Archiwa kategorii: Płytowe wykopaliska

TETRAGON „Nature” (1971)

Koniec lat 60-tych był w muzyce erą eksperymentów, w którym ramy rock’n’rolla i bluesa młodym wilkom stawały się zbyt ciasne. Oni chcieli pójść dalej, a takie gatunki jak psychodelia i rodzący się rock progresywny poszerzały ich horyzonty do granic jakim wówczas nikomu się nie śniło. To w tym momencie (rok 1967) na scenie pojawił się tercet Trikolon z niemieckiego Osnabruck, który od samego startu zrezygnował z grania popowych numerów na  rzecz oryginalnych rozbudowanych kompozycji w stylu The Nice, Egg, czy holenderskiego Ekseption…

Pomysł założenia zespołu wyszedł od Hendrika Schapera (klawisze, trąbka, wokal) do którego dołączyli: basista Rolf Rettenberg i perkusista Ralf Schmieding. Co ciekawe, wszyscy byli uczniami tej samej szkoły średniej. Mimo młodego wieku można było powiedzieć, że w sposób mistrzowski opanowali grę na  swych instrumentach. Dość szybko zyskali sławę (w swej okolicy), a ich wirtuozostwo budziło szczery podziw. Występy na żywo z udziałem tria były entuzjastycznie przyjmowane przez młodzież. Za własne pieniądze nagrali jedyny (koncertowy) longplay „Cluster”, który wyszedł w 1969 roku. Mimo amatorskiej produkcji i niskiego, żeby nie powiedzieć zerowego budżetu (wytłoczono zaledwie 150 kopii!) „Cluster” porywa. Muzycy pod wodzą szalonego klawiszowca skutecznie połączyli psychodelię i muzyką klasyczną (szczególnie Bacha) z jazzowymi wpływami w duchu Milesa Davisa, którego fanem był Schaper… Niestety zaraz po jego wydaniu grupę opuścił Schmieding. Jego miejsce zajął Joachim Luhrmann, oraz wielce utalentowany gitarzysta z tej samej szkoły, Jurgen Jaehner. Chcąc nawiązać do byłego tria nowa nazwa TETRAGON wydawała się być jak najbardziej trafna. Wszak tetragon to figura geometryczna o czterech kątach – tylu, ilu było muzyków w zespole…

Kwartet TETRAGON (1971)
TETRAGON. Tył: R. Rettenberg, J. Luhrmann. Przód: H. Schaper, J.Jaehner

Rozszerzony skład nie zmienił podejścia do wykonywanej muzyki; grali co im się żywnie podobało, pod warunkiem, że był w tym wszystkim organowy groove (koniecznie na Hammondzie!), ognista, acidowa gitara z nieodzownym efektem wah-wah, elementy jazzowego fusion w stylu Milesa Davisa i dawka muzyki klasycznej (najlepiej Bach lub Mozart). Jak na mój gust piorunująca dawka, a efekt finalny absolutnie genialny…

Jedyny album TETRAGON zatytułowany „Nature” ukazał się dokładnie 1 sierpnia 1971 roku. Zespół nie zawracał sobie głowy kontraktem z żadną wytwórnią płytową. Miał świadomość, że ich „dziwna” muzyka nie zainteresuje nikogo. Nie zdecydował się też na profesjonalne studio; materiał na płytę nagrał więc „na żywo” w… wiejskiej stodole przyjaciół rodziców Joachima Luhrmanna. Chłopaki musieli włożyć sporo pracy, by przystosować ją do tego zadania. Najwięcej kombinowali przy mikrofonach. W końcu zawisły w siedmiu różnych miejscach, aby jak najlepiej uchwycić dźwięk każdego instrumentu. Całość rejestrowali na dwuścieżkowym magnetofonie Revox A77 przez dwa kolejne majowe weekendy, a  ponieważ nie było możliwości miksowania, robienia nakładek i powtórek dwoili i troili się, by wszystko zostało precyzyjnie zagrane. I tak np. Hendrik Schaper jedną ręką obsługiwał Hammonda, zaś drugą klawinet. Nie miał fortepianu, więc by uzyskać odpowiednie brzmienie użył przedwzmacniacza z podłączonym pedałem wah-wah, który obsługiwał nogami. Wirtuozowski wysiłek od początku do samego końca! Podobnie robił Jurgen Jaehner – wygrzewał na gitarze elektrycznej  szaleńczą solówkę a następnie, gdy wymagał tego kolejny fragment utworu, w locie łapał za gitarę akustyczną…

TETRAGON "Natura" (1971)
Okładka płyty „Nature” autorstwa Jurgena Osieki (1971)

Płytę wydała, założona przez menadżera zespołu Petera Kretschmanna, efemeryczna firma  Soma w ilości… 400 egz. Kompaktowa reedycja (na szczęście w dużo większym nakładzie) ukazała się po raz pierwszy w 1995 roku nakładem nieocenionej wytwórni Musea. Oryginalny krążek zawiera pięć kompozycji, a otwiera go najdłuższa, 16-minutowa „Fuge” – jak łatwo się domyślić inspirowana „Toccatą i fugą d-mol” J. S. Bacha. Najsłynniejszy utwór mistrza epoki baroku był wielokrotnie grany i nagrywany przez progresywne zespoły lat 70-tych, ale wersja TETRAGON wyróżnia się dzięki bardziej zróżnicowanemu i nowatorskiemu podejściu.  Oprócz organów Hammonda (co jest zrozumiałe z uwagi na jej klasyczne pochodzenie) i silnej sekcji rytmicznej dochodzi piekielnie ciężka gitara Jurgena Jaehnera, który wycina bluesowe pasaże tworząc inteligentną jazzowo progresywną atmosferę. Do tego każdy z pozostałych muzyków (bas i perkusja) dostał swoją „działkę” w postaci krótkich solowych improwizacji. Absolutny majstersztyk progresywnego grania! Dwudziestosekundowy „Jokus” traktować można jako przerywnik przed zamykającym stronę „A” longplaya „Irgendwas” z partią bardzo fajnego, „wyjętego z kapelusza” fortepianu, organami i na przemian grającymi gitarami: elektryczną i akustyczną. Muzycy pobawili się tu stereofonią; w lewym kanale słyszymy organy, zaś w prawym gitarę. Pamiętam, że kiedyś takie „efekty” bardzo mnie rajcowały. Zabieg ten powtórzyli w następnym numerze „A Short Story”, w którym pod koniec drugiej minuty partie gitary i organów grane unisono słychać w dwóch oddzielnych kanałach. Skomplikowane podziały rytmiczne z awangardowymi dźwiękami klawiszy na samym początku tego drugiego pod względem długości nagrania (13:41) robią wielkie wrażenie. A potem – o rany, co tu się dzieje! Rock progresywny miesza się z muzyką klasyczną, blues z fussion, a wszystko zagrane po profesorsku i z dużym wyczuciem… Zamykający płytę utwór tytułowy to wczesny rock progresywny zakorzeniony w bluesie z jazzowymi inklinacjami, w którym po raz pierwszy pojawia się (angielski) wokal Schapera. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, trudno jest się z tym krążkiem rozstać…

Kompaktowa wersja płyty zawiera fantastyczny bonus: „Doors In Between”. Ten koncertowy, trwający czternaście minut utwór, który  został nagrany 12 lutego 1972 roku w Georgsmarienhutte, mieście położonym w pobliżu ich rodzinnego Osnabruck to porywająca wycieczka w rejon absolutnie ciężkiego progresywnego rocka z efektownymi partiami gitary, szalonym Hammondem i kapitalną sekcją rytmiczną. Słuchanie go w wyższych rejestrach głośności absolutnie wskazane! Dynamiczna końcówka rozpruła mi kiedyś głośnik…

Do dziś nurtuje mnie pytanie: dlaczego TETRAGON mając takie atuty nie zrobił kariery? I powiem szczerze – żadna sensowna odpowiedź od lat nie przychodzi mi do głowy…

Śmierć bigbitu. Czerwone Gitary „Spokój serca” (1971)

Dla dzisiejszych nastolatków CZERWONE GITARY są zapewne zespołem dawno minionej, niemal zapomnianej epoki, którego fenomenu popularności nie są w stanie zrozumieć. Nic dziwnego, wszak muzyka grupy rozpalała do białości jeśli nie rodziców, to na pewno rodziców ich rodziców, czyli dziadków. Głównym walorem i źródłem sukcesu wczesnych CZERWONYCH GITAR była prostota. Co prawda kawiarniani krytycy czasem wybrzydzali – pisali o łatwiźnie, przeciętności, tanim guście, infantylności tekstów i braku wartości artystycznych. Jednak wbrew tym zarzutom muzyka grupy trafiała tam gdzie trzeba, była komunikatywna, porywała miliony, przynosiła radość. A to już była nie lada sztuka. Nie bez kozery mówiło się wówczas o nich, że byli polskimi Beatlesami.

Historia zespołu doczekała się licznych publikacji prasowych, opracowań książkowych, wpisów encyklopedycznych, więc nie ma sensu jej tu przytaczać. Tytułem wprowadzenia przypomnę jedynie, że grupa powstała 3 stycznia 1965 roku w kawiarni „Crystal” w Gdańsku Wrzeszczu z inicjatywy Jerzego Kosseli (opuścił grupę dwa lata później) i Henryka Zomerskiego na bazie formacji Pięciolinie. W pierwszym składzie znaleźli się jeszcze Bernard Dornowski, Jerzy Skrzypczyk i Krzysztof Klenczon. Jesienią Henryk Zomerski dostał powołanie do wojska, a jego miejsce zajął Seweryn Krajewski. Ponieważ Krajewski i Skrzypczyk byli jeszcze uczniami szkół średnich dla zmylenia grona pedagogicznego występowali pod pseudonimami Robert Marczak i Jerzy Geret. Zadebiutowali 15 stycznia w Elblągu; na plakatach wydrukowanych wcześniej widniała jeszcze nazwa Pięciolinie. Cztery dni później w sopockim „Grand Hotelu” w ramach zimowego „Non Stopu” przybyłych gości po raz pierwszy witał plakat z nazwą CZERWONE GITARY. Trzy miesiące później pojawili się w Polskim Radio dając koncert „na żywo”, a latem ruszyli w trasę z hasłem „Drzemy się najgłośniej w Polsce”, które cenzura szybko zamieniła na łagodniejszą wersję „Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”. Największe sukcesy grupa odniosła w pierwszych pięciu latach swojego istnienia…

Czerwone Gitary
W pięcioosobowym składzie Czerwone Gitary grały w latach 1965 – 1967.

W 1970 roku świat obiegła wiadomość o rozpadzie The Beatles. W Polsce wiatr zmian powiał od morza – w grudniu zaczął się początek rządów Edwarda Gierka, a jego słynne zapytanie „To jak towarzysze, pomożecie?” przeszło do naszej historii. Pół roku wcześniej, po VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu obwieszczono śmierć rodzimego bigbitu. Widownia wybuczała i wygwizdała czołowych reprezentantów naszej estrady. Białe koszule z żabotami zaczęły być przyciasne, a krawaty zaciskały się niczym pętla na szyi „etatowym” gwiazdom. Dostało się też CZERWONYM GITAROM. Jeden z poczytnych młodzieżowych tygodników został zasypany listami od czytelników, którzy ostro pojechali po zespole. „Ambicje dzisiejszej młodzieży sięgają nieco wyżej. To, co kilka lat temu było cudowne, dziś nie cieszy” – napisała pani A.M. Głowacka z Krakowa dodając „Z Beatlesami mają tyle wspólnego, że jest ich czterech i trzech gra na gitarach, a jeden na perkusji. Ja porównałabym ich do kaszy manny, która jedzona przez cztery lata po prostu już się przejadła”… Szkoda, że pani Głowacka dość szybko zapomniała, że rok wcześniej (styczeń’69) podczas trwania Międzynarodowych Targów Muzycznych MIDEM odbywających się w Cannes we Francji zespół został uhonorowany prestiżową statuetką (a ściślej „Marmurową Płytą”) za największą liczbę sprzedanych krążków w rodzinnym kraju. Smaczku dodaje fakt, że Krajewski i spółka zdobyli ją ex aequo z… The Beatles.

Jakby mało było tej krytyki, w tym samym 1970 roku, CZERWONE GITARY opuścił Krzysztof Klenczon. Szok dla fanów, którzy w parze Klenczon/Krajewski widzieli polski odpowiednik liverpoolskiej pary Lennon/McCartney, oraz wcale nie mniejszy szok dla pozostałych członków grupy. Tak oto kwartet schudł do tria. Wkrótce pojawiły się plotki, że zespół zmienia nazwę na Krajewski Band, ewentualnie Seweryn Trio. Tymczasem osamotniony lider zaczął myśleć o powrocie do skrzypiec; miał też nowe pomysły brzmieniowe i dość ambitne plany na przyszłość jak choćby koncert beatowy na zespół i dwoje skrzypiec skomponowany z myślą o Konstantym Andrzeju Kulce, swym dawnym koledze szkolnym.

