Czekając na MOBY GRAPE (część II) – LSD, siekierezada i schizofrenia paranoidalna…

MOBY GRAPE mieli w ręku wszystkie elementy niezbędne do tego, by odnieść sukces. Znaleźli się w idealnym miejscu (San Francisco), w idealnym dla muzyki czasie (lata 60-te) i z wielką, wspierającą ich wytwórnią płytową (Columbia Records). Do tego byli zgraną piątką znakomitych muzyków. Ten monolit zaczął się niestety wkrótce kruszyć. Duże ilości konsumowanych psychotropów odbiły się „czkawką” szczególnie u Skipa Spence’a, który niebezpieczne coraz bardziej się od nich uzależniał. Reszta grupy też nie była święta. Na szczęście nagrywanie drugiego albumu nie sprawiło zespołowi żadnych trudności, a wręcz przeciwnie – materiału było aż tyle, że postanowiono wydać go na dwóch płytach. Gotowy produkt ukazał się 3 kwietnia 1968 roku pod nazwą „Wow/Grape Jam”.

Frontowa okładka albumu "Wow/Grape Jam" (1968)
Front okładki albumu „Wow” (1968) zaprojektowanej przez Boba Cato.

Całość składała się z dwóch niezależnych krążków posiadających odmienne okładki, nie mniej zapakowane to było w jedno pudełko i sprzedawane w cenie pojedynczego longplaya. No dobra – dolara więcej… Od razu rzuca się w oczy (a raczej w uszy), że „Wow” ma mocniej wyprodukowane brzmienie, choć w dalszym ciągu był to klasyczny piosenkowy album. W kilku nagraniach dodano instrumenty smyczkowe i róg choć i bez nich muzyka broni się sama. Moją uwagę przykuły takie nagrania jak przebojowy „Bitter Mind”, bluesowy „Murder In My Heart For The Judge” (nagrany potem m.in. przez Chrissie Hynde  i Three Dog Night), czy gitarowy, kapitalnie galopujący „Can’t Be So Bad”. W zasadzie to mógłbym w tym miejscu wymienić także i pozostałe nagrania…

Drugi krążek, „Grape Jam”, zawiera dość luźne, głównie improwizowane granie na bardzo wysokim poziomie!

"Grape Jam" nagrany jeszcze w pełnym składzie
Płytę „Grape Jam” nagrano jeszcze w pełnym składzie (1968).

Zachwyca mnie muzyczny luz i swoboda z jaką zespół wykonuje swoje kompozycje. Najbardziej znanym utworem tego zestawu jest otwierający całość „Never”, często cytowany jako źródło inspiracji dla kompozycji „Since I’ve Been Loving You” Led Zeppelin. Warto zaznaczyć też, że w dwóch nagraniach na fortepianie gościnie zagrali znakomici muzycy: Al Kooper w „Black Current Jam” i Mike Bloomfield w „Marmalade”… To był jeden z tych albumów, który niewątpliwie stał się późniejszą inspiracją dla wielu innych wykonawców.

Album nie miał zbyt dobrych recenzji, a mimo to uplasował się na liście Bilboardu wyżej od swego poprzednika , osiągając miejsce 20 . Cóż, nie wszyscy jeszcze rozumieli istotę rockowej improwizacji, którą przedkładali nad krótkie piosenki o miłości. Ale tym tematem zespół w ogóle się nie przejmował. Delikatnie mówiąc miał to w jak najgłębszym poważaniu. Muzykom zaprzątało głowę zupełnie co innego. Może nie co, ale kto. Skip Spence niebezpiecznie pogrążał się w narkotykowym nałogu.

