Archiwum kategorii: Płytowe wykopaliska

Młodszy brat Jethro Tull..? RUFUS ZUPHALL „Weiß der Teufel…” (1970); „Phallobst” (1971).

O Rufus Zuphall założonym w 1969 roku w Aachen (Akwizgran)  mówi się, że był „niemiecką odpowiedzią na Jethro Tull”, lub jego „młodszym bratem.” Hm… czy każdy zespół, w którym dużą rolę odgrywa flet musi być z urzędu porównywany od ekipy Iana Andersona, a ten z dominującym brzmieniem organów do Uriah Heep, lub Deep Purple..? Inni zaszufladkowali go do wczesnego krautrocka, choć moim zdaniem Rufus Zuphall był na tyle oryginalnym zespołem, że wymykał się różnym klasyfikacjom. Jedno jest pewne – jego muzyka z melancholijnymi i hipnotycznymi melodiami ze skłonnościami do jamowania (próbkę takiego grania dostaniemy na debiutanckiej płycie) była hybrydą progresywnego rocka (momentami bardzo ciężkiego) i psychodelicznego folku z bluesowymi i jazzowymi naleciałościami. Jeśli ktoś naprawdę upiera się do porównań z Tull, to wskazałbym na ich debiutancką płytę „This Was”. Tyle w „temacie Marioli”. Grupa powstała w 1969 roku w Aachen (Akwizgran), rzut beretem od Belgii i Holandii, a założyli ją flecista Klaus Gülden, gitarzysta i główny wokalista Günter Krause, basista Helmuta Lieblang i perkusista Udo Dahmen. Na starcie grał z nimi wykształcony w szkole muzycznej pianista, ale zrezygnował dość szybko i skupił się na muzyce klasycznej.

O zespole zrobiło się głośno po koncercie na Festiwalu Jazzowym w belgijskim Bilzen w 1970 roku, gdzie przed trzydziestotysięczną publicznością wystąpili obok Cata Stevensa, Black Sabbath i May Blitz. Sporo koncertował w Holandii, gdzie zyskał wcale nie małe grono fanów. Być może to sprawiło, że debiutancki album „Weiß der Teufel…” nagrali za własne pieniądze właśnie tam, w małej wytwórni Good Will. Jego minimalistyczny nakład zyskał status legendy i to wcale nie ze względu na swoją rzadkość.

Płytę zaczyna „Walpurgisnacht”. Ten pełen gitarowego fuzzu i mocnego pogłosu rockowy blues ze świetnym wokalem i fletem, zdaje się krzyczeć „Hej! Jest rok 1969!” i uderza między oczy. Mimo, że trwa tylko trzy minuty jest pełen kontrastów i zmian tempa tak, że aż w głowie się kręci…  Bardziej akustyczny i pełen dobrych wibracji „Knight Of Third Degree” to numer z dominującym fletem i tablą. Przewijające się elementy hiszpańskiej i średniowiecznej muzyki w połączeniu z metaforycznym tekstem czynią go jednym z ciekawszych na płycie. Potem robi się jeszcze lepiej bowiem następne utwory z ekscytującymi instrumentalnymi partiami są bardziej złożone. Szczególnie gra na flecie sprawia, że ​​ta płyta jest czymś więcej niż kolejnym psycho-progresywnym albumem. Za sprawą niestrudzonego Klausa Guldena ​​„Spanferkel” brzmi zaskakująco podobnie do debiutu Osanny (LP. „L’Uomo”). Jedynym problemem jest jego pewna powtarzalność i to, że jest zbyt krótki.  Godne uwagi jest też solo na flecie we „Freitag”, w którym Gulden w jednej trzeciej utworu niemal niezauważalnie przechodzi na flet prosty, a następnie wraca do poprzecznego. No a popis Güntera Krause grającego szaloną gitarową solówkę to wisienka na torcie. 

 Siedemnastominutowy utwór tytułowy kryje wiele niespodzianek: zaskakująco powściągliwe (krótkie) solo perkusyjne tuż na początku, cytat z „Summertime” Gershwina, oraz solówkę, w której Gulden kompletnie szaleje. W pewnym sensie ten improwizowany jam jest podsumowanie całej płyty, na którą złożyło się wiele elementów. I, co by nie mówić, wyszedł z tego wspaniały i emocjonalny rockowy epos. 

Obiektywnie patrząc płyta ma swoje wady i zalety, nie od razu wpada w ucho, ale (paradoksalnie) to właśnie stanowi o jej atrakcyjności. Zespołowi nie chodziło o perfekcję – bardziej o emocje, które niemiecka młodzież długo w sobie tłumiła. Warto postarać się o kompaktową reedycję z 2004 roku, która zawiera blisko czterdziestominutowy zapis ich pożegnalnego koncertu w Aachen z czerwca 1972 roku. Take bonusy to ja kocham.

Niedługo po wydaniu „Weiß der Teufel…” Helmut Lieblang opuścił kolegów, a jego miejsce zajął Manfred Spangenberg. Do zespołu dołączył także drugi gitarzysta, Thomas Kittel, który grał także na klawiszach. Tę ostatnią umiejętność wykorzystano w trakcie nagrywanie drugiego albumu. Podczas pierwszej wizyty w studio Dietera Dierksa przypadkiem natknęli się na mellotron stojący gdzieś w kącie, skorzystali z okazji i włączyli go do swojego instrumentarium. Zespół miał już podpisany kontrakt z legendarną wytwórnią Pilz, która odkryła go przypadkiem w… radiowej audycji. Los czasem bywa naprawdę łaskawy. Ale nie wszystko wyglądało tak różowo. Byli pod presją, gdyż płytę musieli nagrać i zmiksować w ciągu tygodnia. Zrobiono to na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Album „Phallobst” trafił do sklepów dwa miesiące później. Jego rozkładana okładka przedstawiająca zgniłą gruszkę pożeraną przez robaki jest jedną z najbardziej niesmacznych okładek tamtych czasów. Równie niesmacznie wyglądają robale z twarzami muzyków na jej tylnej stronie. Oczywiście, sami zainteresowani wcześniej nie widzieli projektu, więc możemy tylko wyobrazić sobie ich miny, gdy gotowy produkt trafił im do rąk.

Pomimo ograniczonego czasu zespół go nie zmarnował. Słowa uznania należą się Dieterowi Dirksowi za genialny miks, dokładnie taki, jaki zespół sobie wymarzył. W stosunku do debiutu album wydaje się bardziej zwięzły, utwory są krótsze i nie przekraczają sześciu minut. Muzycznie niewiele się zmieniło (bo i po co?) – wciąż dominuje urzekający, psychodeliczny prog rock z elementami folku i bluesa z ognistymi gitarowymi solówkami, płonącym fletem, akustyczną wirtuozerią i wspaniałym brzmieniem mellotronu wyłaniającym się z piekielnych głębin. Wokal jest cichy, czasem zniża się do szeptu i brzmi mrocznie. Ale nie dziwmy się – ten album pełen jest starogermańskich i staroangielskich mrocznych, mistycznych klimatów. Kiedy go słucham podnosi mnie na duchu i poprawia humor. I taka jest między innymi rola muzyki – ma poprawiać nastrój, a nie wpędzać w rozpacz. Co ważne, nie ma tu wypełniaczy. Wszystkie kompozycje są fantastyczne i nie sposób wyróżnić jednej, czy dwóch. Zaczyna się od genialnego „Closing Time”, psych rockowego utworu o „kupcu sprzedającym pokój” utrzymanego w szybki tempie, ale dla kontrastu zaśpiewany cicho, spokojnie i hipnotyzująco. Znakomity początek, który otwiera drogę dwóm następnym instrumentalnym numerom, „Wenn Schon, Denn Scon” z ładnym basowym intro i magicznym „Schupfner”. W tym ostatnim, jak i w „Makröjel” flet Güldena, oraz partie gitarowe Krause i Thomasa Kittela wchodzą w porywające, progresywne dialogi, którymi można się tylko zachwycać. Godnym największej uwagi jest  także „Waste Land” – mroczna, melancholijna ballada w tonacji molowej, w której gitara akustyczna i powtarzalny motyw fletu budzi skojarzenia ze starymi, angielskimi kołysankami. Słucha się tego wybornie!

Pozostałe utwory trzymają wysoki poziom. W „Pricket Pit” pojawiają się mocarne gitarowe riffy, zaś „Portland Town” to genialna, ciężka, podszyta mellotronem aranżacja tradycyjnej pieśni folkowej, która stała się ich koncertowym hitem. Finałowy „I’m On My Way” nie miał prawa się tu znaleźć. Zespół uważał, że jest jeszcze niedopracowany. W zasadzie to szkic, demo wymagające szlifu i poprawek, które po nagraniu zostało przez nich odrzucone. Wytwórnia umieściła go na płycie bez ich wiedzy, o czym dowiedzieli się po fakcie. Nie był to jedyny problem jaki z nią mieli. Studio w którym nagrywali było w trakcie remontu, stąd pośpiech, o którym już wspomniałem. Na dodatek właściciele wytwórni za plecami zespołu namawiali Krause’a do odejścia z grupy obiecując zrobić z niego niemieckiego Neila Younga. Były też i inne grzechy, ale je przemilczę…

W 1971 roku  w muzyce wiele się działo i zespołom takim jak Rufus Zuphall najbardziej zależało na tworzeniu świetnej muzyki, a nie na zbijaniu fortuny. Album ma swoje drobne wady – część utworów w końcówkach została mechanicznie wyciszona (tzw. fade-out), co głównie wynikało z mało komfortowych warunków w studiu. Mimo to, „Phallobst” broni się fenomenalnym wykonaniem i niesamowitym klimatem. To jedna z tych mniej znanych perełek wczesnych lat 70-tych i godna polecenia pozycja nawet dla wymagającego fana klasycznego rocka.

Niektóre wznowienia posiadają różne bonusy, w tym utwory z przygotowywanego, ale nigdy nie wydanego trzeciego albumu „Avalon And On”. Reedycja wytwórni Long Hair zawiera drugą część pożegnalnego koncertu z Aachen, tak więc jest w czym wybierać.

Muzyka bez granic. GINBAE (1976); TOTAL ISSUE (1971); URSA MAJOR (1972).

Cieszę się, że po raz kolejny mogę przedstawić mniej znanych wykonawców i ich jedyne płyty jakie po sobie zostawili. Tak się złożyło, że dzisiejsza trójka pochodzi z różnych miejsc na Ziemi, co jest bez znaczenia. Muzyka, jak i każda inna forma sztuki, nie zna podziałów, ani granic o czym wszyscy doskonale wiemy.

GINBAE „Ginbae” (1976)

Stare porzekadło mówi że nie szata zdobi człowieka (chociaż ponoć sam Diabeł ubiera się u Prady), tak i okładka płyty nie jest wykładnikiem muzycznej wartości. Ileż to razy zdarzało się, że z wierzchu jest pięknie, a w środku wielkie rozczarowanie. I pewnie gdybym wcześniej nie wiedział o istnieniu tej płyty, patrząc na jej okładkę na bank przeszedłbym obok niej obojętnie. „Ginbae” to jedyny album japońskiego zespołu o tej samej nazwie, który w oryginalnej wersji kosztuje w granicach 800 euro. O samej grupie wiadomo niewiele. Muzycy pochodzili z Chigasaki, popularnego uzdrowiska na wyspie Honsiu. Poza gitarzystą prowadzącym, Shinyunsuke Nakamurą, pozostali używali imion, lub pseudonimów. Główny wokalista i gitarzysta to Shirashi, basista Kenya, a perkusista Hokuto. To zapomniane nawet w samej Japonii arcydzieło spod znaku ciężkiego, mocarnego rocka na dwie gitary prowadzące wydane własnym sumptem w 1976 roku jest absolutnym objawieniem. Pięć rozbudowanych utworów i ani sekundy nudy. Dźwiękowy atak porównywalny z ciosami Mike’a Tysona oparty na gęstych, ciężkich riffach i mocarnej sekcji rytmicznej potrafi znokautować niejednego słuchacza. Całość rozpoczyna „Tolulene” z nutami Black Sabbath ery „Sabotage” i Judas Priest z tego samego okresu. Pewnie niektórym japoński wokal nie przypadnie do gustu, ale na szczęście nie jest on ani ostry, ani krzykliwy, ani też sztywny jak Heidi Klum na wybiegu z biegunką. W każdym bądź razie gitarowa orgia godna duetu Tipton/Downing sprawia, że na wokal spokojnie można przymknąć oko. Drugi numer, „Rock’n’Roll People” z perfekcyjnym podwójnym gitarowym solo przypomina osadzone w ciężkim bluesie Deep Purple.

Tył okładki.