Zostało ich tylko trzech...
Zostało ich (chwilowo) trzech: B. Dornowski, S. Krajewski, J. Skrzypczyk.

Otrzeźwienie przyszło szybko, tuż po tym jak Klenczon wystartował ze swoim nowym zespołem Trzy Korony. Znalezienie „czwartego do brydża” było sprawą niecierpiącą zwłoki. Rezygnując z występów w kraju wyruszyli w trasę po Związku Radzieckim (107 koncertów!), NRD (nagrali tam płytę „Consuela”) i Bułgarii. W trasie wspomagał ich Dominik Konrad (wł. Dominik Kuta) – zdolny, choć  awanturniczo usposobiony muzyk (były członek usteckiego zespołu 74 Grupa Biednych i pruszkowskiego Motyw Blues) z którym nagrali płytę „Na fujarce”. I choć ten ambitny album niektórzy krytycy uznali za najlepszy w historii CZERWONYCH GITAR został on chłodno przyjęty przez fanów, o którym chcieli jak najszybciej zapomnieć. Pewnie sami muzycy, też gdyż szybko pozbyli się Konrada (vel Kuty), który wkrótce zasilił grupę Qourum (kojarzoną dziś z przeboju „Ach co to był za ślub”)… Wydany rok później „Spokój serca” ukazał dość zaskakujące i całkiem zmienione oblicze zespołu.

Czerwone Gitary "Spokój serca" !(1971)
Krwistoczerwona okładka płyty „Spokój serca” (1971).

Dziś można śmiało postawić tezę, że ten piąty w dyskografii album to ścisła dziesiątka najlepszych polskich rockowych płyt powstałych w latach 70-tych. Przynajmniej dla mnie. Zawsze twierdziłem, że granie w trio wyzwala w muzykach niesamowitą siłę i moc, która przekłada się na brzmienie zespołu. „Spokój serca” tezę tę jedynie potwierdza. Pierwsze co się rzuca się w oczy to fakt, że absolutnym liderem grupy stał się Krajewski – z dziewięciu nagranych utworów osiem było jego autorstwa; tylko otwierający, dość urokliwy „Uwierz mi Lili” napisał Jerzy Skrzypczyk. Poza tym stały się one dłuższe, wychodzące poza standardowe trzy i pół minuty. No i rzecz najważniejsza – kto liczył na mocniejsze partie gitar, solówki i ostrzejsze granie ten się nie zwiódł. Nigdy wcześniej, ani nigdy później Krajewski nie czarował tak mocarnym brzmieniem swej gitary elektrycznej podłączonej do efektu wah-wah jak tutaj!

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Kompaktowa reedycja włoskiego Eastern Time z 2005 roku różni się nieco od oryginalnego longplaya wydanego przez Muzę i to nie tylko ze względu na zawarte bonusy. „Uwierz mi Lili” –  prosta i ładna piosenka (ukłon w stronę fana bigbitu) będąca nostalgicznym wspomnieniem dziewczyny spotkanej na bratnim stepie znalazła się tutaj na czwartej pozycji. Obok przeuroczej piosenki  „Płoną góry, płoną lasy” (o której słów kilka poniżej) to jedyne, nieco łatwiejsze nagrania. Reszta to już prawdziwy, ambitny rock! Powolny, snujący się „Nie jesteś ciszą” z klimatyczną, nieco psychodeliczną gitarą utrzymany jest w tonacji bluesowej. Podchodzące pod nową falę „Nocne całowanie” miażdży kapitalną grą sekcji rytmicznej, ciężki bas wgniata w fotel, gitara tnie niczym brzytwa, a partia skrzypiec mrozi krew. Jedna z moich ulubionych kompozycji! Włoskich wydawców chyba też, gdyż na CD spośród ośmiu zamieszczonych tutaj bonusów znalazła się jej dwie wersje: radiowa i niemiecka pod tytułem „Kusse Bei Nacht”… Oniryczne „Gdy trudno zasnąć” snuje się niczym mgła na wodzie; amerykanie zakwalifikowaliby go pewnie do acid rocka…  Nie do końca przekonuje mnie ballada „Jesteś dziewczyno tęsknotą” zaśpiewana przez lidera z gitarą akustyczną, która łamie koncepcję płyty. Dużo lepiej wypada tu już „Pierwsza noc” i rewelacyjnie zaśpiewany na wielogłosy „Spokój serca” w stylu Novi Singers. Hitem okazał się energetyczny, rockowy „Uczę się żyć”. Ponadczasowym numerem została jednak piosenka „Płoną góry, płoną lasy”, czyli opowieść o pięknie uralskiego krajobrazu (podziwiali go będąc na tournee po Związku Radzieckim), wielkiej miłości i nieuchronnym rozstaniu z ukochaną. Fantastyczny klimat, ciekawa melodia, fajny tekst, a do tego łagodnie łkająca gitara Krajewskiego. Nałożony kilkukrotnie wokal robi wrażenie harmonijnego śpiewu – coś z czego CZERWONE GITARY słynęły z czasów Klenczona.

Mało kto wie, że oprócz radiowej i płytowej wersji była jeszcze jedna: anglojęzyczna. Tekst przetłumaczył Andrzej Więcko, polski korespondent tygodnika „Newsweek”. Publicznie wykonali ją tylko raz, podczas Festiwalu w Sopocie w sierpniu 1971 roku, gdzie wystąpili poza konkursem jako gość specjalny obok amerykańskiej gwiazdy Nancy Wilson. Ta wersja pod tytułem „Crimson Forrest, Crimson Mountains” wspólnie z utworem „W drogę” („Moving”) miał zostać wydany na singlu, z którym CZERWONE GITARY miały wyruszyć do Belgii, Wielkiej Brytanii i USA. Mimo, że studio czekało zespół w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu…

Jak już wspomniałem kompaktowa reedycja płyty zawiera rzadkie, (wręcz mega rzadkie) utwory dodatkowe: radiowe wersje „Nocnego całowania”, „Płoną góry…”, oraz „Uwierz mi Lili”. Alternatywna wersja  „Uczę się żyć”, wspomniane wcześniej singlowe „Kusse Bei Nacht” i „Du Bist Die Stille Nicht” („Nie jesteś ciszą”) nagrane dla niemieckiej Amigi,  „Anna M” z EP-ki z czerwca 1971 i największy diament tego wydawnictwa „Pejzaż miasta”. Dlaczego? Bo po raz pierwszy w swej pełnej, trwającej siedem i pół minuty wersji (rozszerzonej o 1,5 minuty w porównaniu do rzadkiej EP-ki) z genialną, przedłużoną gitarową improwizacją Seweryna.  Powiem szczerze: kopara opada! Szkoda, że nie ma tego na Youtube

Czerwony winyl Czerwonych Gitar.
Czerwony winyl Czerwonych Gitar wprawił wszystkich w osłupienie!

Na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. Autorem okładki był Marek Karewicz, który wymyślił sobie, że okładka ma być krwistoczerwona, a karton twardy, eksportowy z „grzbietem”. Do tego sepiowe fotografie, logo wydawcy, złote obwódki i litery. Łódzka Drukarnia Akcydensowa broniła się przed przyjęciem zlecenia jak diabeł przed święconą wodą. Pomogły dopiero tzw. „układy” i silne naciski ludzi z Polskich Nagrań. Udało się! Ale skoro była czerwona okładka, ówczesny menadżer zespołu, Dariusz Michalski, wpadł na iście szatański pomysł: chciał wydać płytę na czerwonym winylu. Ze swoich marzeń zwierzył się Franciszkowi Pukackiemu – alfa i omega polskiej fonografii. „Czerwone? To się da załatwić!” zapalił się do idei były cichociemny, który jak już komuś dał słowo dotrzymywał go, a gdy komuś coś obiecał – nigdy nie zawiódł. Dariusz Michalski: „No i udało się! Na festiwalu piosenki w Sopocie Pronit niechętnie (wszak pracował dla konkurencji, dla Muzy) wytłoczył kilkadziesiąt egzemplarzy krwistoczerwonych krążków, których zagranicznych gości wprawił w osłupienie. Że jednak wszystko działo się w tamtej Polsce, dowiodły następne dni: komponentów cynobru już zabrakło, co najwyżej starczyło do wyprodukowania płyt pomarańczowych, w końcu „do handlu” poszedł tradycyjny czarny longplay”.

Paradoksalnie „Spokój serca” był gwoździem dobijającym polską muzykę bigbitową przez jej czołowego przedstawiciela. Tyle tylko, że CZERWONE GITARY po nagraniu tej płyty odpuściły sobie rocka na dobre. A szkoda…

GNIDROLOG „Lady Lake” (1972)

Walijski GNIDROLOG ze swoją niezwykle inteligentną muzyką jest jedną z najbardziej niedocenionych grup brytyjskiego rocka początku lat 70-tych. Drzemał w niej ogromny potencjał twórczy i przy odrobinie szczęścia w promocji grupa mogłaby namieszać w czołówce brytyjskiej awangardy rockowej. Ich eklektyczna muzyka o rozbudowanym, orkiestrowym brzmieniu z użyciem instrumentów takich jak flet, saksofon, obój, róg, czy wiolonczela brzmiała absolutnie unikalnie i była trudna do sklasyfikowania. Jeśli bawić się w porównania to najbliżej im było do zespołu Gentle Giant głównie ze względu na szeroko rozbudowane instrumentarium, w którym zabrakło (i to jest dość ciekawe) instrumentów klawiszowych.

Trudno też mówić, że GNIDROLOG to grupa zupełnie nieznana. Fani wczesnego progresywnego rocka bardzo wysoko cenią zespół. Ich drugi album „Lady Lake” ozdobiony przeuroczą, baśniową okładką to prawdziwe muzyczne arcydzieło, które (wierzę w to) wielu ma na swej półce. Nie mniej w epoce ani płyta, ani zespół nie przebili się na rynku muzycznym. Patrząc z perspektywy czasu uważam to za jedną z największych porażek w historii rocka…

Gnidrolog (1971)
Jedno z niewielu zachowanych zdjęć zespołu(1971).

Zespół powstał w 1969 roku z inicjatywy braci bliźniaków: Colina i Stewarta Goldring’ów. W ich rodzinnym domu muzyka klasyczna była od zawsze. Już w wieku 11 lat byli członkami miejscowej orkiestry symfonicznej grając na skrzypcach i instrumentach dętych. Nieco później zainteresowali się współczesnymi rytmami i gitarą. Mając lat 15 często występowali w lokalnych klubach, a zaraz po skończeniu szkoły, jako duet gitar klasycznych, regularnie dawali koncerty. Gdy odkryli możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej postanowili rozszerzyć skład, a że wieści rozchodziły się szybko jako pierwszy zgłosił się do nich perkusista Nigel Pegrum. Były członek grupy Spice (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Uriah Heep) oprócz bębnienia doskonale opanował grę na fortepianie, flecie i oboju. Problem był basista; w końcu po serii przesłuchań znaleziono odpowiedniego kandydata – był nim Peter „Mars” Cowling. Nazwa zespołu została wymyślona przez braci. Tajemniczo brzmiące miano GNIDROLOG okazuje się być anagramem ich nazwiska do którego dodano  literkę „o”.

Mimo zdecydowanie różnych gustów muzycznych próby zespołu odbywały się bez żadnych sporów. Główny nacisk położono na granie zespołowe bez epatowania solowymi popisami. Improwizacja była podstawą każdej nowej kompozycji, z której potem wyłaniał się jeden wiodący temat. Przez sześć miesięcy ciężkiej wielogodzinnej pracy szlifowali autorski materiał. Potem przyszła seria koncertów i pierwsza większa trasa z The Kinks z wypadem do Niemiec. Liznęli też rock’n’rollowego stylu życia z zakrapianymi alkoholem nocnymi imprezami, LSD i marihuaną na czele. Na szczęście wszystko było pod kontrolą. Głównym celem zespołu w tym czasie było podpisanie kontraktu płytowego. Po długich i nieudanych próbach fortuna w końcu uśmiechnęła się do nich – jesienią 1971 roku pod swój dach zespół przyjęła wytwórnia RCA Records. Z producentem Johnem Schroederem z miejsca przystąpiono do nagrania debiutanckiego albumu. Schroeder, wbrew naciskom szefów RCA domagających się szybkiego wydania singla z przebojowym kawałkiem, odniósł się z wielkim szacunkiem do muzyków i prawie nie ingerował w proces twórczy. Płyta „In Spite Of Harry’s Toenail” ukazała się na początku 1972 roku i miała całkiem niezłe recenzje (czego nie można powiedzieć o sprzedaży), a to zainspirowało muzyków do podjęcia dalszych działań. Do zespołu dołączył nowy muzyk, saksofonista John Earle. W rozszerzonym składzie sześć miesięcy później weszli do londyńskiego Morgan Studios nagrywając materiał na drugi krążek. Album „Lady Lake” wydano w grudniu tego samego roku.