Muzyka i ruch hippisowski to dwa elementy brzmienia San Francisco do którego (niestety) dodać należy element trzeci – narkotyki. To właśnie one, a zwłaszcza kwas (ang. acid), czyli LSD był inspiracją dla wielu artystów. Jego psychodeliczne działanie w znaczny sposób oddziaływało na tworzoną przez nich muzykę do czego zresztą otwarcie się przyznawali. Skip, który w tamtym czasie przyjmował hurtowe ilości LSD zapadł na syndrom Barretta. Podobnie jak lider pierwszego składu Pink Floyd tracił kontakt z otoczeniem. Na scenie praktycznie nieobecny, apatyczny, nieruchomy. Potrafił przez cały występ grać jeden akord wpatrzony niewidzącym wzrokiem w jakiś punkt. Innym razem nadpobudliwy, pełen radości i rzucający milion genialnych pomysłów. Poza sceną zdarzało mu się być prawdziwym  i niebezpiecznym furiatem. Jeszcze podczas sesji nagraniowej w Nowym Jorku ubzdurał sobie, że ktoś z  najbliższego otoczenia czyha na jego życie. Z hotelowego holu wyrwał toporek strażacki i z pianą na ustach zaczął rozbijać drzwi do pokoju Jerry MilleraDona Stevensona grożąc im śmiercią. Zaalarmowana służba hotelowa nie mogła poradzić sobie z szaleńcem. Wezwano policję, oraz pogotowie ratunkowe, które nie bez trudu opanowały sytuację. Skip skuty w kajdankach został najpierw aresztowany, a następnie odwieziony w kaftanie bezpieczeństwa do szpitala psychiatrycznego, w którym spędził sześć miesięcy. Oficjalnie zdiagnozowano u niego schizofrenię…

Spence, co było do przewidzenie, został usunięty ze składu zespołu, zaś pozostała czwórka przystąpiła pod koniec 1968 roku do nagrywania kolejnego albumu. „Moby Grape’69” swą premierę miał dokładnie 30 stycznia 1969 roku.

Trzeci album nagrany w czwórkę (1969).
Album „Moby Grape’69” nagrany już w czwórkę (1969).

Pomimo, że Skipa nie było już w zespole, to w nagraniu „Seeing” (znanym również jako  Skip’s Song”) słyszymy jego głos. Skomponowany przez niego utwór pochodził z sesji do albumu „Wow/Grape Jam”. Niesamowite, ale ta niepokojąca melodia przepowiedziała dźwięki Nirvany Kurta Cobaina! Wówczas utwór został pominięty – tu w cudowny sposób zamyka płytę. Płytę tak dobrą jak „Wow” choć moim zdaniem bardziej wyluzowaną. Utwory MosleyaLewisa dominowały na płycie. Mimo to Peter Lewis (na okładce albumu stoi oparty o skałę na pierwszym planie) czuł pewien niedosyt. „Mogliśmy trochę dłużej popracować w studio i bardziej to wszystko dopieścić. Poza tym wierzyliśmy, że Skip do nas jednak wróci. Podświadomie czekaliśmy na niego”. Całkiem szczerze powiem, że cała czwórka doskonale poradziła sobie bez swego kontrowersyjnego kolegi. Utwory takie jak „It’s A Beautiful Day Today” czy ballada „Ain’t That A Shame” ujawniły pełną kreatywność pisania wspaniałych piosenek. W „If You Can’t Learn From My Mistakes” znakomicie współpracujący ze sobą gitarowy duet Lewis /Miller w mistrzowski sposób pokazał jak posługiwać się gitarami – elektrycznymi i akustycznymi. No i te ich cudowne harmonie wokalne – wówczas nie do podrobienia! Patent na nie przejmą po latach inni z Poco i The Eagles na czele…

W lutym 1969 roku MOBY GRAPE odbyli tournee po Wielkiej Brytanii (Beatlesi zadeklarowali, że są ich fanami), po którym niespodziewanie  Bob Mosley oświadczył, że opuszcza grupę. Powodem podjęcia takiej decyzji była chęć wstąpienia do piechoty morskiej. Dla wszystkich to był szok. Zespół szedł w rozsypkę! Jego kariera w Marines nie trwała jednak długo. Po kilku miesiącach służby postawiono mu zarzut napaści na innego żołnierza, a wojskowa komisja lekarska zdiagnozowała u niego schizofrenię paranoidalną. Drzwi do armii przed basistą zatrzasnęły się nieodwracalnie…

Uszczuplony do tria zespół udał się do Nashville, gdzie w ciągu zaledwie trzech dni (27-29 maja) nagrał swój czwarty album. „Truly Fine Citizen” ukazał się 30 lipca 1969 roku.

Album "Truly Fine Citizen" (1969) nagrany w trio.
Jako trio w ciągu trzech dni nagrali czwarty album „Truly Fine Citizen” (1969).