W „Rebiatan” zespół konsekwentnie trzyma się brzmienia poprzedników i potwierdza swoją doskonałość. Kto wie, może tak właśnie brzmiałby Deep Purple, gdyby w swoim składzie miał dwóch gitarzystów solowych..? W każdym bądź razie wciąż jest super! „Sazanga Part I” to instrumentalna miniaturka (niecałe trzy minuty) w progresywnym stylu. Jeśli powiem, że to perełka, to tak jakbym nic nie powiedział. Jej druga, siedmiominutowa część, już z wokalem i snującymi się w tle organami  dodają kompozycji więcej finezji, by w końcówce zamknąć ją szybką jazdą w stylu Grand Funk. Duch Głębokiej Purpury lekko snuje się w „Anne Of Green Gables”, ale tak naprawdę jest on jedynie inspiracją. Instrumentalne partie bardziej przypominają Budgie, co w pełni przekonuje mnie, że ​​jeśli wygram w Eurojackpot oryginalny album będzie mój. Podsumowując, „Ginbae” to bogaty pokaz dobrze ulokowanych watów w głośnikach i mistrzowska lekcja ciężkiego (momentami progresywnego) rocka. Doskonałe uzupełnienie mojej kolekcji płyt japońskich wykonawców na czele z  Murasaki, Blues Creation, Strawberry Path, Mariner, Far Out, Akiro Ito, Nokemono, Too Much, Flower Travellin’ Band, Lazy, Flied Egg i jeszcze kilku innych.

Cofnijmy się w czasie do roku 1970 i przenieśmy się do Francji skąd pochodził następny zespół.

TOTAL ISSUE „Total Issue” (1971)

Total Issue powstał w Paryżu w 1970 roku i składał się z muzyków związanych z francuską sceną jazz fusion. Mózgiem kwintetu byli dwaj jazzmani; kontrabasista Henry Textier, który w latach 60-tych grał z Jean-Luc Pontym i amerykańskimi jazzmanami, oraz włoski perkusista Aldo Romano. Skład uzupełniali: eklektyczny gitarzysta Georges Lucatelli, skrzypek Michel Libretti, a także grający na flecie i klawiszach Chris Hayward. O dziwo, pomimo jazzowych muzyków zespół grał psychodelicznego, mrocznego rocka o progresywnym brzmieniu z folkowymi wpływami i to na wysokim poziomie. Ich jedyna płyta wydana przez francuski oddział United Artists zawiera osiem nagrań z czego większość stworzył Romano. Nie mniej mamy tu także trzy nagrania napisane przez pierwszego gitarzystę, Szwajcara J.P. Husera, który opuścił zespół tuż przed wejściem do studia.

Francuski kwintet Total Issue (1971)

„Total Issue” można uznać za jeden z najwcześniejszych francuskich albumów progresywnego rocka. To co go wyróżnia to nietypowy dla tamtejszej sceny luźny jazzowy charakter z fletem i gitarą fuzz. Owszem, jest tu trochę popowego materiału, szczególnie w trzech najkrótszych utworach opartych na gitarze i flecie, ale (co też warte podkreślenia) zaaranżowanych w progresywnym stylu. Mam tu na myśli „Over The Shadow”, „Quiet Place”, oraz akustyczno-folkowy „Come Down”. Reszta to już prawdziwa uczta, coś jak wykwintne śniadanie u Tiffany’ego w Harrodsie. Zaczyna się od „Les Marins” z indyjskimi wpływami, ciężką baterią i świetną linią basu, kończy zaś nie mniej znakomite „Résurrection” z ciężkimi gitarami. Pomiędzy nimi mamy dwa dania główne warte każdych pieniędzy. Pierwsze to ponad ośmiominutowe, lekkie jak powietrze „La Porte Ouverte” zaczynające się jak uduchowiony art jazz podszyty folkową nutą. Otulająca swym ciepłem melancholia wyczarowana przez flet wkrótce zamienia się w przerażającą podróż w towarzystwie ciężkiej acid rockowej gitary z użyciem wah-wah. Genialny numer! Bardziej napięty „Rustic” to epicki utwór z urzekającą atmosferą podkreśloną ciepłymi partiami fletu. Jeśli chodzi o gitary, będą się one krzyżować, jedna idzie w acid rock, druga w szaleńczy funkowy jazz. Kompaktowa reedycja, która w końcu doczekała się oficjalnego wydania zawiera dwa niepublikowane instrumentalne nagrania z francuskiej telewizji. Gorąco polecam!

Okładka jedynej płyty grupy Ursa Major, na której widać mapę gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy kojarzyć się może z kosmicznym rockiem. Czy słusznie..?

URSA MAJOR „Ursa Major” (1972)

Ta nieco zapomniana, w epoce kompletnie niedoceniona grupa, była i jest moim oczkiem w głowie. Zespół został założony w 1970 roku w Nowym Jorku przez gitarzystę Dicka Wagnera, któremu sławę przyniosła późniejsza współpraca z Alice Cooperem, Lou Reedem i grupą Kiss. Oprócz Wagnera w tym potężnym trio ważną rolę spełniała znakomita sekcja rytmiczna: żwawy basista Greg Arama i fantastyczny perkusista Ricky Mangone. Krótki epizod w zespole zaliczył Billy Joel (tak, ten od „Piano Man”), ale traktować to należy w kategorii „ciekawostki”. Czego możemy spodziewać się po takim talencie jak Wagner? Jednego na pewno – dawki potężnego brzmienia z imponującą grą na sześciu strunach. Ale oprócz tego mamy tu także znakomity wokal, ambitne i momentami dramatyczne aranżacje utworów z prowokacyjnie wprowadzanymi nutami rocka progresywnego, oraz wyśmienitego producenta, Boba Ezrina, którego przedstawiać nie muszę, a który wykonał znakomitą robotę. Trio grało materiał hard/heavy/psych rocka graniczący z metalem czego przykładem nagrania takie jak „Stage Door Queen”, „Sinner” (mój faworyt), „Lay Me Down”, czy „Silver Spoon”. Album zawiera także utwory akustyczne na czele z „Liberty And Justice” i „In My Darkest Hour”, a także taki, który z powodzeniem łączył oba światy, „Back To The Land”. Krótko mówiąc „Ursa Major” to klasyk w każdym calu – jeden z tych, który sprawia, że pragnie się kolejnego albumu. Może i tak by się stało gdyby nie to, że po wydaniu płyty i wspólnych koncertach z Jeffem Beckiem i Alice Cooperem trio się rozpadło.

THE PSYCHEGROUND GROUP „Psychedelic And Underground Music” (1971)

Dla miłośników zapomnianych artystów nie ma nic lepszego niż radość z ich odkrywania, słuchania i dzielenia się z innymi. Ekscytacja jest tym większa jeśli podoba nam się to, co stworzyli. Bywa tak, że ci wykonawcy, często nieświadomie, sami przyczynili się do zbudowania swej „zapomnianej historii”. Ba! Są też tacy, którzy po latach nie są pewni ani swoich pseudonimów, ani imion kolegów, z którymi współpracowali. Badanie takich przypadków sprawia mi wielką przyjemność, a wyjaśnienie bodaj rąbka tajemnicy sprawia ogromną frajdę.

The Psycheground Group i ich jedyny album trafił w moje ręce jakiś rok temu, a może ciut wcześniej. Nieistotne. W trakcie jego słuchania czułem przyjemny dreszczyk emocji przechodzący od stóp do głowy, co zdarza mi się ostatnio niezbyt często. Nazwa grupy i tytuł płyty sugerują, że mamy do czynienia z brytyjskim, lub amerykańskim wykonawcą. Tymczasem okazuje się, że zespół pochodził z Włoch, kraju, który przez wszystkie dekady i historyczne zawirowania wciąż zaskakuje mnie czymś nowym. Od dawna twierdzę, że lata siedemdziesiąte w Italii wydają się niemającą końca muzyczną dżunglą wciąż niedostatecznie spenetrowaną i opisaną. Słowo „psycheground” w nazwie zespołu zdradza jego charakter. Sugeruje to też okładka: na czerwonym tle przedstawiono mężczyznę z bujną fryzurą przepasaną kolorową bandaną – symbol epoki młodzieżowej kontrkultury. Jak się jednak okazuje oprócz psychodelii mamy tu też elementy hard rocka, jazzu, bluesa i raczkującego wtedy na Półwyspie Apenińskim progresywnego rocka. Gdy „Psychedelic And Underground Music” ukazał się na rynku nikt nie wiedział kto za nim stoi. Album wydany przez Lúpus Records na początku 1971 roku nie zawierał żadnych zdjęć, nazwisk, ani niczego co mogłoby ujawnić jego twórców. Podejrzewano, że mógł być dziełem znanych artystów, lub muzyków sesyjnych, ale dowodów na to nie było. Do czasu.

Ponad trzydzieści lat później sprawa częściowo się wyjaśniła. Okazało się, że za tym wszystkim stali muzycy z Nuova Idea: Enrico Casagni (bg, flute), Claudio Ghiglino (g, voc), Paolo Siani (dr), Giorgio Usai (org, voc), oraz Marco Zoccheddu (g, voc), którzy ze względów kontraktowych nie mogli się ujawnić. Pomysłodawcą i mózgiem całego projektu był jednak kto inny – naturalizowany Włoch, Gian Piero Reverberi, kompozytor i producent płyt New Troll i Le Orme. W tym ostatnim działając pod pseudonimem Ninety stworzył większość utworów na ich płytach. To on namówił chłopaków, by w jego studiu nagrali materiał, który został wydany przed ukazaniem się debiutanckiego krążka Nuova Idea, „In The Beginning”.

„Psychedelic And Underground Music” to w przeważającej mierze instrumentalny, momentami mroczny album z silnym brytyjskim klimatem i niewielką ilością harmonii wokalnych. Otwiera go utwór „Psycheground”, który od razu zachwyca potężnym gitarowym riffem połączonym z awangardowym brzmieniem Hammonda przenosząc nas w czasy potężnych zespołów lat 60-tych takich jak Cream. Acid rockowa gitara sprawia, że ​​bujamy się, kiwamy rytmicznie głową, a przede wszystkim poddajemy się jej nieodpartemu szaleństwu. „Easy” to utwór, który wprowadził mnie do tego zespołu. Uwielbiam jego luźną strukturę i stonowany melodyjny groove – a poza tym bardzo chciałbym umieć tak grać na perkusji! Zaczyna się wolnym perkusyjnym rytmem z nutą jazzu i delikatnymi organami w tle nadające mu psychodelicznego smaku. Kiedy łączy się to z gitarowym, lekko funkowym riffem nastrój robi się bardziej swobodny i odlotowy jak po zażyciu psychotropów…

Szarpane dźwięki gitary w „Traffic” i wokalne harmonie nawiązują do Vanilla Fudge. Kontemplacyjny wstęp dzięki mocniejszym gitarowym riffom i bardziej ekspresyjnym klawiszom stopniowo nabiera tempa osiągając punkt kulminacyjny w postaci pięknego gitarowego sola. Muzyka nabiera intensywności, by ostatecznie powrócić do kontemplacyjnego tonu. Mówiąc krótko, doskonały przykład klasycznego progresywnego rocka… Bardziej przystępny, naznaczony radiowym popowym charakterem „Ray” jest radosny, żywiołowy i bardziej energetyczny. Tym razem to fortepian zajmuje centralne miejsce – jest jego fundamentem i podtrzymuje muzykę. Ale spokojnie. Gdy pojawia się mocne gitarowe solo całość nabiera bardziej rockowego charakteru. Kończy to wszystko „Tube”, jazz rockowy numer z psychodelicznymi akcentami, w którym Hammond nadał mu kwaśną fakturę. W tym utworze wyraźnie widać klasę zespołu i wielkość jego muzyków.

Oryginalny album, prawdziwa perełka włoskiego rocka, którego nakład nie przekroczył 500 sztuk jest niezwykle rzadki i bardzo ceniony wśród współczesnych kolekcjonerów. Na szczęście płyta była wznawiana na winylu i kompakcie. Rzadki i mało znany klasyk, który warto poznać.

Zagłębiając się w tę całą historię dokopałem się do informacji, że ten sam skład, tyle że pod nazwą The Underground Set wydał wcześniej dwie płyty w podobnym stylu i klimacie. Zarówno pierwsza, „The Underground Set” (1970) z materiałem w całości skomponowanym przez Reverberiego jak i druga, „War In The Night Before” (1971), ukazały się w wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Ale o nich może innym razem.

AKIRA ITO „Bosatu & Mugen” (1979)

To, że „Wish You Were Here” Pink Floyd był albumem, który dał inspirację wielu artystom i zespołom jest faktem nie podlegającym dyskusji. Szczególnie było to zauważalne w Niemczech, gdzie pod koniec lat 70-tych wraz z falą soft-progowych zespołów pojawiły się wytwórnie takie jak Sky Records specjalizujące się w wydawaniu tego typu wydawnictw. Jego wpływ był odczuwalny także w Japonii. Etniczne ciepło, elementy psychodelii, eteryczny progres… wszystko to idealnie pasowało do stylu, który zapowiadał nadchodzącą (ostatecznie nieudaną) nową erę. To wtedy pojawia się Far East Family Band, sekto-komuna długowłosych fanatyków z trzema klawiszowcami na pokładzie: Masanori Takahashi (później znany jako Kitaro), „przywódca” sekty Fumio Miyashta  i mój dzisiejszy gość, Akira Ito.