Bajeczna okładka płyty "Lady Lake" (1972)
Bajeczna okładka płyty „Lady Lake”  (1972) autorstwa Bruce’a Penningtona.

Płyta zaczyna się od ich klasycznego utworu „I Could Never Be A Soldier”. W dzisiejszych czasach kompozycja ta, z ponadczasową melodią zaliczana jest do elitarnych dzieł wczesnego rocka progresywnego. Zespół wytoczył tu wszystkie swoje atuty: obecność dwóch flecistów oferujących bujne dźwięki w stylu Jona Andersona z Tull, gitarowe zagrywki Stewarta Goldringa z pełną pasji hard rockową solówka pod koniec nagrania, baśniowy głos jego brata Colina, przepiękne melodie, cudowny refren, wyśmienicie napędzany bas Petera Cowlinga (przypominający nieco to, co King Crimson zbudował dwa lata później na „Starles And Bible Black”), uroczy folkowy klimat i saksofon Johna Earle, który znakomicie prowadzi cały utwór. Do tego bezpretensjonalny, pacyfistyczny tekst, który w 1967 roku mógłby stać się hymnem kontestującej młodzieży…  Następny numer, „Ship”,  jest po prostu PIĘKNY! Ma w sobie coś z atmosfery słonecznej Kalifornii i okolic San Diego z widokiem na spienione fale Oceanu Spokojnego, a do tego kolejny cudowny tekst tym razem o ekologii… Śliczna akustyczna miniaturka „A Dog With No Collar” jest chwilowym oddechem przed najbardziej awangardowym, wymagającym większego skupienia nagraniem tytułowym.

Tył okładki
Tył okładki

Ponad ośmiominutowy „Lady Lake” jest centralną częścią repertuaru tego albumu pokazując najbardziej „odjazdową” stronę zespołu. Progresywny trend sprytnie został wykorzystany do jazz  rockowego, fantazyjnego grania. Główną rolę grają tu instrumenty dęte; gra Johna Earle ma w sobie coś kreatywnego, a zarazem nerwowego, co oczywiście mi nie przeszkadza, a jego końcowe solo jest wręcz obłędne! Kapitalna linia basu, wykorzystanie fletu, rogu i wiolonczeli, gęste brzmienie, wysublimowana gra perkusji, niesamowity rozmach aranżacyjny… ach, długo by tak można jeszcze pisać… A potem jakby z innego świata, miłosna pieśń „Some Dreams” z gościnnym udziałem Charlotte Fendrich na fortepianie. Całość  emocjonalnie zaśpiewana przez Colina z gitarowym podkładem, miękkim basem i obojem, na którym zagrał perkusista Nigel Pegrum. Perełka… „Social Embarrassment” przenosi nas w w okolice Canterbury z całą baterią dętych: obój, rogi, flet i pojedynkiem saksofonowym na czele, agresywnym dźwiękiem wiolonczeli, pochodami basu, nieco zabawnym wokalem (w tej roli John Earle), perkusyjnymi łamańcami i jazzowymi gitarowymi riffami. Uf! Sporo się dzieje, a wszystko idzie tak szybko, że łatwo przeoczyć różne smaczki. Niesamowite zakończenie niesamowitej płyty. Stworzonej przez muzyków z miłością do muzyki. Płyta „Lady Lake” to czysty klasyk. Muzyczny Rembrandt widziany oczami Andy Warhola…

Recenzje albumu „Lady Lake” były znakomite. Jednak muzyka GNIDROLOG, zbyt inteligentna dla mas, nie sprzedała się. Zdając sobie sprawę, że na takiej muzyce nie można zarobić wytwórnia RCA rozwiązała umowę z zespołem, który wkrótce rozpadł się.

Nigel Pegrum podjął współpracę ze Steeley Span, Peter Cowling związał się z gitarzystą Pat’em Travers’em. Bracia Goldring w 1976 roku założyli punkowy(!) zespół Pork Dukes, oraz zajmowali się pracą sesyjną. Do dziś występują na scenie jako duet grający na gitarach akustycznych…

Meksykański totem: La Revolucion de Emiliano Zapata (1971)

W erze psychodelicznego rocka i pod wpływem amerykańskich hipisów grupa młodych przyjaciół pod wodzą gitarzysty Javiera Martina del Campo powołała do życia zespół LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. To był czas długich bokobrodów, kwiaciastych koszul, spodni dzwonów. I narodzin meksykańskiego ruchu zwanego La Onda, który wypłynął na fali kontrkultury lat 60-tych. Owych buntowników nazywano onderos, macizos, lub po prostu jipitecas (czyli hipisów). Członkowie grupy mieszkali w Jardines del Bosque – nowej dzielnicy meksykańskiej metropolii Guadalajara. Ta bardzo nowoczesna pod względem architektonicznym część miasta zaprojektowana w 1957 roku od początku budowy budziła kontrowersje i wiele emocji; ku rozpaczy mieszkańców powstała bowiem na obszarze wyciętego niemal w pień prastarego lasu Santa Edviges.

Młodzież z Gudalajary  zafascynowana była w tym czasie muzyką z Anglii i amerykańskim rockiem, a lokalne grupy takie jak Los Spiders, La Fachada de Piedra (jak ja uwielbiam takie nazwy!), Blue Jeans i kilka innych cieszyły się sporą popularnością. LA REVO (jak w skrócie nazywano zespół) zaczynali od grania popularnych piosenek, ale we własnej, oryginalnej interpretacji na okolicznościowych imprezach, ulicach i placach targowych Jardines del Bosque. Ich sława jako bardzo sprawnie grającego zespołu rockowego szybko rozeszła się po całym mieście. Wkrótce grali już we francuskim kasynie, w prestiżowym klubie „Lions” i wielu innych miejscach.

La Revolucione de Emilio Zapata
Występ grupy La Revolucion de Emiliano Zapata w klubie „Lions”

Wielkim krokiem naprzód był udział w konkursie zorganizowanym przez stację radiową „Radio ondas de la alegria” (ang. Waves Of Happiness Radio), w którym uczestnicy musieli na żywo wykonać własny, premierowy kawałek. LA REVO w bezpośrednim telefonicznym głosowaniu słuchaczy zdobyli główną nagrodę – kontrakt z wytwórnią płytową. Jak widać gra warta była świeczki… Ludzie z Mexico City czując dobry interes szybko zlecieli się, żeby ich zatrudnić. Kapela przez kilka miesięcy zwlekała z podpisaniem umowy; żadna nie gwarantowała pełnej swobody artystycznej, na której tak im zależało. Dopiero Polydor Records zapewnił kontrakt, który usatysfakcjonował obie strony. I tak  rozpoczął się krótki, ale bardzo udany wypad do świata muzyki rockowej. Z nowymi pomysłami, premierowymi kompozycjami i poczuciem kreatywności przenieśli się do stolicy kraju, Mexico.

W tym czasie zespół tworzyli: Oscar Rojas Gutierrez (wokal), Javier Martin del Campo (gitara), Francisco Martinez Orlenas (bas), Antonio Cruz Carbajal (perkusja), oraz Carlos Valle Ramos (gitara). W 1970 roku ukazał się pierwszy singiel grupy. Mała płytka „Nasty Sex/Still Don’t (Not Yet)” była forpocztą dużego albumu. Piosenka ze strony „A” okazała się hitem nie tylko w Meksyku. „Nasty Sex” gościła na czele list przebojów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w wielu krajach Zachodniej Europy. O egzotycznym zespole z odległego (jak dla Europejczyka) zakątka Ziemi zrobiło się głośno. Nic więc dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem czekano na dużą płytę. Ta ukazała się kilka miesięcy później, na początku 1971 roku.

"La Revolucion de Emiliano Zapata" (1971)
Front okładki płyty „La Revolucion de Emiliano Zapaat” (1971)

Album „La Revolucion de Emiliano Zapata” zawiera dziewięć autorskich kompozycji. Słychać, że grupa inspirowała się angielskim i amerykańskim rockiem od Erica Burdona, Ten Years After i The Rolling Stones, po Creedence Clearwater Revival, Quicksilver Messenger Service i Blue Cheer… Wszystkie teksty śpiewane były po angielsku, choć niektórzy onderos nie byli z tego zadowoleni. Według nich nazwa grupy obligowała do śpiewania w ojczystym języku… Całość otwiera przebojowy „Nasty Sex” w swej pełnej, siedmiominutowej wersji. Kontrowersyjny tekst mówiący o dziewczynie, która uprawia swobodny seks z dopiero co poznanym rocanroleo był pewnie dla wielu szokujący, choć czy aby na pewno..? Klimatem utwór przypomina mi „Born On The Bayou” CCR, z lekką domieszką „Honky Tonk Woman” Stonesów. Nagranie ozdabiają  wspaniałe  psychodeliczne solówki gitarowe Javiera Martina del Campo w stylu Johna Cipolliny… Nabuzowana energią „Melynda” z ostrą perkusją i gitarowym fuzzem to czysty hard rock w stylu lat sześćdziesiątych. W końcówce świetne solo del Campo, które wbija się w pamięć.  Nie za długie, ale i nie krótkie – proporcje zachowane wzorowo. The Who takim kawałkiem z pewnością by nie pogardzili… Pół akustyczna, kojąca uszy ballada „I Wanna Know (Quiero saber”)  rozbraja mnie czarującą partią harmonijki ustnej i delikatnym, ledwo słyszalnym dźwiękiem fletu. Idealna jako podkład do filmowej sceny z westernu: wąsaty Vagueros z okrągłym sombrero na głowie śpiewa przy ognisku piosenkę o miłości do swej ukochanej Conchity, którą zostawił daleko stąd w małym pueblo. No, albo coś w tym stylu…

Tył okładki.
Tył okładki limitowanej, kompaktowej reedycji albumu. (Polydor 2009).

Dramatyczny „If You Want It (Si tu lo quieres)” to absolutny majstersztyk rockowego grania na dwie gitary prowadzące. Nie ma tu jednak pojedynku między gitarzystami o to kto lepiej zagra swoją partię, czyje solo będzie piękniejsze. Kapitalny numer, który zawsze odsłuchuję z niekłamaną radością… Rozbujany, pełen wirujących psychodelicznych gitar „Shit City (Ciudad perdida)”, lżejszy i spokojniejszy „A King’s Talks (Platicas de un rey”), oraz „Still Don’t. Not Yet (Todavia nada)” to już acid rock amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża w swej najczystszej postaci nawiązujący do stylu Grateful Dead i Jefferson Airplane. Oryginalny longplay kończą dwie urocze piosenki: akustyczna „At The Foot Of The Mountain (Al pie de la montana)” z użyciem ludowej fujarki i utrzymana w stylu San Francisco sound „Under Heavens (Bajos los cielos)”. Obie potwierdziły, że w ich muzyce oprócz mocnego brzmienia liczy się też melodia… Na kompaktowej reedycji, którą Polydor wznowił w limitowanej (numerowanej) wersji w 2009 roku znalazły się trzy bonusy: wcześniej nie publikowany, nieco senny  „Gonna Leave (Vamos a alejamos)”, nagranie „Pig” ze strony „A” trzeciego singla, oraz czterominutowa wersja przeboju „Nasty Sex” pochodząca z rzadkiej EP-ki wydanej w 1971 roku w Europie…

Album okazał się wielkim sukcesem LA REVO przy okazji przecierając szlak dla innych meksykańskich wykonawców. Sam zespól zaczął intensywny, rock’n’rollowy tryb życia, Wszystko toczyło się w zawrotnym tempie; niezliczone pielgrzymki do różnych stacji telewizyjnych, setki wywiadów, tourne tutaj, noc w Monterrey, wschód słońca w Oaxaca.., Sława, ale też chaos, szum medialny i zmęczenie. Terminy mieli tak napięte, że zrezygnowali z występu w Festival Rock y Ruedas de Avandaro – pierwszym meksykańskim festiwalu rockowym w Avandaro (odpowiednik  amerykańskiego Woodstock) w 1971 roku. Do dziś onderos nie mogą im tego wybaczyć…  Prawda była taka, że w tym samy czasie zespół brał udział w zdjęciach do filmu „Prawdziwe powołanie Magdaleny”. Główną rolę w tym filmie zagrała bardzo popularna piosenkarka i aktorka nowego pokolenia Angelica Maria. W filmie można zobaczyć (fikcyjny) występ zespołu z Angelicą na.. festiwalu w Avandaro (sic!). Oszustwo? Raczej sztuka filmowego montażu.  Obraz okazał się jednak hitem, a ścieżkę dźwiękową zatytułowaną „HOY – nada del hombre me esjeno” uznaje się za drugi oficjalny krążek LA REVO

