Narodzeni z podmuchu improwizacji. SWEET SMOKE: „Just A Poke” (1970); „Darkness To Light” (1972).

Narodzili się w 1968 roku w nowojorskim Brooklinie z połączenia trzech różnych lokalnych grup. Perkusista Jay Dorfman i gitarzysta Marvin Karminovitz byli w jednym zespole, basista Andy Dershin grał w innym, a saksofonista Mike Paris stał na czele trzeciego i był o krok od podpisania kontraktu. Był też piąty członek, gitarzysta Victor Sacco, ale szybko się wykruszył. Początkowa nazwa, Sweet Smoke Of The Happy Plant Pipeful, została wymyślona przez Jaya. Później została skrócona do SWEET SMOKE wyraźnie symbolizując tamte czasy.

Pierwsze oficjalne zdjęcie prasowe Sweet Smoke z Hüthum (1972)

Grupa była prawdziwym dzieckiem swojej epoki grając lekko psychodelicznego rocka opartego na długich, średnio ponad 20-minutowych, luźnych improwizacjach. Muzycy podkreślali, że ich styl, happy-hipis rock z jazzowym akcentem” można interpretować na wiele sposobów – wszystko zależy od słuchacza. Inspirowało ich wszystko co psychodeliczne. Wczesne próby robione w piwnicach rodzinnych domów przypominały kosmiczne jamy (w dużej mierze niezrozumiałe) napędzane czystą energią młodości. W końcu surowość zaczęła łączyć się w coś, co przypominało „normalne” kawałki z melodią. Można powiedzieć, że brzmienie Sweet Smoke było czymś, co wyrosło z czystego gestu swobodnej formy i improwizacji.

Po pierwszych występach w USA i na Karaibach w 1969 roku przenieśli się do Niemiec i założyli hipisowską komunę w wiejskim domu we wsi Hüthum, niedaleko Emmerich, miasta położonego tuż przy granicy z Holandią. Stali się dobrze znani w regionie i poza nim dzięki porywającym występom, podczas których łączyli filozofię Wschodu z psychodelią. To wtedy wolne miejsce po Victorze Sacco zajął Steve Rosenstein. Oprócz tego, że grał na gitarze rytmicznej i skrzypcach napisał także kilka utworów (niektóre z nich znalazły się potem na ich drugiej płycie „Darkness To Light”). Rok później ludzie z EMI podpisali z nimi kontrakt i w sierpniu zaprowadzili do studia nagraniowego w niemieckim Godorf. Przydzielony im inżynier dźwięku nie miał żadnego doświadczenia z muzyką pop. Był specjalistą od nagrywania muzyki klasycznej z dużymi orkiestrami symfonicznymi z czego wynikły różne, często zabawne, sytuacje. Andy Dershin: „Kiedy próbowaliśmy uchwycić na przykład głośne, ostre i celowo zniekształcone brzmienie gitary prowadzącej, on próbował to „naprawić”. Szczęście, że w studio pojawił się Conny Plank i przejął kontrolę.” Nie mieli pojęcia, że pracowali z człowiekiem, który już wkrótce będzie legendarnym producentem.

Debiutancka płyta „Just A Poke” z psychodeliczną okładką holenderskiego ilustratora Jana Fijnheera ukazała się jeszcze tego samego, 1970 roku. Znalazły się niej zaledwie dwa utwory. Ale jakie!

Front okładki.

Muzyka polega na na zabieraniu słuchacza w podróż i nie ma znaczenia jak jest długa. Ważne, by cel był tego wart. A podróż, w którą zaprasza nas „Just A Poke” jest raczej niezapomniana i zdaje się płynąć własnym nurtem. Muzycy prowadzą nas przez rozległe wymiary dźwięków i melodii, wykorzystując swoje instrumenty do tworzenia chwil tak tajemniczych i urzekających, że prawie nie zauważamy mijającego czasu. Jesteśmy tak zagubieni w przestrzeniach naszego umysłu, że całkowicie poddajemy się jej urokowi.

Pierwsza część naszej podróży rozpoczyna się od „Baby Night” , który ukazuje tak wiele zwrotów akcji, że nieustannie trzyma nas w niepewności, dokąd Sweet Smoke zabierze nas dalej. Choć struktura utworu wydaje się skomplikowana, jego muzyka jest z gatunku rocka progresywnego. Nie ma tu jednak żadnych wydłużonych popisów instrumentalnej złożoności ani abstrakcyjnych fragmentów. To po prostu długi jam pokazujący jak daleko muzycy są w stanie posunąć się w swojej muzyce. Utwór zaczyna się przepiękną solówką na flecie, która jest wykwintnym dźwiękiem dla zmysłów. Jest to bardzo uspokajające i zachęcające, stwarza idealne warunki do przyłączenia się innych instrumentów i rozwijania melodii. Śpiew w tym nagraniu jest zmysłowy i delikatny, co dodatkowo wzmacnia łagodną atmosferę. Po tym wstępie Sweet Smoke przechodzi w bardzo jazzową sekcję, muzyka nabiera tempa, przekaz staje się bardziej energiczny. W tej części panuje bardzo żywy melodyjny rytm, szczególnie wyrazisty u obu  gitarzystów i basisty. Ich gra faworyzuje użycie agresywnych rytmów funky. Jest to intrygujące ponieważ zapowiada wpływ, jaki muzyka funk wywrze w połowie lat 70-tych na kilku wybitnych artystów spod znaku jazz fusion. Gdy jam zbliża do nieuchronnego końca włączają niewymienioną w czołówce wersję „The Soft Parade” The Doors, po której następuje powrót do tematu początkowego, ale w innym rytmie.

Tył oryginalnej okładki.

W porównaniu do „Baby Night” utwór „Silly Sally” z drugiej strony krążka jest znacznie bardziej hałaśliwy i dynamiczny. Od samego początku Sweet Smoke wkracza do akcji i wdraża styl o wiele bardziej inspirowany jazzem. Po raz pierwszy na płycie usłyszymy także saksofonistę tenorowego Michaela Parisa., dostarczając prowokacyjny falsetowy ton, który jest ozdobiony seksualnością i walecznością. Instrumentalna część środkowa utworu jest też znacznie bardziej ostentacyjna. Podobnie jak w przypadku tradycyjnego jazz fusion każdy instrument dostaje swoją szansę w świetle reflektorów. Hałaśliwe solówki na perkusji, zawiłe linie basu, kosmiczne wah-wah w rozkwitających gitarach i oczywiście żywiołowe nuty saksofonu to przyprawy jazzowych korzeni. Wraz z innymi wczesnymi pionierami gatunku takimi jak King Crimson,  Sweet Smoke można szczerze uznać za jednego z pierwszych artystów rocka progresywnego, którzy ściśle pojęli sedno jazz fusion. Te dwa gatunki zawsze miały oczywistą korelację w swoich cechach, ale tutaj naprawdę możemy sobie unaocznić, jak łączą się one w znacznie głębszy sposób.

„Just A Poke” to nie tylko rozrywkowy album, ale kultowy klasyk muzyki progresywnej. Definiujący szablon, który pomógł skierować muzykę na niezbyt nowe terytoria, ale z pewnością zapuścił się w słabo zbadane kierunki. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka progresywnego i jazzu fusion. Trzyma w napięciu do ostatniej nuty.