W ciągu dwóch pierwszych lat solowej działalności wydał cztery znakomite albumy, które podtrzymywały poziom i legendę poprzedniego zespołu. Właściwie wszystkie mogłyby być dziełem Far East Family Band. Jego debiutancka płyta, „Inner Light Of Lie”, (1978) wzbudziła zachwyt krytyków i entuzjazm japońskich fanów zakochanych w progresywnym rocku. „Bosatu & Mugen” był trzecim albumem, na którym oprócz Ito pojawili się: Kei Ishikawa (bas), kolega z Far East, Shizuo Takahashi (perkusja), oraz Chitose Shibata (gitara). Sam maestro oprócz gry na klawiszach był producentem i autorem wszystkich kompozycji.

Zatrudnienie pełnego składu i nie opieranie się wyłącznie na syntezatorach było mądrą decyzją. Album został podzielony na dwie długie suity tworzące medytacyjny świat nawiązujący do buddyzmu z naturalnymi odgłosami przyrody. Zaczyna się leniwie od „Bosatu” z ćwierkającymi ptakami w kwitnącym migdałowym gaju. Floydowskie wpływy z gitarą w stylu Gilmoura, podobnie jak teutoński kraut rock (Klaus Schulze trzy lata wcześniej wyprodukował dla Far East Family Band płytę „Parallel World”) przebijają się tu w całej swej okazałości. Przestrzenna powaga majestatycznych klawiszy, unoszące się rytmy i gitary przywodzą na myśl „Shine On You Crazy Diamond”. Pięknie wykonany, efektowny kosmiczny walc to idealny moment, aby od początku przyciągnąć uwagę każdego, nie tylko wybrednego i wymagającego słuchacza. To jest jeden z tych momentów kiedy wydaje się, że przy tak delikatnych dźwiękach muskających ucho czas spowalnia, a w brzuchu pojawiają się motyle. Właśnie takie wrażenia miałem, gdy pierwszy raz słuchałem tego zachwycającego fragmentu. I tak mam do tej pory… Kosmiczny rock wkrada się w „Me-Za-Me”, drugim nagraniu, aczkolwiek w rytmicznej gitarze słychać funkowy beat. Ptaszki kontynuują swój śpiew dając poetycki obraz zagubionego w dżungli świątyni (wersja romantyczna), lub blondynki w żółtym dresie z opaską na oczach chcąca podciąć ci gardło kataną (wersja alternatywna). Żartuję. A już całkiem serio, zwróćcie uwagę na perfekcyjnie dobrany balans instrumentów – kosmos! „Kokoro & Karada” podtrzymuje pełne podziwu oddanie dla „Wish You Were Here” oczywiście w japońskim stylu. Akira Ito sprawia, że ​​gęsty, dominujący krajobraz syntezatorów daje pozostałym członkom zespołu czas na oddech. Ostatnią część pierwszej suity zamyka prawie sześciominutowy „Mitu”. Ptaszki kontynuują swoje trele pośród etnicznych wpływów z Kraju Kwitnącej Wiśni i wznoszącego się space rocka. Mówiąc krótko, czysty, niepokojący mistycyzm, który relaksuje i, co ważne, nie wywołuje senności. Instrumentalny azyl i ucieczka od wielu idiotyzmów z Tik-Toka, Instagrama i telewizyjnych programów typu „Love Island”!

Druga strona jest nieco inna. Po pierwsze, tytuły utworów są w języku japońskim, a nie znam nikogo, kto by te „krzaczki” mógłby mi przetłumaczyć. Po drugie (dużo ważniejsze niż „krzaczki”) Ito tym razem położył większy nacisk nie na tradycyjną melodię i rytm, ale na delikatny nastrój i atmosferę inteligentnie łącząc go z kraut rockiem. Pomysł sam w sobie dość ryzykowny, ale ten genialny muzyk wiedział co robi. To odważne połączenie pozwala poczuć się otoczonym zupełnie innymi i – co ważne – bardzo pozytywnymi emocjami! Krótkie, nieco ponad dwuminutowe wprowadzenie będące zaproszeniem do oderwania się od rzeczywistości płynnie przechodzi do blisko ośmiominutowego utworu z mantrą i (cóż za niespodzianka) śpiewającymi ptaszkami. Ambientowy pejzaż dźwiękowy przywołuje motywy nawiązujące do Ash Ra Tempel, Tangerine Dream i Klausa Schulze osadzonych u podnóża góry Fuji. Obrazy jakie mi się przesuwają pod zamkniętymi powiekami to barwny świat złożony z intensywnych kolorów tęczy rodem z rajskich wysp na Pacyfiku. Ciągnie się to przez kolejne nagrania trwające cztery i pięć minut. Tracę kontrolę i już nie wiem, czy śnię, czy faktycznie jestem na tych wyspach… Największą zaletą tej medytacyjnej i transcendentalnej muzyki łączącej elementy progresywne, elektroniczne i etniczne z wykorzystaniem japońskich instrumentów takich jak bębny taiko i shakuhachi  jest to, że słucha się jej wybornie.

„Bosatu & Mugen” to rodzaj progresywnej muzyki świata i prawdziwy klejnot. Nie lubię używać określenia „muzyka umysłu”, ale słuchając tego, co Ito stworzył na tym albumie uczciwie trzeba przyznać, że jego wizja była trafna. Mimo, że nie odniósł tak oszałamiającego sukcesu jak Kitaro, zachował stylistyczną ciągłość z oryginalnym zespołem, co uczyniło go o wiele ciekawszym. Płyta na każdą porę roku. Polecam słuchać wpatrując się w zachód słońca, lub nocą przy blasku świec. Koniecznie na słuchawkach!

TROYA (1976) i BALLETTIROSADIMACCHINA (1974?), czyli meteor i muzyczne fałszerstwo.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tak wiele zespołów mając znakomitych muzyków grających z sercem i godnym podziwu zaangażowaniem przemykają przez muzyczny nieboskłon niczym meteory, a potem giną szybciej niż się pojawiły? Choć jest to proste pytanie odpowiedzi nie muszą być jednoznaczne. Myślę, że większość zainteresowanych ma swoje przemyślenia i odpowiedzi. Abstrahując od prób jego wyjaśnienia jednym z takich klasycznych przykładów jest niemiecka Troya i jej jedyna płyta „Point Of Eruption” z 1976 roku.

Kwartet powstał cztery lata wcześniej w miejscowości Werne an der Lippe pod nazwą Drastic. Zainspirowany muzyką klasyczną z okresu baroku i psychodelią lat 60-tych zmienił nieco pierwotny skład i nazwę. Wcześniej nie znałem tego zespołu, ale kiedy zobaczyłem tę minimalistyczną okładkę sprawiającą wrażenie jakby wykonał ją grafik-amator, coś mnie tknęło. W „ciemno” kupiłem kompakt wydany przez ceniony przeze mnie Garden Of Delight i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę!

Dostępne i bardzo skąpe informacje o zespole i płycie sugerują, że był to samofinansujący się projekt wydany przez małą wytwórnię Forder Turm. Nie wiadomo ile egzemplarzy powstało, ale biorąc pod uwagę ograniczone środki dostępne na jego wydanie musiało ich być naprawdę niewiele. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że na płycie wystąpili: Elmar Wegmann (gitara, wokal, flet); Klaus Pannewig (perkusja, wokal); Wilhelm Weischer (bas); oraz Peter Savelsberg (organy, mellotron, fortepian).

Front okładki płyty „Point Of Eruption”.

„Point of Eruption” to autentyczny rock progresywny, z bogatymi elementami instrumentalnymi na czele z organami i mellotronem, oraz solidnym, spójnym fundamentem gitarowym. Charakteryzuje się ponurym, introspektywnym i mrocznym brzmieniem, flirtując również z hard rockiem i symfonicznym prog rockiem. Wszystkie utwory, melancholijne, dramatyczne i pełne emocji, których łączna długość to zaledwie 32 minuty, w większości są instrumentalne, a ich jakość świadczy o dużej kompetencji muzyków. Pojawiające się wokale śpiewane po angielsku z niemieckim akcentem ze swoimi wadami i zaletami nadają tej „potrawie” charakterystycznego smaku z odrobiną pikanterii. Całość otwiera „She”, typowy prog rock w lekko symfonicznych aranżacjach z akcentami kosmicznego rocka wzbogacony ostrą, psychodelicznie brzmiącą gitarą. „Battle Rock” jest nieco bardziej energiczny. Ta piękna i potężna ballada ze swą „ciemną” atmosferą, łagodnymi i melancholijnymi fragmentami przypomina mi „A Saucerful Of Secrets”. Z kolei „Chromatik” oferuje brzmienie hard rocka pełne agresywnych, rozbudowanych i zapadających w pamięć solówek gitarowych. Towarzyszą im euforyczne partie klawiszowe, nadające muzyce siłę, spójność, pokazując przy tym, że doskonałe idee można formułować w całkiem prosty sposób.

Tył okładki.

„Festival” ze sporą dawką ciężkiego progresywnego rocka z elementami symfonicznego baroku wydaje się być kontynuacją poprzednika. Jest jednak coś pogańskiego i starożytnego w tym nagraniu co mnie jakiś w cudowny sposób uwiodło… „Sinclar”, z długimi, rozbudowanymi solówkami gitarowymi i doskonałą sekcją rytmiczną to utwór instrumentalny. Jest piękny. Ujęła mnie w nim delikatna, melancholijna melodia z nutką smutku inspirowana archaicznym brzmieniem syntezatora, który skłania się bardziej ku jazzowym refrenom ujawniając przy tym kunszt muzyków. Album zamyka „Choke” silnie inspirowany grupą Eloy z dobrymi liniami basu, klawiszami i mnóstwem rytmicznych zmian. Gitarowe solówki dodały energii i sprawiły, że jest bardziej intensywny i elektryzujący.

Zespół rozpadł się wkrótce po wydaniu albumu, a losy jego członków pozostają nieznane. W epoce zdominowanej przez punk rock i disco, „Point Of Eruption” został totalnie zlekceważony i na lata zniknął z horyzontu. Dziś oryginał, wart małą fortunę, poszukiwany jest przez kolekcjonerów na całym świecie. Na szczęście dużo tańsze i wciąż dostępne są jego wznowienia. Warto mieć go pod ręką na swojej półce.

Jedną z największych i do dnia dzisiejszego nierozwiązanych do końca zagadek w historii progresywnego rocka jest zespół(?), projekt(?) o bardzo dziwnej nazwie Ballettirosadimacchina, który nagrał tylko tę jedną płytę. Gdyby nie to, że ją mam nie uwierzyłbym, że jest tak dobra i warta przedstawienia.

Front okładki.

Ta pokręcona nazwa będąca jednocześnie tytułem płyty ma dziwną historię. Nikt nie wie kim byli muzycy, skąd pochodzili, ani nawet kiedy nagrali ten jeden jedyny album. I pewnie już nigdy tego się nie dowiemy. Wokół zespołu krążą różne historie i teorie. Nazwa, która prawdopodobnie jest połączeniem słów Balletti Rosa Di Macchina sugeruje włoskie pochodzenie. Spekulowano więc, że ten tajemniczy album może być dziełem Włochów mieszkających w Niemczech (na płycie pojawia się nazwisko niemieckiego producenta), lub Kanadzie (tam go wydano i zaprojektowano okładkę). Płyta idealnie oddaje mocne i słabe strony włoskiego prog rocka – piękne i pomysłowe melodie, bogaty zestaw klasycznych syntezatorów, typowy wokalista (trochę irytujący), oraz przesadne dramatyzowanie, czyli coś co tamtejsi artyści lubili. Można powiązać ją z doskonałymi, jednopłytowymi zespołami, takimi jak Corte dei Miracoli i Festa Mobile. Nie jest to arcydzieło, ale muzycznie to kompetentny i przyjemny w odbiorze krążek, który pod względem produkcji brzmi jak one. Ba! Są nawet produkcyjne niedociągnięcia typowe dla niszowych albumów. Ktokolwiek to wyprodukował, zrobił wszystko, żeby brzmiało to jak płyty z połowy lat 70-tych. Inna teoria głosi, że stali za tym muzycy z Japonii, którzy na wzór włoskiego rocka stworzyli album będący ukłonem w ich kierunku. Dowodów na to jednak nie było. Do czasu. Jest też kwestia wokalu. Kiedy poprosiłem znajomego Włocha, aby powiedział o czym wokalista śpiewa wybuchnął śmiechem. „To nie jest włoski! To jakiś bełkot.” Data nagrania albumu jest równie tajemnicza. Płytę wydała wytwórnia Rockit Enterprises, a jej numer katalogowy to RIES 74 stąd niektóre strony podają rok 1974. Inne twierdzą, że mógł zostać nagrany pod koniec lat 80-tych, a nawet w latach 90-tych. Jedno jest pewne – jeśli ktoś chciał zrobić psikusa kolekcjonerom i fanom prog rocka zrobił to doskonale. Te celowo międzynarodowe ramy (włoscy muzycy, kanadyjskie tłoczenie, niemiecka produkcja) miały konkretny cel: usprawiedliwić wyjątkową rzadkość albumu i wzmocnić jego mityczny status wśród kolekcjonerów. Do pewnego czasu to się udawało. Ale…

Wkładka z „włoskimi” tekstami.

