is Dad” (1967-1970)

Mający ogromny potencjał zespół Fire (początkowo The Fire) został w epoce tak potraktowany przez wytwórnie płytowe i menedżerów, że zatonął praktycznie bez śladu. Pamięć o nim przetrwała dzięki dziwnie zatytułowanemu singlowi „Father’s Name Is Dad” i bardzo dobremu albumowi „The Magic Shoemaker” z 1970 roku, który dziś osiąga ogromne ceny na rynku płyt winylowych. Ich niesamowita muzyka to psychodeliczny rock typowy dla przełomu lat 60/70. Jak na tę scenę, która wtedy była już praktycznie martwa i pogrzebana, płytę okrzyknięto arcydziełem gatunku. Nie tak dawno magazyn „Record Collectror” umieścił ją na liście dwudziestu najchętniej kupowanych płyt w Wielkiej Brytanii! Dziwi mnie, że ta koncepcyjna baśń zmierzająca w stronę progresywnego rocka rzadko pojawia się w dyskusjach wśród kolekcjonerów szukających psychodelicznych brzmień. Moim zdaniem Fire, choćby tylko za odważną próbę bycia innym, miał pełne prawo stanąć w jednym szeregu obok grupy Smoke, czy wczesnych Pink Floyd. Cenę jaką za to zapłacili była wysoka, więc cieszę się, że od dawna jestem w posiadaniu jego kompaktowej reedycji, a gdy w 2021 roku ukazał się trzypłytowy zestaw zawierający absolutnie wszystko, co zespół kiedykolwiek nagrał szybko stałem się jego właścicielem. Dało mi to szansę pełnego rozkoszowanie się naprawdę dobrym materiałem i refleksją, co mogłoby się wydarzyć gdyby w epoce Fire otrzymał więcej życzliwego wsparcia.

Trzypłytowy zestaw wszystkich nagrań zespołu Fire.

Zacznijmy od początku, od roku 1966, kiedy to trzech muzyków z Hounslow w zachodnim Londynie założyło zespół o nazwie Friday’s Chyld. Dwoje z nich: Dick Dufall (gitara basowa) i Bob Voice (perkusja) dziś są praktycznie nieznani, ale trzeci, Dave Lambert, to przyszły gwiazdor szalenie popularnej na Wyspach grupy Strawbs. To on był mózgiem zespołu, to on grał na gitarach i klawiszach, był też głównym wokalistą. Grając w lokalnych pubach i klubach zaczęli zdobywać zwolenników. W jednym z nich wypatrzył ich Ray Hammond, dziennikarz lokalnej popołudniówki. Dzięki niemu w 1967 roku odbyli dwie sesje nagraniowe. Ich owocem były cztery utwory jasno nawiązujące do epoki Beatlesów pokazując zdolność Lamberta do pisania porywających melodii. Podczas sesji poznali dwójkę menadżerów: Johna Turnera i Dereka Savage’a, którzy (delikatnie mówiąc) usunęli Hammonda biorąc zespół pod swoje skrzydła.

Z takiej armaty można dać niezłego ognia! Trio Fire (1968).

To on byli odpowiedzialni za podpisanie  kontraktu płytowego z Decca głównie dzięki wczesnej wersji utworu „Father’s Name Is Dad”. Wyglądało to różowo, ale wytwórnia straciła zainteresowanie zespołem kiedy singiel przeszedł bez echa. Sprytni panowie poszli z nim do Apple. Acetat trafił do rąk Paula McCartneya, który mając wysokie wymagania stwierdził, że piosenka nie jest zła, ale brakuje jej dynamiki. Gotów był wydać ją na singlu pod warunkiem, że zespół doda więcej gitar i ozdobi ją harmoniami wokalnymi. Nic nie pomogło – singiel i tym razem się nie sprzedał. Obie wersje zawarte są w tym zestawie, więc można samemu ocenić, czy ex-Beatles miał rację. Moim zdaniem powinien zostawić go w spokoju. Podczas, gdy wielu wykonawców ewidentnie zmierzało w kierunku brzmienia opartego na bluesie naśladując Cream i Hendrixa londyńczycy zaproponowali popową melodię w stylu Beatlesów z szaleństwem The Who. I nie było to takie złe skoro potem grało go bardzo wielu wykonawców (zostało  nawet samplowane przez Pet Shop Boys w utworze „Flamboyant” w 2004 roku). Ja doliczyłem się blisko dwudziestu oficjalnych coverów, co świadczy o sile jego potężnych akordów.

W tym czasie zespół nagrał kilka innych singli, w tym chwytliwy „Spare A Copper” i znakomity „Will I Find Love”. Ten ostatni został nieco zepsuty przez harmonie wokalne dodane później przez wytwórnię bez wiedzy zespołu. Nawiasem mówiąc Mike Berry, szef Apple Publishing stale odrzucał wartościowe utwory, aż wpadł na „genialny” pomysł, żeby zespół nagrał jeden z jego własnych numerów. Widać, całkiem serio uważał się za lepszego kompozytora niż Lambert. Utwór nosił tytuł „Round The Gum Tree” i… szczerze… to najgorszy singiel popowy jaki słyszałem w swoim życiu! Nie dziwię się, że trio długo broniło się przed jej nagraniem; pewnie gdy go śpiewali zaciskali zęby ze złości. Mała płytka okazała się totalną klapą („Melody Maker” uznał ją za „niewiarygodny śmieć… największy syf roku”) i nadszarpnął reputację zespołu robiąc więcej szkody niż pożytku.