Sweet Smoke na masce samochodu Audi (1972)

Płyta otrzymała pochlebne recenzje. Niemiecki magazyn muzyczny „Sound” tak ją skomentował: „Jedna z najlepszych niemieckich produkcji popowych ostatnich czasów, która, miejmy nadzieję, odniesie sukces na jaki zasługuje.” Pomimo zainteresowania, tuż po  jego wydaniu zespół zawiesił działalność. Muzycy trzymając się razem wyjechali do Indii w poszukiwaniu duchowej odnowy. Sporo czasu spędzili tam jako wolontariusze w obozie dla uchodźców, pomagając ofiarom ruchu niepodległościowego z Bangladeszu. Dopiero gdy spotkali niemieckich turystów, którzy opowiedzieli im o sukcesie „Just A Poke” zdali sobie sprawę, że w tym zatłoczonym muzycznym świecie być może jest też miejsce i dla nich. Wrócili do Europy i jesienią 1972 roku nagrali, tym razem w holenderskim Heemstede, drugi album, „Darkness To Light”. W składzie znaleźli się dwaj nowi muzycy wzbogacając brzmienie zespołu. Był to pianista Jeffrey Dershin (młodszy brat basisty Andrew Dershina) i wiolonczelista Rochus Kühn. W studio pojawił się też przyjaciele muzyków: Marty Rosenberg (instr. perkusyjne), Peter van der Locht (saksofon altowy) i żona wiolonczelisty, Puppa Kühn, która oprócz tego, że grała na flecie zaprojektowała okładkę płyty.

Okładka płyty „Darkness To Light” (1972)

Tematycznie album wydaje się w dużym stopniu nawiązywać do duchowych zainteresowań zespołu, w szczególności do ich indyjskiej podróży. Utwory stały się krótsze, choć nie zrezygnowano z dłuższych form – dwa z sześciu nagrań trwają odpowiednio13 i 12 minut. Całość jest  bardzo zróżnicowana, przemyślana i (co ważne) zachowała elementy jazz rocka, które były jednym z wyróżniających się czynników brzmienia zespołu. Nie zrezygnowano też z nagłych zmian nastrojów i rytmów czyniąc ją równie atrakcyjną jak debiut, a hipisowskie kolory widoczne na okładce są także w muzyce.

Mike Paris

Obie  strony płyty mają taki sam układ utworów – dwa krótkie plus dłuższy jam. Ta równowaga pomiędzy dyscypliną kompozytorską, a swobodniejszą formą gry będąca częścią tożsamości grupy bardzo mi się podoba. Te cztery krótkie piosenki z inteligentnymi zwrotami akcji nie łącząc się ze sobą dowodzą, że muzyka stała się bardziej eklektyczna. Melodyjna ballada „Just Another Empty Dream” jest ukłonem w stronę Crosby Stills And Nash, a „Show Me The Way To The War” całkiem fajnym kawałkiem jazzowym o antywojennej wymowie. Z kolei „I’d Rather Burn Than Disappear” (nie dajcie się wpuścić w maliny mylącym tytułem) to elektryzujący folkowy numer z gitarą akustyczną, fletem i chwytliwym refrenem. Spośród krótkich form najbardziej zapada w pamięć. Bardziej optymistyczny „Believe Me My Friends” ze skrzypcami brzmi jak blues rockowy standard Mike’a Pinery z Blue Image i wcale nie przeszkadza mi, że czasem ociera się o country.

Sweet Smoke na scenie. Od lewej: Andy Dershin, Jay Dorfman, Mike Paris.

Creme de la creme tej płyty to oczywiście dwa epickie utwory. „Kundalini” z sitarem i wokalami w stylu Hare Kriszny jest najbardziej jasną ilustracją indyjskich wpływów jakie odcisnęły się na ich muzyce po azjatyckiej podróży. Brzmi jak połączenie starej, dobrej indyjskiej pieśni przy ognisku (o ile coś takiego istnieje) i ich hipisowskiego stylu.. Zaczyna się jak indo-fusion: chórek śpiewa mantrę (kilka osób nie dostraja się, ale myślę, że było to zamierzone), etniczna perkusja,  instrumentalne improwizacje, śpiew w technice scat … Toczy się to powoli w kierunku bardziej konwencjonalnego jazz rocka. Samo zakończenie to już szalony jazzowy kontrapunkt pomiędzy gitarą, fortepianem, saksofonem, basem i perkusją, które można skwitować jednym słowem: oszałamiające!

Marvin Karminowitz

Drugi z epickich numerów, „Darknes To Light”, będący rozwinięciem brzmienia pierwszego albumu, to progresywny, niesamowity pełen rozmachu jam ze znakomitymi partiami instrumentalnymi (pianino, flet,  gitara, saksofon), zmianami tempa i rytmu. Nadając mu lekki canterburyjski charakter ma on w sobie coś tripowego i jazzowego. Co by nie pisać znowu zaszaleli! Uważam, że muzyka z „Darkness To Light” z podnoszącymi na duchu pozytywnymi tekstami, pełna światła i radości ma w sobie szczególną energię, której trudno się oprzeć. Może nie jest to album idealny, ale od lat jego słuchanie wciąż sprawia mi wielką przyjemność.

W tym samym, 1973 roku, zespół puszcza Jeffrey Dershin, a tuż po nim Mike Paris i Steve Rosensteiin. Z nowymi muzykami grupa odbywa tournee po Europie dając swój ostatni przed rozwiązaniem koncert w berlińskim Musikhochschule, Występ zorganizowany na rzecz Towarzystwa Jogi Ananda Mārga zarejestrowany i wydany na płycie „Sweet Smoke Live” w 1974 roku zawierał dwa długie premierowe utwory „First Jam” i „Shadout Mapes/Ocean of Fears”. Na kompaktowych reedycjach drugie nagranie zostało rozdzielone i potraktowane jako oddzielne kompozycje. Do wznowień dołączono bonusy -trzy niepublikowane wcześniej nagrania z tego samego koncertu. Fantastyczne uzupełnienie dwóch studyjnych krążków godne polecenia!

Któż śmiałby w epoce oskarżyć Sweet Smoke o nieśmiałość lub subtelność w stosunku do swoich muzycznych wizji. Mając taką nazwę, takie okładki wiadomo było, że potencjalny odbiorca zanurzając się w psychodeliczny jam poczuje słodki smak dymu, a przed oczami zawiruje mu tęcza barw i kolorów o jakich wcześniej nie śnił. Marvin Karminovitz powiedział niedawno: „Wymyśliliśmy Sweet Smoke z podmuchu improwizacji.” Ich historia to przygoda, która rozgrywała się w określonym czasie i miejscu, poruszając się po nieznanych terenach, przemierzając fantastyczny świat. Nie byli uzbrojeni w miecze, broń i amunicję. Dźwigali za to dużo sprzętu: głośniki, wzmacniacze, gitary, bębny… Otoczeni przez mentorów, czarodziejów i magów potrafili uchwycić atmosferę ich rodzinnego „wesołego” Brooklynu i przekształcić ją w słodką miksturę zmiennych sił i świeżych postaw. Sweet Smoke narodził się na psychodelicznej chmurze jaka zrodziła się pamiętnego lata1967 roku, zwanego Latem Miłości iśmiało podążył dalej, ku nowym muzycznym przygodom.

Piękne jest to, że mimo upływu lat muzycy, choć rozsiani po świecie, wciąż utrzymują ze sobą bliskie kontakty. Dowodem poniższe dwa zdjęcia.

U góry Sweet Smoke na tyłach domu artysty-rzeźbiarza Waldemara Kuhna w Emmerich w 1972 roku. Od lewej: Marvin Karminovitz, Mike Paris, Andy Dershin, Jay Dorfman, Steve Rosenstein.

Na dole: spotkanie po latach w tym samym składzie, w tym samym miejscu.