Muzyczne koncepcje członków zespołu zaczęły coraz bardzie różnić się od siebie. Spory, osobiste kłótnie, niezdrowe emocje zaczęły brać górę wyzwalając agresję, serię walk i absurdalne nieporozumienia. Zaczęły się zmiany w składzie. Jako pierwszy, w 1974 roku z grupą pożegnał się Oscar Gutierrez, wokalista,  frontman i twarz zespołu. Zmęczony miastem jak i całą tą niezdrową atmosferą rozpoczął proces upadku LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. Grupy, która nie tylko przez onderos nazywana jest Totemem meksykańskiego rocka

PS. Zespół pod wodzą Martina del Campo istnieje do dziś. Nagrywa, koncertuje, pokazuje się w TV. Tyle, że wykonuje już zupełnie inną muzykę, daleko odbiegającą od tej z lat 70-tych. Banalne, proste i słodkie piosenki o miłości podszyte rodzimym folklorem adresowane są głównie do turystów. Tych z bogatym portfelem. I tej zdrady najstarsi onderos, macizos i jipitecas nigdy w życiu nie wybaczą gitarzyście LA REVO

Chemiczna formuła rocka: P2O5 „Vivat Progressio – Pereat Mundus” (1978)

Zespół P2O5 powstał w 1970 roku w bawarskim miasteczku Wendelnstein oddalonym zaledwie 12 km na południe od Norymbergi. Wolfgang Burkhard (klawisze), Rainer Hauser (gitara), Helmut Hiebel (bas, wokal) i Eddie Lotter (perkusja) uczyli się w tej samej szkole średniej. Nazwa grupy została wymyślona podczas lekcji chemii. Tajemnicze P2O5 to nic innego jak… wzór chemiczny  pięciotlenku fosforu. Stosuje się go do osuszania gazów, oraz do usuwania najmniejszych śladów wilgoci. I nie jest to na pewno „chemiczna formuła materiału wybuchowego” jak zapowiedział spiker wywołujący kwartet na scenę wiosną 1971 roku. Ów sceniczny debiut odbył się na miejscowym Rynku, tuż obok popularnego pubu Zu Den Grei Linden. Tym samym, w którym jeszcze tak niedawno przy kuflu z piwem snuli marzenia o scenicznej karierze.

Ten pierwszy koncert poparty był długimi próbami w przeróżnych miejscach: szkolnej sali, opuszczonym strychu, starej szopie z dziurawym jak sito dachem, zagraconej wilgotnej piwnicy. Do tego zagrany na kiepskim, amatorskim sprzęcie. Mimo to grupa była z niego bardzo zadowolona. Publiczność też, czego przykładem gorące przyjęcie rockowej ballady „Hangman” – pierwszej wspólnej kompozycji zespołu. Kolejne występy zaczęły gromadzić coraz większą liczbę fanów… Rok później grupę opuścił Rainer Hauser (ustrzeliła go strzała Amora), którego zastąpił Konny Hempel. Po dwóch latach chciał wrócić, ale Konny był tak świetnym gitarzystą, że pokazano mu drzwi… Ich występy z użyciem pirotechniki, płonącymi pochodniami, mgłą snującą się po podłodze i twarzami pomalowanymi tak jak Kiss (na długo zanim zespół Kiss stał się sławny w Europie) były dodatkową atrakcją zwiększając rosnącą popularność P2O5 daleko poza Bawarią.

Grupa P2O5
P2O5. Od lewej: E. Lotter, H. Hiebel, K. Hempel, W. Weiss, W. Burkhard (1975).

Zmieniła się też muzyka , która zaczęła opierać się na progresywnym i mistycznym brzmieniu zbliżonym do Pink Floyd z domieszką Black Sabbath i Paternoster. Z dzisiejszego punktu widzenia można powiedzieć, że wyprzedzali swój czas, byli krok do przodu przed innymi niemieckimi zespołami. Nie dziwi więc, że w pewnych kręgach zyskali status zespołu kultowego; paradoksem było też to, że brak oficjalnych nagrań potęgował większe zainteresowanie grupą.

Jednym z najbardziej znaczących momentów tego okresu było zaproszenie zespołu do wzięcia udziału w tzw. „konkursie młodych talentów” zorganizowanym przez bawarską stację radiową Bayerischer Rundfunk. P2O5 zajęli wysokie, drugie miejsce w kategorii „muzyka rockowa”. W nagrodę ich kompozycja „Obolus Machine” gościła przez jakiś czas na radiowej antenie w popularnym programie muzycznym „Musikalische Leichtgewichte”. Taka tam darmowa promocja… Rok 1975 przyniósł następną zmianę kadrową – do zespołu dołączył wokalista Werner Weiss, którego głos w stosunku do ochrypłego, gotyckiego śpiewu Helmuta Hiebela brzmiał łagodniej i melodyjniej, a do tego miał znacznie szerszą skalę. W następnym roku zespół zdecydował, że nadszedł najwyższy czas aby utrwalić na taśmie kilka nagrań. Nie wiedzieć czemu zwlekał z tym pomysłem dość długo, bo aż do października… 1978 roku! Na dodatek muzycy wybrali tanie i (delikatnie mówiąc) dość ubogo wyposażone studio nagraniowe należące do niewielkiej norymberskiej wytwórni płytowej Brutkasten. Album tajemniczo zatytułowany „Vivat Progressio – Pereat Mundus” (Żyj postępem – choćby świat miał zginąć.) ukazał się jeszcze tego samego roku.

P2O5 "Vivat Progressio - Pereat Mundus" (1978)
Kompaktowa reedycja płyty P2O5 z  dwoma bonusami (2007).

Niewielki budżet jakim dysponowali muzycy pozwolił na wytłoczenie zaledwie 600 płyt z czego 500 na czarnym winylu plus 100 kopii na kolorowym. Cóż, można zażartować, że album ukazał się w limitowanym nakładzie…

„Vivat Progressio…” to osiem bardzo solidnych kompozycji, w których hard rock miesza się z prog rockiem wzbogacony klawiszami (organy, syntezator) i melodramatycznym, angielskim wokalem. „Comin’ Over Again” ma prosty nieskomplikowany rytm nabijany przez perkusistę i ładną melodię wygrywaną przez gitarzystę. I kiedy wydawałoby się, że nic tu się nie wydarzy końcówka przeradza się w zapierającą dech wściekłą galopadę… Równie mocnym kawałkiem jest „Undumufu (All Right)” z fajnym basem, delikatnymi klawiszami w tle i doskonale dozowanymi partiami gitary; z kolei „Smash” okraszony został cudowną solówką Hempela.

Tył okładki CD wytw. Garden Of Gelight (2007)
Tył okładki CD wytwórni Garden Of Delights (2007)

W spokojnym „Morning Of The Ants” dominują klawisze, ciężki bas i głos wokalisty opowiadający swą smutną opowieść. Jeszcze bardziej melancholijny nastrój mamy w najdłuższym, ponad 7-minutowym utworze „I Didn’t Care”. Ten toczący się niczym walec drogowy niesamowity numer to wzorcowy przykład rocka progresywnego oparty na brzmieniu organów, mocnej sekcji rytmicznej i snujących się jakby od niechcenia dźwięków elektrycznej gitary. Te kilka minut mija jak kilka sekund. Ciary! A jest jeszcze przecież „Hangman” – przepiękna rockowa ballada pamiętająca czasy scenicznego debiutu grupy w rodzinnym Wendelnstein. Jestem święcie przekonany, że gdyby ukazała się wówczas na singlu cieszyłaby się ogromną popularnością! Ma w sobie coś z klimatu balladowych pereł Procol Harum, The Moody Blues, węgierskiej Omegi. Słuchana kilkakrotnie pod rząd uzależnia… „Step Of My Face” ze zmiennym tempem, fajną linią melodyczną, kapitalną solówką gitarową okazuje się być kolejną perłą tego wydawnictwa. Całość kończy energetycznie zagrany, bardzo dynamiczny „Memories” potwierdzający łatwość z jaką zespół poruszał się w diabelnie ciężkim rocku.

P2O5. Helmut Hiebel, Konny Hempel, Eddy Lotter, Wolfgang Burkhard
P2O5. Helmut Hiebel, Konny Hempel,Eddy Lotter, Wolfgang Burkhard

Jakość nagrań na płycie była (nie oszukujmy się) daleka od ideału. Dwa bonusy dołączone do kompaktowej reedycji wytwórni Garden Of Delights z 2007 roku brzmią o niebo lepiej. Koncertowa wersja „Hangman” ma dużo większą dynamikę, jest bardziej przestrzenna. Teraz można w pełni docenić potęgę tej niezwykłej kompozycji… Monumentalne „Paradise” z pięknym solem saksofonu, znakomitą (kolejną!) solówką gitarową, powłóczystymi klawiszami i żarliwym, dramatycznym wokalem Weissa jest absolutnym majstersztykiem progresywnego rocka! Takich nagrań wciąż mi mało i mało…

Po 1980 roku w zespole zaczął się kryzys. Najpierw odszedł Burkhard, potem Hiebel, a tuż za nim Hempel. Sytuację próbował ratować perkusista Eddy Lotter. Dobierając kilku nowych muzyków zarzucił granie oryginalnych utworów przestawiając się na covery Black Sabbath i Judas Priest. Nie wróżyło to dobrze. Nieuchronne załamanie przyszło szybko –  w lipcu 1982 roku ogłoszono, że P2O5 przestało istnieć…

Losy członków potoczyły się różnymi torami: Hempel sprzedawał rowery w swoim sklepie, Weiss zarabiał jako taksówkarz, Hiebel został programistą, Lotter założył małą firmę budowlaną. Wolfgang Burkhard zmarł w 2004 roku…

Don Kichot z Walencji – Eduardo Bort (1975).

Każdy ambitny Artysta jest po trochu Don Kichotem, który fantazją i zamierzeniami wykracza poza przyjęty stan rzeczy i możliwości.

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Beatlesów, których młody Eduardo pokochał od pierwszego nagrania jakie usłyszał w samochodowym radio jadąc z ojcem do szkoły. I to był ten moment, który tak naprawdę zadecydował o dalszym życiu młodzieńca. Nie wiemy, czy to wówczas zakiełkowała w nim myśl o byciu muzykiem. Faktem jest, że już pod koniec lat 60-tych zaczął grywać na gitarze w rodzinnej Walencji w grupach Los Exciters , Los Boodgies i La Oveja Negra… Niestety w czasach dyktatury generała Franco muzyka rockowa w Hiszpanii była piętnowana przez ówczesnych dysydentów i praktycznie została zepchnięta do głębokiego „podziemia”. Bort zdając sobie sprawę, że nie spełni się w rodzinnym kraju zaczął podróżować po Europie szukając tam swego miejsca. Jako muzyk sesyjny udzielał się w licznych sesjach nagraniowych głównie w Szwajcarii, Niemczech i Anglii. Ocierając się o wspaniałych muzyków, grając w najbardziej złożonych produkcjach pod kierunkiem świetnych producentów gromadził doświadczenie, które jak mniemał zaprocentuje w przyszłości. Zaczął też tworzyć pierwsze autorskie kompozycje będące zalążkiem późniejszej dużej płyty.

W Paryżu związał się z francuską grupą Out, z którą nagrał cztery piosenki. Singiel miała wydać mała niezależna wytwórnia Out Music wiosną 1973 roku. Z niewiadomych do dziś powodów mała płytka nigdy się nie ukazała. Same nagrania przepadły bez wieści, tak jak i zespół Out… To przesądziło sprawę. Bort przejrzał na oczy. Nic go tu nie trzymało, nie miał żadnych zobowiązań. Naładowany pozytywną energią, z głową  pełną pomysłów wrócił do rodzinnej Walencji. Tam, w domowym zaciszu postanowił popracować nad nowym projektem. Źródłem jego inspiracji była literatura fantastyczna H.P. Lovercrafta i wspaniałe opowieści anglo-irlandzkiego powieściopisarza Lorda Dunsany’ego.  Jedno z nich, opowiadanie „Idle Days On The Yann” („Beztroskie dni na rzece Yann”) należące do kanonu literatury fantastycznej zrobiło wielkie wrażenie na Eduardo. Tak wielkie, że swe pierwsze nagranie gitarzysta zatytułował „Yann”.

Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)
Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)

Gdy praca nabrała kształtu, Eduardo zajął się szukaniem osób, które byłyby w stanie zrealizować jego pomysł. Wymagania miał spore, a muzyczna scena Walencji wyglądała ubogo. Czuł, że mogą być kłopoty, choć jednej osoby był pewien. Z Jose Soriano znał się od lat i wierzył, że tylko on zdolny jest wyczarować na syntezatorze dźwięki, które chodziły mu po głowie… Basista Marino Hernandez sąsiad mieszkający dwa domy dalej(!) pogrywał w jazzowej formacji, w której za bębnami siedział Vincente Alcaniz. Obaj ochoczo przyjęli propozycję Borta. Szczególnie Vincente oczarowała Borta. „Talerze obsługiwał bosko, czuło się dużą przestrzeń, a jego bębnienie momentami przypominał styl King Crimson.” Ostatnim nabytkiem grupy, którą Bort nazwał YANN (bo jakże by inaczej) był wokalista Miguel Font. Do projektu dołączył także kolejny pasjonat prozy Lovercrafta, Juan Beltran, który po wysłuchaniu próbnych nagrań „Cuadros de tristeza” zakochał się w projekcie i zaproponował napisanie wszystkich tekstów. Bort był tak skoncentrowany na muzyce, że przybycie Beltrana uznał za znak Opatrzności.

Na parterze domu w dzielnicy Campanar odbyli setki godzin prób polerując tematy, próbując różnych aranżacji, pieszcząc szczegóły. Nie mając kontraktu z wytwórnią płytową udali się w 1974 roku do Madrytu. Tam, w wynajętym studiu nagraniowym Audiofilm, które z własnej kieszeni opłacił Eduardo zarejestrowali materiał na album. Czuli, że to co stworzyli było kamieniem milowym w tym kraju. Z drugiej strony Bort zdawał sobie sprawę, że trudno będzie wydać  go w Hiszpanii. Zdecydował się pojechać z gotowym materiałem do Anglii i tam spróbować szczęścia. W podróży wspierała go Judith Wardle, dobra dusza zespołu, która załatwiła mu dojście do Joopa Vissera, jednego z najbardziej wpływowych menadżerów w przemyśle płytowym, szefa A&R oddziału EMI. Tego samego, który odkrył grupę Queen. Wchodząc do biura EMI w Londynie Eduardo nie mógł uwierzyć, że stąpa po tych samych schodach, na których Beatlesi kilka lat wcześniej zrobili swą słynna sesję zdjęciową. Serce miał w gardle… Judith uprzedziła go, że ma najwyżej 3-4 minuty by przekonać Joopa Vissera do swojego projektu. Eduardo Bort: „Zanim zostaliśmy wezwani czekaliśmy kilka minut, które trwały całą wieczność. Po przywitaniu i krótkiej prezentacji Joop rozsiadł się w fotelu, umieścił taśmę w magnetofonie i zaczął słuchać. Pierwsze nagranie, potem następne… Był mocno skupiony. Na moment zatrzymał taśmę a ja zamarłem. On zaś spytał tylko  „Kto to wyprodukował?” Judith oczami wskazała na mnie, po czym kontynuował słuchanie. Nie zatrzymał się dopóki nie wysłuchał całości. Zanotował coś w notesie, zapytał o skład grupy, kompozytora, producenta. W końcu wstał, wyciągnął rękę z gratulacjami i powiedział: „Musisz przyjechać do Anglii i zamieszkać tutaj przez trzy miesiące, bym mógł unormować twoją sytuację prawną. Jeśli spędzisz to lato w Anglii jesienią będziesz rezydentem, a pod koniec tego roku, lub na początku nowego EMI wypromuje was w wielkim stylu. Musisz tylko przekonać pozostałych, by zrobili to samo.” Nie wierzyłem w to co usłyszałem. To było jak sen!”

Plakat zapowiadający koncert Borta
Plakat zapowiadający solowe koncerty Borta (1974 )

Obietnica Vissera otwierała szerokie horyzonty przed grupą YANN. Kiedy po powrocie do Walencji z entuzjazmem opowiadał co się wydarzyło nie uwierzyli mu! O porzuceniu kraju dla mglistych obietnic EMI i iluzorycznej kariery nie chcieli słyszeć. Każdy z nich miał swoje życie – ktoś właśnie się ożenił, ktoś inny kupił dom, ten miał chorą matkę… Bort wściekł się nie na żarty. Oto otwierała się przed nimi wszystkimi szansa, być może szansa życia, a oni mu tu jakieś pitu pitu i dyrdymały opowiadają. Jedynie perkusista skłonny był podążyć za swym liderem. Rozgoryczony całą sytuacją gitarzysta podjął nieodwracalną decyzję o  rozwiązaniu grupy ogłaszając, że będzie pracował na własny rachunek. W akcie desperacji chciał zniszczyć kopie albumu i taśmę matkę. Powstrzymała go Judith. Wierna niczym giermek Sancho Pansa wytrwale stojąca u boku rockowego Don Kichota przekonała go, że musi doprowadzić  dzieło do końca. Eduardo Bort przemyślał sprawę, a że rysa w sercu była głęboka zdecydował wydać płytę pod własnym nazwiskiem. Album, ozdobiony okładką lewitującego wśród gwiazd gitarzysty, ukazał się dokładnie rok później, tuż po upadku reżimu generała Franco nakładem hiszpańsko-portugalskiej wytwórni Movieplay

Album "Eduardo Bort" (1975)
Okładkę albumu „Eduardo Bort”  zaprojektował Fernando Bucho.

Płyta „Eduardo Bort” to sześć utworów trwających niewiele ponad trzydzieści sześć minut muzyki. Mało! Czuję niedosyt!!! Takie rockowe progresywne granie o symfonicznym brzmieniu połączone z szalejącą gitarą przeplataną romantycznymi wstawkami ozdobione elementami hiszpańskiego folku są balsamem na moje uszy. I chyba nie tylko moje…

Ten piękny album rozpoczyna się od podzielonej na dwie części kompozycji „Thougts”(w oryginale „Pensamientos”). Pierwsza część zaczyna się od użycia gitary akustycznej, by później przekształcić się w potężny motyw progresywnego rocka z częstą zmianą rytmu, intensywnym solem perkusyjnym i partią klawiszy na moogu. W drugiej ostra gitara współgra z przenikliwym, wysokim wokalem; w połowie numeru piękna akustyczna wstawka nadała mu głębię i przestrzeń a kończące gitarowe solo chwyta za serce… „Walking On The Grass” („Paseando sobre la hierba”) podąża w tym samym progresywnym kierunku. Delikatny początek z wykorzystaniem fletu, instrumentalne pasaże pełne dźwięcznego bogactwa,  partie wokalne rozpisane na głosy i kończąca ten dziewięciominutowy utwór frenetyczna gitarowa solówka to istne (nie jedyne na tej płycie) arcydzieło progresywnego rocka! Jeśli już mówić o solówkach gitarowych Eduardo, to z całym szacunkiem chylę czoło przed tą zagraną w „Pictures Of Sadness” („Cuadros de tristeza”) przypominająca średniowieczne i romantyczne czasy. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najlepsza solówka gitarowa nagrana do tej pory w Hiszpanii! Użycie melotronu przybliża klimat utworu do lirycznych momentów pierwszych płyt King Crimson i Pink Floyd z okresu płyty „Meddle”. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..? Z kolei instrumentalny „Yann” mógłby być częścią arcydzieła Steve’a Hillage’a  Fish Rising. Wspaniały pojedynek pomiędzy klawiszami (mini-moog, melotron) a gitarą prowadzi do finałowego, niemal duszpasterskiego „En las riberas del Yann”. Ta ośmiominutowa kompozycja zaczyna się dźwiękami melotronu, któremu wtóruje akustyczna gitara i balladowy śpiew wokalisty. W okolicach trzeciej minuty zmiana tempa – z rozmachem, w stylu Yes, eksploduje ciężkie progresywne granie. Świetnie wykorzystany elektryczny bas Hernandeza podbija dynamikę utworu, zaś sam Eduardo ze swą niezawodną techniką gry jak zwykle jest doskonały i perfekcyjny w każdym calu…

Promocja albumu była słabiutka, można wręcz powiedzieć – żadna. Nic dziwnego, że przepadł on w epoce niezauważony. Dziś jego cena na giełdach płytowych sięga 1500 $… Co ciekawe –  utwór „Pictures Of Sadness” był grany w europejskich stacjach radiowych takich jak BBC, RNE, RTF, oraz przez legendarną piracką rozgłośnię Radio Caroline. Jak głosi plotka (niepotwierdzona) płytę do tych rozgłośni ponoć wysyłał sam Bort – współczesny, rockowy Don Kichot z Wenecji, który nie miał szczęścia przebić się ze swoją muzyką poza swój kraj…

Diament w kolczastym drucie. DIES IRAE – „First” (1971)

Saarbrucken – przemiłe miasto położone nad rzeką Saarą w południowo-zachodnich Niemczech graniczące z Francją i Luksemburgiem ze swą uroczą barokową architekturą i francuską atmosferą – było rodzinną kolebką zespołu DIES IRAE. To tu w 1968 roku zespół zadebiutował w jednym z lokalnych klubów i tu zakończył swą krótką działalność.  Pozostawił po sobie singla i duży album zatytułowany „First”. Ironiczny tytuł biorąc pod uwagę, że nie doczekaliśmy się  kontynuacji w postaci albumów „Second”, „Third”… Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że nie było w tym za grosz winy samych muzyków.

Wszystko zaczęło się nad wyraz banalnie. Licealista Rainer Wahlmann podczas nudnych (jego zdaniem) lekcji pisał teksty do swych wyimaginowanych rock’n’rollowych piosenek. Będąc w podstawówce pokochał Elvisa, Eddiego Cochrana, Buddy Holly’ego, Billa Haleya. W szkole średniej był na etapie fascynacji brytyjskiej inwazji muzycznej: The Searchers, Animals, The Who, Kinks i całej reszty im podobnych. Tyle, że tej fascynacji nie podzielał ojciec Rainera. Silny nacjonalizm utrwalił w nim miłość do tradycyjnych niemieckich piosenek, którymi „karmił” syna od kołyski. Nienawidził „muzyki wroga”, tych wszystkich zepsutych zespołów i ich piosenek. Z pogardą mówił, że rock’n’roll to „muzyka brudnych amerykańskich Czarnuchów…”  Któregoś dnia wpadł do pokoju syna i w napadzie szału wyrzucił przez okno gramofon i płyty Stonesów. To przechyliło szalę goryczy; młodzieniec podjął jedną z ważniejszych decyzji w swym życiu: „Zdecydowałem, że będę walczył o wolność myśli i tolerancję nie siłą a muzyką. Zebrałem kilku kumpli z klasy i zaczęliśmy ćwiczyć. Nie umiałem grać, ale miałem coś do powiedzenia. I tak zostałem wokalistą. A w zasadzie udawałem, że nim jestem. Przynajmniej na początku…” To, co zaczęło się jako bunt i akt oporu nastolatka tak naprawdę uruchomiło muzyczną karierę Rainera i jego zespołu.

Dies Irae
DIES IRAE (1971). Od lewej: R. Wahlmann (voc), J. Schiff (gb), H. Thoma (g), A. Cornelius (dr)

Joachim Schiff grający na gitarze siedział razem z Rainerem w jednej szkolnej ławce. Nieco później dołączył do nich świetny gitarzysta Harald Thoma, co zmusiło Schiffa do grania na basie. Kłopot był z perkusistą. W ciągu roku przewinęło się ich kilku, ale żaden nie zagrzał miejsca na dłużej… Pod nazwą The Flash (1966/67) grali piosenki Beatlesów, Stonesów, The Kinks… Gdy odkryli fantastyczne zespoły bluesowe takie jak Bluesbreakers Johna Mayalla, The Yardbirds, Fleetwood Mac, Cream, Taste, oraz amerykańskie legendy gatunku – Muddy Watersa, BB Kinga, Willi Dixona, Howlin’ Wolfa wiedzieli, że pójdą w progresywną muzykę.

Zmienili nazwę na DIES IRAE wraz z przyjściem młodziutkiego Manni von Bohra. Niestety przyszły niemiecki papież perkusji (jak się dziś o nim mówi) z uwagi na to, że nie zdał szkolnych egzaminów i musiał powtarzać klasę dostał od rodziców szlaban na granie w kapeli (później zastał członkiem grupy Birth Control). Szczęśliwie tuż po nim do zespołu trafił wysokiej klasy perkusista jazzowy Andreas Cornelius. Postawił jednakże jeden warunek: „Dołączę do waszego zespołu, ale tylko wtedy, gdy zaczniecie pisać swój własny materiał.”