Wszystko co zespół nagrał w latach 1967-1968, również te pod nazwą Friday’s Chyld jak i te nagrane, a nigdy nie wydane, zostały zebrane na pierwszym dysku. Kolejność utworów jest dość sprytnie dobrana – cztery odrzuty są flankowane wcześniejszymi nagraniami popowymi, co podkreśla dążenie zespołu do dojrzałości i stania się poważnym zespołem blues rockowym. Najciekawszym z tych czterech jest dziesięciominutowy „Alison Wonderland” z doskonałą melodią, która powraca triumfalnie na końcu, po przejściu przez różne fragmenty. Tekstowo nie pasował do historii „Shoemakera”, więc nie znalazł się na albumie, ale tutaj to udane znalezisko. Myślę, że wielbiciele mod/psych/popu słuchając tych rzadkich artefaktów zebranych na tej pierwszej płycie będą (tak jak ja) w siódmym niebie.

W 1970 roku Fire wyglądał znacznie bardziej poważnie

Po niezbyt miłej współpracy z Apple na horyzoncie ponownie pojawia się Ray Hammond, który załatwia im kontrakt z Pye Records. Na początku 1969 roku zaczęli składać elementy, z który miało powstać „The Magic Shoemaker”. Niestety, wytwórnia z niezrozumiałych do dziś względów zwlekała z jego wydaniem aż do września 1970 roku, w którym to czasie psychodeliczno bluesowe brzmienie zespołu było jedynie łabędzim śpiewem. I właśnie to wydawnictwo plus dema stanowi drugą płytę zestawu. Grafika oryginalnej okładki jest niesamowita. To reprodukcja słynnego dzieła „The Village Cobbler” holenderskiego malarza z okresu baroku, Jana Victorsa, ucznia samego Rembrandta. Może wydaje się to dziwne, ale między innymi za tę okładkę pokochałem ten krążek.

Front okładki.

Lambert wielokrotnie zaprzeczał, że „The Magic Shoemaker” był albumem koncepcyjnym. Przynajmniej w znaczeniu, w jakim termin ten jest używany dzisiaj. Twierdzi, że to prosta bajka i nic więcej. Słuszna uwaga, ponieważ nie ma tu nic z powagi większości albumów koncepcyjnych. Zespół opowiada historię szewca Marka, któremu udaje się stworzyć magiczne buty dając noszącemu moc latania. Mark pożycza je królowi, który odlatuje do sąsiedniego królestwa, aby skutecznie zapobiec wojnie. Misja się udaje i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Lekkość opowieści wzmacniana jest przez narrację Lamberta pojawiająca się między utworami, które pokrywają się, niektóre ściśle, inne w bardziej abstrakcyjny sposób z epizodami całej historii. Pomijając krótszy niż minuta utwór otwierający i zamykający, oraz równie krótki, ale zabawny „Happy Man Am I” z udziałem Dave’a Cousinsa na banjo, sam album składa się z ośmiu piosenek. Muzycznie utwory podążają za prostym, gitarowym pop rockowym szablonem różniąc się znacznie stylem i tempem z psychodelicznymi wzmocnieniami szczególnie w „Tell You A Story” z zapadającą w pamięć melodią i długiej instrumentalnej kodzie w bluesowej balladzie „Reason For Everything”. Bardzo podoba mi się także „Shoemaker” z piękną melodią i uroczą, opadającą frazą fortepianową, ale serce skradł mi „I Can See The Sky” z surowym, freakbeatowym klimatem. Nie ma tu właściwie żadnego utworu do odrzucenia – wszystkie są znakomite. Wokal Lamberta usadowiony gdzieś pomiędzy Rogerem Daltreyem, a Davidem Bowie bywa momentami nieco przesadnie afektowany, ale jego doskonała muzykalność jest niepodważalna. Skromne trio wspomagają tu instrumenty klawiszowe i najwyższej klasy gitary prowadzące w wykonaniu samego lidera i gościa specjalnego, Paula Bretta z Velvet Opera. Jedyne zastrzeżenia jakie można mieć to mętna produkcja nieco psująca muzyczne pomysły.

Tył okładki zaprojektowany przez Petera Dixona

Bonusowe dema są niemal tak dobre, jak wersje albumowe, a czasami lepsze, co sugeruje, że porządna praca producencka mogłaby przekształcić dobre pomysły muzyczne w album najwyższej klasy. Ta druga płyta kończy się kilkoma utworami nagranymi przez Lamberta z dwoma nowymi towarzyszami w nieudanej próbie utrzymania zespołu przy życiu po tym, jak „The Magic…” nie sprzedał się tak jak tego oczekiwali. Jednym z nich jest utwór zatytułowany „Back There Again” z chwytliwym, gitarowym riffem, który w moich uszach brzmi zadziwiająco podobnie do „Stormbringer” Deep Purple. Blackmore znany był z tego, że zawsze wytężał słuch, aby znaleźć dobry kawałek, ale w tym przypadku musi to być zbieg okoliczności, ponieważ ten utwór po raz pierwszy ujrzał światło dzienne właśnie tu i teraz. No, chyba że Ritchie spędził trochę czasu w piwnicy Pyre Records grzebiąc w szpulach… 

Po słabej sprzedaży albumu, którego nie promowały żadne koncerty zespół rozpadł się. Dufall i Voice dołączyli do ​​Paula Bretta tworząc Paul Brett’s Sage, a Dave zajął się pracą studyjną. Potem dołączył do King Boogie Band, który powstał z popiołów Mungo Jerry, aż w końcu, w 1972 roku zastąpił Tony’ego Hoopera w Strawbs będąc jego członkiem (z małymi przerwami) do 2021 roku. I to mógłby być koniec opowieści, gdyby nie to, że trzydzieści sześć lat później muzycy spotkali się raz jeszcze, by przedyskutować, czy warto po tak długim czasie zagrać całą płytę na żywo. Ostatecznie zrobili to. Dla siebie i dla potomności. W projekt zaangażował się również ich stary przyjaciel, Ray Hammond. Oryginalnie „The Magic Shoemaker Live!” ukazał się 6 października 2008 roku nakładem Angel Air Records i jest trzecią płytą tego wydawnictwa.

Powrót po latach z płytą „Live” (2007).