Podczas gdy świat wiruje w odmętach absurdu i kłębiącego się czarnego dymu Sweet Smoke zaprasza nas do swej kolorowej krainy, gdzie można odprężyć się, puścić wodze fantazji i poczuć ten jeden jedyny smak – smak nieskrępowanej niczym wyobraźni i wolności…

Muzyka na wieki. BIRTH „Born” (2022)

„ Życie i śmierć wydawały mi się idealnymi granicami, które powinnam przebić i wlać potok światła do naszego ciemnego świata ” – te słowa napisała Mary Shelley w „Frankensteinie”, prawdopodobnie pierwszej opowieści science fiction. Pełne 204 lata później pytanie: jaka forma inspiracji najlepiej wyjaśni nasze codzienne życie i wyprowadzi ducha poza jego ziemskie kajdany? wciąż jest otwarte. Czy kraina stworzona przez  BIRTH, najbardziej transcendentalnego zespołu z San Diego, dostarczyciela formy tętniącego życiem elektryzującego rocka progresywnego wykraczającego poza czas i przestrzeń pomoże nam w tej odpowiedzi?  W Born, ich płytowym debiucie z roku 2022 dla Bad Omen Records, zostajemy zaproszeni w magiczną podróż po krainie, w której kolory i dźwięki wprowadzają nas w kalejdoskopowy wymiar fantastycznej muzyki.

Kwartet Birth (2022)

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od zespołu ASTRA, którego pokochałem za jego dwa progresywne albumy z psychodelicznymi  korzeniami lat 60/70: „The Weirding” i „The Black Chord” wydanymi odpowiednio w 2009 i 2012 roku przez Rise Above. Z utęsknieniem czekałem na kolejny. Przyszedł dziesięć lat później w postaci „Born” tyle, że pod szyldem BIRTH – muzycznym następcą Astry. Następcą, gdyż stworzyli go byli jej członkowie: Brian Ellis (gitara) i Conor Riley (klawisze, wokal). Do współpracy muzycy zaprosili basistę Trevora Masta (ex-Joy) i perkusistę Cosmic Wheels i Radio Moscow, Paula Marrone’a. Zespół, który powołali do życia w czasie globalnej pandemii w dużej mierze zajął się kroniką rzeczywistości. Tej smutnej rzeczywistości, w której świat zdawał się spieszyć ku samozagładzie. Aby się od niego uwolnić Ellis i Riley zaczęli szukać „nowego życia” i „nowych cywilizacji”. W rezultacie powstał debiut, który łączy w sobie ducha tamtych poszukiwań.

BIRTH. Front okładki płyty „Born” (2022).

Z dala od pułapek retro rocka i modnego klasycyzmu, jedno nagranie instrumentalne i pięć niebiańskich serenad stawia swoje roszczenia w innej przestrzeni niż większość dzisiejszych prog rockowych zespołów. Manifestujące się tutaj dźwięki, tekstury inspirowane melotronem i Hammondem, oraz bogata melancholia piosenek przywołują czasy świetlistej ery rocka progresywnego lat 70-tych. Ze złożonymi rękami uniesionymi w górę możemy zatracić się w tej zadumie znajdując tu ślady mrocznego mistrzostwa King Crimson z „Red”, tęskne rytmy wczesnego Yes i deliryczne wykrzywienia Van Der Graaf Generator. Jest też cały pakiet nastrojów: od żałobnego, przez kinetyczne dziwactwa. po radosne solowe pasaże. I jest coś jeszcze – sporo jazzowych akcentów, co mnie powaliło. Ogólnie uważa się, że zespoły neo-progresywne składające się zazwyczaj z muzyków przypominających cudowne dzieci są jednotorowo ukierunkowane. Birth jest inne. Ci goście grają w wielu różnych stylach, w tym Zeuhl (patrz solowy album Ellisa z 2011 roku) i jazz fusion. Sekcja rytmiczna jest znakomita. Szczególnie perkusista od początku przykuł moją uwagę; ten człowiek potrafi grać. I to jak! Posłuchajcie jedynego albumu formacji Psicomagia, w której byli także (i tu niespodzianka)… Trevor Mast i Brian Ellis a przekonacie się, że nie bujam.

Od otwierającego, instrumentalnego utworu tytułowego, czwórka muzyków sprytnie stworzyła nastrój wirującymi pokładami klawiszy napędzanymi chodzącym basem i grzmiącą perkusją. Całość powoli przechodzi w bluesowo-psychodeliczny rytm zwiększając napięcie porywającą gitarą Ellisa. Niesamowicie piękne preludium otwiera drogę dla prowadzonego przez organy równie wspaniałego, nieco bluesowego „Descending Us”, w którym pojawia się wylewny wokal i ognista gitara prowadząca… Karmazynowo epicki, majestatycznie rozwijający się „For Yesterday” wypełniony melotronem, ociekający ledowymi gitarami i najdelikatniejszym wokalem jaki można sobie wyobrazić eskortowanym przez szept organów zapiera dech! Czysta nieskazitelna melodia, masywna aranżacje i wymowna prostota są wcieleniem piękna, a skupienie się na drobnych szczególikach jest wręcz wzorowe. Nic nie wykracza poza jego ramy, nie ma żadnych wypełniaczy, zmarnowanych nut. Po prostu nieskazitelna błogość…

Zwiększając intensywność ciężkim rytmem perkusji z natarczywym syntezatorem powtórzonym na gitarze elektrycznej wyruszamy w kolejną ekscytującą podróż, w której klimatyczny rock progresywny balansuje kolaboruje z jazz rockiem. Mówiąc krótko, „Cosmic Tears” z intensywną perkusją i szalejącym basem to najprawdziwszy klejnot! Koniec tematu. Ta intensywność przenosi się dalej, na „Another Time” z wybuchowymi partiami klawiszy (melotron, organy) do spółki z gitarami, które w zależności od nastroju (refleksyjny/elektryzujący) są delikatne, lub wściekle ogniste. Wszystko to wsparto świetnym wokalem i okazjonalnym fletem. Ciary! Płytę kończy prawdziwa petarda, siedmiominutowy „Long Way Down” przypominający mi wczesny King Crimson i (momentami) ELP. Mam nieodparte wrażenie, że tym nagraniem muzycy Birth złożyli im hołd. Może się mylę, ale Riley w niesamowity sposób zbliżył się do mistrzowskiego głosu Grega Lake’a. Z kolei szalejące w niekontrolowany sposób gitary mają frippowskie DNA, podczas gdy Marrone na swoim zestawie perkusyjnym wyraźnie kłania się Giles’owi i Palmerowi. Hołd, czy nie hołd jest to imponujący i niesamowicie atrakcyjny numer godny zakończenia tego  wspaniałego albumu.

W rzeźbieniu inspirowanego science-fiction świata dźwiękowego, w którym ponury zgiełk i podniebny zachwyt mogłyby ze sobą współistnieć niepoślednią rolę odgrywają teksty. Conor Riley podsumowuje je na przykładzie „Descending Us” i „The Long Way Down” jako „ degradację społeczeństwa, transformację, śmiertelność i pozytywne rzeczy” przyznając, że artystyczną inspirację czerpią z post apokaliptycznych książek takich jak „The Road” Cormaca McCarthy’ego i „Parable Of The Sower” („Przypowieść siewcy”) Octavii Butler. Szczera medytacja nad nietrwałością jaka jest w „For Yesterday”, czy „Another Time” kryje się pragnienie ucieczki od rzeczywistości, oraz walka z trudami dnia powszedniego.