Podejrzewam, że trio MOBY GRAPE nagrało ten album, by wywiązać się z kontraktu płytowego z Columbią. Stąd być może ten pośpiech przy jego nagrywaniu. Wielu uważa go za najsłabszy w dyskografii. Ale czy na pewno? Daleki jestem od tej krzywdzącej opinii bowiem Lewis jest tu genialny,  gra Millera jest nadzwyczaj interesująca, a Stevenson na perkusji jest w wybornej formie. Ten jakże intrygujący album to zwrot ku muzyce folkowo-bluesowej i country, a więc powrót do korzeni. Nic w tym dziwnego skoro jego producentem był sam Bob Johnston, człowiek który współpracował wówczas z takimi artystami jak Bob Dylan, Johnny Cash, duetem Simon And Garfunkel i z Leonardem Cohenem. Mamy tu dwa prawdziwe klejnoty: „Changes, Circless Spinning”„Right Before Me Eyes”, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się na płycie Johnny Cash’a. Do tego dorzucam utwór tytułowy, oraz świetny rockowy „Looper”. Warto wiedzieć, że na basie (w zastępstwie nieobecnego Boba Mosleya) na płycie tej gościnnie zagrał słynny muzyk sesyjny z Nashville, Bob Moore, stały współpracownik Elvisa Presleya.

Po tym albumie MOBY GRAPE zawiesili działalność, chociaż MillerLewis jeszcze pod koniec roku założyli zespół The Rhythm Dukes. Dwa lata później doszło reaktywacji zespołu w pełnym pięcioosobowym składzie, a jego efektem była płyta „20 Granite Creek” wydana w 1971 roku. Tuż po tym grupa rozpadła się po raz drugi. W następnych latach dawali okazjonalne koncerty choć będąc w konflikcie z byłym menadżerem, Matthew Katz’em (prawnym właścicielem nazwy zespołu) występowali pod różnymi szyldami – jako Mosley Grape, czy Legendary Grape And The Melvilles.

Po tym rozpadzie muzycy kontynuowali swe artystyczne kariery w różnych formacjach wydając także swoje płyty solowe. Najmniej łaskawie ułożyły się losy Skipa Spence’a. W odróżnieniu od Mosleya nigdy do końca nie uporał się z problemami psychicznymi. Poza działalnością w macierzystej formacji wydał jedną solową płytę  „Oar” (1969). Zmarł na raka płuc w kwietniu 1999 roku – dwa dni przed swoimi 53 urodzinami.

A ja wciąż czekam na wznowienie pierwszych czterech albumów MOBY GRAPE. Gdyby nie pech te fantastyczne płyty byłyby ozdobą mojej kolekcji. Cóż, bywa i tak. Na pocieszenie włączam sobie kompilację zatytułowaną „Crosstalk – The Best Of Moby Grape” i delektuję się brzmieniem zwanym San Francisco Sound

Czekając na MOBY GRAPE (część I) – pech, nadgorliwość i środkowy palec…

Pech przychodzi niespodziewanie. Dopadł mnie w momencie, gdy szczęśliwy z zakupu pierwszych albumów MOBY GRAPE stanąłem przy kasie. Sięgam do kieszeni kurtki po portfel, a tam… pustka. Nie ma nic! Szukam w spodniach i plecaku – bez skutku. Wiadomo, jak jest dalej – setki kłębiących się myśli i panika. Gotówki było w nim niewiele, były za to karty kredytowe i dokumenty. Zdenerwowany całą sytuacją oddałem płyty mówiąc sympatycznej kasjerce, że wrócę po nie następnego dnia i popędziłem do domu. Portfel, śmiejąc się ze mnie w żywe oczy, leżał na kuchennym stole obok torby z zakupami zrobionymi wcześniej… Po płyty wróciłem tydzień później. Niestety już ich nie było. Mało tego – zniknęła z półki także przegródka z napisem „Moby Grape”! Co jest grane?! Pełen złych przeczuć pytam kierownika stoiska. „Kika dni temu dostaliśmy pismo, że wszystkie płyty zespołu mamy natychmiast zwrócić dystrybutorowi”. Dlaczego? Tego ten pan już nie wiedział… Później wyczytałem w prasie muzycznej, że ” (…) z przyczyn natury prawnej wytwórnia Sony/BMG (naturalny sukcesor po Columbia Records – przyp. moja) wycofała z rynku trzy pierwsze albumy zespołu. Po kilku miesiącach kolejna notatka: „Ponownie ruszył proces sądowy pomiędzy menadżerem Matthew Katz’em a członkami zespołu o prawa autorskie do nagrań i nazwy grupy”. Wow! Nie wyglądało to najlepiej! Przecież ciągnący się przez blisko 40 lat(!) proces zakończył się ostatecznie 20 lipca 2005 roku pozytywnym werdyktem dla zespołu. A jednak Matthew Katz  nie odpuszczał. Pomimo upływu kolejnych lat końca sporu wciąż nie widać. Tak jak nie widać na sklepowych półkach owych pierwszych trzech płyt MOBY GRAPE. A przecież miałem je w swoich rękach..!