Mówiąc „koncert” mam na myśli dwa występy jakie dali w Windlesham Theatre w Surrey 30 listopada i 1 grudnia 2007 roku. Dave nie mógł być jednocześnie narratorem, głównym wokalistą i grać na kilku instrumentach, więc Ray wkroczył do akcji pięknie opowiadając historię sprytnie przerobioną, aby uwzględnić motywy dwóch autorskich klasyków, które nie znalazły się na oryginalnym albumie: „Father’s Name Is Dad” i „Treacle Toffee World”, co czyni go wydarzeniem celebrującym ich krótką karierę. Materiał z 1970 roku generalnie jest ulepszony. Co prawda traci trochę energii i psychodelicznego bluesa z oryginału, ale zyskuje dzięki prawidłowemu nagłośnieniu i świetnych harmonii wokalnych.

Otwierający go „Overture (To A Shoemaker)” zapowiada muzyczną podróż; jak sugeruje tytuł, zawiera on fragmenty melodii z wielu utworów, które wpisują się w prawdziwie teatralną tradycję. W ten sposób wskazuje również na mnogość stylów muzycznych, z którymi zespół się mierzył… „Children Of Imagination” rozpoczyna delikatny fortepian stopniowo nabierający głośności, by ostatecznie stać się tłem dla kapryśnego tekstu, który nie pozostawia wątpliwości co do fantastycznego charakteru muzycznej opowieści. Fortepian cichnie tak szybko, jak się pojawił, staje się coraz bardziej odległy, a delikatne ozdobniki na flecie podkreślają dziecięcy motyw. Okrzyki zachwytu publiczności towarzyszą perkusji, która zapowiada „Tell You A Story”. Ten utwór porywa, łącząc w sobie zdecydowanie psychodeliczne brzmienie gitary elektrycznej w stylu Hendrixa, ze świetnymi partiami basowymi i znakomitymi harmoniami wokalnymi, które są częstym elementem albumu. Kontrastuje z nim „Magic Shoes”, w którym początkowo prosty fortepian akompaniuje wokalowi Dave’a Lamberta. Bajka trwa dalej, a do coraz bardziej bluesowego fortepianu dołącza mocna sekcja rytmiczna. Zagrany w wolniejszym tempie „Reason For Everything” ma przyjemnie brzęczącą gitarę i jeszcze większą ilość pięknie połączonych harmonii, zaś wibrujący, energiczny, zdecydowanie wciąż świeżo brzmiący „Treacle Toffee World” to jeden z najsłynniejszych utworów Fire z ery psychodelii. Klimatyczny „Only A Dream” z pełnym emocji śpiewem to zdecydowanie mój ulubiony numer. Skąpa instrumentacja stopniowo nabiera tempa, tworząc tło dla hymnowych refrenów i wokalnych harmonii, którymi trudno się nie rozkoszować. Kolejny z moich ulubionych to „Flies Like A Bird” gdzie niewinny, melodyjna gitara elektryczna podparta znakomitym basem i perkusją prowadzi do czegoś, co jest o wiele bardziej grunge’owe. Jakież to fantastyczne!

Najważniejszymi momentami tego koncertu (przynajmniej dla mnie) były dwa bardzo intymne utwory. Pierwszy to „It Would Never Have Happened In My Days” zaśpiewany przez Lamberta z gitarą akustyczną, który ubolewa nad problemami młodego pokolenia takimi jak zdrada, niechciana ciąża, rozbite auto… ten album z pewnością nie trzymał się zasad. O drugim za chwilę, bo tuż potem mamy pełen dysonansów i brudnych gitar „War”. Myślę, że każdy zespół punkowy byłby z niego dumny! Zupełnie inny jest „Like To Help You If I Can” z jazzowym klimatem, mnóstwem światła i cienia, oraz pełnym duszy wokalem. Bogata, melodyjna gitara elektryczna, oraz sympatyczny bas i perkusja dopełniają całości… „I Can See The Sky” to kolejny rockowy utwór z bardzo wyrazistą gitarą basową i wieloma ekscytującymi zwrotami akcji, w tym świetną grą na harmonijce w wykonaniu lidera. Choć „Father’s Name Is Dad” nie znalazł się na oryginalnym albumie powszechnie uważany jest za wisienkę na torcie zespołu Fire. I nic dziwnego. Biorąc pod uwagę doskonałą jakość dźwięku w „The Magic Shoemaker Live!” ta wersja w pełni oddaje istotę utworu – jest potężna i energiczna do granic możliwości… „It’s Just Love” – ten utwór znany jest fanom Strawbs dzięki rockowemu kawałkowi „Just Love” z płyty „Hero And Heroine”. Ta wersja jest jednak łagodniejsza, a jej akustyczna interpretacja spotyka się z ciepłym aplauzem. Fortepian, na którym gra Lambert, wprowadza w nagranie „Shoemaker” zapewniając sympatyczny akompaniament do jego melancholijnego wokalu. Tempo przyspiesza, aż do momentu, gdy zdominują go teatralne brzmienie klawiszy, wywołując nostalgię i przywodząc na myśl intra do przedstawień dla małych dzieci, a na zakończenie mamy całkiem przyjemne akcenty perkusyjne. Finał koncertu (oczywiście przed bisami!) to radosny, skifflowy numer „Happy Man Am I” – tak optymistyczny, jak sugeruje sam jego tytuł. Choć przywodzi na myśl Lonniego Donegana i jemu podobnych, utwór zawiera pięknie opowiedziany fragment Raya, który pomaga szczęśliwie zamknąć wszelkie wątki tej baśniowej opowieści.