Ta płyta to sama przyjemność płynąca z wielokrotnego jej słuchania. Równie dobra jak te zespołu Astra, które uwielbiałem. Płyta mająca klimat, odurzającą melancholię i oprócz progresywnego rocka także sporą dawkę psychodelicznych elementów. Oryginalna muzyka..? Niekoniecznie. Ale od kiedy narodziny (ang. born) to oryginalny pomysł. Niezależnie jednak od relacji między nauką, a matką Naturą siły alchemiczne wykonały znaczną pracę przy „Born”, w którym przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zacierają się tworząc podnoszący na duchu album nawiedzany przez ziemskie troski, choć jego brzmienie zmierza do gwiazd. Krótko mówiąc – album na wieki.

Bycza krew. BULL ANGUS „Bull Angus” (1971); „Free For All” (1972).

Wyobraźmy sobie lata 70-te i to, że jesteśmy w Jelonkach Leśnych, PGR-owskiej wsi położonej gdzieś w północno-wschodnich rejonach kraju specjalizującej się w hodowli tuczników i produkcji mięsnej. W pobliżu tuczarni skąd rozchodził się potworny zapach zwierzęcych odchodów, w wynajętej od jednego z tamtejszych pracowników drewnianej szopie ćwiczył zespół marzący o muzycznej karierze. Aby zwrócić na siebie uwagę nazwali się Wieprze Na Wietrze… Nie mam pojęcia czy na mapie Polski jest taka miejscowość. Nie wiem, czy kapela Wieprze Na Wietrze istniała naprawdę. Z mojej strony to żart, ale jak to w życiu – wszystko jest możliwe…

Podobny, tym razem jak najbardziej realny scenariusz miał miejsce za Oceanem. Tyle, że położone nad rzeką Hudson małe miasteczko Poughkeepsie w stanie Nowy Jork istnieje naprawdę. Na jego obrzeżach znajdowały się rozległe pastwiska i farma, na której hodowano bydło rasy Angus. Pod koniec 1969 roku w jej pobliżu, w opuszczonej stodole z cieknącym dachem i niedomykającymi się drewnianymi wrotami szóstka muzyków robiła wielogodzinne próby intensywnie szlifując autorski repertuar oparty na blues rockowej psychodelii z tendencjami do prog rockowych wypadów łącząc je z southern rockiem. Z uwagi na miejsce, gdzie ćwiczyli nazwali się BULL ANGUS.

Szóstka muzyków tworząca zespół miała włoskie korzenie. Tworzyli go: wokalista i flecista Frankie Previte, dwaj gitarzyści Dino PaolilloLarry LaFalce, grający na klawiszach Ron Piccolo, basista Lenny Venditti i perkusista Geno Charles. Mieszkali razem w Rhinebeck i każdy z nich grał wcześniej w różnych zespołach, których nazwy nic nam dziś nie mówią. Szybko zdobyty status zespołu świetnie grającego na żywo wprowadził ich do undergroundowej elity, która na początku lat 70-tych była zdeterminowana wynieść amerykański hard rock na najwyższe szczyty. Występy w klubach,  lokalne trasy koncertowe i plenerowe imprezy przykuły uwagę ludzi z wytwórni Mercury, którzy podpisali z nimi kontakt, a to zaowocowało albumem „Bull Angus” wydanym w listopadzie 1971 roku. Jego producentem był Vinnie Testa specjalizujący się w nagrywaniu zespołów grających głównie psychodeliczny ciężki rock. To on na okładkach pierwszych tłoczeń flamastrem dopisywał „Grać głośno!” Wszystkie utwory, a jest ich osiem, zawierają mnóstwo ostrych, ale przyjemnych dla ucha, gitarowych riffów więc proszę, nie ignorujcie słów Testa – słuchajcie tego na full! Podpowiem, że gitarę LaFalce’a słychać w lewym, a Paolillo w prawym głośniku…

Front okładki

To jedna z tych płyt, którą mogę słuchać bez końca. Otwierający ją „Run Don’t Stop” prezentuje odlotowego, energetycznego ciężkiego rocka w stylu Grand Funk Railroad i James Gang z zabójczą melodią, miażdżącymi gitarowymi pojedynkami, ognistą sekcją rytmiczną (perkusja!) i bardzo żywym, wybuchowym finałem jednoznacznie pokazując cel podróży. Ktoś nazwał ten numer amerykańskim „Highway Star”. Ładnie. Tyle, że „Gwiazdę Autostrady” Deep Purple nagrali rok później, więc czy to porównanie nie powinno pójść w drugą stronę..? Z kolei inny dodał, że gitara w równie porywającym „Mother’s Favourite Lover (Margaret)” to czysty Angus Young. Też fajnie, choć  AC/DC jeszcze nie istniało. W „Mother’s Favourite…” pojawiają się pierwsze bardziej skomplikowane momenty. Mam tu na myśli jazzowe solo na flecie, co nie było cechą charakterystyczną ani Deep Purple, ani  tym bardziej AC/DC. No i mamy tu świetny temat; mama ze skłonnościami lesbijskimi. Cóż, tematyka ich tekstów wciąż pozostaje dla mnie zagadką… Zabawa trwa dalej tym bardziej, że przesiadamy się do wesołego autobusu wujka Duggi’ego. Niezwykła mieszanka cięższego rocka i soulu w „Uncle Duggie’s Fun Bus Ride” wydaje się symbiozą amerykańskiego rocka i Black Sabbath, choć (jakby na przekór) nie brzmi to ani jak pierwsze, ani tym bardziej jak drugie. Zachwyca mnie tu chwytliwa melodia, brzmienie teksańskiego Południa, kapitalne harmonie wokalne i (a jakże!) zabójcza gitara prowadząca. Nic dziwnego, że tak dobry numer znalazł się na singlu; szkoda, że na jego gorszej, drugiej stronie. Jeśli chodzi o różnorodność „A Time Like Ours” idzie dalej zapuszczając się w prog rockowe rejony z jazzowymi nutami i urzekającymi chórkami. Z jednej strony zespół zaskakuje łatwo przyswajalnymi dźwiękami Zachodniego Wybrzeża, z drugiej twardym Hammondem z dłuższymi wypadami na dwie gitary prowadzące. Koniec utworu jest niesamowity. Do dziś nie mogę zrozumieć jak będąc w tak dużej stajni jak wytwórnia Mercury grupa nie przebiła się na tamtejszym rynku.

W składzie Bull Angus były dwie gitary prowadzące

Druga strona płyty nie traci czujności. „Miss Cassey” napędza znakomity bas nieustannie budując jego ciężkość przez całe siedem i pół minuty. Maratońskie jamowanie w średnim tempie, ogniste gitary, szaleńczy Hammond, oraz wspomniany bas to jego mocne atuty. Kocham każdą jego sekundę. Nawiasem mówiąc dziki wokal Frankie Previte’a nie tylko w tym nagraniu zainspirował Iana Astbury’ego z The Cult. Previte miał idealny głos do tego gatunku; bez zbytniego wysiłku w jednej chwili zmieniał biegi od metalowego warczenia do pisków o wyższym rejestrze… „Pot Of Gold” bez utraty pary ujawnia swobodny, funkowy i przyjemny klimat nawiązujący do The Allman Brothers Band. Miłą niespodzianką okazuje się urocza ballada „Cy” pokazująca wrażliwą stronę zespołu nadając albumowi inny kolor. Muzycznie oscyluje między akustycznym Led  Zeppelin, grupą America i zespołem Crosby Stills Nash And Young. Całość kończy jeden z moich faworytów, „No Cream For The Maid”, będący swego rodzaju muzycznym podsumowaniem płyty. Mamy tu groźny hard doom rock, niezobowiązujące rockowe boogie, oraz mnóstwo psychodelicznych wykrzykników. Krótko mówiąc – kosmiczny napar. Zwykle takie hybrydy są bez wyrazu, ale ci goście byli na tyle utalentowani, że udało im się stworzyć jeden z najlepszych utworów na tym albumie.