Wraz z rozwojem metodologii badawczych zaczęły pojawiać się nieścisłości. Analiza językowa i wysiłki „muzycznych archeologów” ostatecznie rozwiały tę iluzję. Ballettirosadimacchia wcale nie był włoskim zespołem. Autorytatywne źródła doszły w końcu do zaskakującego wniosku: projekt narodził się w Japonii (a jednak!), konkretnie w Osace. Zespół najwyraźniej zaaranżował to misterne fałszerstwo jako akt głębokiego podziwu dla włoskiej sceny progresywnej, która niezmiennie cieszy się ogromną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przyjęcie starannie dobranych włoskich nazwisk muzyków: Tonino Leo Ucchi, Antonio Sassada, Gianni Mazzi i Marcello Taddeo Matteotti, było ostatnią warstwą misternie zaprojektowanego oszustwa skierowanego do kolekcjonerów  „epoki przed internetowej”. Prawdę mówiąc, za tymi pseudonimami stali naprawdę bardzo dobrzy instrumentaliści. Pod względem instrumentalnym płyta przekonująco udowadnia biegłość w progresywnych idiomach: bogate warstwy mellotronu, płynne pasaże Mooga i starannie opracowane aranżacje przywołują złotą erę gatunku z zadziwiającą dokładnością. Iluzja zaczyna pękać, gdy w grę wchodzi wokal. Głos Ucchiego charakteryzuje się wyraźnie obcym akcentem i fonetycznie dezorientuje tych, którzy choć trochę znają język włoski. Jakby tego było mało teksty zamieszczone na kopercie napisane po włosku roją się od błędów gramatycznych i składniowych. Anegdota, często cytowana wśród kolekcjonerów opowiada, że niektórzy nabywcy podobno próbowali zmienić prędkość obrotową swoich gramofonów z 33 na 45 przekonani, że wokal jest wynikiem wadą krążka. Dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu zdawali sobie sprawę, że to nie płyta była wadliwa, a muzycy nieznający języka.

Niezależnie od okoliczności płyta broni się nadzwyczaj dobrze. Nawet wokalny „bełkot” sprawia, że wydaje się bardziej ekscytująca. Sama muzyka nie jest zbytnio skomplikowana, ale znakomite partie organów, mellotronu i gitar zainteresują poszukiwaczy undergroundowych perełek. Album składa się z dziewięciu utworów, które tworzą spójną symfoniczną narrację. Całość jest tak równa, że trudno wskazać faworytów. Dynamiczny „San Diego” przepuszczony przez filtr zachodniej wrażliwości nawiązuje do brytyjskich struktur progresywnych. „E’Tutto un Sogno” odzwierciedla iluzję, na której zbudowany jest cały projekt pokazując koncepcyjną istotę albumu, natomiast „Oggi” to wypisz wymaluj liryczna ballada wczesnego włoskiego proga. Z kolei instrumentalny „Interludio” to kawałek, w którym organy i fortepian tkają skomplikowane faktury inspirowane barokiem. Szkoda tylko, że jest tak krótki… Eksplozję barw mamy w „Suono”, w której atmosferę tworzą Moog i mellotron, zaś utwór zamykający płytę, „Se Ti Pace”, pozostawia nas w stanie zawieszenia i fascynuje dwuznacznością.

Gdy częściowa tajemnica została odkryta wartość albumu wcale nie spadła. Przeciwnie. Ballettirosadimacchia stał się kultowym symbolem zjawiska zwanego „fałszerstwo jako dzieło sztuki”. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ich jako pomysłowych twórców, czy też muzyków oddających hołd włoskiemu prog rockowi jest przykładem na to, że ten gatunek miał i ma całkiem pokaźną armię oddanych fanów na całym świecie.

Muzyki z krańców świata ciąg dalszy. SHARK MOVE; GIANT STEP.

Gitarzysta Benny Soebardja to jedna z najważniejszych postaci na indonezyjskiej scenie muzycznej. Był ogniwem łączącym dwa legendarne zespoły: Shark Move i powstały na jego popiołach Giant Step. Jest też jedynym muzykiem, któremu za życia postawiono w Indonezji pomnik.  Urodził się w malowniczym Tasikmalaya, mieście położonym na Jawie u podnóży wulkanów Galunggung i Sawal. (Tak na marginesie – czy jest ktoś, kto mógłby oprzeć się pokusie by posłuchać jak brzmią zespoły pochodzące z tak egzotycznego zakątka..?).  Mając dziesięć lat nauczył się grać na gitarze bez nauczyciela podpatrując innych. W 1968 roku, jeszcze w liceum, założył popowy zespół The Peel, grając covery Beatlesów, Jimi Hendrixa, Stonesów, Procol Harum… Dwa lata później, będąc studentem Wydziału Rolnictwa Uniwersytetu Padjadjaran w Bandungu razem ze swym przyjacielem grającym na klawiszach, Somanem Loebisem, powołali do życia Shark Move. Do składu zwerbowali najlepszego basistę na Jawie, Janto Diablo i perkusistę Sammy Zakaria. Wszyscy udzielali się także wokalnie. Nazwę wymyśliła im dziennikarka bardzo popularnego wtedy magazynu muzycznego „Aktuil”. W tym czasie mieli już swoje własne piosenki na czele z „My Life”, „Isan”, „Evil War” i „Butterfly”. W styczniu 1972 roku weszli do „Musica Studio”, należącego do jednej z najbardziej znanych wytwórni w Indonezji należącego do Hindusa indonezyjskiego pochodzenia, Bhagu Ramchanda, Wkład Bhagu był znaczący, ponieważ wsparł ich finansowo i podsunął pomysły, dzięki którym jedyny album Shark Move, „Ghede Chokra’s” stał się rzeczywistością. Okładkę zaprojektowała Choqie Samanta, ta sama dziennikarka, która wymyśliła im nazwę, nie biorąc od nich ani jednej rupii.

Front okładki.

Podczas gdy inne zespoły w tamtym czasie wciąż grały słodką muzykę z indonezyjskimi tekstami, Shark Move jako pierwszy połączył rock z tradycyjnymi harmoniami i progresywnymi brzmieniami śpiewając po angielsku. Na moje ucho ta psychodeliczna ciekawostka z fantastyczną okładką i tytułem, który można przetłumaczyć jako „Wielkie wizje” zapowiada ciekawą podróż. I taką też jest. Całość brzmi jak wczesny rok progresywny z akcentami ciężkiego rocka zdominowany przez gitary z dużą ilością fuzzu, organami i elementami symfonicznymi. Prawdziwa kapsuła czasu. Fantastyczna od początku do końca. Zaczyna się wspaniale od „My Life” z gitarowymi szaleństwami (solo w trzeciej minucie warte każdych pieniędzy!), gustownymi partiami fletu, piękną melodią, egzystencjalnym tekstem i znakomitą aranżacją. Nie przesadzę mówiąc, że mamy tu do czynienia z arcydziełem progresywnego rocka. Nieco łagodniejszy „Butterfly” zachwyca nie tylko linią melodyczną, ale też pięknym śpiewem. Bardzo urokliwy popowy numer z progresywnymi akcentami. To samo można powiedzieć o „Harga”. Tu serce skradają mi naprawdę piękne partie fletu zagrane przez basistę, ale tak naprawdę to „Evil War” jest zwycięzcą tej płyty. Pięknie skomponowana kompozycja z gościnnym udziałem Bhagu Rhamchanda jako wokalistą emanuje energią klasycznego rockowego jam session. Tym razem Janto Diablo skradł mi serce i duszę, a jego solówka na basie to istny majstersztyk. Jakby tego było mało szalejące organy i oszałamiająca gitara Benny’ego sprawia, że całość to miód na uszy! Pozostałe utwory: „Bingung”, „Insan” i „Madat” to ballady. W pierwszej słyszymy fortepian; w drugiej Janto popisał się piękną partią fletu. On też jest autorem i głównym wokalistą w tej ostatniej idealnie oddając jej przesłanie – ostrzeżenie przed narkotykami.

Wydany przez Shark Move Records nakład to zaledwie sto sztuk, które rozeszło się w mgnieniu oka. Piraci sprytnie skopiowali je na kasety i sprzedawali w całej Indonezji. Oczywiście bez pozwolenia. Oni zarobili kokosy, zespół nie miał z tego nic. Oficjalne wznowienie pojawiło się dopiero w 2007 roku dzięki niemieckiej wytwórni Shadoks.

Tuż po wydaniu albumu zespół regularnie koncertował w dużych miastach Indonezji takich jak Bandung, Dżakarta, czy Palembang. Niecały rok później w wypadku samochodowym zginął Soman Loebis. Zszokowany śmiercią przyjaciela Benny rozwiązał zespół. Znalezienie następcy Somana nie wchodziło w rachubę. W 1973 roku gitarzysta pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wspólnie z Sammy Zakarią  stworzył nową formację, Giant Step. Dwa lata później nagrali płytę „Mark I”. Stale zmieniający się skład nie wyszedł nowemu zespołowi na dobre. Przede wszystkim grupie nie udało się stworzyć spójnego brzmienia, a sama muzyka miotała się w różnych stylach i gatunkach jak bezgłowy kurczak. Przed nagraniem drugiej płyty, „Giant On The Move!”, nastąpiły kolejne roszady. Oprócz lidera, oraz drugiego gitarzysty, Alberta Warnerina pozostali członkowie byli nowi. Basista i flecista Adhy Haryadi, perkusista Haddy Arief i geniusz  czarno-białych klawiszy Triawan Munaf byli już doświadczonymi muzykami zdolnymi do tworzenia bardziej złożonych kompozycji. Co ciekawe, tym razem materiał został wydany tylko na kasecie.

Kaseta „Giant On The Move!”.

Dopiero po latach wznowiono go winylu i CD w różnych okładkach. Mój egzemplarz kupiony kilka lat temu w Hiszpanii pochodzi z 2016 roku i został wydany przez indonezyjski Rockpod Records.

Front okładki płyty „Giant On The Move!” wznowionej w 2016 roku.

Tym razem wszystko perfekcyjnie zatrybiło. „Giant On The Move!” brzmi o wiele lepiej niż „Ghede Chokra’s” i „Mark I”. Jest spójny i bardziej ekscytujący. Prawdziwa progresywna bestia z wpływami europejskich gigantów z chwytliwą melodyką. Pierwotnie na płycie promocyjnej (taka też była) znalazły się tylko cztery utwory: „Giant On The Move”, „Air Pollution”, „Decisions” i „Waste Time” trwające nieco ponad pół godziny. Wszystkie są dobre, ale lepiej zaopatrzyć się w wersję rozszerzoną z dziewięcioma utworami. Te nieobecne w oryginalnym wydaniu są równie dobre, a nawet lepsze od czterech oryginałów. Dzięki wielu zmianom tempa, wahaniom nastroju, dramatycznym wybuchom i różnym smaczkom muzykom udaje się przez cały czas utrzymać wysoki poziom. I co najlepsze, wszystko to zrobione jest ze smakiem.

Porywające otwarcie w postaci „Farewell Today” nawiązuje do ELP i Deep Purple. Triawan Munaf gra na swych syntezatorach i organach jak Keith Emerson, a Haddy Arief wali w bębny jakby jutra miało nie być. Mnóstwo tu zmian tempa, dynamiki i zero nudy. W tytułowym „Giant On The Move!” rozkoszuję się brzmieniem organów i gitarowymi solówkami, od których kręci się w głowie. No i muszę po raz pierwszy pochwalić Benny’ego za jego znakomity wokal, bo wcześniej bywało z tym różnie. Jeśli miałbym wskazać swoich faworytów bez zająknięcia powiem, że są nimi „Fortunate Paradise” i „Air Pollution”. Pierwszy przywodzi mi na myśl ciężki, psychodeliczny klimat Shark Move, a grane unisono gitarowe solówki Alberta Warnerina rozwalają mnie na łopatki. Drugi rozpoczyna się dwuminutowym solo perkusyjnym, a potem jest mu bardzo blisko do Deep Purple. Pod silnym wpływem Głębokiej Purpury jest także „Illusion Way”, kolejna schizofreniczna kompozycja, w której mocne riffy znakomicie współgrają z organami i syntezatorem. Ciekawy jest „Liar”. Może dlatego, że jest taki nieprzewidywalny. Z jednej strony aspiruje do bombastycznego prog rocka z ciężkimi gitarowymi riffami, z drugiej wydaje się prostym rockowym numerem z funkowym outro na basie. Ja to kupuję. Z kolei w „Decisions” mamy wszystko, co lubią tygryski: ciężkie riffy, ostry syntezator, gitarę akustyczną i świetną grę na flecie w wykonaniu basisty.