W 1968 roku całe Niemcy Zachodnie zalała nowa fala zespołów muzycznych. Wiele z nich inspirowało się psychodelią tak bardzo popularną po obu stronach Atlantyku. Inni, jak Amon Dull, Can, czy Guru Guru ze swoimi mistrzowskimi improwizacjami „zaciemniali” brzmienie oscylując pomiędzy elektronicznym, psychodelicznym i eksperymentalnym rockiem. Muzyka DIES IRAE miała podobną ciemność. Jednak w przeciwieństwie do zespołów, które były pionierami rodzącej się sceny krautrocka DIES IRAE nie odrzucił amerykańskich wpływów muzycznych. Szczególny wpływ na ich muzykę miał blues. Dla wielu była to muzyka przeszłości, dla DIES IRAE wrotami otwierającymi nowe opcje, które zaprezentowali na albumie „First” wydanym wiosną 1971 roku przez hamburski Pilz – sublabel największej wówczas niemieckiej wytwórni płytowej BASF.

Dies Irae "First" (1971)
Album „First” wydany przez Pilz Records (1971)

Inżynierem dźwięku był wschodzący geniusz konsolety Conny Plank. Sesja w hamburskim Star Records trwała łącznie 25 godzin z czego około trzy poświęcono na nagranie dwóch dodatkowych kompozycji. I tak naprawdę „Silent Night” i „Shepherd’s Song” (ten drugi trwający zaledwie 30 sek.), które zostały włączone do świątecznej składanki „Heavy Christmas”, a którą wytwórnia Pilz wydała tuż przed Bożym Narodzeniem 1970 roku były pierwszymi nagraniami wydanymi na dużej płycie. Padłem z wrażenia słuchając „Cichą noc” w wykonaniu muzyków z Saarbrucken. I przyrzekłem sobie w duchu, że będę do niej wracał w każdą Wigilię Białych Świąt!

Pośpiech przy nagrywaniu debiutu był więc ogromny. Na dodatek w połowie sesji Conny Plank opuścił studio zostawiając konsoletę pod opieką producenta płyty Jurgena Schmeissera. Kilka przecznic dalej, w innym studio nagrywał płytę z grupą Kraftwerk. Wrócił grubo po północy, po pięciu godzinach nieobecności w towarzystwie kolesi z The Rattles, którym obiecał zwolnić wczesnym rankiem studio…

Mimo owych niezamierzonych perturbacji „First” pod każdym względem okazał się dziełem wyjątkowym. Dostaliśmy tutaj ciężką, mroczną muzykę ze sfuzzowaną, tnącą jak piła łańcuchowa gitarą, która jednakże pozostawia sporo miejsca na zabawę, a nawet na eksperymenty z dźwiękiem, a psychodelia miesza się z miażdżącym ciężkim bluesem. Wyobraźmy sobie wspólne jam session Black Sabbath z Amon Duul II, a zbliżymy się do czegoś co powinno zabrzmieć jak DIES IRAE!

Całość otwiera „Lucifer” – dynamiczny blues rockowy numer z szaloną, by nie powiedzieć obłędną partią harmonijki ustnej (Rainer Wahlmann), namiętnym wokalem, kapitalną sekcją rytmiczną i rasową solówką gitarową. Wow! Ekstra! Ktoś nawet porównał ten kawałek do sabbathowskiego „The Wizard”, choć ja skłaniałbym się iść w kierunku grupy Zior… 30 sekundowe „Salve Oime” z łacińską sekwencją Arystotelesa „Salve oime omne animal triste post coitum” („Każde stworzenie jest smutne po obcowaniu”) wypowiedziane przez basistę, „ozdobione” dość dwuznacznymi pomrukami Haralda mogło być uznane za żart. Tyle, że nie wszyscy go zrozumieli, czego konsekwencje zespół odczuje już wkrótce.  Ale o tym za chwilę… Początek „Another Room” wydaje się być ukłonem w stronę Led Zeppelin (sekcja rytmiczna plus gitara), który potem przechodzi w rejony progresywnego rocka z elementami psychodelii. Wokal Rainera to mieszanka siły, pasji i emocji. Te cztery minuty pokazują jak znakomicie zespół porusza się po różnych rejonach muzycznych! Instrumentalny „Trip” jak już sama nazwa sugeruje przenosi nas w niezwykłą narkotyczną podróż do podświadomości i ciemnych zakamarków ludzkiej duszy. Szeptowi Rainera towarzyszy dziwne tło: płacząca gitara, schowany w oddali bas, delikatnie pieszczona perkusja. Awangardowy acid rock i free jazz łączą się potem w tej jakże magicznej, hipnotyzującej podróży z udziałem niezwykłych efektów dźwiękowych, obsesyjnej psychodelii, zagubionych głosów. Siedem absolutnie niesamowitych minut, które przypominają mi najlepsze momenty z płyty „Meddle” Pink Floyd wydanej tego samego roku tyle, że kilka miesięcy później. Nota bene nakręcony na 8 mm taśmie pięciominutowy klip niemiecka telewizja WDR pokazała tylko raz(!) po czym zniknął on z anteny na kilka dekad. Serio!To jedyny zachowany filmowy dokument pokazujący grupę DIES IRAE „na żywo”…

W „Harmagedon Dragonlove” zespół brzmi jak (nie)Święta Trójca brytyjskiego hard rocka! Ognista gitara, potężny rytm stanowią idealne tło dla oszałamiającego wokalu Rainera. A ten w swym tekście miesza biblijne symbole apokaliptyczne (siedmiogłowy czerwony smok, trzy szóstki, Armagedon) z kulturowo odmiennym światem (dzieci kwiaty, LSD, lato miłości), który wybuchł wcześniej po drugiej stronie Atlantyku.

Label wytwórni Pilz Records albumu "First"
Oryginalny label wytwórni Pilz Records albumu „First”

Dużo więcej kontrowersji wzbudził tekst utworu „Tired” jawnie zachęcający do korzystania z  „leków” ułatwiających „wspólne podróżowanie ku słońcu na jaskółczym ogonie” (czyżby aluzja do lennonowskiego „Glass Onion”?). Mimo to trzeba przyznać, że to kolejny świetny blues rockowy jam z solową partią harmonijki, mocnym basem i gitarą wspomaganymi ciężkimi bębnami… Dziewięciominutowa epopeja „Witche’s Meeting” łączy jazz z elementami bluesa, klasycznego rocka i rocka progresywnego. Naładowana efektami psychodelicznymi gitara łączy się z dudniącą perkusją przechodząc w kapitalne zespołowe improwizowanie. Jeszcze jeden oszałamiający jam pokazujący, że DIES IRAE należeli wówczas do muzycznej Bundesligi… „Red Lebanese” to kolejna piosenka, która wzbudziła kontrowersje w 1971 roku. Odnosząca się do palenia haszu była powodem, dla którego władze zakazały grania w radiu nie tylko tej jednej piosenki, ale i całego albumu! Szkoda, bo to kapitalny numer nawiązujący do blues rocka w stylu Ten Years After i Groundhogs, z gulgoczącą gitarą wędrującą po kanałach, chodzącym basem i płynnie przemieszczającymi się gatunkami muzycznymi. Całość kończy 36-sekundowy „Run Off” – żartobliwy ukłon Haralda i Rainera w stronę Elmore’a Jamesa wywołujący uśmiech na twarzy słuchaczy… aż do następnego razu. Niestety, następnego razu nie było już nigdy…

Moralni opiekunowie Niemiec Zachodnich pozbawili zapoznania się z płytą szerokiej publiczności. Kontrowersyjne teksty podważające „niemiecki porządek” w tym brak tolerancji i wolności słowa, nawoływanie do legalizacji miękkich narkotyków i „hipisowska”  muzyka zagrażały (według nich) młodym Niemcom. Wszystkie publiczne stacje zbojkotowały płytę, a bez radiowej promocji nie było szans zaistnienia na tamtejszym rynku muzycznym. Niewiele też w tej kwestii zrobili ludzie z Pilz tłumacząc się zmianą profilu BASF-u ukierunkowaną na popowe szlagiery. Tak przepadł nie tylko DIES IRAE, ale i inne znakomicie zapowiadające się grupy, by wspomnieć McChurch Soundroom, Broselmachine, Rufus Zuphall, Ardo Dombec… Jakże więc prorocza okazała się okładka albumu „First” cała „owinięta” drutem. Takim jakim zazwyczaj oddziela się pastwiska, ale też więzienia i wszelkie obozy odosobnienia. Drut kolczasty – symbol społecznej izolacji…

Jedno jest pewne – ta płyta jest bardzo oryginalna i na swój sposób niepowtarzalna. W mojej ocenie to jeden z najlepszych albumów kontynentalnej Europy i absolutna czołówka topowych albumów krautrocka wszech czasów.

Flower Travellin’ Band – rockowi samuraje.

Punktem zwrotnym w życiu Yuya Uchidy była znajomość i przyjaźń z Johnem Lennonem. Przynajmniej on tak twierdzi. To dzięki niemu ten japoński piosenkarz (grał także na perkusji i gitarze) poznał w połowie lat 60-tych niemal całą ówczesną czołówkę znakomitych brytyjskich artystów: Keitha Richardsa, Jaggera, Burdona, Bakera, Claptona… Wstrząśnięty i oszołomiony londyńskim koncertem Jimi Hendrixa w 1967 roku Uchida szybko wrócił do domu i niemal z marszu założył zespół The Flowers starając się przeszczepić na japoński grunt nową muzyczną fascynację. 25 lipca 1969 roku na tamtejszym rynku ukazała się płyta firmowana nazwą Yuya Uchida & The Flowers pt. „Challenge!” Japońskich fanów zaszokowała ona nie tylko muzyką, ale też intrygującą okładką przedstawiającą cały zespół… nago. Jej producentem (a także menadżerem zespołu) był sam Uchida, który – trzeba to uczciwie przyznać – spisał się z tego zadania znakomicie.

Yuya Uchida & The Flowers "Challenge!" (1969)
Yuya Uchida & The Flowers „Challenge!” (1969)

Album, poza jednym autorskim nagraniem, zawierał wyłącznie covery zachodnich zespołów takich jak Cream („White Room”), Big Brother & Holding Company („Summertime”) The Jimi Hendrix Experience („Stone Free”), Jefferson Airplane („Greasy Heart”) – w sumie było ich dziewięć. Sprawnie zagrane, często cięższe niż oryginał zostały zaśpiewane przez bardzo fajną wokalistkę Remi Aso określana jako japońską Janis Joplin (uważam, że Carmen Maki było znacznie bliżej do Janis) i wokalistę Kento Nakamurę. Za bębnami zasiadł Joji Wada, gitarę solową z fajnymi efektami dźwiękowymi obsługiwał Katsuhiko Kobayashi, na basie zaś zagrał Ken Hashimoto. Jednak jak dla mnie najlepszy utwór na tej płycie to instrumentalny „Hidariashi no Otoko” – kawał świetnego, ciężkiego psychodelicznego rocka z najwyższej półki… Album wywołał zachwyt i szaleństwo wśród japońskich fanów. Tymczasem Yuya Uchida… rozpędził wszystkich członków na cztery strony świata (zatrzymał przy sobie jedynie Joji Wadę) angażując na ich miejsce gitarzystę Hideki Ishimę, wokalistę Joe Yamanakę (obaj z bluesowej grupy Mystic Morning) i basistę Jun Kozuki‚ego. Zmienił też nazwę na FLOWER TRAVELLIN’ BAND.

Flower Travellin Band
Flower Travellin’ Band – „eksportowa” wizytówka japońskiej sceny rockowej..

Uchida wymarzył sobie, by nowa grupa stała się „eksportowym zespołem, który mógłby spodobać się poza Japonią”. Pierwszym wydawnictwem jako FLOWER TRAVELLIN’ BAND była mała płytka „Crash/Dhoop” nagrana wspólnie z kwartetem jazzowym słynnego trębacza Terumassa Himo. To była rozgrzewka, bowiem wkrótce po tym weszli do Nippon Victor Studios i nagrali materiał na debiutancki album. Płyta zatytułowana „Anywhere” ukazała się dokładnie 21 października 1970 roku i posiada jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą), rockową okładkę wszech czasów!!!

FLOWER TRAVELLIN' BAND " Anywhere" (1970)
FLOWER TRAVELLIN’ BAND „Anywhere” (1970)

Zdjęcie nagich muzyków pędzących na motocyklach ewidentnie nawiązujące do filmu „Easy Rider” (reż. Dennis Hopper) zostało wykonane wcześnie rano na dawnym wysypisku śmieci w nadmorskim rejonie Zatoki Tokijskiej… Podobnie jak w przypadku płyty „Challenge” album „Anywhere” składał się  z samych coverów. I to jakich! Mamy tu więc słynne „House Of The Rising Sun” The Animals,  13-minutową wersję „21st Century Schizoid Man” King Crimson, rozciągnięty do 16 minut soczyście zagrany „Louisiana Blues” Muddy Watersa (w oryginale trwający niecałe trzy) i najbardziej przyciągający moją uwagę „Black Sabbath” grupy Black Sabbath dłuższy o ponad dwie minuty. Tony Iomi i spółka w życiu nie spodziewali się, że osiem miesięcy po debiucie w odległej Japonii ktoś inny nagra ich numer. I zrobi to absolutnie rewelacyjnie! Tamtejsi dziennikarze napisali o płycie, że to „…unikalna mieszanka progresywnego, odważnego psychodelicznego ekscentryzmu i ciężkiej rockowej surowości”… Fakt – „Anywhere” pokazał wiele muzycznych cech, które miały pojawić się na następnym albumie.