Płyta zebrała dobre recenzje w prasie muzycznej, ale wytwórnia mająca wobec zespołu ogromne oczekiwania strzeliła sobie w stopę kompletnie zaniedbując jej promocji. Dzisiaj ma ona status ukrytej perełki. Może i jest to jakaś pociecha dla muzyków, ale nic więcej. Nie mniej Bull Angus nie marnując czasu nagrał drugi album, „Free For All”, który na rynku pojawił się w czerwcu 1972 roku z delikatnie zmodyfikowanym dziełem włoskiego malarza epoki renesansu na okładce. Ten biblijny obraz to „Kult egipskiego boga Apisa” Filippo Lippi. Swoją drogą ciekawe jak wytwórni udało się uzyskać pozwolenie na wykorzystanie tego wizerunku..?

Front okładki „Free For All” (1972)

Album nagrany w tym samym studiu i z tym samym producentem podzielił słuchaczy. Jedni zarzucali mu brak czadowej energii  i dzikiego entuzjazmu jaki emanował z debiutu. Złagodzenie brzmienia brano za próbę dotarcia do szerszego grona słuchaczy. Inni widzieli w nim bardziej progresywne oblicze czego dobitnym przykładem kapitalny „Train Woman Lee”, ciężki prog rock napędzany świetnymi klawiszami i podwójnymi gitarami. W moim odczuciu na „Free For All” zespół przedstawił całkiem fajny kombinowany ciężki rock mieszając ze sobą style i gatunki. Na dobrą sprawę każdy utwór brzmi inaczej. Kipiący energią „Lone Stranger”  prowadzony przez szczególnie ekspansywne pianino, oscyluje pomiędzy soft rockiem, a rockiem progresywnym z jazzowymi odcieniami. Znakomite otwarcie i jeden z ważniejszych momentów na krążku. „City Boy” to pierwszy z dwóch coverów. Ten pochodzi z repertuaru Buffalo Springfield. Oryginał, którego twórcą był Stephen Stills, ukazał się na albumie „Buffalo Springfield” w 1966 roku pod tytułem „Hot Dusty Road”. Z tej krótkiej country folkowej piosenki (2:35) Bull Angus zrobił dwa razy dłuższy blues rockowy jam z kapitalnymi dialogami gitary i fortepianu. Jednym słowem – cudeńko! Bardziej ambitny materiał pojawia się w spokojnym i klimatycznym „Loving Till End”. Nieoczekiwanie pastoralna aranżacja gitary akustycznej i fletu w połączeniu z namiętnym wokalem była preludium do eksplozji. Obok wspomnianego „Train Woman Lee” to zdecydowanie najbardziej prog rockowy moment na płycie trochę w klimatach Jethro Tull trochę Cressidy.

Tył okładki

Drugi z coverów, „Savoy Truffle” George’a Harrisona pojawił się na „Białym Albumie” Beatlesów. Podobno piosenkę zainspirowała miłość do czekoladek jego serdecznego przyjaciela, Erica Claptona. Zazwyczaj trudno, a czasem wręcz niemożliwe przebić wielką czwórkę, a tu proszę – Bull Angus przewyższył liverpoolczyków czyniąc z tego dość prostego numeru ekscytujący kawałek mieszczący się pomiędzy hard rockiem a energetycznym boogie, któremu trudno się oprzeć. Ale to co najlepsze nadchodzi w „Drivin’ Me Wild”, najcięższym utworze na płycie. Dość prosta struktura z dobrymi riffami, a także zaskakująca organowa solówka na końcu w stylu Grand Funk Railroad mogłaby znaleźć się na ich debiucie. Z kolei trwający niemal siedem minut  „(We’re The) Children Of Our Dreams” będący skrzyżowaniem progresywnego i proto-AOR rocka z pięknym refrenem i cudownymi harmoniami wokalnymi jest tutaj (kolejnym) mocnym akcentem. To jednocześni jeden z niewielu momentów, w którym Previte śpiewa bardziej lirycznie. Utwór został wydany na singlu – szkoda, że niewiele zrobiono, by go promować…

Album „Free For All” pozostał ich ostatnim śladem. Po jego wydaniu i wspólnej trasie z Deep Purple i Fleetwood Mac po Stanach zespół rozwiązał się wciąż pozostając (o zgrozo!) mocno niedoceniany… Na początku lat 80-tych Frankie Previte znalazł miejsce dla swojego cudownego głosu w grupie Frankie & The Knockouts, z którą w latach 1981-1984 wydał cztery soft rockowe albumy. Największy sukces wokalista odniósł jako współautor hitu, piosenki „( I’ve Had) The Time Of My Life” z kultowego filmu „Dirty Dancing”.

STRAWBS „Dragonfly” (1970); „Just A Collection Of Antiques And Curios” (1970)

Przełom lat 60 i 70-tych to złoty wiek odrodzenia folkowej muzyki na Wyspach Brytyjskich. Ten okres w jego historii miał ogromny wpływ na to, jak tamtejsza muzyka ludowa z otwartością otwierała się z na eksperymenty, które wtedy zaistniały we wszystkich jej aspektach. Czysty do tej pory akustyczny folk zaczął garściami czerpać inspiracje z takich gatunków jak rock, pop, psychodelia, rock progresywny, awangardę, jazz i wszystko to, co było pomiędzy nimi. Zagłębiając się w późniejsze lata 70-te duch zasady everything goes’ zaczął rzecz jasna słabnąć, ale patrząc na początek dekady można znaleźć mnóstwo perełek. Jedną z nich jest zespół STRAWBS, który przez lata ucieleśniał prawdziwego ducha progresywnej muzyki folkowej na Wyspach.

Wczesne zdjęcie promocyjne z Rickiem Wakemanem w składzie (1970)

Po udanym płytowym debiucie („Strawbs”, 1969) będącym w większości zbiorem krótkich barokowo-popowych piosenek z domieszką psychodelii w 1970 roku grupa wydała dwa znakomite albumy łącząc folk z rockiem i akustykę z elektryką wyznaczając w swojej muzyce nowy poziom dojrzałości. Wydany w lutym „Dragonfly” pokazał drogę zespołu w przyszłość, rozpoczynając passę najlepszych progresywnych albumów folkowych początku nowej dekady. Tony Visconti, który zaaranżował wspaniałe akompaniamenty orkiestrowe na pierwszej płycie, objął stanowisko producenta płyty. W kilku utworach (w tym w tytułowym) grał także na flecie. Kolejnym znaczącym wkładem w powstanie albumu jest wiolonczelistka Claire Deniz. Lider zespołu, Dave Cousins ​​uznał, że potrzebny jest dodatkowy instrument i po rekomendacji producenta Joe Boyda, który znał Claire z debiutanckiego albumu Nicka Drake’a, zwerbował tę bardzo utalentowaną wiolonczelistkę. Podobnie jak w przypadku debiutanckiego longplaya także i ten został nagrany w Kopenhadze. Pełen wspaniałych dźwięków akustycznych został zagrany po mistrzowsku przez wszystkich członków zespołu, w tym także przez Tony’ego Hoopera na gitarze, Rona Chestermana na kontrabasie i duńskiego perkusistę Bjarne Rostvolda. Posłużono się dodatkowymi instrumentami, w tym… dużym gwoździem.  Nie, to nie żart! Tony Visconti: „Chcieliśmy uzyskać efekt trójkąta w „The Weary Song”, a przysięgam – nie jest łatwo znaleźć trójkąt w Kopenhadze w środku nocy. Gwóźdź miał piękną barwę; zawiesiliśmy go na sznurówce i przybiliśmy go innym gwoździem. Można go także usłyszeć w utworze tytułowym, kiedy Dave użył go aby uzyskać efekt sprężystości cymbałów. Żałuję, że nie uratowałem tego gwoździa. Miał jedno z najpiękniejszych brzmień jakie kiedykolwiek słyszałem w życiu.”

