Dwa różne zespoły z odmiennym brzmieniem i stylami, z dwóch odległych od siebie miejsc na Ziemi. Działały w podobnym czasie i choć nazywały się tak samo, jeden o drugim nic nie wiedział.
Angielsko-irlandzki Stud rozpoczął działalność na początku 1971 roku jako trio z gitarzystą i wokalistą Jimem Creganem (ex-Blossom Toes), basistą Richardem McCrakenem i perkusistą Johnem Wilsonem. Dwaj ostatni rozstali się właśnie z Rory Gallagerem, z którym tworzyli blues rockowe trio Taste pamiętane szczególnie z brawurowego występu na Wyspie Wight z 28 sierpnia 1970 roku. Podpisany w styczniu kontrakt z Deram już w kwietniu zaowocował płytą „Stud” z baśniową okładką Anne-Marie Anderson.

Wydawać się mogło, że tracąc takiego zawodnika jak Rory Gallager trudno będzie się pozbierać, a tymczasem muzyka na tym albumie okazuje się niezwykle interesująca. Przede wszystkim nie zamyka się w jednym gatunku. Muzycy prezentując wysoki poziom swoich umiejętności i wyobraźni śmiało połączyli różne style, a efekt końcowy jest pozytywnie zaskakujący. Utwory (niektóre nawet dość abstrakcyjne) pokazują eklektyzm wczesnego prog rocka. „Harpo’s Head” i „1113325” przypominają blues jazzowy jamy z długim solo perkusyjnym; melodyjne „Song” i „Turn The Pages” są bardziej spójne, a „Sail On” to zabójczy kawałek brzmiący jak Mountain. Najbardziej progresywny z nich wszystkich jest jedenastominutowy (mój ulubiony) „Horizon” podzielony na dwie części. O ile krytycy byli nim zachwyceni wyniki sprzedaży były słabe i Deram odrzucił możliwość dalszej z nimi współpracy. Dużo większy sukces płyta odniosła w Niemczech, gdzie Polydor wydał ją w zmienionej okładce.

W czerwcu do trójki muzyków dołączył były skrzypek Family, John Weider, z którym ruszyli do Niemiec. Po udanych trasach i występach w niemieckiej telewizji Stud podpisał kontrakt z wytwórnią BASF i w marcu 1972 roku wydał drugi album, „September”.

Nagrany w londyńskim Command Studio, ponownie z Billym Kennedym jako producentem znacznie różnił się od debiutu. Utrzymany w średnim tempie rockowy „Good Things”, oraz ballady takie jak „Corner”, „Samurai” i „Five To Mid-Day” porzuciły folkowe i jazz rockowe skłonności debiutu na rzecz znacznie bardziej komercyjnego brzmienia. Podobnie jak na debiucie, głos głównego wokalisty, Jima Cregana, pozostał pozycją „trafioną” albo „chybioną”. Jego ograniczona i delikatna skala została wystawiony na ciężką próbę w „God Knows”, ale dużo lepiej radził sobie z szybszymi numerami. Warto też zauważyć, że spośród dziesięciu utworów połowę stworzył nowy nabytek zespołu, John Weider, w tym wyróżniający się moim zdaniem blues rockowy „Life Without Music”. Mimo wszystko szkoda, że album ukazał się tylko w Niemczech przez co jego globalny zasięg znacznie się zmniejszył.
Aby wywiązać się z kontraktu wobec BASF cała czwórka stawiła się raz jeszcze do londyńskiego Command Studio, aby dokończyć to, co zapowiadano jako występ na żywo. Zaraz potem zespół się rozpadł. Nagrany przed skromną publicznością „Goodbye Live At Command” został wydany „pośmiertnie” rok później i zawierał pięć utworów, po dwa z każdej płyty, oraz jeden nowy, „Big Bill’s Banjo Band”.

Po rozwiązaniu muzycy nie porzucili grania. Jim Cregan dołączył do Family, grał także w Cockney Rebel i u Roda Stewarta. Richard McCracken zasilił Spancer Davis Group, zaś John Wilson dołączył do Brush Shiel przemianowany później na Skid Row. Po osiedleniu się w Belfaście został muzykiem sesyjnym i od czasu do czasu wspomagał różnych artystów na koncertach.
W przeciwieństwie do brytyjsko-irlandzkiego imiennika, amerykański Stud przez wiele lat pozostawał zagadką (jego członkowie ukrywali się pod pseudonimami) i przez dekady nie udawało się odnaleźć ani ich, ani prywatnie wytłoczonego w 1975 roku albumu w nakładzie dwustu egzemplarzy, z których zachowało się kilka sztuk.