Drugim po „It Would Never Have…” najważniejszym dla mnie momentem koncertu było wykonanie „Mama When Will I Understand”. Na drugim krążku tego zestawu znajduje się jego inna wersja zagrana w ciężkim bluesowym formacie. Tutaj jest ona zredukowana do ekspresyjnego fortepianu i tekstu emocjonalnie przekazanego z pespektywy dziecka. Lambert z wielkim bólem w głosie porusza w nim tematy takie jak rasizm i uzależnienie od narkotyków. Po raz kolejny pokazuje też swoją wszechstronność i umiejętność śpiewu, które doskonale uzupełniają emocje każdego utworu. Doskonałe zwieńczenie absolutnie fascynującego albumu.

Pytanie, które nieuchronnie się nasuwa brzmi: czy Fire zasłużyli na większy sukces z tym materiałem? Słuchając tych trzech płyt, odpowiedź zdecydowanie brzmi: TAK! Z lepszym zarządzaniem i lepszym wsparciem w studiu mogliby osiągnąć o wiele więcej. Ale choć los był przeciwko nim, teraz mamy szansę delektować się całą ich spuścizną.

Muzyczne klejnoty z Ameryki Południowej: Aguaturbia, El Ritual, Grupo Ciruela, Manal.

Rozkwit muzyki rockowej w Europie i Stanach Zjednoczonych z jej różnymi podgatunkami  jaki miał miejsce w latach 60 i 70-tych XX wieku spowodował, że niemal w każdym z tamtejszych zakątków powstawało wiele znakomitych, a dziś zapomnianych wykonawców,  których twórczość mozolnie odkrywają muzyczni archeolodzy. Ten rockowy boom rozlał się po całym świecie, docierając do miejsc, dla nas Europejczyków egzotycznych jak Indonezja, czy Nowa Zelandia. Tym razem zapraszam do Ameryki Południowej – prawdziwej kopalni muzycznych diamentów.

AGUATURBIA „Aguaturbia” (1970).

Po przygodzie z Los Jokers perkusista Willy Cavada razem z gitarzystą Carlosem Coralesem, wokalistką Denise (żona Coralesa) i basistą Ricardo Brionesem w 1968 roku założyli w Santiago, psychodeliczny zespół Aguaturbia. Pierwszy album, nagrany na żywo w dość prymitywnych warunkach i wydany w 1970 roku uważany jest za kamień węgielny chilijskiego rocka.  Album ostry, pełen energii, ciężkich riffów i przesterów z eterycznym żeńskim wokalem i angielskimi tekstami nawiązuje do stylu Jefferson Airplane. Autorskie kompozycje w połączeniu z dynamicznymi coverami nadały mu intensywność, która wydaje się świeża i porywająca. Gitarzysta swoimi potężnymi solówkami wprawia w zachwyt niejednego malkontenta. Jego kunszt dostrzec można w każdym z ośmiu nagrań. Trudno wskazać wyróżniające się utwory – wszystkie są znakomite! Mnie uwiodła hipnotyczna interpretacja „Somebody To Love” Jefferson Airplane, oraz zmysłowa i niezwykle elektryzująca „Erotica” będąca wyimaginowaną ścieżką dźwiękową do filmu o seksualnej rewolucji. Uwodzicielski wokal Denise w tym drugim płynnie łączy się z porywającą gitarą Carlosa; na kilometr czuć, że między nimi jest coś więcej niż tylko muzyka. Dreszcze towarzyszą mi w „Ah Ah Ah Ay” z porywającym perkusyjnym solo Willy’ego Cavady perfekcyjnie zagrane i nagrane w jednym ujęciu i w znakomitym, sześciominutowym „Blues Of The Westside”. Całą pulę zgarnia jednak genialna wersja hitu „Crimson And Clover” amerykańskiego zespołu Tommy James And The Shondells z 1968 roku, który w Stanach przez szesnaście tygodni był numerem jeden na listach przebojów. Kwartet przekształcił tę popową klasykę w pulsujące psychodeliczne arcydzieło!

Album „Aguaturbia” z przełomowym stylem i surowym charakterem oferując prawdziwie porywającą podróż dźwiękową pozostaje pozycją obowiązkową dla każdego, kto zgłębia korzenie rocka w Ameryce Łacińskiej. Owa muzyczna ekspresja w połączeniu z prowokacyjną okładką przekraczały granice konserwatywnego, mocno katolickiego społeczeństwa chilijskiego tamtych czasów. Zdjęcie zespołu siedzącego nago w półciemnym pokoju wywołało niemałe poruszenie (na drugiej płycie poszli dalej – ukrzyżowali swojego lidera); sklepy odmówiły jego sprzedaży, prasa i Kościół go ocenzurowali. Album (jak i zespół) stał się symbolem artystycznego buntu nie tylko w Chile, ale również na większej części kontynentu.

EL RITUAL „El Ritual” (1971)

Ten krótkotrwały, ale ważny meksykański zespół z Tijuany silnie związany z Los Dug Dug’s ( w pewnym momencie niemal wszyscy byli jego członkami) powstał pod koniec lat 60-tych, w okresie wielkich przemian społeczno-politycznych nie tylko w Meksyku. Tworzyli go czterej znakomici muzycy o niezwykłej wyobraźni: Abelardo Barceló Durazo (dr, voc), Francisco Arturo Bareño Pérez (g. flute, voc), Martin P. Mayo (org, voc) i Gonzalo Hernández (bg, voc). Swój jedyny album nagrali w 1971m roku w legendarnej wytwórni Raff Records. Zespołowi w znakomity sposób udało się stworzyć bardzo oryginalny konglomerat rocka psychodelicznego, hard i blues rocka, oraz progresywną psychodelię z całym bogactwem folkowo azteckich brzmień z akcentami jazz rocka. Jak widać jest w czym wybierać. Mroczne utwory przeplatają się  z przyjemnymi melodyjnymi kawałkami, przy czym zespół nie stronił od improwizowania. Wszystko połączono w wyjątkowo spójny sposób, z unikalnym jak na tamten czas wyczuciem. Słuchając tej płyty piosenka po piosence szczęka mi opadła na całe czterdzieści minut. Nie mogłem uwierzyć, że słucham tak bardzo dojrzałego latynoskiego zespołu, o istnieniu którego nie miałem pojęcia! Całość, osiem utworów, które same w sobie stały się klasykami ma przemyślaną koncepcję, którą można w skrócie opisać jako walkę dobra ze złem. Teksty (śpiewane po angielsku) nawiązują do Szatana i piekła, ale także do raju i Boga. To odważny i perfekcyjny album, pełen małych arcydzieł, których pozazdrościłyby bardziej popularne zespoły. Od psychodelicznego i mrocznego szaleństwa „Satanas” z jego epickim początkiem, przez jazzowe „Peregrinación Satánica”, po meksykańskie brzmienie w „Groupie” ta płyta zadziwia, intryguje i uzależnia. Spokojne „Bajo el Sol y Frente a Dios” to balsam na uszy, a mówiąc wprost piękna folkowa piosenka z bardzo subtelną aranżacją, zwiewnym fletem i cudnymi harmoniami wokalnymi. Wpada do głowy i długo z niej nie wychodzi.