MOBY GRAPE należała do najważniejszych formacji z San Francisco końcówki lat 60-tych. To był prawdziwy fenomen często wrzucany do worka z napisem rock psychodeliczny, ale jej spektrum było znacznie szersze. Zahaczało o blues, country, rock’n’roll, folk, jazz…  I co ciekawe – byli jedną z niewielu grup, w której wszyscy śpiewali i wszyscy komponowali.

MOBY GRAPE (1967)
MOBY GRAPE (1967)

Grupa powstała pod koniec 1966 roku z inicjatywy Matthew Katz’a, menadżera Jefferson Airplane i gitarzysty Alexandra „Skip” Spence’a, który na debiutanckiej płycie „Jefferson Airplane Take Off” (jeszcze bez Grace Slick), grał na… perkusji. Warto może zaznaczyć, że Skip był także autorem dwóch piosenek dla tej formacji. Mowa o „Blues From An Airplane” (debiut) i „My Best Friend” (LP „Surrealistic Pillow” z 1967 r.)… Wkrótce do Spence’a doszli kolejni muzycy: Jerry Miller (g), Don Stevenson (dr), Bob Mosley (bg) i Peter Lewis (g). Ten ostatni był synem zjawiskowo pięknej hollywoodzkiej aktorki Loretty Young (płomienny romans z Clarkiem Gable, Oscar za rolę w „Córce farmera” w 1947)… Jak łatwo zauważyć, była to jedna z pierwszych formacji rockowych mająca aż trzech gitarzystów. Musieli (ba, posiadali!) w sobie to „coś”, co już po kilku zaledwie koncertach spowodowało, że podpisali kontrakt z Columbią na nagranie debiutanckiego albumu. Fakt, rok 1967 był szczytem amerykańskiej kontrkultury, a popularność sceny psychodelicznej Zachodniego Wybrzeża sprawiała, że producenci i menadżerowie dużych wytwórni chodzili po Haight-Ashbury i wyławiali każdego, kto choć tylko trochę „kwasił” na gitarze. Folk rock i psychodelia zaczynały się w tym czasie doskonale sprzedawać.

Debiutancka płyta, nagrana pomiędzy 11 marca a 25 kwietnia, zatytułowana po prostu „Moby Grape”, ukazała się 6 czerwca 1967 roku. Album zawierał trzynaście autorskich piosenek  wszystkich członków zespołu i pozostaje do dziś jednym z niewielu arcydzieł psychodelicznego rocka jakie kiedykolwiek nagrano!

Oryginalna "nicenzuralna" okładka LP "Moby Grape" (1967)
Oryginalna „niecenzuralna” okładka LP „Moby Grape” (1967)

Columbia zdając sobie sprawę jaką petardę ma w ręku, do promowania albumu wydała w bardzo krótkim czasie aż pięć singli, czyli dziesięć z pośród trzynastu kompozycji z pełnego krążka! Szybko one trafiły do radiowych didżejów, tyle że ci totalnie pogubili się w tym chaosie. Efekt był taki, że najbardziej dynamiczny utwór na płycie – „Omaha” praktycznie nie był puszczany! Nadgorliwość  w tym przypadku przyniosła jak widać skutek odwrotny od zamierzonego. W dniu premiery szefowie wytwórni wydali także bankiet w sali Avalon przyozdobionej na tę okazję 10 tysiącami fioletowych storczyków zwisających z sufitu, oraz zasponsorowali 700 butelek wina z etykietą Moby Grape. Złośliwi, którzy nie dostali się na ucztę rozpowiadali potem, że spadające z góry płatki kwiatów przeszkadzały w swobodnym poruszaniu się po parkiecie (nie obyło się bez potłuczeń), zaś do butelek z winem nie podano otwieraczy…

Spore zamieszanie wywołało też zdjęcie na okładce albumu zrobione przez Jima Marshalla, na którym Don Stevenson pokazuje środkowy palec! Ten niecenzuralny gest początkowo zasłaniano naklejkami, jednak ostatecznie okładkę wycofano z druku zastępując ją alternatywną, bez palca. Stojącą zaś za muzykami czerwoną flagę mogącą kojarzyć się z komunizmem „przemalowano” najpierw na kolor czarny, a następnie zastąpiono ją amerykańską flagą. Nie muszę dodawać, że oryginalne wydanie szybko stało się gratką dla kolekcjonerów.