Jeszcze w tym samym roku zagrali koncert na Światowej Wystawie EXPO w Osace. Ich występ obejrzało kilka tysięcy fanów wśród których znalazł się popularny kanadyjski zespół jazz rockowy Lighthouse. Kanadyjczycy byli tak zachwyceni występem, że zaprosili zespół na tournee do siebie. Sen o eksportowej grupie muzycznej Yuya Uchidy stawał się rzeczywistością…

Wyczuwając szansę na międzynarodową popularność muzycy zabrali się do nagrywania kolejnej płyty, tym razem z własnym materiałem. Hideki Ishima wymyślał gitarowe riffy, a ponieważ fascynowała go muzyka indyjska aspekt orientalny stał się częścią brzmienia zespołu. Ze względu na zamiłowanie do zespołowej improwizacji mało było tekstu do zaśpiewania. Joe Yamanaka: „Nie możemy teraz zmienić  kierunku i przestawić się na granie piosenek bo otworzyła nam się szansa na sukces w Ameryce i Europie.” Nowy album został nagrany w ciągu dwóch dni. Iście ekspresowe tempo. Płyta „Satori” ukazała się 5 kwietnia 1971 roku. Wcześniej jej materiał testowali w Toronto występując na scenie m.in. obok Dr. Johna i tria Emerson Lake & Palmer.  Wszystkim opadły szczęki. Sukces!

Album "Satori" (1971)
Album „Satori” (1971)

„Satori” to album koncepcyjny składający się tak naprawdę z jednej, tytułowej, kompozycji podzielonej na pięć części. Psychodeliczny, hard rockowy monster napędzany przez wściekłe gitarowe zagrywki Hideki Ishimy, które wybuchają i eksplodują z wielką mocą. To jest muzyczna Godzilla! Sercem brzmienia jest kapitalna gra sekcji rytmicznej – niesamowity Joji Wada na perkusji wyczynia istne cuda, a Jun Kozuki swym basem podgrzewa całość do czerwoności. No i ten niesamowity wokal Joe Yamanaki, momentami nieziemski, łączący krainę zaświatów ze światem żywych, od którego dostaję dreszczy. Umiejscowiony pomiędzy Iggy Popem, a Robertem Plantem z dużą skalą rozpiętości robi wrażenie… Wyjątkowe, hipnotyzujące brzmienie ma bardzo charakterystyczny wschodni układ odniesienia, któremu odpowiada nawet styl okładki w hinduistycznym stylu. Mnie „Satori” zabiera w podróż do centrum jakiegoś miejsca, które wydaje się znajome, ale nigdy wcześniej nie było mi dane go odwiedzić…

Szacowny „Rolling Stone” umieścił tę płytę na 71 miejscu japońskich płyt wszech czasów pisząc m.in : „Zespół uchwycił tu eklektyzm rockowej sceny lat 70-tych, i wszystkie filozofie, które stopniowo ewoluowały w pełni rozpoznawalne gatunki. „Satori” ze swym groźnym i złowieszczym brzmieniem stał się esencją doom metalu.”

Pod koniec roku odbyli kolejne tournee po Kanadzie wraz z grupą Lighthouse. Korzystając z okazji nagrali tam swój trzeci studyjny album ironicznie zatytułowany „Made In Japan”. W nagraniu  udział wziął klawiszowiec Lighthouse, Paul Hoffert, który podjął się także (do spółki z Uchidą) produkcji krążka. Chorego na gruźlicę Wadę w kilku nagraniach zastąpił kanadyjski perkusista Paul Devon. Płyta ukazała się 10 lutego 1972 roku kilka tygodni przed ich powrotem z Kanady.

"Made In Japan" (1972)
„Made In Japan” (1972)

Po tak wysoko zawieszonej poprzeczce jakim był album „Satori” zespołowi trudno było przebić swego poprzednika. „Made In Japan” skazany był na wszelkie porównania. Choć wizja Hofferta nie zawsze odzwierciedlała styl zespołu to Uchida i muzycy byli zadowoleni z całego wyniku. Płyta broni się znakomicie, a takie utwory jak „Kamikaze”, „Spasm”, czy „Hiroshima” (będąca nową interpretacją „Satori Part III”) trzymały wysoki poziom.

Niemal dokładnie rok później ukazał się ostatni, tym razem podwójny album zatytułowany „Make Up” będący zbiorem utworów wykonywanych przez FLOWER TRAVELLIN’ BAND na żywo jak i w studio.

"Make Up" (1973)
„Make Up” (1973)

Jeden z ówczesnych recenzentów określił go jako „zdezorientowany i co najmniej niekonsekwentny”. I coś w tym stwierdzeniu jest. Obok znakomitych rockowych nagrań takich jak  „Slowly But Surely”, „All The Days”, „Satori II” czy 24-minutowa wersja „Hiroshimy” zespół pokazuje tu, raczej dość nieoczekiwanie, bardziej łagodną, popową stronę. Mam tu na myśli „Blue Suede Shoes”delikatny „Look At My Window”czy „Broken Strings” będący niczym innym jak bluesową rzewną balladą, przy której zapalniczki w rękach fanów wędrują do góry.

Wspólne koncert z The Rolling Stones podczas planowanego tournee Brytjczyków po Japonii niestety nie doszły do skutku. Problemy Micka Jaggera oskarżonego o posiadanie narkotyków spowodowały, że wokaliście cofnięto wizę… Latem 1973 roku FLOWER TRAVELLIN’ BAND dali swój ostatni koncert w Maruyama Park w Kioto po czym drogi muzyków rozeszły się. Każdy z nich poszedł swoją drogą angażując się we własne projekty muzyczne. Pozostawili po sobie fantastyczne płyty, które do dziś zadziwiają swoją świeżością. Tacy bywają rockowi samuraje..

Teksański rock: IOTA, TITUS OATES, HOMER.

Na przełomie lat 60-tych i 70-tych wybić się w Teksasie grając muzykę rockową nie było łatwo. Dominacja country i bluesa była tak silna, że inne gatunki traktowane były po macoszemu. Na szerszą skalę udało się to jedynie brodaczom z ZZ Top, choć i oni dochodzili do swego sukcesu poprzez bluesa. Tyle, że słuchając ZZ Top już po trzech, czterech utworach wiesz, że ich muzyka jest przewidywalna do granicy bólu. W przypadku poniższych płyt na szczęście tak nie jest…

Biografia IOTY jest krótka, a jej dyskografia jeszcze krótsza. Ten kwartet pochodzący z El Paso nad rzeką Rio Grande w Teksasie (tuż przy granicy z Meksykiem) aktywnie działał pod koniec lat 60-tych i na początku lat 70-tych. Agresywne, hard rockowe granie z domieszką prog rocka i psychodelii wyróżniały ich na lokalnej scenie. Byli tak dobrzy, że śmiało mogli konkurować z czołówką brytyjskich zespołów rockowych. W 1971 roku grupa IOTA związała się z lokalną wytwórnią płytową Suemi, a gdy jej właściciel Kenny Smith przeniósł się do Memphis zabrał chłopaków ze sobą. W wynajętym The Royal Recording Studios podczas 12-godzinnej sesji nagrano osiem utworów; spośród nich cztery wydano na dwóch singlach przez tamtejszy Hi Records.

Iota "Iota" (1969)
IOTA „Iota” (1972) – kompilacyjny CD wytw. Shadoks Music z 2003 r.

Jak na ironię te dwa wspaniałe single okazały się za mroczne i za ciężkie dla czterdziestu komercyjnych stacji radiowych nadających w obrębie Memphis! Ogniste solówki gitarowe wzmocnione nastrojowym brzmieniem klawiszy, potężne bębnienie, dramatyczny śpiew i pulsujący bas w wykonaniu IOTY byłyby standardem i znakiem rozpoznawczym dla hard rocka w Londynie, czy w San Francisco – dla Memphis było to zbyt ekstremalne. Tak więc sukces i projektowany longplay nigdy się nie zmaterializował. Szkoda. Grupa występowała na scenie jeszcze do 1974 roku po czym rozwiązała się. Na szczęście Kenny Smith zatrzymał taśmy z ich nagraniami. Dotarli do nich ludzie z niemieckiej wytwórni Shadoks Music. Płyta CD opatrzona piękną progresywną okładką wydana w 2003 roku zawiera w sumie dziesięć utworów: osiem z Memphis (w tym oba single) i dwa nagrania zrealizowane w El Paso… Sfuzzowane gitary wspomagane efektami wah wah, ciężkie brzmienie organów, gęsta sekcja rytmiczna – wszystko to przywodzi mi na myśl wczesny Deep  Purple, Blue Cheer, debiut Iron Butterfly. Słychać to szczególnie w  „Sing For You”… Z kolei „Love Come Wicked”, „Bottle Baby” i „Better Place” to fantastyczne połączenie blues rocka z psychodelią. Największe wrażenie robi na mnie jednak „Precincts” (wydany na singlu pod tytułem Within These Precincts”). Ciemna, nastrojowa piosenka z wciągającą melodią i pełną dramatyzmu melodeklamacją wokalisty przeradza się w psychodeliczno rockowy doorsowski numer z mnóstwem przepastnego basu i liryczną gitarową solówką. Cudo! Myślę, że jeśli ktoś tę płytę zdobędzie nie odda jej w żadne inne ręce. Coś o tym wiem…

Pięcioosobowy TITUS OATES pochodził z Dallas. Swą nazwę zaczerpnął od imienia i nazwiska angielskiego duchownego żyjącego w drugiej połowie XVII wieku, który przyczynił się do obalenie króla Jakuba II Stuarta. To taka mała analogia do osoby angielskiego agronoma, niejakiego Jethro Tull’a żyjącego w tym samym czasie… Zespół grał gitarowego hard rocka (nieco w stylu Wishbone Ash i UFO) z elementami rocka progresywnego (saksofon, organy, syntezator) łącząc go z psychodelią i amerykańskim folkiem. Swą jedyną płytę „Jungle Lady” nagrał w 1974 roku. Krążek wydała lokalna mała, niezależna wytwórnia Lips. Jak się łatwo domyślić – w bardzo niskim nakładzie. Tak małym, że oryginalny winyl uważany jest za Świętego Graala amerykańskiego ciężkiego rocka. Fani zespołu twierdzą do dziś, że Dallas zabiło nie tylko prezydenta Kennedy’ego. Zabiło też rock progresywny…

TITUS OATS "Jungle Lady" (1974)
TITUS OATS „Jungle Lady” (1974)

Autorem wszystkich kompozycji był basista Rick Jackson. Zwracam uwagę na nagranie tytułowe kapitalnie zagrane na dwie gitary prowadzące z delikatnym podkładem organów Hammonda w tle i saksofonowymi ozdobnikami… Podobnie, choć dużo ostrzej jest w „Blanket” – zadziorne klawisze toczą bój z pięknym duetem gitar z efektem wah wah… Oniryczny początek „Friend Of Life” jest małą zmyłką – muzyka szybko nabiera ostrego tempa, a całość kończy  świetny hard rockowy riff… Słodka jak miód soft rockowa ballada „Dream On A Train” z pięknymi harmoniami wokalnymi wlewa się w uszy na długo, więc chorzy na cukrzycę powinni trzymać się od niej z daleka. Zresztą wszelkie harmonie wokalne śpiewane na płycie są niesamowite, a duet z gościnnym udziałem Pam Jackson w „Time Is Only To Fear” jest bardziej imponujący niż niejedno znane arcydzieło spod znaku Jefferson Airplane… Klimatyczny funk „Don’t Get Your Honey Where You Make Youre Money” przypominający mi Climax Blues Band z płyty „Stamp” jest jednym z najciekawszych nagrań na tym krążku. Chociaż jak słucham „Mr. Lips”, czy ostatniego nagrania „The Cage” już nie jestem tego taki pewien…

HOMER wywodził się z dwóch legendarnych grup garażowych z lat 60-tych działających w San Antonio: The Outcasts i The Stoics. Blisko związani z ZZ Top (wspólne występy i trasy koncertowe) byli bez wątpienia jednym z najlepszych psychodelicznych/hard rockowych zespołów pochodzących się z Teksasu. Ich jedyny album „Grown In U.S.A” wydała maleńka prywatna wytwórnia płytowa Sunkist w 1970 roku. Niewielki, by nie powiedzieć zerowy budżet pozwolił wytwórni na wytłoczenie około 1000 egzemplarzy. Muzycy nie dostali za nią ani centa…

HOMER "Grown In U.S.A." (1970)
HOMER „Grown In U.S.A.” (1970)

Ich brzmienie porównać mogę do grupy Fever Tree (na Boga, czy ktoś jeszcze kojarzy tę psychodeliczną kapelę z Huston śpiewającą kapitalne „San Francisco Girls (Returne To The Native)”..?!). Album „Grown In U.S.A.” zawierał mieszankę hard rocka na dwie gitary prowadzące, psychodelię z niewielkimi wpływami folku, muzyki country i – co mnie szczególnie cieszy – prog rocka z pojawiającym się okazjonalnie melotronem.  A do tego pełne emocji nośne melodie, fajne improwizacje, nagłe zmiany rytmu, cudne harmonie wokalne… W hard rockowym „Circles In The North” pojawia się elektryczna gitara hawajska (steel guitar) – w brytyjskim rocku wtedy jeszcze niewykorzystywana. Granica między folkiem a country zaciera się w świetnym „Talking Me Home” zaś porażająca ballada „Dawson Creek” przypomina Neila Younga skrzyżowanego z The Moody Blues. Bogato zaaranżowana, wyrafinowana kompozycja „Four Days And Nights Without You” zaśpiewana unisono i podlana psychodelią to już czysty rock progresywny z najwyższej półki. Cytat z „Bolero” Maurice’a Ravela pojawia się we wspaniałym „Cyrano In The Park”; całość kończy zaśpiewany żarliwym głosem rockowy „Lonely Woman”.