Jeden z utworów na „Dragonfly” bardzo wyraźnie wskazuje kierunek, w którym zespół wkrótce podąży wchodząc na bardziej postępowe terytoria. Mowa o „The Vision Of The Lady Of The Lake”, czyli 28-wierszowy epos napisany przez Cousinsa o walce dobra ze złem, którego napisanie zajęło ponad rok. Inspiracją była „The Tibetan Book Of The Dead” (Tybetańska Księga Umarłych), lektura zalecana przez Tony’ego Viscontiego. Książka była także inspiracją dla Johna Lennona przy pisaniu „Tomorrow Never Knows”. Dave Cousins: „Pewnego ranka, bladym świtem jadąc do Szkocji, minęliśmy jezioro pokryte mgłą i nagle zaczęliśmy opowiadać legendę o królu Arturze. Jakiś czas później przeczytałem jedną z Ksiąg Umarłych, która skojarzyła mi się z Królem Arturem. To wtedy przyszedł mi do głowy pomysł „Wizji Pani Jeziora” choć długo ewoluował on w mojej głowie.”

Dave Cousins (Londyn 1970)

Utwór opowiadający koszmarną historię człowieka poddawanego strasznym próbom z różnymi stworzeniami wzmocniony został niesamowitymi dźwiękami gościnnych muzyków: gitarzysty Paula Bretta i grającego na klawiszach Ricka Wakemana. W miarę jak jego sytuacja się pogarsza, muzyka staje się mroczniejsza i bardziej niepokojąca (nie będę zdradzać zakończenia!). Ta pełna dramatyzmu i pasji kompozycja opowiadająca naprawdę dobrą historię jest jedną z najbardziej uderzających jaką Dave Cousins stworzył. I to ona kradnie show całego albumu mimo, że wśród moich faworytów znajdują się dużo krótsze perełki, choćby takie jak „Another Day”, „I Turned My Face Into The Wind”, czy przeurocza „Josephine (For Better Or Worse)”.

O kulisach pierwszego nagrania młodego Wakemana z zespołem opowiedział Mark Powell w notce do kompaktowej reedycji „Dragonfly”: „Podczas pierwszej sesji ze Strawbs Rick miał trudności z instrumentem. Fortepian w londyńskim Trident Studios nie pasował do utworów nagranych wcześniej w Danii. Studyjne maszyny taśmowe nie były wyposażone w funkcję zmiennej prędkości, dzięki której można było spowolnić lub przyspieszyć taśmę, aby dostosować ją do stroju fortepianu. Tony Visconti zasugerował, że na pianinie można grać za pomocą powszechnie używanego obracającego się głośnika Leslie, aby nadać mu charakterystyczne dźwięki zbliżone do Hammonda. Powstały efekt nadał utworowi psychodelicznego charakteru. Okazał się też najbardziej rockowym nagraniem w dotychczasowej historii Strawbs.”

Po wydaniu „Dragonfly” w zespole zaszły personalne zmiany. Z kolegami pożegnał się basista Ron Chesterman, a klasycznie wykształcona Claire Deniz marząca o graniu Bacha i Elgara w salach koncertowych zdała sobie sprawę, że jako niepaląca i niepijąca alkoholu wegetarianka zamiast spędzać czas w zadymionych klubach rockowych powinna wrócić do pierwotnego planu kariery. Stały trzon grupy, czyli Cousins i Hooper ściągnęli do siebie basistę Johna Forda i perkusistę Richarda Hudsona z zespołu Velvet Opera. Namówili też Ricka Wakemana, by został z nimi na stałe. W maju 1970 roku Cousins ​​opowiedział magazynowi „Beat Instrumental”, że nowy skład zespołu zmienił także podejście do grania w miejscach, do których jeszcze nie tak dawno były one niedostępne. „Coraz częściej gramy w klubach z progresywnym rockiem, takie jak Mothers. Myślę, że jesteśmy pierwszą grupą akustyczną, która odwiedziła wiele z tych miejsc przecierając szlaki dla podobnych nam artystów.”

Strawbs w zmienionym składzie tuż po wydaniu LP „Dragonfly” (1970)

Nie tylko rockowe kluby stanęły przed nimi otworem. 11 lipca 1970 roku Strawbs był główną gwiazdą koncertu w londyńskiej Queen Elizabeth Hall. Występ zebrał entuzjastyczne recenzje w muzycznej prasie, które podkreślały mistrzostwo gry Ricka Wakemana. Melody Maker napisał: „Podczas koncertu Wakeman zapełnił salę organami w klasycznym stylu i zagrał coś, co można opisać jako „najlepszy rock klawiszowy” jaki kiedykolwiek słyszano. Wykonał także solo na fortepianie przechodząc z lekkością od muzyki klasycznej i jazzowej po czysty rock dodając przy tym odrobinę humoru łącząc melodie z reklam z muzyką z niemych filmów.” 

Kilka miesięcy wcześniej anonimowy muzyk sesyjny znany jedynie garstce artystów po tym występie stał się gwiazdą. Magazyny muzyczne ustawiały się w kolejce, żeby przeprowadzić z nim wywiad. Cytowany wyżej Melody Maker piał z zachwytu wróżąc mu świetlaną przyszłość. Medialny szum jaki zrobił się wokół niego nie przeszkodził mu pozostać skromnym i pokornym człowiekiem. Twierdził, że nie jest żadną gwiazdą; jest częścią zespołu, którym lideruje Dave Cousins – geniusz, przed którym chyli czoło.

Występ w Queen Elizabeth Hall został nagrany i wydany na płycie „Just A Collection Of Antiques And Curios” w październiku tego samego roku. Było to pierwsze wydawnictwo zespołu wydane w USA i pierwszy album, który znalazł się na listach przebojów w Wielkiej Brytanii. Mój zachwyt nad jego okładką autorstwa Rogera Saundersa trwa niezmiennie od lat. Zdjęcie (nawiązujące do tytułu płyty) przedstawia zbiór antyków i osobistych pamiątek członków zespołu. Tony Hooper szaleńczo interesował się literaturą science fiction stąd okładka książki „Forever”, a także jego kubek. Jest tabla, bęben Huda, mała buteleczka whisky i okulary Johna Lennona. Jest klarnet Ricka Wakemana i dwie strony partytury. Dave Cousins użyczył suszarkę do ziół, model samochodu Forda (sentymentalna pamiątka z dzieciństwa) i małe chińskie pianino-zabawka, które użył w „Dragonfly”.

Tak jak w przypadku poprzedniej płyty nie zamierzam recenzować i tej (w sieci jest tego mnóstwo). Powiem tylko, że jednym z głównych utworów, który powalił mnie od pierwszego przesłuchania jest „Where Is This Dream Of Your Youth?” znane z debiutanckiego krążka wydłużone z trzech do dziewięciu minut. Oryginalnie była to piosenka napisana przez Cousinsa specjalnie dla folkowego zespołu The Young Tradition, którego on i jego koledzy byli wielkimi fanami. „Uwielbialiśmy ich i ich harmonie. To był prezent na singiel, którego wtedy potrzebowali. Ale oni nie chcieli rockowej piosenki, więc zrobiliśmy to my.” Na koncercie w Queens Elizabeth Hall wypadło to fenomenalnie! Moim skromnym zdaniem Rick Wakeman wykonał tu jedną z najlepszych swoich solówek w karierze wysadzając w powietrze szacowną londyńską scenę. Jest to coś więcej, niż tylko zapowiedź tego, co miało nadejść w niedalekiej przyszłości w zespole Yes.