Mimo tych nieprzewidzianych kłopotów album jak na debiut sprzedawał się bardzo dobrze osiągając ostatecznie 24 miejsce na prestiżowej liście Top Albums tygodnika Bilboard. Nie ma czemu się dziwić, gdyż bije z niego do dziś czysta „kwasowa” energia, która przepełnia wszystkie kompozycje. I nie ważne, czy są to dynamiczne rockery w stylu „Omaha”, czy nostalgiczne ballady autorskie w stylu „Sitting By The Window”. Album jest wspaniale nagrany, sekcja gitarowa zwarta jak nigdzie indziej, a do tego roznosi go wielka dynamika, której próżno szukać na innych psychodelicznych albumach tej ery. Ubawiła mnie kiedyś opinia, że MOBY GRAPE na tej płycie próbowali być amerykańskim Cream. Po pierwsze: nie ma tu krzty śladu kopii brytyjskiego blues rocka – styl wczesnego Erica Claptona w połączeniu z dzikim geniuszem Gingera Bakera był nie do podrobienia. Po drugie: ta płyta jest bardzo amerykańska i psychodeliczne kompozycje mocno zakorzenione są w rhythm and bluesie. Po trzecie: amerykańskim Cream byli The Electric Flag. Kapela w wielu kawałkach aranżacyjnie przerastała Cream siłą sekcji dętej. A po czwarte: muzyka MOBY GRAPE jest znacznie prostsza niż wydany w tym samym czasie „Disraeli Gears”, z dużym potencjałem przebojowym jak „Hey Grandma”, które wznoszą ten album ponad fale czasu.

W czerwcu zespół zagrał na słynnym Monterey Pop Festival. Publiczność przyjęła ich owacyjnie, a sam koncert był jednym z najjaśniejszych tego dnia (sobota, 17 czerwca 1967). Niestety, nie zachowały się żadne nagrania filmowe – Matthew Katz zażyczył sobie od ekipy telewizyjnej… milion dolarów za prawo nagrywania występu swych podopiecznych! Abstrahując od absurdalnej sumy, menadżer zrobił katastrofalny błąd. Zauważmy, że to Monterey przyczyniło się w dużym stopniu do zdobycia wielkiej popularności Janis Joplin i Jimi Hendrixa.

Będąc w trasie koncertowej chłopcy używali życia rock’n’rollowego pełnymi garściami niekoniecznie zgodnie z prawem. Na efekty nie trzeba było czekać zbyt długo. Trzech członków grupy zostało aresztowanych za uprawianie seksu z nieletnimi dziewczętami, a Millerowi dodatkowo postawiono zarzut posiadania marihuany… cóż, były to w końcu lata 60-te. Zarząd Columbia Records zareagował oficjalną naganą, ale zespół w ogóle  się tym przejął. Nikt nie przypuszczał, że gorsze miało dopiero nadejść…

Całą piątką  udali się do Nowego Jorku, by tam nagrać swój drugi album. Jak się wkrótce okaże – ostatni w pełnym składzie…

(koniec części I)

 

UNIVERSE „Universe” (1971)

Pomimo wczesnej popołudniowej pory dość szybko zrobiło się szaro. Tu, w północnej Norwegii, zima ma swoje prawa, a na dodatek znowu zaczął sypać gęsty śnieg. Samochodowe wycieraczki ledwo nadążają zgarniać wielkie białe płatki. No i ten dokuczliwy mróz, który wdziera się do środka auta jak zdrajca. Minus dwadzieścia to już nie przelewki! Van, zapakowany sprzętem grającym i piątką młodych Walijczyków, od kilku minut niebezpiecznie „kaszle” i „kicha”. Poza perkusistą, Steve’em Keeley’em, który prowadząc wóz wystukuje sobie na kole kierownicy rytm śpiewanej po cichu piosenki nikt na to nie zwraca uwagi. Do celu jeszcze ponad cztery godziny. W końcu jak cywilizowani ludzie położą się do łóżek, bo dwie ostatnie noce przekimali na twardych dworcowych ławkach kolejowych. Jakiś menel buchnął im wcześniej bagaże ze śpiworami i całym utargiem z występów…