Aby odnieść sukces w show biznesie nie zawsze wystarczy mieć talent i szczęście. Czasem trzeba znaleźć się też w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Poza tym myślę sobie, że w świecie muzyki rockowej nie było sprawiedliwości – inaczej IOTA, TITUS OATES i HOMER śmiało powinni byli dołączyć w tamtym czasie do czołówki brytyjskich (i nie tylko brytyjskich) wykonawców…

SECOND HAND – Między fantazją a rzeczywistością (cz.II)

Z powodu całkowitego braku wsparcia przez Polydor debiutancki album SECOND HAND niestety przepadł. Wytwórnia nie wydała singla promocyjnego, nie było choćby jednej reklamy prasowej, żadna stacja radiowa nie grała ich muzyki. „Tak jakbyśmy w ogóle nie istnieli” – żalił się Ken Elliott. Nie mniej rozgoryczony był też Vic Keary, producent płyty i dobry duch zespołu. Kilkanaście miesięcy później założy niezależną wytwórnię fonograficzną Mushroom kradnąc chłopaków Polydorowi.

Ich muzykę docenił Frankie Dymon Jr. Ten  Afro-Brytyjczyk, działacz na rzecz praw Czarnych, muzyk, aktor i filmowiec w latach 60-tych należał do brytyjskiego skrzydła ruchu Czarnych Panter. Film z przewrotnym tytułem „Death May Be Your Santa Claus” (Śmierć może być twoim Świętym Mikołajem), w którym tematyka tożsamości seksualnej i politycznej zamknięta jest w kontekście hipisowskiego Londynu lat 60-tych, opatrzona była muzyką zespołu SECOND HAND. Tytuł filmu pochodził zresztą od nowo powstałej kompozycji zespołu, która miała wejść na następny album. Ale to jeszcze pikuś! Ten krótki obraz (obejrzałem kilka razy, trwa niecałe 40 minut!) zawiera SENSACYJNĄ, dwuipółminutową sekwencję ukazującą grupę grającą na żywo! Biorąc pod uwagę fakt, że nikt nigdy nie sfilmował ich występów jest to unikat i prawdziwy RARYTAS!

W tym czasie morale zespołu było, delikatnie mówiąc, niskie. Dla jego podratowania kapela ruszyła w trasę po Europie z nadzieją, że coś się zmieni. Zmieniło się. Na gorsze. Grupa całkowicie popadła w totalną demoralizację sięgającą dna. Narkotyki zaczęły wyniszczać zdrowie gitarzysty Boba Gibbonsa, który zażywał je w dużych ilościach. Ponoć zagłuszał nimi ból po śmierci swego ojca. Prawda była jednak bardziej brutalna – muzyk pogrążał się w śmiertelnym nałogu niszcząc mu umysł.

SECOND HAND z nowym basistą Georgem Hartem (1969)
SECOND HAND z nowym basistą Georgem Hartem (1969)

Europejska trasa przyniosła im sporą popularność. Największą we Francji, gdzie sale wypełniały się po brzegi, a chętnych by posłuchać i zobaczyć zespół w akcji znacznie przekraczały ich pojemność. Jak na band, którego płyta na Wyspach praktycznie nie zaistniała można powiedzieć, że odnieśli duży sukces. Tyle, że sukces okupiony był też kolejnymi zmianami personalnymi. Z grupą pożegnał się basista Nick South (nie wytrzymał rock’n’rollowego trybu życia), którego zastąpił George Hart. Tuż po odejściu Nicka na usilne prośby matki z grania w zespole zrezygnował Bob Gibbons, którego stan psychiczny wcale się nie poprawiał. Ba! Było coraz gorzej. Pobyt na odwyku i leczenie w szpitalu psychiatrycznym niewiele zmienił. Zmagając się z nałogiem i depresją w 1977 roku gitarzysta popełnił samobójstwo… Na jego miejsce Ken Elliott nikogo nie zaangażował. „Bob jest niezastąpiony” – uciął krótko dyskusję w tym temacie. Za to do zespołu trafił jego brat Rob przejmując rolę wiodącego wokalisty. W takim składzie jesienią 1970 roku zespół wszedł do Chalk Farm Studio, by pod okiem Vica Keary’ego zrealizować swój nowy album. Płyta „Death May Be Your Santa Claus” ukazała się 1 kwietnia 1972 roku (i wcale nie był to żart prima aprilisowy!) nakładem nowo powstałej, niezależnej  wytwórni Mushroom. Tej, której właścicielem był Vic Keary…

Second Hand "Death May Be Your Santa Claus" (1971)
Second Hand „Death May Be Your Santa Claus” (1971)

Od razu uprzedzam – nie jest to płyta łatwa w odbiorze. Wymaga  skupienia, uwagi, może nawet kilku przesłuchań.  Co by jednak o niej nie mówić i nie wiem jak oceniać jedno jest pewne –  „Death May Be Your…” to autentyczny, progresywny majstersztyk zespołu, który wyprzedził swój czas! Jest tu brawura i szaleństwo Zappy, jazzowa stylistyka Canterbury, progresywne klimaty The Nice, awangarda King Crimson. Dominują klawisze – melotron, organy Hammonda, fortepian,.. Z ich pomocą Ken tworzy obłędne muzyczne pejzaże nie popadając przy tym w banał. Gitara pojawia się raz, w „Cyclops”, ale z uwagi na gęstą muzyczną fakturę jej brak na płycie jest całkowicie niezauważalny.

Label oryginalnego LP wytwórni Mashroom
Label oryginalnego, drugiego LP Second Hand wytwórni Mashroom.

Tan album nagrali  muzycy o obłędnej wyobraźni muzycznej żyjący tak naprawdę między fantazją a rzeczywistością. Trudno wyróżnić mi tu jakikolwiek utwór. Tytułowa kompozycja w stylu Franka Zappy zbudowana na powtarzającym się riffie przytłacza wokalem i szalonymi klawiszami. Prawdziwie eksperymentalny charakter albumu pokazuje „Hangin’ On An Eyelid” – setki pomysłów klawiszowca zderzają się niczym cząsteczki atomu w reaktorze jądrowym… Ośmiominutowy „Lucifer And The Egg” to rockowy potwór z maniakalnym, heavy psychodelicznym  bębnieniem i piskliwym wokalem. Czad! Instrumentalny i odrobinę krótszy „Cyclops” wstrząsa tajemniczym klimatem, powolnie budowanym nastrojem grozy i cudowną partia kościelnych organów na samo zakończenie. Po odsłuchaniu płyty często wracam do tego fragmentu… Awangardowy „Revelations Ch. 16 Vs 9 – 21” ma ciężką, ołowianą atmosferę, a króciutki „Take To The Skies” zachwyca syntezatorowym brzmienie wczesnego Tangerine Dream.

Album odniósł dużo większy sukces niż jego poprzednik. Singiel „Funeral/Hangin’ On An Eyelid” wydany w czerwcu grały stacje radiowe nie tylko na Wyspach, co dobrze rokowało na przyszłość. Mimo to zespół wycofał się z tras koncertowych, zrezygnował z występów na żywo. Wszystko to wyglądało jak początek końca…

Przerwa na szczęście nie trwała długo, a zaangażowanie młodego gitarzysty Tony McGilla (a jednak!) dało pomysł na nagranie kolejnej płyty wstępnie zatytułowanej „Chillum” (chillum to rodzaj fajki do palenia marihuany). Możliwe, że jasne konotacje narkotykowe były prowokacją, celową próbą wkurzenia kogoś z dużych wytwórni płytowych, lub zagranie na nosie konserwatywnej elicie społecznej tak niechętnej muzykom…

Front okładki "Chillum" (1971)
Front okładki albumu „Chillum” (1971)

Przed rozpoczęciem pracy grupę opuścił wokalista Rob Elliott. Jego odejście postawiło cały projekt pod znakiem zapytania. Muzycy skłonni byli odłożyć go na czas nieokreślony, ale Vic przekonał wszystkich, aby nagrać ten album tak jak pierwotnie planowano.  Płyta została nagrana w jeden dzień(!) i wydana pod koniec 1971 roku. Ze względu na brak w składzie Boba Gibbonsa i Roba Elliotta zespół postanowił wydać ją pod szyldem CHILLUM.

Tył okładki "Chillum".
Tył okładki płyty „Chillum” potwierdza doskonałe poczucie humoru grupy!

Muzyka na tej płycie to już zupełnie inna bajka. Wypełniają ją w całości improwizowane i brawurowo wykonane kompozycje, z których najdłuższa, „Brain Strain” trwa ponad 21 minut! Vic Keary nie ingerował w poczynania zespołu w studio. Włączył magnetofon i pozwolił, by taśma biegła. Nic dziwnego, że w kilku momentach mamy dość dziwne i  niespodziewane efekty dźwiękowe jak chrapanie zmęczonego całonocną sesją Kierana O’Connora, chrząkanie Vica, niezbyt delikatny budzik, śmiech technicznych. Nieskrępowany format pozwolił im na pełną swobody grę z mnóstwem różnych nastrojów. Wspomniany już „Brain Strain” wypełniony jest milionem muzycznych pomysłów z rozmytymi, organami, przenikliwą i całkiem pomysłową gitarą w stylu lekko obłąkanego Syda Barretta z debiutu Pink Floyd. Gra na basie George’a Harta jest hipnotyczna i nieco senna, ale całe show w tym utworze i tak skradł perkusista – szalony, ognisty, żywiołowy… Minutowa kołysanka „Land Of A Thousand Dreams” ze spokojnym melotronem i ładnym fortepianem łączy się z „Too Many Bananas” będący solowym popisem O’Connora na bębnach… Wyluzowany, idealnie wyważony, dziesięciominutowy „Yes! We Have No Pajamas” z melodyjnym basem, ostro walącą perkusją i niemal bluesową gitarą ma mnóstwo nokautującego Hammonda. Kapitalny kawałek trochę przypominający zwariowaną wersję holenderskiej grupy Focus… „Promenade Des Anglaise”– akustyczny kawałek, który Ken napisał jeszcze we Francji w interpretacji młodego gitarzysty brzmi niemal jak bossa nova. Zbyt piękny i delikatny wtedy nie pasował do ich drugiej płyty…

SECOND HAND jako CHILLUM (1971)
SECOND HAND jako CHILLUM . GitarzystaTony McGill pierwszy z prawej.

Kompaktowa reedycja niemieckiego Universum Records z 2007 roku zawiera dodatkowo pięć nagrań nigdy wcześniej nie publikowanych. „Fairy Tale” i „Celebration” zespół nagrał tuż po europejskim tournee; „This Is Not Romance” Elliott zaśpiewał i zagrał na fortepianie Steinwaya tuż przed sesją nagraniową albumu na rozruszanie; dwuczęściowy „Incubator” to eksperymentalny utwór stworzony przez inżyniera Mike’a Craiga – nigdy tego pomysłu nie wykorzystali.

Album „Chillum” został (niestety) niezauważony, co ostatecznie skłoniło Kena Elliotta do rozwiązania SECOND HAND na początku 1972 roku. Dwa lata później wspólnie z Kierranem powołali do życia progresywną formację Seventh Wave wydając dwie bardzo dobre i naprawdę ciekawe płyty z udziałem angielskiego jazzmana Petera Lemera i Hugh Bantona z Van Der Graaf Generator. Ale to już inna opowieść…

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ, OSTATNIEJ.