Teraz już oficjalnie wiemy, że zespół został założony w 1974 roku w Houston. To, co wyróżniało ich spośród innych działających w mieście kapel (poza determinacją i chęcią grania ponad wszystko) było brzmienie stworzone przez młodych utalentowanych muzyków. Na szczególną uwagę zasługuje 17-letni Tim Williams, zręczny gitarzysta o fantastycznie brudnym brzmieniu gitary, który wyrósł jak grzyb na znoszonych butach Blue Cheer. Towarzyszyła mu zabójcza sekcja rytmiczna podszyta brutalnymi riffami basu Paula Eakina i bardzo solidna perkusja George’a Lashera będąca ucieleśnieniem czystego rocka. Chemia między nimi narodziła się od pierwszego i dość nieoczekiwanego spotkania. Paul Eakin: „Tim i ja przyjaźniliśmy się od jakiegoś czasu i lubiliśmy razem grać. Pewnego sobotniego wieczoru jadąc moim samochodem przełączaliśmy stacje radiowe szukając czegoś fajnego do posłuchania. Znaleźliśmy stację grającą zajebistego rocka i im dłużej słuchaliśmy, tym bardziej podobały nam się piosenki i prowadzący DJ. Nigdy wcześniej jej nie słyszeliśmy. Postanowiliśmy do nich zadzwonić i podziękować za tak fajną muzykę. Spodziewaliśmy się usłyszeć automatyczną sekretarkę, lub kogoś z recepcji, ale telefon odebrał prowadzący audycję. Okazało się, że był sam i lubił rozmawiać ze słuchaczami. Poza tym grał na perkusji i dobrze śpiewał!” Tym DJ-em był George Lasher, który dzięki pracy w stacji radiowej miał masę znajomych w branży muzycznej. Miał też pomysł na brzmienie zespołu i wizję albumu. To był idealny scenariusz dla młodych muzyków. Po wielu próbach zdecydowali, że są gotowi wyjść na scenę, grać i nagrać płytę. Pozostała kwestia nazwy zespołu. George Lasher: „Nie mogła ona być nachalna, ani seksualna. Ćwiek w ścianie jest symbole siły i jej wsparcia. Diamentowy ćwiek w płatku ucha pięknej kobiety to kwintesencja dobrego smaku. Rasowy ogier emanuje zarówno siłą, jak i zmysłowością. Chcieliśmy, aby nasza muzyka była mocna, piękna i zmysłowa jak tabun dzikich pędzących koni. I chyba dobrze wybraliśmy.„

W lipcu 1974 roku podpisali kontrakt z mało znaną, ale solidną wytwórnią Barons z Rosenberga w Teksasie, której największym sukcesem okazały się płyty… czeskiego zespołu grającego polkę. No cóż, jaka wytwórnia taki Elvis… Studyjna ekipa okazała się całkiem fajna i przyjazna, mieli dobrą organizację i świetny sprzęt. Był tylko jeden problem – za cholerę nie wiedzieli jak wyprodukować płytę rockowego zespołu. To nie był ich groove! Producent nagrań i inżynier podchodzili do nich i pytali jak mają ich zmiksować, co poprawić, ulepszyć, zmienić. Tim Williams: „Mieliśmy mnóstwo pomysłów i byliśmy na tyle optymistyczni, że wierzyliśmy w ten projekt.” Paul dodaje: „Kiedy podpisaliśmy z nimi kontrakt, mieliśmy na myśli, że nagramy dla nich materiał na cały album. Oni go wytłoczą, a potem pomogą w promocji.” A jak wyszło? Cała trójka za wszystko zapłaciła z własnej kieszeni, a niewielki nakład bez okładki rozdali rodzinom i znajomym. To co zostało rozprowadzali podczas niedzielnych koncertów, kilka sztuk wysłali do różnych stacji radiowych i wytwórni płytowych. Nikt się nie odezwał. Zniechęceni brakiem jakiejkolwiek reakcji rozwiązali zespół.
Cztery dekady później jeden z ocalałych egzemplarzy wpadł w ręce ludzi z hiszpańskiej wytwórni Out-Sider, która wydała go po raz pierwszy na płycie w bardzo małym, limitowanym nakładzie w czarnej okładce z czerwonym napisem STUD. Nie było szans, by ją wtedy dostać. Dziesięć lat później, w 2025 roku wznowiono ją na winylu i kompakcie w większym nakładzie i lepszym dźwiękiem. Opłacało się czekać!

Moim zdaniem każde power trio dysponujące skromnym jakby nie patrzeć instrumentarium aby zaciekawić słuchacza powinno muzykę tak zróżnicować, by każda jej część łącznie z brzmieniem była jak ciężarówka uderzająca czołowo w mur. I tak jest w tym przypadku. Grają z lekką swobodą i wyobraźnią, co pozwala im płynnie lawirować szczególnie w dłuższych, jamowych fragmentach. Tim Williams, gitarowy wirtuoz sprzężony z sekcją rytmiczną działającą jak dwuosobowy metronom tworzący prawdziwy muzyczny detonator zasypuje nas znakomitymi solówkami. Mocne hard rockowe numery takie jak „Jim/Blues” i „Woman Like You” sugerują, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wpakować ich razem z The Stooges z czasów „Fun House” do furgonetki The Groundhogs. Z drugiej strony, radosny, a jednocześnie zabójczy boogie rock „Captain Boogie” sugeruje pokrewieństwo z Grand Funk. Zaskakujące zwroty akcji dostajemy w dwóch porywających i najdłuższych utworach: ostrym, 12-minutowym psychodelicznym jamie „Stud” i w imponującym, dwie minuty dłuższym, ciężkim progresywnym „The War Song”. Cieszę się, że ten odnaleziony po wielu latach teksański rarytas dumnie stoi obok innych ciężkich artefaktów z zapomnianej epoki.



















