Dla mnie „El Ritual” to jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) meksykański rockowy album wczesnych lat 70-tych! Jego słuchanie bez ostrzeżenia zapiera dech w piersiach. Kiedy się kończy słychać jak płuca się rozluźniają; trzeba spłukać twarz zimną wodą, nabrać powietrza i posłuchać go ponownie.

GRUPO CIRUELA „Regreso Al Origen” (1973)

Pozostając w Meksyku przenieśmy się do miasta Reynosa leżącego nad rzeką Rio Grande w stanie Tamaulipas, niedaleko granicy z USA. To tam powstała legendarna Grupo Ciruela. Ich jedyny album z 1973 roku to wzorcowy przykład ciężkiego rocka jaki pojawił się w tym czasie w Ameryce Południowej. W kraju kronikarze nadali mu miano meksykańskiego Deep Purple, a kiedy zespół rozpadł się tuż po wydaniu płyty cały Meksyk pokrył się żałobą. No, może trochę przesadzam… ale prawda jest taka, że zespół był naprawdę dobry. Inspirowali się Hendrixem, Cream, Ten Years After, Blue Cheer… Pierwotny skład rozpadł się jak domek z kart w trakcie nagrywania płyty. Na placu boju został jedynie perkusista Guillermo Garibay, który zwerbował nowych członków: Luisa Péreza (wokal), Gallo Esparza (gitara basowa), Javiera Villafuerte (gitara) i Billy’ego Valle (gitara), z którymi ukończył nagrania. Pomimo problemów finalny efekt okazał się wybuchowy. W tym czasie, o czym być może nie każdy wie, meksykańskie zespoły miały odgórny nakaz nagrywania piosenek po hiszpańsku. Zespół, tak na wszelki wypadek, nagrał wersję angielską. I całe szczęście, gdyż hiszpańska, która nawiasem mówiąc nie trafiła wtedy na rynek, została bezpowrotnie stracona w czasie trzęsienia ziemi w 1985 roku, najbardziej niszczycielskiego w historii współczesnego Meksyku. Siedem kapitalnych, bardzo ciężkich gatunkowo nagrań z hipisowskim klimatem są dość innowacyjne. Petarda zostaje odpalona od pierwszych sekund w otwierającym płytę utworze „Padre” z podwójnym bębnem basowym, który powala na kolana. Dech w piersiach zapiera intensywny, siedmiominutowy „Peste” z muskularną sekcją rytmiczną, ciężką gitarą i harmonijką, wzmocnione złowrogim refrenem z powtarzającym się krzykiem „I can feel the darkness!” (Czuję ciemność). To tylko przykład dwóch z tych mocnych (a jest ich więcej). Oprócz tego jest tu moje ulubione blues rockowe „Acapulco Dorado” hipnotyzujące delikatnymi jazzowymi tonami z pięknym brzmieniem talerzy perkusyjnych, oraz znakomity „Regreso Al Origen” przypominający wczesny Led Zeppelin z fajnym solo na flecie w końcówce. Trwające około dziewięciu minut „Despertar” czaruje akustycznym wstępem, po którym następuje kontrolowany chaos tworzący psychodeliczną przestrzeń z ciekawym solo na perkusji w jego drugiej części. To najbardziej progresywny utwór na płycie, którą należy słuchać głośno, najlepiej na słuchawkach; są tam różne ukryte smaczki, które trudno wyłapać z głośników.

MANAL „Manal” (1970).

Rok 1970. Cała Argentyna była już przygotowana na przyjęcie eksplozji, której wybuch zapowiedziały zespoły tak zwanej „nowej fali”: Los Gatos, Almendra i Manal.  Pierwszy charakteryzował się beztroskim rytmem z lekkimi akcentami melancholii. Drugi, rok wcześniej wstrząsnął krajem kreatywnym albumem „Almendra” wyprzedzającym swoje czasy. Ostatni dał dawkę seksu, nocnego życia bohemy, a przede wszystkim bluesa. I to dobrego bluesa z przewagą ostrych gitar. nutami jazzu i rock and rolla. Historycznie rzecz biorąc było to pierwsze argentyńskie power trio, w którym każdy z muzyków wyróżniał się na swój sposób. Alejandro Medina dostarcza genialnych linii basowych, a gitara w rękach Claudio Gabisa rozkwita w niezwykle upajającym, nieco jazzowym stylu. Całą uwagę skupia jednak Javier Martínez. Nie dość, że jego perkusja jest potężna i robi wrażenie, to na dodatek okazuje się być świetnym wokalistą.  Jego teksty dotyczą głównie hipisów, ich życiu na ulicach i egzystencjalnych rozterek. Większość uważa, że byli pod wpływem Cream, a mnie się wydaje, że więcej wspólnego mają z Ten Years After, ale nie mnie to rozsądzać. Cieszy mnie, że album nie ma słabych momentów – jego ​​spójność jest wręcz idealna.