Surowy, ale cudownie uroczy krajobraz leniwie przesuwał się za oknami. Po drodze prawie żadnych miasteczek, wiosek, osad; czasem gdzieś w oddali widać małe światełko pojedynczego i samotnego zabudowania. Nie ma czemu się dziwić. Norwegia to bardzo słabo zaludniony kraj – spośród 243 państw pod tym względem jest na 205 miejscu na świecie (14 osób na km. kw.)… Ich trasę koncertową trudno byłoby nazwać „europejskim tournee”; wybrali się na kilka występów do tego zimnego kraju, by zarobić trochę grosza i w końcu nagrać wymarzoną płytę. Norweski agent Regnar Hagen obiecał sypnąć groszem mimo, że nazwa zespołu – UNIVERSE – kompletnie nikomu nic tutaj nie mówiła. Cóż się dziwić skoro nie mówiła nawet w ich rodzinnej Walii… Zaczynali swą muzyczną karierę  w 1968 roku jako blues rockowa kapela pod nazwą Spoonful. Początkowo wykonywali amerykańskie standardy bluesowe. Z czasem zaczęli tworzyć własny repertuar będąc pod wrażeniem zespołów Jethro Tull, Man, Eyes Of Blue, czy Family. Wówczas to zmienili nazwę na UNIVERSE… Koncertowali głównie na kontynencie europejskim: w Amsterdamie, Kolonii, Monachium. W Hamburgu zaangażowali się w Top Ten Club. Tym samym, w którym dekadę wcześniej zaczynali Beatlesi. W Kopenhadze grali wspólnie z Johnny Winterem i Iron Butterfly. Na Wyspach pokazywali się sporadycznie choć w londyńskim klubie Marquee wspierali Fleetwood Mac, Chicken Shack, Black Sabbath, Rory Gallaghera. Do Cardiff zaglądali bardzo rzadko…

Pośród zapadniętej niemal nagle ciemności i wciąż padającego z nieba śniegu stary poczciwy Van w pewnym momencie odmówił dalszej jazdy. Nie pomogły próby uruchomienia go kluczykiem, nie pomogły też przekleństwa, groźby i prośby. Samochód stanął i ani myślał kontynuować dalszej podróży. W środku zrobiło się momentalnie bardzo zimno, a jednak nikt nie kwapił się, by wyjść i rzucić choćby okiem pod jego maskę. Brakowało w tym momencie tylko wyjących na zewnątrz wilków i sceneria – wypisz/wymaluj – jak z kiepskiego horroru klasy C. Pukanie w boczną szybę przestraszyło ich jednak nie na żarty. Przez na wpół otwarte okno brodata twarz Trolla zajrzała do środka i zagadała w niezrozumiałym dla nich języku Wikingów. „No to k… już po nas” jęknął pod nosem gitarzysta Mike Jones

Ta historia rzeczywiście wydarzyła się w marcu 1971 roku. Muzycy zespołu UNIVERSE mieli niebywałe szczęście, że ich furgonetka utknęła na totalnym odludziu akurat tuż przed samotnie stojącym domem. Nie mając szans na szybką naprawę auta, gospodarz domu zaprosił wszystkich do siebie na gorącą herbatę. Okazało się, że to miejscowy poeta, trochę malarz, rzeźbiarz i fotograf w jednym. „Pół nocy musieliśmy wysłuchiwać jego poezji, oglądać zdjęcia, podziwiać obrazy, ale w sumie fajny z niego był gość” – zwierzał się później basista John Healan. I dodaje: „A potem zaproponował nam abyśmy mu coś zagrali. Nikt z nas nie wiedział, że on to nagrywa…”

Taśmę z nocnego jam session uczynny Norweg zaniósł do swego przyjaciela, Nilsa Oybakkena, właściciela lokalnego studia nagraniowego Experience w pobliskim Mosjoen. Nils urządził je w piwnicy sklepu swego ojca, w którym nagrywali głównie lokalni artyści, zaś płyty rozprowadzane były na… stacjach benzynowych. Ucieszony, że trafił mu się kąsek w postaci walijskiego zespołu zaprosił muzyków do siebie. Steve Finn (śpiew, harmonijka) wspominał po latach: „Nils i jego rodzice byli fantastyczni. Nakarmili nas, udostępnili nam schronisko młodzieżowe zamknięte o tej porze roku, a my z Nilsem wykonaliśmy kilka nagrań z myślą o singlu. Wyszła nam z tego duża płyta”.