Nie ukrywam, że obie płyty są rzadkie i trudno dostępne, ale warto potrudzić się, by włączyć je do swojej kolekcji. Benny Soebardja wycofał się jakiś czas temu z grania i tworzenia muzyki. Mieszka obecnie w Dżakarcie ze swoją żoną. Na zakończenie wywiadu jakiego udzielił parę lat temu powiedział: „Nie zatrzymujcie się! Rock nigdy nie umrze. Słuchajcie naszych piosenek, a na Ziemi nastanie pokój.” I tego się trzymajmy.

Muzyka z krańców świata. LAGHONIA „Glue” (1970); „Etcetera” (1971).

Pamiętacie legendarną kreskówkę dla dzieci o przygodach Bolka i Lolka? W trzeciej serii bracia podróżują po świecie, ale zanim wyruszą kręcą globusem i udają się tam gdzie zatrzymają go palcem. Ja co prawda globusem nie kręcę, a w muzyczną podróż wybieram się w bardziej prosty sposób – sięgam po płyty z różnych stron świata.

W 1965 roku w Limie, największym mieście i stolicy Peru, dwaj bracia Cornejo: Saúl (g) i Manuel (dr) zainspirowani grupą The Beatles założyli beatowy zespół Los Juglares. W jej składzie byli także: Eddy Zarauz (bg), Alberto Miller (g) i Alex Abad (voc). Pod koniec roku zmienili nazwę na The New Juggler Sound, co miało symbolizować przejście od świata beatu do bardziej złożonej muzyki. Wpływ na to miały „undergroundowe” zespoły – jak je nazywali – wśród których wyróżniały się The Animals, The Seeds i The Kinks. Na psychodelię nie trzeba było długo czekać. W połowie 1967 roku angielski artysta- malarz Rafael Hastings, który widział ich występ kilka dni wcześniej zaprosił całą piątkę na swój wernisaż. Byli minstrele założyli swoje najbardziej psychodeliczne stroje i wykonali własne utwory, co wywołało spore poruszenie. Na drugi dzień lokalna gazeta „Última Hora” na pierwszej stronie umieściła artykuł. Jego tytuł: „Hippies Invade Lima!” (Hipisi najeżdżają Limę), napisany wielką czcionką rzucał się w oczy bardziej niż uliczny bilbord.

Muzyka, ubrania i długie włosy, czyli coś czego nie zaprezentowała wówczas żadna inna peruwiańska grupa szybko przyciągnęły uwagę i zespół stał się medialną sensacją. O tym jak intensywnie w tym czasie pracowali świadczą fakty: w ciągu trzech lat napisali ponad sto piosenek, występowali w teatrach, na koncertach, w szkołach, wystawach, happeningach, galeriach sztuki i programach telewizyjnych. W 1968 roku wytwórnia FTA wydała im singla, po którym przyszły kolejne cztery i to całkiem dobre.

Sekstet Laghonia (1970)

Czerpiąc inspiracje z brytyjskich zespołów, bracia Cornejo postanowili śmiało eksplorować nowe brzmienia. Zmiana kierunku nie spodobała się Alberto Millerowi, który wyjechał do Boliwii. To odejście otworzyło drzwi amerykańskiemu geniuszowi gitary, Davidowi Levene. Mając 16 lat przeprowadził się z rodziną do Limy, a potem podróżował autostopem po Peru ze swoją gitarą. Grając w parku zwrócił uwagę przechodzącego obok Eddy’ego Zarauzy, który zaprosił go na przesłuchanie. Levene był kwintesencją gitarzysty prowadzącego usadowiony gdzieś pomiędzy bluesem, a psychodelią. Inspirował się Claptonem i Hendrixem, uwielbiał Cream, Vanilla Fudge, Spirit,  Blues Image. Był dokładnie tym, czego szukali; dzięki niemu mogli nadać swoim utworom nową dynamikę, a rezultat był wybuchowy. Natychmiast nagrali „Glue”, piosenkę, którą Saúl napisał po przeczytaniu wycinka z „Timesa” o najnowszej toksycznej modzie w USA i o presji, jaką społeczeństwo wywiera na jednostkę. Mimo, że szło to w dobrym kierunku wciąż im czegoś brakowało. Jeśli naprawdę chcieli zmiany potrzebowali klawiszowca. Znaleźli go w osobie Carlosa Saloma, pasjonata jazzu, brazylijskiej boss novy i… właściciela Hammonda. Tym samym byli jednym z nielicznych zespołów w Peru i Ameryce Łacińskiej, którzy używali tych organów. Ważne było to, że Salom wniósł swoje pomysły jazzowe w tym polirytmię Dave’a Brubecka. Chemia w zespole zadziałała i to wtedy zmienili nazwę (pochodną od słowa „Agonia”) na Lighonia. Tym samym nastąpiła trzecia i ostatnia transformacja zespołu. Ten okres zamyka również pierwsze bogate doświadczenie braci Cornejo, którzy z kolegami z sąsiedztwa chcieli jedynie naśladować Beatlesów i którym nie śniło się, że wkrótce położą podwaliny pod psychodelicznego rocka w tym rejonie. Uprzedzając bieg wydarzeń powiem, że dotarli nawet do kraju swoich idoli. Jeden z największych finansowych holdingów na świecie, HSBC, w 2012 roku wykorzystał utwór „Bahía” jako ścieżkę dźwiękową do swojej kampanii reklamowej w Wielkiej Brytanii. Teledysk opublikowany na YouTube zebrał setki tysięcy wyświetleń wzbudzając zainteresowanie tajemniczym zespołem stojącym za spotem. 

Wydany w czerwcu 1970 roku debiutancki album „Glue” był w zasadzie zbiorem singli New Juggler Sound z dwoma nowymi utworami nagranymi już z Salomem i jego organowymi dogrywkami w utworze tytułowym.

Po albumie, będącym tak naprawdę hołdem złożonym swej muzycznej przeszłości, który łączył pop, garażowe brzmienie z elementami psychodelicznego rocka trudno oczekiwać arcydzieła. Żeby była jednak jasność uważam, że wszystkie utwory są świetne i słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie trzeba być geniuszem, by nie dostrzec tu inspiracji Beatlesami („Baby, Baby” brzmi jak odjechana wersja „Love Me Do”), usłyszeć gitarowe zagrywki przemycone z płyt Hendrixa, a także zachwycić się „psychodeliczną wersją” Simona And Garfunkela (w „I Must Go” nawet głosy są podobne). Moje ulubione „Neighbor” z latynoskim akcentem to prawdziwe cacko – jest jak połączenie War z Grand Funk Railroad, ale napisane zanim te zespoły wydały swoje pierwsze płyty. Z kolei tytułowe „Glue” to  stuprocentowo narkotyczna psychodelia z przesterowaną gitarą, marzycielskimi organami i halucynogennym tekstem brzmiąca jak połączenie Hendrixa z wczesnym Pink Floyd. Cudo!

Koniecznie muszę też wspomnieć o „And I Saw Her Walking”. Ten znakomity utwór, będący mieszanką gatunków, balansuje między rockowym The Rolling Stones, a amerykańskim popem zachowując jednocześnie egzotyczny charakter południowoamerykańskiego psycho rocka. Niezależnie od tego, czy jest to punkt wejścia w świat egzotyki, czy sposób na rozkręcenie nudnego dnia, jest perełką wartą zapamiętania. No i jest jeszcze wspomniana „Bahia”, bez której ta płyta nie miałaby sensu.

Pod koniec 1971 roku rozpoczęli pracę nad drugą płytą. Nie obyło się bez pewnych komplikacji. W trakcie sesji Eddy Zarauza wyjechał na stałe do Boliwii. Zanim znaleziono nowego basistę w trzech utworach zastąpił go perkusista, Manuel Cornejo. Na szczęście przybycie Ernesto Samamé pozwoliło w spokoju dokończyć pracę. Płyta „Etcetera” ukazała się w grudniu jeszcze tego samego roku. Jej okładka to kolaż zdjęć i rysunków w bardzo psychodelicznym stylu zaaranżowana przez  samego Manuela.

Album łączył w sobie wybitną muzykę i nowatorską produkcję w sposób, który zapowiadał „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd, a wyjątkowe połączenie psychodelicznego i progresywnego brzmienia o złożonych aranżacjach i nietypowym metrum dorównywało ówczesnym brytyjskim zespołom. Trzeba przyznać, że było to niezwykłe osiągnięcie w kraju, który w tamtym czasie był ściśle kontrolowany przez dyktaturę wojskową. Wszystkie kompozycje opierają się na mocnych melodiach. Mają też bardziej złożoną strukturę: od wspomnianej psychodelii i prog rocka, przez mroczne fragmenty, po wspaniale błyszczący pasterski folk. Zaczyna się od „Someday” z filozoficznym tekstem i znakomitym solo na Hammondzie na samym początku, do którego dołącza piękna gitara. Można powiedzieć, że to podręcznikowy przykład wczesnego progresywnego stylu… Mocna ballada „Mary Ann” (w slangu „maryann” oznaczało marihuanę) z ciężką gitarą prowadzącą i perfekcyjnym chórkiem wokalnym ostatecznie prowadzi w kierunku latynoskiego rocka. Dramatyczne zakończenie z udziałem skrzypiec powoduje ciary na plecach. Arcydzieło! Z kolei „Lonely People” z potężnymi partiami organów i przesterowanymi gitarami, złożoną aranżacją i zmianami tempa to pisz-wymaluj progresywny kiler i  według mnie punkt kulminacyjny albumu.

Tył okładki.

Zupełnie inny klimat mamy w „I’m A Niger”, który miał być piosenką reggae. Manuel napisał ją zainspirowany artykułem jaki znalazł w magazynie „People” zatytułowanym „Czy czarnuch może pokochać miód?” (brrr…dziś taki tytuł by nie przeszedł). Utwór  podczas prób wielokrotnie ewoluował; ostatecznie poszedł w kierunku rockowym i zespół dobrze na tym wyszedł. A jeśli mówić o inspiracjach, gdyby nie powrót braci do domu po jednym z koncertów w czasie potężnej ulewy, która spowodowała przerwę w dostawie prądu nie byłoby pewnie „Everybody On Monday” z uroczymi harmoniami wokalnymi. Był czas, że nie mogłem się od niego uwolnić… Przy „Speed Fever” wyobrażam sobie podróż ciężkim Harleyem ku niekończącym się bezdrożom. W tym konkretnym nagraniu muzycy używają metrum 5/4 i podobnie jak Dave Brubeck czują się w nim komfortowo.

Zarówno „Glue” jak i pełen nowatorskich pomysłów „Etcetera” to klasyki peruwiańskiej świetności rocka. Oba tytuły trudne do zdobycia, ale warto się potrudzić.

Po wydaniu „Etcetery” David wrócił do Stanów Zjednoczonych i zespół zakończył działalność. Nie na długo. Syn właściciela wytwórni Mag, która wydawała im płyty i single, Carlos Guerrero, namówił ich do nagrania piosenek z repertuaru Paula McCartneya, Badfinger i The Wings. Ponieważ Laghonia miała już wcześniej przygotowany utwór „We All”, a Beatlesi śpiewali swoje „All Together Now” nowy projekt nazwali We All Together. Pod takim szyldem w latach 1972-1974 nagrali dwie urocze płyty, które fani czwórki z Liverpoolu, czy solowego Paula McCartneya nie powinni odpuścić!. Choć obsesja na punkcie Beatlesów zazwyczaj oznacza kres twórczości, w tym przypadku rezultaty były imponujące. Może kiedyś na ten temat napiszę coś więcej, a na zachętę mały bonusik – cover grupy Badfinger w wykonaniu naszych bohaterów z drugiego krańca świata.

Hard rockowa trójka na piątkę: DRAGONWYCK; POWER OF ZEUS; DIRTY TRICKS

I ponownie coś dla miłośników ciężkich brzmień w wykonaniu trzech mniej znanych, ale znakomitych zespołów. W zasadzie każdemu należy się osobny, bardziej szczegółowy opis i taki początkowo był mój zamiar. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie słowa, a muzyka są tu najważniejsze. I chyba dobrze wybrałem.

DRAGONWYCK „Dragonwyck” (1970).