Śmiało można powiedzieć, że „Jugo De Tomate” to ponadczasowy argentyński klasyk. Monumentalny riff, zapadający w pamięć refren i subtelna harmonijka, która pojawia się na końcu nadaje ton temu, co nas czeka. Co prawda dzięki psychodelicznym organom Hammonda przyjemny „Porque Hoy Nací” nieco odbiega od bluesa, ale ja lubię różnorodność na takich albumach, bo przecież blues nigdy nie jest oryginalny, ale (pod pewnymi względami) potrafi być innowacyjny. Za sprawą „Avenida Rivadavia” zespół powraca na właściwe tory, choć obiektywnie trzeba przyznać, że to najbardziej popowy numer na płycie. Na szczęście ratuje go genialna rockowa solówka gitarowa i frenetyczna perkusja. Za to „Todo El Día Me Pregunto” (Cały dzień się zastanawiam) to najbardziej bluesowy blues oparty na prostym fortepianie i okazjonalnych, bardzo efektownych (czyt. szalonych) riffach gitarowych, które pojawiają się między każdą zwrotką.  „Avellaneda Blues”, rozpoczynający stronę „B” oryginalnej płyty, jest małym arcydziełem gatunku. Utwór przenosi nas w lata 60-te do Avellanedy, obskurnej portowej dzielnicy, siedliska artystycznej bohemy. Opisowy tekst z wersami pokroju: „Brudna kałuża, śmierdząca woda, porzucony stary but…”  uzupełnia cielesny blues. Głos Javiera Martíneza nigdy nie brzmiał tak perfekcyjnie, a jego wykonanie jest naprawdę niebywałe. Jazzowe solo gitarowe w środku, jedno z najlepszych jakie tu się pojawia, jest wisienką na torcie tego nieskazitelnego pod każdym względem utworu. Krótkie perkusyjne wprowadzenie otwiera nieco sielankowy „Una Casa Con Diez Pinos” (Dom pod Dziesięcioma Sosnami) z prawdziwie rustykalnymi gitarami akustycznymi i genialnymi riffami gitary elektrycznej. Album kończy „Informe De Un Día”, najdłuższy ze wszystkich zaprezentowanych tu kawałków. Jest szybki, jest żywiołowy, z zachwycającym fortepianem i refrenem z chórkiem. Jego najlepszą częścią jest rozbudowana i przesterowana solówka gitarowa z powalającym riffem i perkusyjne solo, w której Javier demonstruje całą swoją wirtuozerię. To właśnie tutaj, w zwartym wykonaniu zespół naprawdę dał czadu. Mówiąc krótko – bluesowe arcydzieło!

Temat mniej oczywistych płyt z Ameryki Południowej jest tak wielki jak sam kontynent, a te cztery propozycje to ledwie kropelka w zasobach ogromnego oceanu rockowego. Do tematu będę wracał, bo w rękawie trzymam kolejne asy i to z niejednej talii kart. Przy okazji piszcie w komentarzach o swoich faworytach z tamtego obszaru – być może niektóre pokryją się z moimi…

TRÚBROT – rockowa supergrupa z Islandii (1969-1972)

Trúbrot to bez wątpienia jeden z najbardziej znanych i wpływowych zespołów w historii muzyki islandzkiej. Bardziej niż (i tu pewnie się narażę) Sigur Rós. Była to pierwsza supergrupa, która powstała w maju 1969 roku składająca się z członków dwóch najpopularniejszych wtedy zespołów:  Flowers i  Hljómar (Dźwięki). Gitarzysta i kompozytor Gunnar Thórgarson , śpiewający basista Rúnar Júlíusson, wokalistka Shady Owens, oraz z organista Karl Sighvatsson i perkusista Gunnarem Jökull Hákonarsonem od miesięcy planowali jedno – stworzyć islandzki zespół wszech czasów.

Trubrot – pierwsza supergrupa z Islandii (1969)

Nazwę zespołu wymyślił młody dziennikarz, Árni Johnsen; odpowiednio tajemnicza i pasująca do panującej wówczas ery hipisowskiej. W rzeczywistości jest to islandzki neologizm, który w wolnym tłumaczeniu znaczy „wiarołomność”. Początkowo fani macierzystych grup nie przyjęli ich z entuzjazmem. Publicznie po raz pierwszy wystąpili dwa miesiące później, w Sigtún. Oczekiwania były duże, ale tego wieczoru zespół nie zrobił na publiczności szczególnego wrażenia. To był trudny dla nich czas. Dali jednak radę i pokonali kłody rzucane im pod nogi. W październiku udali się do Londynu, gdzie w Trident Studios nagrali dwanaście utworów, z których jedenaście znalazło się na debiutanckiej płycie wydanej pod koniec grudnia przez islandzki oddział Parlophone