Tył okładki płyty „Just A Collection…”

To, co jest ekscytujące w tych dwóch płytach to ich ewolucja, czy raczej metamorfoza. Z perspektywy czasu obserwowanie rozwoju grupy jest wspaniałym przeżyciem. Mimo, że „Dragonfly” nie ma tak lubianego przez wielu ciężkiego brzmienia jest to naprawdę dobry album, który warto, a nawet trzeba mieć. Z kolei „Just A Collection…” pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych występów Strawbs na żywo. To ich najczystsze, naiwne i prawdopodobnie najpiękniejsze muzyczne dzieło przypominające mi  jeden z wcześniejszych albumów Genesis, „Trespass”. Obydwa ukazały się w tym samym roku, oba pozostają najsłodszymi, delikatnymi, romantycznymi, kruchymi, niewinnymi, naiwnymi i najczystszymi albumami w ich twórczości i oba stanowią punkt zwrotny w ich karierach. Strawbs byli i są moją „starą miłością”. Album ten pokazał jak zespół bluegrassowy i akustyczno-folkowy jakim był na początku zrobił krok do przodu wkraczając w nową erę z nową formą muzyczną. Parafrazując słowa znanego, brytyjskiego producenta muzycznego Jeremy’ego Godfreya „prog rock to był ich Ferrari”. Wielkie dzieła Strawbs miały nadejść wkrótce. I nadeszły – prędzej, niż się wszyscy spodziewali…

 

Najlepszy z najgorszych albumów wszech czasów. Historia płyty „Lord Sutch And Heavy Friends” (1970)

Niektóre okładki albumów niemal od pierwszego spojrzenia zachęcają do ich posiadania. Czy taka z Rolls Royce’em okrytym flagą Union Jack z podpierającym się o zderzak długowłosym blondynem ubranym w przestarzały strój z Carnaby Street jest na tyle intrygująca, że może zelektryzować fana rocka..? Hmm… raczej niekoniecznie. Nawet wtedy, gdy na jej froncie dojrzy wyeksponowane nazwiska bardzo znanych gości pomyśli, że to musi być jakaś składanka dla fanów. A co jeśli zabierze płytę do domu i okaże się, że  jej zawartość wahająca się pomiędzy geniuszem, a niechlujnym rockiem wywoła u niego w sekundowych interwałach torsje..?  Czy wtedy uda mu się dotrzeć do jej końca..?  Przekonajmy się. Oto historia Lord Sutch And Heavy Friends” – najlepszej z najgorszych płyty wszech czasów.

Zanim jednak to uczynię pozwólcie, że tytułem wstępu nakreślę słów kilka o głównej postaci, bez której historia ta nie miałaby sensu.

Lord Sutch poza muzyką angażował się też w politykę.(1983)

Naprawdę nazywał się David Edward Sutch, ale na początku lat 60-tych, w hołdzie dla Screamin’ Jay Hawkinsa zmienił nazwisko na Screaming Lord Sutch. Oczywiście lordem nigdy nie był, ale za to był postacią nie do powstrzymania. Samotnik i pierwsza długowłosa gwiazda muzyki pop w Wielkiej Brytanii. Wokalista i lider grupy The Savages. Nietuzinkowa osoba zajmująca się komedią, horrorem i rock’n’rollem w jednym pakiecie. W latach 1961-1966 nagrał siedem singli. Na scenie wyłaniał się z czarnych trumien, nosił płonące nakrycia głowy, używał czaszek i sztyletów jako nieodłącznych rekwizytów. Na różne sposoby terroryzował członków zespołu, krążył wśród przerażonej publiczności wrzeszcząc i łypiąc wzrokiem. Na wczesnych zdjęciach Sutch o prostych włosach i mocnym makijażu stale ma maniakalny wyraz twarzy. Jego klasyczny utwór wyprodukowany przez Joe Meeka, Jack The Ripper”, to uznany klasyk garażowego horror rocka. Wychodzi na to, że Alice Cooper chodził wtedy do gimnazjum, a Marilyn Manson nie był nawet błyskiem w oku swego ojca.

Sutch, pełen wigoru i różnych pomysłów znalazł też czas na politykę. W 1963 roku założył The National Teenage Party (Narodowa Partia Młodzieży), a dwadzieścia lat później The Official Monster Raving Loony Party (Oficjalna Partia Szalonych Potworów), która stała się popularną formą satyry i tubą głosów protestacyjnych wobec rządów Margaret Thatcher. Co by jednak o nim nie mówić, ów samozwańczy lord i dziedzic niczego, niezmiennie niechlujnie ubrany, z wszechobecnym cylindrem i rozetą utworzył jedną z pierwszych pirackich stacji radiowych – Radio Such, nadającą 24 godziny na dobę rock and rolla. Czapki z głów panowie!

Porzucając przydomek „Screaming” nasz bohater zmienił swoje nazwisko na bardziej wyniosłe – Lord Sutch Trzeci Hrabia Harrow, skracając go na Lord Sutch, W 1968 roku tymczasowo przeniósł się za Ocean, konkretnie do Los Angeles, by tam szukać szczęścia i wznowić przerwaną kilka lat wcześniej muzyczną karierę. Rok później nieoczekiwane spotkanie w Los Angeles z Jimmy Page’em, który odbywał właśnie trasę po Stanach z zespołem Led Zeppelin zaowocowało pomysłem Sutcha na nagranie pierwszej w jego karierze dużej płyty. Page, który oprócz grania na gitarze zajął się także produkcją zwerbował perkusistę Zeppelina, Johna Bonhama i 24 kwietnia 1969 roku razem z Sutchem i basistą Danielem Edwardsem weszli do hollywoodzkiego Mystic Studios rejestrując kilka utworów napisanych przez Sutcha utrzymanych w konwencji rhythm and bluesa i rock and rolla, ale w dużo cięższym brzmieniu w stylu Zeppelinów wymyślonymi przez Page’a i Bonhama. Wszyscy bawili się wybornie podchodząc jednak do nagrań profesjonalnie, ale z pełnym luzem. Wkrótce do imprezy dołączył basista The Jimi Hendrix Experience, Noel Redding i sesyjny super klawiszowiec Nicky Hopkins. Atmosfera tak się rozluźniła, że ponoć nikt z nich potem nie pamiętał, w którym nagraniu i w jakim momencie grał. Oczywiście to legenda, którą opowiada się dzieciom. W każdym razie Page, Bonham i Edwards przebrnęli przez połowę albumu w rekordowo krótkim czasie (studio opuścili 5 maja) po czym zajęli się swoimi, dużo lepszymi rzeczami. Nie mając wystarczającej liczby utworów Sutch powrócił do Londynu i tam ukończył swoje dzieło.  Album „Lord Sutch And Heavy Friends” wydany przez Cotillion Records (oddział Atlantic Records) ukazał się w lutym 1970 roku.