Ten pochodzący z przedmieścia Cleveland w stanie Ohio zespół wyewoluował się z lokalnej grupy Sunrise, w którym występował gitarzysta Tom Brehm (często pisany jako Brame) i wokalista Bill Pettijohn. Pod koniec lat 60-tych wydali singla „Fire Climbs” (dziś kolekcjonerski rarytas) dla małej wytwórni EJ. Po krótkim epizodzie z kapelą Speed obaj panowie założyli w 1968 roku Dragonwyck, do których dołączyli klawiszowiec Kenneth Staab, basista Michael Gerchak i perkusista Jack Boessneck. Nazwę wzięli od tytułu powieści napisanej przez amerykańską pisarkę Anyę Seton w 1944 roku. Ich debiutancki album składał się z siedmiu utworów nagranych w Cleveland  i wydanych prywatnie w 1970 roku jako demo bez okładki w ilości 85 sztuk. Zespół pokazuje w nim nastrojową mieszankę psychodelicznego rocka spod znaku The Doors z cięższym brzmieniem nawiązującym do Atomic Rooster i wczesnego Deep Purple. Muzyka opiera się głównie na ponurym Hammondzie, przesterowanej gitarze z płynnie przeplatającymi się solówkami i znakomitym wokalem. Powolnie rozwijający się „My Future Waits” z Hammondem, gitarą z fuzz’em i wokalem w stylu Jima Morrisona na tle hipnotycznego rockowego pulsu od początku wysoko zawiesza poprzeczkę. Rzadko kiedy już przy pierwszym nagraniu mam ciarki i motyle w brzuchu, a tak jest właśnie w tym przypadku. Krótki, nieco liryczny  instrumentalny „Idees (Within You)” w kontemplacyjnym folkowym stylu jest preludium do „Fire Climbs” – centralnego i najdłuższego nagrania. Organowe partie Hammonda łączą majestat z grozą zbudowane wokół cyklicznego gitarowego riffu. Gdy na tle żałobnego groove’u wokalista operuje metaforami nagranie przechodzi w swobodny psychodeliczny  jam. To jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie, choć pozostałym nie mam nic do zarzucenia. No bo przecież choćby o połowę krótszemu „Run To The Devil” absolutnie nic nie można zarzucić. Ten porywający numer, w którym organy i gitary wymieniają się solówkami na tle wojennego rytmu z nutami doom i proto metalu to majstersztyk psycho-bluesa! Z kolei „God’s Dream” z emocjonalnym i powolnym refrenem to molowa ballada przywodząca na myśl wczesny Pink Floyd ery Barretta. Aranżacja w „Ancient Child” z dramatycznymi zmianami tempa i modalnymi solówkami przywołują teatralny proto progowy nastrój. Ktoś kiedyś napisał, że to „(…) złowieszcza progresja ze zmiennym rytmem i brzmieniem organów rodem z nawiedzonego domu.” I niewiele się pomylił. Płytę kończy krótkie (2:20) i ponure „The Vision” z upiornymi akordami organów, minimalistyczną perkusją i przesiąkniętą echem wokalną narracją. Mimo, że w epoce album nie został wydany zyskał status kultowego po wznowieniu na winylu w 1990 roku przez Rockadelic Records. W kolejnych latach ukazał się także na płytach kompaktowych. Mój CD wydało niemieckie World In Sound z nową okładką zamieszczoną powyżej. Wielu uznaje go za doskonały przykład mroczniejszej, bardziej dramatycznej strony ciężkiej psychodelii z Cleveland i okolic.

Pod koniec 1972 roku Dragonwyck nagrał materiał na drugą płytę, która nie doczekała się wydania krążąc jedynie jako anonimowy acetat (10 sztuk) bez etykiety, numeru matrycy i okładki. W porównaniu z cięższym debiutem, „Chapter 2″ pokazał zespół zwracający się w stronę proto symfonicznej psychodelii przesyconej melotronem stylistycznie nawiązując do The Moody Blues i Procol Harum. Dwa lata później nagrali kolejny acetat zatytułowany „Fun”. Świadomie lżejszy niż dwa poprzednie pokazuje, że Dragonwyck odchodząc od nastrojowego psycho prog rocka sięga po bardziej eklektyczną muzykę – mieszankę glamu, barokowego power popu i mainstreamowego rocka. W 2008 roku materiał ten ukazał się na płycie CD, do której dołączono kilka przerobionych na nowo utworów z „Chapter 2”.

POWER OF ZEUS „The Gospel According to Zeus” (1970)

Kiedy myśli się o wytwórni Motown Records, ciężkie riffy gitarowe i psychodeliczny rock nie są pierwszą rzeczą, która przychodzi na myśl. Być może dlatego Power Of Zeus i jego jedyny album „The Gospel According To Zeus” nie od razu osiągnął mitologiczny status jakim cieszy się dziś. Ten w sumie ciekawy zespół powstał w Detroit w 1968 roku z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Joe Periano weterana Korpusu Piechoty Morskiej, do którego dołączyli basista Bill Jones, perkusista Bob Michalski i klawiszowiec Dennie Webber. Początkowo występowali pod nazwą Gangrene i rozwinęli brzmienie inspirowane wczesnym brytyjskim hard rockiem z amerykańską psychodelią. Menadżer załatwił im kontrakt z Rare Earth, filią Motown stworzoną do promowania białych zespołów. Warunkiem podpisania umowy była zmiana nazwy – zespół zdecydował się na Power Of Zeus. Album naznaczony wirtuozerską grą Periano na gitarze przez większą część miażdży potężnym brzmieniem. Utwory nie są tak ciężkie jak w przypadku Sabbath, ale mają więcej walącego między oczy proto-metalowego brzmienia, niż kiedykolwiek miał Zeppelin. Płyta rozpoczyna się od „It Couldn’t Be Me”. Ten absolutnie szalony numer to prawdziwe złoto. Zakochałem się tu w perkusji, w wirujących organach, oszczędnych i mocnych riffach, oraz w mistrzowskim wykorzystaniu przestrzeni. Znakomicie wykonany daje nadzieję, że dalej będzie równie ekscytująco. „In The Night” zapowiada się jako proto doom, ale potem jest bardziej rockowym bluesem z chwytliwą linią wokalną. Nie jest jednak źle – perkusista gra ostro i szybko, klimat staje się bardziej upiorny, jak mroczniejsze Budgie z jazdą konną przez las, naćpanym do nieprzytomności rycerzem po LSD w masce papugi i kapturem na głowie. Powolny „Green Grass And Clover” z akustyczną gitarą i klawesynem zapuszcza się w łagodne rejony psychodelicznego pasterskiego folku. Ciekawe połączenie onirycznej piosenki Pink Floyd z ciasną aranżacją Black Sabbath. Ale potem wpada dwuminutowy „I Lost My Love” z mocnymi klawiszami, tripowymi riffami i mocną perkusją (brawo Bob Michalski!), który przywraca zmarłych do życia. Może i jest to dziwny i pokręcony numer, ale… kurczę… jest zajefajny i daje mnóstwo frajdy. Niemal cztery razy dłuższy „The Death Trip”  to po prostu super dopracowany i ciężki kawałek rocka. Nawet gdy brzmienie staje się nieco lżejsze, atmosfera wciąż jest tak gęsta, że można siekierę powiesić. Ten i pierwszy utwór to moje ulubione nagrania… Cover Smokey Robinsona i Williama Moore’a „No Time” został przerobiony na ostry psychodeliczny rock, a „Uncertain Destination” wraca do delikatnych faktur z „Grass Green…”  bardzo fajnie wykorzystując średnie tempo dzięki czemu każda sekunda z prawie pięciu minut jest dobrze wykorzystana. Uwielbiam moment, gdy zespół w pewnym momencie oddaje hołd progresywnemu brzmieniu po czym ponownie wkracza w krainę ciężkiej psychodelii. „Realization” to zwięzły jam z godnymi podziwu energicznymi solówkami z odpowiednią dawką kontrolowanego. Sześciominutowy „The Sorcerer Of Isis (The Ritual Of The Mole)” łączy bliskowschodnie skale, ciężkie organy, porywający rytm i wielowarstwowe wokalne śpiewy. To jeden z najbardziej metalowych utworów na płycie.

Po jej wydaniu zespół rozpadł się z powodu wewnętrznych nieporozumień i problemów z narkotykami. Brak jakiejkolwiek promocji sprawił, że  odbiór „Ewangelii według Zeusa” był minimalny. Dopiero po latach zyskał status kultowego wśród kolekcjonerów muzyki psychodelicznej i hard rockowej. Ale nie tylko. Breakbeatowe intro w „Sorcerer Of Isis” ponownie zyskało popularność w kręgach hiphopowych DJ-ów, a inne utwory były samplowane przez rapowych artystów takich jak  Eminem, Jay-Z i Kanye West… Periano pracował jeszcze jakiś czas w studiu Motown i wyprodukował płytę Luthera Allisona. Później występował z byłym wokalistą Temptations, Davidem Ruffinem. Webber zmarł z powodu przedawkowania narkotyków w połowie lat 80-tych, Michalski dekadę później – miał raka mózgu.

DIRTY TRICKS „Dirty Tricks” (1975)

Jak dla mnie to przykład jednego z najlepszych i niestety kryminalnie niedocenionych, angielskich zespołów hard/blues rockowych działający na początku drugiej połowy lat 70-tych. Założony pod koniec 1974 roku Dirty Tricks nagrał trzy płyty wydane przez Polydor:  „Dirty Tricks” (1975), „Night Man” (1976) i „Hit & Run” (1977). Koncertował nie tylko w Anglii i Szkocji, ale także w Australii i Ameryce. Był pierwszym hard/heavy metalowym zespołem z Wysp, który w 1976 roku zagrał w nowojorskim klubie „CBGB”. W skład kwartetu wchodzili: Terry Horbury (bg), Johnny Fraser-Binnie (g), Kenny Steward (voc)  i John Lee (dr). Debiutowali w barze „Randy’s Rodeo” w Southside pod koniec 1974 roku, gdzie spotkali się z entuzjastycznym przyjęciem. To właśnie tam zaprezentowali utwory z przyszłego debiutanckiego albumu, a sam koncert zakończyli porywającą wersją coveru The Kinks, „You Really Got Me”. Nawiasem mówiąc Van Halen zamieścił go na swej pierwszej płycie tyle, że rok później… Jeden z lokalnych dziennikarzy nazajutrz napisał: „Gitarzysta przywołuje nastrój Jimiego Hendrixa i z rozkoszą podkręca swój instrument pędząc z prędkością karabinu maszynowego. Razem z fenomenalnym wokalistą tworzą zgrany duet silnie wspierany przez sekcję rytmiczną. Zespół, na którego warto zwrócić uwagę!” Wydany we wrześniu 1975 roku debiutancki album (mój ulubiony i według mnie najlepszy) zawiera osiem ciężkich kompozycji będących pomostem łączącym klasyczny hard rock z heavy metalem z domieszką elementów  doom i prog rocka. Lekkość z jaką to zrobił – bez potu, łez i krwi – wbija w ziemię. Krążek wyprodukował Rodger Bain (Black Sabbath, Budgie, Judas Priest, Indian Summer) i zrobił to znakomicie. Nie ma sensu bawić się tu w analizy poszczególnych utworów. Jeśli ktoś go posiada w pełni mnie zrozumie. Posłużę się więc jedynie zapiskami jakie zazwyczaj robię słuchając płyty po raz pierwszy. I tak, duży plus postawiłem sobie już przy pierwszym kawałku, „Wait Till Saturday”, brzmiącym bardziej jak Free, niż Deep Purple, po którym pojawia się „Back Off Evil” zwalniając tempo do powolnego pełzania w stylu Black Sabbath. Uwiódł mnie uduchowiony wokal, znakomita ciągnąca się perkusja i potężny riff maksymalnie wykorzystujący całą przestrzeń. Warto poznać ten album choćby tylko dla tego utworu! „Sunshine Day” daje się ponieść rockowemu brzmieniu w stylu Bad Company i Led Zeppelin. Nie jest przesadnie ciężki, ale wystarczająco solidny, by zasłużyć na miano „klasyka hard rocka” tamtych lat… Za sprawą bardzo przyjemnie miażdżącej i rozmytej produkcji, „Call Me Up For Love” trafia w punkt, w którym Stonesi totalnie by go rozwalili. Trash rockowy riff, zapadająca w pamięć linia wokalna, dudniąca perkusja w tle… mam wrażenie jakbym słyszał ten utwór już milion razy, To najlepszy  rock and roll jaki można sobie wyobrazić i przypomina mi coś, co Kiss umieściłby na „Rock And Roll Over”. Początek „High Life” sugeruje  nudny (według metalowców) blues nie będący ich bajką, a tymczasem zamienia się on w porywający proto doomowy numer. Dla mniej to wciąż blues rock w czystej postaci, ale z drugiej strony słuchając tej gitary, ciężkiego riffu i intensywnej perkusji dużo bliżej mu do Neurosis, niż Johna Lee Hookera. I to jest niesamowite. „Lubię high life i ty też powinieneś” – wykrzykuje bardzo przekonująco Kenny Stewart dając powód, że piosenka jest o paleniu trawki. Mocny sposób na zakończenie albumu. Dwa kolejne krążki też są dobre, ale nie tak wybitne jak ten. Gorąco polecam!