Po latach okazuje się, że to wciąż świetny, undergroundowy album pełen znakomitych pomysłów, dopracowanej muzyki z nutą popu, oraz damsko-męskim pięknym wokalem zaśpiewanym w ojczystym języku. Z tej śpiewającej dwójki bardziej podoba mi się panna Owens mająca czysty, lekko smutny głos, który idealnie pasuje do jazzowej estetyki, ale gdy trzeba zaśpiewać agresywnie daje radę. Pochwalić tu wypada także gitarzystę i klawiszowca, którzy z łatwością przechodzą między delikatnymi, popowymi aranżacjami, a mocnym rockiem w stylu Deep Purple, oraz sekcję rytmiczną za luźny, typowy dla przełomu tamtej dekady folkująco-hipisowski klimat. Zespół rozwija przed nami szeroki wachlarz stylów. Obok własnych, znakomitych zresztą numerów takich jak „Sama Er Mér”, „Elskaðu Náungann”, czy „Við” znalazły się covery, którym nadano nie tylko nowe, ciekawe aranżacje, ale także teksty i tytuły po islandzku. I tak utwór Beatlesów, „Things We Said Today” stał się ciężkim, proto metalowym „Þú Skalt Mig Fá”, przebój „My World Is Empty Without You” The Supremes wykonany w folkowej aranżacji z organami i gitarą akustyczną nazywa się „Án Þín”, zaś „Rain” Jose Feliciano „Hlustaðu Á Regnið”. Jest tu też dziewięciominutowa mini rock opera „Afgangar”, oraz transkrypcja kompozycji „Elskaðu náungann” (Kochaj bliźniego swego) z opery „Tannhäuser” Richarda Wagnera wokół której pojawiła się pewna kontrowersja. Otóż Islandzka Narodowa Korporacja Radiofoniczna (ISB) uznała za niestosowne, by popowy zespół przejął klasyczny utwór w związku z czym zakazała jego wykonywanie, a miejsce na płycie w którym się znajduje miało zostać wymazane. Mało tego – wstrzymano tłoczenie nakładu (udało się wyprodukować zaledwie trzysta egzemplarzy, które sprzedały się na pniu) i przez długie lat album był niedostępny. Wznowiono go dopiero w 1992 roku(!) na płycie CD i kasecie przez firmę Steinar z Reykjaviku. Oprócz podstawowego materiału kompakt zawierał dwunasty utwór, „Breyttu bara þóð þúr”, który wtedy został odrzucony, plus pięć nagrań z singli z 1970 roku.

Trubrot jako kwartet.

Po trasie koncertowej w Danii Shady Owens ogłosiła, że wraca do Stanów Zjednoczonych, gdzie się urodziła (na Islandię trafiła z rodzicami jako nastolatka); tuż po niej z zespołem pożegnali się perkusista i klawiszowiec. Po ostatnim występie w Islandii, jeszcze w oryginalnym składzie zaprosili Led Zeppelin do wspólnego spędzenia czasu i zaprzyjaźnili się z Jimmym Page’em i Robertem Plantem. Kiedy Jimmy i Robert wrócili nocą do hotelu byli zdumieni, że słońce wciąż jasno świeci. Taki widok o północy w anturażu ośnieżonych lodowców i gejzerów najwyraźniej zainspirował ich do napisania „Immigrant Song”, który jak wiemy znalazł się na trzecim albumie brytyjczyków.

To był ten okres, kiedy zespół inspirował się muzyką The Nice, elektrycznym Crosby Stills Nash And Young i ciężkim brytyjskim rockiem. W połowie 1970 roku polecieli do Londynu zamówić wzmacniacze o dużo większej mocy, a w październiku do Kopenhagi gdzie w Vifoss Studios nagrali płytę „Undir Áhrifum”, która ukazała się przed Bożym Narodzeniem tego samego roku.

Apokaliptyczny front okładki drugiej płyty.

To co w pierwszej kolejności zwraca uwagę to niesamowity męski wokal Rúnari Júlíussoni wspomagany przez nowego klawiszowca Magnús Kjartansson i Gunnar Thórgarson, do którego wpasowały się znakomite gitary i organy otulone świetnymi aranżacjami. Słusznie reklamowano go jako pierwszy islandzki album z własnym oryginalnym materiałem”. Gunnar i Magnús napisali większość z ośmiu numerów zaśpiewane, poza jednym wyjątkiem, po angielsku co wywołało sporo kontrowersji. Roszady personalne przyniosły też znaczącą zmianę w ich brzmieniu. To wcześniejsze, łączące pop lat 60-tych z okazjonalnie ciężkim boogie w stylu Deep Purple, czy Led Zeppelin zostało w dużej mierze porzucone na rzecz luźniejszego, folkowego brzmienia opartego na harmoniach wokalnych w stylu wspomnianych już CSN & Y. Dowodem kapitalny „Everything’s Alright” z jazzowym pianinem, „In The Country” z brzęczącymi akustycznymi gitarami, czy najbardziej popularny z tej płyty, „Relax” z piękną partią fletu. Z kolei „Sunbath” jest tak cudowny, że za każdym razem totalnie mnie rozkleja.

Tylna strona okładki.

Pewnym zaskoczeniem dla wszystkich była druga strona płyty, na której znalazły się dwa nagrania: prawie jedenastominutowy „Feel Me” i o cztery minuty krótszy, jako jedyny zaśpiewany po islandzku, „Stjörnuryk”, które idealnie oddawały ducha tamtych czasów. Pierwszy to prawdziwy majstersztyk progresywnego rocka z pięknie prowadzonym wokalem,  liturgicznymi organami i perfekcyjną sekcją rytmiczną zamieniający się po sześciu minutach w małą bestię. Drugi wprowadza senną psychodeliczną aurę, by potem, gdy wchodzi ostra gitara dać czadu w stylu wczesnego Yes. No i ta dopracowana do perfekcji wokalna harmonia…ach, miód na uszy!

Recenzje krytyków były podzielone choć trzeba przyznać, że były obiektywne i w większości pozytywne. Nakład, rozszedł się błyskawicznie, choć tak jak w przypadku debiutu na jego wznowienie trzeba było czekać do 1992 roku.  W rocznym podsumowaniu „Undir Áhrifum” został albumem roku, a  Rúnari Júlíussoni okrzyknięty gwiazdą pop rocka. Mimo to muzycy byli niezadowoleni, czuli, że brakuje im iskry i byli gotowi zamknąć ten rozdział. Gunnar poważnie rozważał dołączenie do konkurencji, czyli do zespołu Ævintýri, na szczęście Gunnar Jökull i Karl Sighvatsson, byli gotowi pomóc swoim byłym kolegom. Gunnar usiadł z powrotem za perkusją, Karl przejął organy dając Magnusowi miejsce przy fortepianie. Nowa siła napędowa i kreatywność wskrzesiła chęć tworzenia i grania. Z nową energią zespół rozpoczął pracę nad swoim największym, koncepcyjnym dziełem, „…Lifun” (Życie).