LP. "Universe" (1971)
LP. „Universe” (1971)

Album „Universe” uważany jest przez niektórych za najrzadszy, progresywny tytuł w historii brytyjskiego rocka. Wydany w nakładzie… 200 egz.(!) obecnie jest tak rzadki, że nie ma ceny. Stylistycznie jest to bardzo dobry, profesjonalnie brzmiący, gitarowy, momentami bluesujący rock z organami na których przygrywał Mike Blanche z progresywnymi elementami. Osiem nagrań utrzymanych w klimacie Wishbone Ash, Man, Hard Meat i  Thin Lizzy są ucztą dla uszu. Całość rozpoczyna siedmiominutowy „Twilight Winter” z mocnym wejściem sekcji rytmicznej (świetny „sabbathowski „bas!) i sfuzzowaną gitarą. Łagodne klawisze dają chwilowe wytchnienie, by za moment, jak ciężka maszyna parowa nabuzowana podciśnieniem, ruszyć do przodu . Blues rockowy killer! Zaraz po nim dostajemy prawie akustyczny i równie długi „Cocaine” (zbieżność tytułu z kompozycją J.J. Cale’a przypadkowa). W jej pierwszej części słychać bluesową gitarę akustyczną wspartą klaskaniem i wspólnym śpiewem. W połowie utworu wyłaniają się ciche dźwięki klasycznego tematu „Dla Elizy” Beethovena grane na organach, wokół których elektryczna gitara z mocną perkusją owija się niczym bluszcz na drzewie. Dopiero teraz zaczyna się szaleńcza, pełna improwizacji jazda… „Universe” przypomina mi (gdyby odjąć harmonijkę) Free, zaś czterominutowy „Rolling” to klimatyczny numer z południowych rejonów Stanów Zjednoczonych. Taka walijska odmiana The Allman Brothers Band. Czyżby sentyment do amerykańskich standardów bluesowych wciąż buzował we krwi muzyków? Niekoniecznie, bowiem najdłuższy na płycie (11 minut) „Spanish Feeling” jawi się już jako typowy progresywny rock. Z licznymi zmianami tempa i nastrojów, hiszpańskimi ozdobnikami muzycznymi i doskonałym zespołowym zgraniem. „The Annexe” ciągnie się jak magma, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Świetnie wypadają „łkające” solówki gitarowe, a także partie organowe momentami zbliżone a to do doorsowskich, a to znów do purplowskich klimatów… „Bleak House” jest muzycznym podziękowaniem dla Antona Solberga, który pomógł zespołowi przetrwać trudne chwile w Norwegii dając im gorące, darmowe posiłki i nocleg. Harmonie wokalne a la Simon & Garfunkel, akustyczna gitara i gitara slide mają w sobie magię ballad Pink Floyd. Piękny numer i piękne podziękowanie za okazaną pomoc. Całość zamyka jednominutowy żart muzyczny „Track Four”.

Ale to nie koniec uczty. Do kompaktowej reedycji z 2014 roku wytwórnia Flawed Gems dołączyła utwór „A Woman’s Shep”, którego nie było na dużym krążku. Nagranie pochodziło z tej samej sesji co album i  wydano go na singlu. Dodatkowo dołączono dwa nagrania z ultra rzadkiego (i bardzo dobrego) acetatu nagranego w 1970 roku: „Shadows Of The Sun”„Waiting For The Summer”. Szczególnie ten drugi, ośmiominutowy, przypominający „stary” Wishbone Ash zabija mnie kapitalnym progresywnym graniem godnym mistrzów gatunku. Grany na dwie gitary podparty cudowną sekcją rytmiczną, doskonałym wokalem i organową jazdą na najwyższym poziomie powoduje, że nie sposób oderwać się od głośnika! I tu rodzi się moje odwieczne pytanie – dlaczego ten zespół wówczas się nie przebił…!?