PULSAR „Pollen” (1975); „The Strands Of The Future” (1977).

Historia francuskiego zespołu Pulsar to przede wszystkim opowieść o przyjaźni, o trójce szkolnych przyjaciół, którym nie zależało na sławie, a którzy pragnęli tylko jednego – grania muzyki. Przyjaźń jaka ich połączyła stała się nierozerwalną więzią, mieszanką szacunku, słuchania jeden drugiego i lojalności.

W 1966 roku, w szkole St-Just na wzgórzach wznoszących się nad Lyonem, młody Victor Bosch poznał dwóch młodszych chłopaków, którzy podzielali jego pasję do afroamerykańskiej muzyki, bluesa i soulu. Jacques Román miał za sobą kilkuletnie doświadczenie gry na fortepianie, a Gilbert Gandil, syn słynnego akordeonisty, był już zaznajomiony ze światem show biznesu. Co prawda Victor nigdy wcześniej nie grał na perkusji, ale uczył się szybko i robił postępy. Trzej muszkieterowie postanowili nazwać swój zespół Soul Experience i rozpoczęli przygodę wykonując covery Cream, Hendrixa, oraz standardy rhythm and bluesa. Moda się zmieniła i dwa lata później zafascynowali się psychodelią i improwizacją Pink Floyd, Soft Machine i innych wizjonerów tamtych czasów. Gdy dołączył do nich brat Jaquesa, Philippe Román grający na basie, oraz wokalista i flecista Georges Chalandon nadszedł czas na zmianę nazwy bardziej pasującą do nowego kierunku muzycznego. Tak narodził się Free Sound, który przez dwa kolejne lata serwował publiczności covery swoich nowych idoli. Zazwyczaj były to „Set The Controls…”, „Cymbaline”, „Careful With That Axe, Eugene”,  Pink Floyd, „Rondo”, lub „Dawn” The Nice, a także „Hibou, Anemone And Bear” Soft Machine. Wkrótce pojawiły się autorskie kompozycje: „Pollen”, „Puzzle”, „Le Cheval de Syllogie”, czy nigdy nie nagrane „Oscurantis”. Po odejściu Chalandona, którego zastąpił Rolland Richard pozostało zrobić im jeszcze jeden poważny krok: stać się zespołem z własną tożsamością, a nie cover bandem. Aby odzwierciedlić tę transformację, po raz trzeci zmienili nazwę na Pulsar. 

Już pod nową nazwą, latem 1971 roku wygrali konkurs młodych talentów, co zapewniło mu miejsce na scenie Golf Drouot, słynnego paryskiego klubu rockowego. Pulsar dzielił scenę z innymi wschodzącymi francuskimi artystami rockowymi, którym Philips zaproponował sesję nagraniową. W ten sposób Pulsar znalazł się na legendarnym albumie „Groovy Pop Session” między innymi u boku grupy Ange, która już wcześniej zaznała radości nagrywania. Jednak dla chłopaków z Lyonu był to debiut i jak to bywa w takim przypadku towarzyszyło im lekkie rozczarowanie. Potrzebowali czegoś więcej i w październiku 1974 roku w Diagram Studio w Saint-Étienne nagrali płytę „Pollen” (Pyłek kwiatowy), a kopie demo wysłali do kilku francuskich wytwórni płytowych. Bezskutecznie. Dopiero przyjaciel opowiedział im o pewnej angielskiej wytwórni, znacznie bardziej otwartej na tego typu awangardowy rock. Wytwórnia należała do byłego menadżera Caravan, Terry’ego Kinga i nazywała się Kingdom Records. To właśnie ona, w styczniu 1975 roku, wydała zespołowi debiutancką płytę z legendarną kosmiczną okładką. To był dobry moment, by stać się legendą…

„Pollen” to chyba jedyny pyłek, na którego nie jestem uczulony. Całość składa się z pięciu kompozycji, z czego „Pulsar” jest instrumentalny, trzy śpiewane po francusku przez autora tekstów, Phillipe’a, oraz po angielsku wyrecytowane przez Carmel Williams, przyjaciółkę Jacques’a. Kiedy natknąłem się na niego pod koniec lat 90-tych był dla mnie objawieniem. Słuchałem go w kółko w swoim pokoju, oczywiście nocami i na słuchawkach, aby w pełni docenić i muzykę i znakomite brzmienie. Kiedy przychodzi mi ochota, by ten naprawdę piękny album, który ucieleśnia wszystkie cechy muzyki progresywnej posłuchać kolejny raz robię tak samo. Oczywiście słychać tu wpływy Pink Floyd ery „Atom Heart Mother” i „Echoes” (gitara, efekty dźwiękowe), ale to wciąż marzycielski, relaksujący album zanurzony w klawiszach, który oczyszcza umysł.

Całość, która zaczyna się od krótkiego, trzyminutowego nagrania „Pulsar” jest zaproszeniem do elektryzującej podróży astralnej. Pulsujący bas i wzajemne oddziaływanie gitary i syntezatora są nieziemskie. Żal, że trwa to tak krótko, ale nic to, bo płynnie przechodzi on w przejmującą balladę progresywną „Apaisement” z uroczym wokalem w ojczystym języku. Jej majestatyczny klimat w dużej mierze zawdzięczać należy mądremu wykorzystaniu syntezatora, którego dźwięki unoszą się w powietrzu przedłużając melancholię wyczarowaną przez wokalistę. Jeśli dodać do tego magiczne solo na flecie zagrane przez Rollanda Richardsa, którego nie powstydziłby się nieodżałowany Ray Thomas z The Moody Blues, czy Ian McDonalds otrzymujemy darmowy wstęp do pulsarowej nirwany.

Ośmiominutowy „Puzzle/Omen” wciąga nas w kolejny piękny symfoniczno-krautrockowy wszechświat, przywodzący na myśl Mythos. To najbardziej złożony utwór na płycie, który rozpoczyna się progresywną fanfarą prowadzoną przez potężne partie gitarowe Gandila. Enigmatyczny wokal Carmel Williams w drugiej części recytuje tekst w stylu Nico do niepokojąco pięknej muzyki. Wykorzystując elementy symfoniczne znaleźli klucz do upiększania swojego stylu, który będzie zyskiwać na jakości w kolejnych arcydziełach zespołu.

Druga połowa albumu zawiera najbardziej tajemnicze nastroje na płycie. Rozpoczyna ją „Le Cheval de Syllogie”, utwór pełen gęstej, ponurej atmosfery, który pozwala zespołowi eksplorować swój kosmiczny klimat nieco dalej niż w którymkolwiek z poprzednich utworów. Mroczne fragmenty o germańsko-floydowskim zabarwieniu, przywodzą na myśl Jane/Eloy, ale niosą też w sobie nieodłączny mrok francuskiego progresu, w którym Francuzi byli i są mistrzami. Niepokojący klimat całości został tu doskonale oddany i tak sobie teraz myślę, że gdyby nie skłaniał się ku space rockowi idealnie pasowałby do „The Lamb Lies Down On Broadway”… No i wreszcie „Pollen” – kolejny muzyczny gigant o wspaniałej elegancji i najdłuższy utwór na płycie. Czy przesadzę, jeśli stwierdzę, że Pulsar prezentuje więcej pomysłów na sekundę niż Pink Floyd w tamtym czasie? Ich głęboka francuska nostalgia sięga zenitu w wokalu, a instrumentalnie porusza dziewięć muz z mitologii greckiej. Zwłaszcza Euterpe z urzekającym, delikatnym fletem. I Urania, za niebiański, kosmiczny i astronomiczny charakter tego niezwykłego dzieła. Dźwięki syntezatora naśladując fale morskie rozbijające się o skały podczas zimnej wietrznej nocy idealnie odzwierciedlają kontemplacyjny nastrój utworu.

Aby promować album zespół zagrał kilka koncertów w legendarnych londyńskich klubach, takich jak Marquee, gdzie odnieśli pewien sukces. Jednak we Francji entuzjazmu nie było. Prawdą jest, że rok 1975 był przełomowy dla francuskiego rocka progresywnego. Atoll był o krok od wybicia się ze swoim wspaniałym drugim albumem, „L’Araignée Mal”; Ange miał już  na koncie „Au-Delà Du Délire”, który znawcy tematu uznają za jedno z najważniejszych osiągnięć francuskiego rocka progresywnego w latach 70-tych. Dla zespołu z Lyonu los nie był łaskawy; ich podróż była bardziej żmudna, mniej błyskotliwa. Co więcej, krytycy uważali, że większość utworów wybranych na debiutancki album znajdowała się w ich repertuarze od wieków. Dobrze przećwiczone, ale jakby zmatowiały przez lata ciężkich tras koncertowych. Patrząc jednak z dzisiejszej pespektywy był to rzeczywiście pierwszy krok do sukcesu. Wszystko już tam jest: gitary liżące nasze uszy, dudniące organy, które zdają się zaraz pęknąć z rozpaczy, rytm w agonii i te melodyjne piękności osadzone w otoczeniu schłodzonej lawy wulkanicznej. Mało kto wie, że po jego usłyszeniu Peter Hammill, który po koncercie z VDGG w Lyonie w październiku 1975 roku powiedział, że jest gotowy napisać teksty do ich kolejnego albumu. Współpraca jednak nie doszła do skutku – szefowie wytwórni nie dogadali się i temat si skończył. Z pewnością nieco zawiedzeni, ale dalecy od zniechęcenia, muzycy byli zdeterminowani, by zrobić wszystko co w ich mocy, aby nagrać drugi album. Tym razem zdecydowali się na nagranie w Aquarius Studio w Genewie, które wcześniej gościło między innymi Patricka Moraza.

Płyta „The Strands Of The Future” wydana we wrześniu 1976 roku rzeczywiście przyniosła znaczny postęp pod każdym względem: brzmieniowym (w końcu słyszę perkusję mającą doskonały dźwięk i niesamowicie brzmiący werbel!), interpretacyjnym i kompozycyjnym. Warto też podkreślić, że współautorem projektu okładki był perkusista, Victor Bosch.

Tym razem pozwolę sobie zacząć jego opis od strony drugiej. Króciutki, ale intensywny „Flight” pokazuje nowo odkrytą energię zespołu wciśniętą gdzieś pomiędzy Camel, a Tangerine Dream. Po nim następują dwa utwory śpiewane przez Gilberta po angielsku skomponowane w erze „Pollen” i szlifowane na koncertach. „Windows” przywodzi na myśl Pink Floyd epoki „More” – spokojny, ale bardziej niepokojący, nieprzesłodzony. Szczególną uwagę należy poświęcić delikatnym partiom fletu, które tworzą paletę barw otaczającą głos wokalisty. Tuż potem pojawia się niezwykle inspirujący „Fool’s Failure” o bardzo współczesnym brzmieniu (coś jak Anglagård). Mroczny i przerażający, gdzie Gilbert Gandil dając upust emocjom uwalnia swe rezerwy i wybucha desperackim tekstem pełnym dzikiej rozpaczy. Uff… jakże daleko odeszliśmy od małych pszczółek spokojnie żerujących w letnim słońcu…