Przedpremierowe wykonanie płyty miało miejsce 13 marca 1971 roku w Háskólabíó przy pełnej sali. Na widowni pojawiła się Shady Owens jako gość honorowy przyjeżdżając na Islandię specjalnie na ten jeden koncert, którego pierwszą połowę zespół poświęcił starszemu materiałowi. Po zakończeniu otrzymali owację na stojąco trwającą kilkanaście minut. Nie było czasu na bisy ponieważ czekał na nich samolot do Londynu, gdzie w Trident Studios mieli dokonać ostatnich poprawek. Gotowy album ukazał się dokładnie 29 lipca. Bardzo oryginalna, ośmiokątna okładka zaprojektowana przez Baldvina Halldórssona była uważana za awangardową i dziś jest kolekcjonerskim rarytasem.

Niekonwencjonalna okładka płyty „…Lifun”.

Płyta otrzymał znakomite recenzje i do wiosny 1972 roku sprzedał się w rekordowej jak na Islandię liczbie trzech tysięcy egzemplarzy, ale niekoniecznie stał się bombą na jaką liczono. Być może oczekiwania były zbyt wygórowane i dopiero później album zyskał legendarną etykietę. Na przykład, zdobył tytuł „Albumu Stulecia” na festiwalu Music Awards Of The Century, a w plebiscytach przeprowadzonych podczas Dnia Muzyki Islandzkiej w 2007 i 2009 roku zajął dwa razy drugie miejsce wśród najlepszych albumów w historii Islandii.

Lewa strona wewnętrznej okładki

W tym największym swoim dziele zespół przedstawił historię życia bezimiennej osoby od narodzin do śmierci. Temat nie nowy, często wykorzystywany przez zespoły progresywne przeważnie z epickim rozmachem. Zaskoczyło mnie, że Trúbrot zawarł swą opowieść w bardzo zwięzłych i krótkich utworach. Te muzyczne miniaturki, a jest ich trzynaście, z reguły nie przekraczają trzech minut (najdłuższy, „Am I Really Livin?” trwa dokładnie 3:48) i słucha się ich wyśmienicie. Zespół uniknął przerostu treści nad formą na czym wielu innych poległo. Nie ma tu wypełniaczy. Wszystkie utwory, od pierwszego do ostatniego, budzą we mnie emocje i zachwycają na swój sposób. I nie ważne, czy są to te ostrzejsze i cięższe jak „Lives Overture”, „School Complex”, „Am I Really Livin?”, „What We Believe In” (organy plus szalejąca gitara!), czy też pełnej urody ballady „Hush-A-Bye” i „To Be Grateful” z łapiącymi za serce przepięknymi harmoniami wokalnymi. Coś w tej muzyce musi być skoro Islandzka Orkiestra Symfoniczna razem z popowymi wykonawcami wykonała „…Lifun” w 1992 roku i dwa lata później wydała to na płycie.

Na początku 1972 roku muzycy zaczęli myśleć o kolejnym albumie. Zespół, który w tym czasie był już kwartetem zaprzestał koncertów i skupił się na pisaniu materiału. Kiedy stało się jasne, że koszty nagrania i wydania będą zaporowe żadna wytwórnia nie była zainteresowana jego wydaniem. Założyli własną, nazwali Trúbrot i wydali płytę stając się pierwszym zespołem, który zrobił to w Islandii. Wkrótce ich śladem poszli inni.

Tym razem nagrań dokonano w Danii posiłkując się lokalnymi muzykami sesyjnymi wprowadzając do gry smyczki i dęte blaszane. „Mandala” trafił do sklepów w lipcu i podobnie jak poprzednie sprzedał się „od ręki”.

O ile wcześniejsze wydawnictwa były chwalone, ta nie zachwyciła recenzentów. W zasadzie podzielam ich zdanie. Brakuje mi tu przede wszystkim wspaniałych harmonii wokalnych, którymi do tej pory czarowali, a nowy wokalista, Björgvin Halldórsson (brat Baldvina, tego od ośmiokątnej okładki) głosowo niczym specjalnym się nie wyróżnia. Utwory, jest ich jedenaście, to w zasadzie amerykański soft rock; próżno szukać tu elementów progresji, czy ciężkiego rockowego brzmienia. Takich płyt w tym czasie było setki – można było wywozić je na wysypisko ciężarówkami. Do radia przebiły się dwa utwory: „Mandala” i „My Friend & I” – cieszyły się dużą popularnością wtedy i dziś. Jeśli komuś „leży” taka muzyka pewnie spodoba się piosenka „All I Wanna Do” utrzymana w stylu The Beatles, czy ballada „Drifting”, która mogłaby pochodzić z repertuaru zespołu America. Pewną rysą na wizerunku Trúbrot było nieautoryzowane wykorzystanie wiersza poety Jóhann Hjálmarsson w „My Friend & I”, które zakończyło się wysoką grzywną i oficjalnymi przeprosinami w prasie.

Okładka 4-płytowego boxu z 2009 roku.

„Mandala” to ostatni album zespołu, którego koniec przewidywany był od dawna. Nieporozumienia, kolejne roszady personalne, wycofanie się amerykańskiej wytwórni płytowej Fantasy z zamiarem dystrybucji „Mandali” za Oceanem spowodowało, że wiosną 1973 roku muzycy grzecznie sobie podziękowali i rozeszli się każdy w inną stronę. Na przestrzeni lat pojedyncze utwory znalazły się na niezliczonych albumach kompilacyjnych, ale powstało również kilka kompilacji poświęconych wyłącznie zespołowi. Najbardziej godna uwagi, którą polecam jest ta z 2009 roku wydana przez wytwórnię Íslenskir ​​​​tónar pod nazwą „Trúbrot 1969-1972”. Ten czteropłytowy box zawiera wszystkie ich nagrania, oraz 52-stronicową, bardzo ciekawą i pomocną książeczką.