Front okładki płyty „Lord Sutch And Heavy Friends” (1970)

Spośród dwunastu utworów w sześciu występują Page i Bonham, którzy odcisnęli w nich piętno Zeppelina roku 1969, a ich dynamizm doskonale wspomógł śpiew samego Sutcha. Większość materiału to zabójczy, surowo prosty rock and roll chociaż Page jako reżyser zostawił sporo miejsca na dłuższe wypady gitarowe pozwalając przy tym wokaliście wpadać w (nie)kontrolowany szał. A ten dostarczał go nie tyle swoim charakterystycznym krzykiem, ile czymś w rodzaju atonalnego papieru ściernego. Jego dźwięk zmienia się od genialnie chaotycznego do niechlujnego. Tyle, że jego to nie obchodziło. Słuchać Heavy Friends to słuchać jednego człowieka, który bawi się jak nigdy dotąd i uważa, że ​​wszystko to jest genialne,

W pierwszych trzech utworach Page dominuje nad całością władając tonami i przechodząc w bombastyczne, mega diddleyowe riffy wywołane z pomocą wah-wah i wspierane przez miarową, dudniącą perkusję Bonhama. Wailing Sounds” otwiera album gitarowym overdrivem podczas gdy Bonzo The Beast grasuje i uderza funkowymi podwójnymi bębnami (basowy plus werbel) i obrotowym hi-hatem, jak robił to w Led Zeppelin… Wokal Sutcha jest nieco wyciszony pod wrzeszczącymi gitarami w „Cause I Love You” podczas gdy kultowy „Flashing Lights” oferuje znakomitą ścieżkę dźwiękową z połyskującą gitarą prowadzącą, której intensywność łączy się z naprawdę ciężkimi rytmami dzięki uprzejmości bombastycznego chronometrażysty Bonhama i basisty Redding (gdyby stary Noel grał tak dobrze z Jimim, nigdy nie zostałby zastąpiony).

Jimmy Page i Lord Sutch

Drugie pół tuzina utworów nagranych w Londynie z członkami The Savages (w tym z wieloletnim perkusistą Carlo Little) i różnymi muzykami sesyjnymi, wypadają w porównaniu z nimi nieco blado. Dźwięk jest wyraźnie płytki jak w przypadku „Smoke And Fire”, który na dodatek zawiera nieco słabą i pozbawioną wyobraźni solówkę gitarową Kenta Henry’ego (potem grał z Blues Image i Steppenwolf). Oryginalny, anarchiczny numer Sutcha,  „L-O-N-D-O-N” wydaje się dziś być ujmującym kawałkiem proto punkowego podejścia i proto metalowej wściekłości i to na kilka lat przed tym, jak New York Dolls i The Dictators znaleźli podobne brzmienie w rynsztokach Nowego Jorku. Wśród tej szóstki z londyńskiej sesji wyróżnia się moim zdaniem „Gutty Guitar” grany wcześniej z Savage z odważną partią gitarową Jeffa Becka. Wyszło rewelacyjnie, ale  co się dziwić – jego tytuł do czegoś zobowiązywał.

Wszystko zaczęło się od zespołu The Savages

Na szczęście Page i jego kumple wracają w takim utworze jak „Thumping Beat”, będącym blues rockową zabawą z gitarowym napędem „Hearbreaker”, która ukazuje posmak Sturm und Drang, który Page wniesie do Zeppelina w nadchodzących latach z DUŻO lepszym wokalistą. Z kolei „Union Jack Car” (tytuł nawiązujący do samochodu na okładce, a może odwrotnie..?) to przyjemny rocker z rytmami chicagowskiego bluesa, odłamkami skwierczącej gitary i absurdalnym tekstem Sutcha przechwalającym sie ostrą jazdą samochodem ulicami Los Angeles, podczas gdy zamykający album, „Baby, Come Back” to żywiołowy kawałek oldschoolowego rocka w stylu lat 50-tych z jego atmosferą riffem z „You Really Got Me”, szokującym wokalem i ostrymi jak brzytwa zagrywkami gitarowymi.

Pomimo obecności znanych muzyków „Lord Sutch And Heavy Friends spotkał się z ostrą i napastliwą krytyką. Magazyn  „Rolling Stone” nazwał Sutcha „absolutnie okropnym”, a o muzykach napisał, że „brzmieli jak obrzydliwa parodia samych siebie”. Colin Larkin w swojej książce The Top 1,000 Albums of All Time” wydanej w 1994 roku nazwał go „najgorszym albumem wszech czasów.” Status ten utrzymał w ankiecie BBC przeprowadzonej wśród brytyjskich fanów cztery lata później.

Płyty publicznie wyparł się także Page upokorzony niechlujnym miksem i dziwnymi dogrywkami. W 1971 roku zmienił nieco fason tłumacząc dziennikarzom, że był święcie przekonany iż nagrywa jedynie demo. W kuluarach mówi się, że Page wykorzystał ten album do przeprowadzenia niezbadanych eksperymentów dźwiękowych zaplanowanych na następny longplay Led Zeppelin. Po latach przyznał, że faktycznie był tak usatysfakcjonowany uzyskanymi dźwiękami perkusji w hollywoodzkim Mystic Studio, że później wrócił tam z zespołem, aby kontynuować pracę nad płytą „Led Zeppelin II”.

Tylna okładka lorda Sucha i Heavy Friends

Sam artysta nie przyjmował do siebie tej krytyki. Jego zadowolenie doskonale obrazuje tył okładki. Lord Sutch z uśmiechniętym Jeffem Beckiem. Lord Sutch z naćpanym Noelem Reddingiem. Lord Sutch obok Jimmy’ego Page’a wolącego być gdziekolwiek byle nie tu. Jedyna osoba, która wygląda na zadowoloną z obecności Lorda z uśmiechem Kuby Rozpruwacza to Nicky Hopkins. Jakże inne oblicze wokalisty pokazuje fotografia zrobiona  23 maja 1970 roku podczas Hollywood Music Festival w Madeley,

Lord Sutch z zespołem Heavy Friends na scenie festiwalu w Madeley (1970)

On i jego zespół ubrani w koszule i spodnie w odważnych pastelowych wzorach odzwierciedlają trendy epoki. To kwintesencja stylu lat 70-tych. Kiedy występują przy hipnotyzującym blasku palącego się ognia oczywiste jest, że ten festiwal to nie tylko muzyka, ale także spektakl wizualny. Jak donosił lokalny dziennikarz „(…) można było wyczuć energię emanującą ze sceny. Lord Sutch ze swoimi Ciężkimi Przyjaciółmi przyciągał uwagę elektryzującym występem i niezwykłym talentem. Widzowie byli nim oczarowani.” Jak wiadomo Sutch nigdy nie aspirował do tworzenia wielkiej sztuki. Bardziej zależało mu na dobrej zabawie. Znamienny przykład etosu lat 60-tych z cyklu „wszystko się może zdarzyć…” Zupełnie nieświadomy tego, że nie jest Elvisem, ani Wrzeszczącym Jay’em Hawkinsem, należy mówić o nim jak o prawdziwym artyście outsiderze, takim jak Tiny Tim, jak Norman Carl Odam zwany The Legendary Stardust Cowboy, lub jak R. Steve Moore.

Lord Sutch na scenie w Hyde Parku z zespołem The Savages

Mimo niechlubnej reputacji, przez dziesięciolecia album był wielokrotnie wznawiany na płytach CD i winylu. Do dziś pamiętany jest nie tylko ze względu na utalentowanych muzyków, których Lord Sutch wysłał na drogę ku sławie, ale także, a może przede wszystkim dla czystego, niedestylowanego ducha rock’n’rolla. Jego skromny w sumie dorobek nagraniowy (kilka singli, dwa legalne albumy i parę wątpliwych kompilacji) w dalszym ciągu rzuca się długim cieniem na popkulturę w Wielkiej Brytanii i poza nią. Jego piosenki wielokrotnie wykorzystano w reklamach telewizyjnych i w filmach. Wykonywali je tacy artyści jak White Stripes, Beach Day i Black Lips. Choćby tylko to powinno wystarczyć, aby rozgrzeszyć go w oczach bogów rocka. W końcu artystom takim jak Michael Bolton, Kiss, Starship, Styx, Aerosmith i wielu innym zdarzało się wydać znacznie gorsze albumy.