Tył okładki płyty „The Strands Of The Future”
Z całym szacunkiem dla kapitalnej i naprawdę godnej uwagi strony „B” albumu, ale to jego pierwsza strona przeszła do historii. Tytułowa, 22-minutowa suita to przebogaty zestaw muzyki podany w perfekcyjny sposób. Muzyczne smaczki wznoszą się na wyżyny podkreślając styl zespołu, motywy i aranżacje dopracowane są w mistrzowski sposób, a gitarowe solówki tworzą interesujące dialogi z syntezatorowymi. Wszystko zaczyna się z wysokiego pułapu, z pełzającym i niepokojącym Floydem (tego wpływu nie da się tak łatwo zmienić), który dalej staje się bardziej agresywny. Cały zespół daje z siebie wszystko. Następujące po sobie tematy opisują przyszłość, która daleka jest od radosnej – wydaje się bardziej apokaliptyczna i chaotyczna. I na pewno nie sielankowa. Gilbert świadom, że jego głos nie jest najmocniejszą stroną zespołu, śpiewa krótko (po francusku) skupiając się na swojej, coraz bardziej intensywnej grze na gitarze. Z całą pewnością jest to szczytowy moment albumu, który pół wieku później nadal brzmi znakomicie.
Niezadowolenie z niedostatecznej promocji i słabej dystrybucji albumu „Pollen” przez Kingdom Records zmusiło muzyków do samodzielnego finansowania i promowania się. Na szczęście druga płyta odniosła ogromny sukces: czterdzieści tysięcy egzemplarzy sprzedało się w ciągu sześciu miesięcy, co uczyniło ich drugim po Ange najlepiej sprzedającym się francuskim zespołem rockowym w 1976 roku! Nie zmieniło to jednak decyzji, by zrezygnować z jej usług, która przez cały ten czas nie zaoferowała im wsparcia. Po skontaktowaniu się z kilkoma dużymi firmami zdecydowali się na CBS, która obiecała im więcej funduszy na kolejny album. Kontrakt został podpisany, a Pulsar zachwycony.
Podczas, gdy te dwa albumy zostały nagrane w studio niemal w całości na żywo, trzeci, „Halloween”, powstawał przez pięć tygodni w Aquarius Studios. Ogromnym plusem było to, że zespół skorzystał z najnowszych osiągnięć technologicznych, pozwalając rywalizować mu z najlepszymi angielskimi produkcjami. Aby osiągnąć wysoki poziom jakości czwórka muzyków z nowym basistą, Michelem Massonem włożyła w projekt całą swoją wiarę, serce, przekonanie, muzyczną wizję i nadzieję. I co powstało…? Ano ARCYDZIEŁO, które dużo wcześniej tu opisałem (patrz Archiwa – czerwiec 2019).
Aby prawdziwie docenić piękno tych płyt, trzeba je najpierw poznać i mieć otwarty umysł na tę muzykę. Aby lepiej je zrozumieć, popatrzeć na nie przez pryzmat czasu w jakim powstały. Owa ostrożność obowiązuje również w dyskusjach o muzyce progresywnej. Jeśli ocenimy ją pokornie, ale obiektywnie, możemy lepiej dostrzec jej mocne i słabe strony oddzielając nijakie fragmenty od momentów o niewyobrażalnej doskonałości. W ten sposób uświadomimy sobie, że wiele znanych zespołów progresywnych z tak zwanych „wspaniałych lat siedemdziesiątych” można dziś uznać za drugorzędne. Ich siła przyciągania, smak ściśle związany z epoką, kontekstem, być może wydadzą się wyblakłe. W przypadku Pulsara mamy do czynienia z odwrotnym zjawiskiem. Ich epoka nie zawsze była dla nich łaskawa. Niektórzy nazywali ich nawet „(…) smutną karykaturą brytyjskich postępowców nie mającą ani jednego ciekawego pomysłu.” (Magazyn „Best”, luty 1978). Prawdziwy sukces nadchodził powoli i w pełni nigdy się nie zmaterializował. Mimo to, pół wieku po tej straconej szansie, grupa z Lyonu uznawana jest za ważną siłę (nie tylko francuskiego) ruchu postępowego.
Niech ta retrospekcja pozwoli Wam nabrać jasności, gdy odkryjecie, lub na nowo przypomnicie sobie ten wyjątkowy zespół, zanurzając się w jego lirycznym wszechświecie. Pulsar otwiera się przed nami odsłaniając głębię królestwa zamieszkane przez niebiańskie dźwięki. Zanurzmy się w nie, aby nostalgiczne dusze nie były osamotnione w tej kosmicznej krainie…

Muzyka aniołów. MARK-ALMOND „Rising” (1972).

Na zdrowy rozum w tym historycznym dla muzyki rockowej okresie ten zespół nie miał prawa istnieć. To była epoka dla najgłośniejszych brytyjskich gwiazd jakich świat nigdy wcześniej nie słyszał. Niektóre z nich, jak The Who, istniały już jakiś czas, Inne, jak Led Zeppelin, dopiero zaczynały. I oto pod ich nosem pojawia się ktoś, kto był inny, znacznie cichszy, grający melancholijne piosenki z ważnymi, do bólu szczerymi tekstami, w których dominowały delikatne dźwięki fletów, wibrafonu, gitar akustycznych i flügelhornu. Ktoś, kto na początku nie miał w składzie nawet perkusisty, przetrwał prawie dwie dekady, wydał pięć albumów nie licząc sporo wspaniałego, niewydanego w epoce materiału, który ukazał się po jego rozpadzie. I nazywali się tak jakoś inaczej niż cała reszta: Mark-Almond.

Pierwsze wcielenie zespołu Mark-Almond (1971)

Połączenie dwóch nazwisk założycieli był początkiem wspólnego sojuszu i dał zespołowi nazwę. Gitarzysta Jon Mark i grający na saksofonie Johnny Almond zanim spotkali się u Johna Mayalla nagrywając z nim dwie płyty („The Turning Point” i „Empty Rooms”) karierę rozpoczynali w różnych kręgach. Jon Mark zaczął muzyczną przygodę w 1963 roku, kiedy to razem ze swoim szkolnym kolegą Alunem Davisem (później w zespole Cata Stevensa) wydali folkową płytę „Relaxing Your Mind”.  W 1965 roku Jon akompaniował Marianne Faithfull na koncertach i napisał dla niej kilka piosenek. Trzy lata później, ponownie z Davisem, założył zespół Sweet Thursday. Wytwórnia Fontana wydała im singla „Getting It Together” i album sygnowany nazwą zespołu. Niestety wkrótce firma ogłosiła bankructwo i zespół się rozwiązał…

Johnny Almond zaczynał od grania w małych, nic nie znaczących zespołach. Tak było do 1969 roku kiedy to postanowił założyć własne combo, Johnny Almond’s Music Machine i nagrał dwie płyty. To, co wydarzyło się później przeszło do historii.

Jon Mark i Johnny Almond

Do tej dwójki wkrótce dołączyli: basista Roger Sutton i klawiszowiec Tommy Eyre, ale na przestrzeni lat zespół przeszedł kilka zmian personalnych – w pewnym momencie grało w nim siedmiu muzyków. Dobre relacje między Markiem, a Almondem szybko przyniosły owoce. Podpisali kontrakt z małą wytwórnią Blue Thumb Records, z którą w 1971 roku wydali dwa albumy, z czego drugi, do którego zaprosili wspaniałego perkusistę Danniego Richmonda, człowieka grającego u Charlesa Mingusa, wzbudził spore zainteresowanie, zwłaszcza w USA. To skłoniło ich do podpisania kontraktu z Columbia Records, ważnym graczem na amerykańskim rynku. To właśnie tam, w 1972 roku, nagrali „Rising” – płytowe arcydzieło z cudowną okładką!

Front okładki płyty „Rising” (1972)

Ten delikatny album ze swoją stonowaną muzyką stworzoną przez anioły to mieszanka otwartych brzmień folku, rocka i smooth jazzu. Przyciąga różnorodnością nastrojów płynnie przemieszczających się od pierwszych do ostatnich sekund. W ciągu wielu lat słuchania płyt, a było ich tysiące, cenię sobie te, które wywołują u mnie różne, czasem skrajne emocje jak radość, ekscytację, głęboki smutek. Które przywołują wspomnienia i obrazy z przeszłości, powodują dreszcze i mrowienie kręgosłupa. Nie zdarza mi się to zbyt często. Raczej są to wyjątkowe przypadki, a ten był i jest jednym z nich. I tu tkwi mój problem – jak opisać uczucia, które towarzyszą mi podczas słuchania tej muzyki? Nie po raz pierwszy brak mi słów, które by to wyraziły, a uporządkowane zazwyczaj myśli kotłują się w głowie. Czuję za to coś, co określiłbym jako potok dziwnej energii, impuls przenoszący mnie do miejsc, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Prawdziwy rollercoaster uczuć.

Jon i Johnny w środku rozkładanej okładki

Już pierwszy utwór, „Monday Bluesong”, otula melancholijnym klimatem z paletą barw podkreśloną trąbką Geoffa Condona w towarzystwie kontrabasu i molowych akordów. Idealny numer do słuchania w deszczowy dzień. Czuję, jak zaczynam lewitować za nic mając ziemską grawitację osiągając błogi stan umysłu i całkowite ukojenie. Chciałbym, aby trwało  to nieskończenie, ale po czterech minutach z sekundami wszystko się niestety kończy. Osobliwy „Song For A Sad Musician” z gitarą podążającą za śpiewem Jona Marka idzie tą samą oniryczną ścieżką, w której czas zdaje się zwalniać, a wszystko poza nim staje się kruche i nieistotne. I gdy tak zatapiam się w tych osobliwych dźwiękach kolejny numer, „Organ Dinger”, przenosi mnie w inną epokę. Ta kompozycja brzmi jak baśń ze szczęśliwego dzieciństwa. Czuję tu tę rzadką, niewinną świeżość pełną dobrych intencji, oraz melancholijną nostalgię za minionymi czasami w aureoli czystości. Akustyczna gitara wspomagana prostymi, miękkimi i delikatnymi dźwiękami fletu, klawesynu i oboju wciągają, nabierają tempa, a potem przenikają w głąb mojej duszy docierając do samego serca. W smutnej historii „I’ll Be Leaving Soon” ponownie napotykamy delikatne struktury z gitarą i saksofonem, które prowadzą ten krótki utwór. Dopiero w „What Am I Living For”, jednej z najbardziej dopracowanych kompozycji, widzimy zespół grający i współpracujący ze sobą jak jeden żywy organizm. Akustyczny wstęp ustępuje miejsca organom, gitarze elektrycznej i perkusji. Emocje z przytłumionym szczęściem w końcu wzięły górę!

Jest i reszta zespołu.

Na drugiej stronie oryginalnej płyty znajdują się dłuższe, bardziej rozbudowane instrumentalnie utwory. „Riding Free”, z żywszym kreolskim rytmem. zdaje się zaszczepiać w nas wolność sugerowaną przez sam tytuł. Rozwijająca się potężna, galopująca sekcja rytmiczna z wirtuozerską grą Dannie Richmonda na perkusji zajmuje tu centralne miejsce. Eksplozja dętych tworząc skomplikowane aranżacje powoduje, że perkusja jest bogatsza i bardziej zróżnicowana. Kolejny mniej oczywisty, ale wciąż doskonały numer, obok którego trudno przejść obojętnie. Po tym ośmiominutowym żywiołowym wstrząsie wracamy do punktu wyjścia. Spokojne „The Little Prince”, to kolejna opowieść o dzieciństwie osadzona w kruchej i delikatnej atmosferze. Zespół radzi sobie z tym pięknie, nasycając przestrzeń miękkim światłem, emocjami i melancholią. Na koniec zostawili najpiękniejszą perełkę, „The Phoenix”. Fortepian niosąc wątek przewodni przekazuje emocje zawarte w smutnym, nieco udręczonym tekście eksplorując różne stany emocjonalne, którego kulminacją jest błagalny chóralny śpiew. To jest moment kiedy przez moje ciało przebiega zimny dreszcz… Wykwintna elegancja, delikatność i subtelność to nie jedyne słowa, które cisną mi się na usta. Ale to nie one, a muzyka jest tu najważniejsza. Muzyka, którą trzeba po prostu posłuchać i na swój sposób przeżyć.

Johnny Almond, Tommy Eyre, Roger Sutton, Ken Craddock i Dannie Richmond w różnych latach odeszli grać do Największej Orkiestry Świata. Jon Mark przeszedł na emeryturę i osiedlił się w Nowej Zelandii. Zanim to zrobił nagrał sporo solowych płyt. Nawiasem mówiąc dwie z nich, „The Standing Stones Of Callanish” (1988) i „Land Of Merlin” (1992) zostały przeze mnie opisane (patrz Archiwa, marzec 2024). Inni, którzy przewinęli się przez zespół zniknęli bez śladu, ale to, co pozostało, to wierni odbiorcy, którzy pomimo upływu lat i zmieniających się mód wciąż fascynują się rzadkim połączeniem liryzmu, energii, wirtuozerii i wszystkiego co definiuje ich muzykę. Fanem zespołu jestem od lat, w zasadzie od czasu, gdy słowa takie jak Internet, czy płyta kompaktowa jeszcze nie istniały. Próżno było szukać jego winylowych płyt na bazarach (warszawski „bazar Różyckiego” oferował klientom wszystko, od zakrzywionego zardzewiałego gwoździa, po Kałasznikowa, ale nie Mark-Almonda!), czy na płytowych giełdach. Po raz pierwszy usłyszałem go w radiowej „Trójce” z koncertowej płyty „The Last & Live” i zakochałem się w ich eterycznym jazzie. Tak po prostu. Bez żadnej rekomendacji. Wszystkie studyjne albumy są świetne, ale to na koncertach Mark-Almond dawał nowe życie swoim starym utworom i udoskonalał je do perfekcji. Po wielu latach udało mi się w końcu zebrać niemal wszystko, co się do tej pory ukazało i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Smuci mnie jednak, że to wciąż jeden z najbardziej NIEDOCENIONYCH zespołów tamtych lat jaki znam… posłuchajcie „The City”, a zrozumiecie o czym mówię.