Archiwum kategorii: Z muzycznego notatnika

Kilka rzeczy na temat „Electric Ladyland” Jimi Hendrixa o których chcielibyście wiedzieć, ale wstydzicie się zapytać.

Ostatni studyjny album nagrany przez THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE, który ujrzał światło dzienne 16 października 1968 roku przeniósł gitarzystę lata świetlne poza jego dwa poprzednie dzieła: „Are You Experienced?” i „Axis: Bold As Love” – oba wydane w 1967 roku.  Album  „Electric Ladyland” dziś uważa się za prawdziwe arcydzieło na którym znalazły się m.in. takie kompozycje jak: „…And The Gods Made Love” z połamanymi rytmami perkusji, taśmą odtwarzaną od tyłu i zniekształconym wokalem; cudowna kołysanka w stylu Curtisa Mayfielda „Have You Ever Been (To Electric Ladyland)”; gniewny protest song „House Burning Down”; obłędny piętnastominutowy bluesowy jam „Voodoo Chile”; ponętny soul-jazzowy groove „Rainy Day, Dream Away” i epicka psychodeliczna apokalipsa „1983…(A Merman I Should Turn To Be)”. Co prawda takie „Crosstown Traffic” czy tlący się popowo „Burning Of The Midnight Lamp” mogłyby z powodzeniem znaleźć się na każdym innym albumie tria, ale „Electric Ladyland” zawiera też dwa nagrania, które na zawsze kojarzyć się będą z legendą Jimi Hendrixa. Myślę tu o mega ciężkim „Voodoo Child (Slight Return)” i o kapitalnej przeróbce piosenki Boba Dylana „All Along The Watchtower”.

Mało się dziś o tym mówi, ale narodziny albumu były bardzo trudne. Sesje nagraniowe w większości podzielone pomiędzy londyńskim Olympic Studios a nowojorskim Record Plant regularnie przerywane były przez zobowiązania koncertowe. Gitarzysta był tą sytuacją mocno sfrustrowany. „Robiliśmy nowe, naprawdę fantastyczne utwory i dopiero się w nie wkręcaliśmy” – zwierzał się na łamach tygodnika The Rolling Stone w lutym 1968 tuż po występie w Filmore West w San Francisco. I dodał: „Mamy te piosenki w głowie i chcemy jak najszybciej wrócić do studia by je zrealizować.” On, basista Noel Redding i perkusista Mitch Mitchell pracowali z przerwami nad nowym materiałem od poprzedniego lata tworząc jądro „Electric Ladyland” rozrastające się do podwójnego albumu. Dążenie do perfekcjonizmu oraz niekończąca się fascynacja eksperymentami dźwiękowymi zraziły w trakcie pracy jego niektórych najbardziej zaufanych przyjaciół, Sam artysta też nie do końca był zadowolony z efektu finalnego. „Electric Ladyland” nie tylko nie brzmiał, ale też i nie WYGLĄDAŁ tak jak  go sobie wymarzył. I to jest pierwsza z tych rzeczy, o których nie wszyscy wiedzą.

1. Zamieszanie wokół okładki.

Oprócz bycia muzycznym perfekcjonistą, Hendrix miał bardzo specyficzne pomysły wizualne dla „Electric Ladyland”. Linda Eastman, późniejsza żona Paula McCartneya, w nowojorskim  Central Parku zrobiła zdjęcie zespołu z dziećmi siedzącymi na odlanej z brązu rzeźbie Jose de Creefta „Alicja w Krainie Czarów”. Gitarzysta stwierdził, że będzie ono idealnie pasować na okładkę albumu. Osobiście zadzwonił do wytwórni Reprise Records i wydał odpowiednie polecenie. Z niewiadomych do dziś powodów Reprise zdecydowało się ostatecznie użyć „słonecznego” zdjęcia Karla Ferrisa zrobione w 1967 roku podczas występu artysty w londyńskim Saville Theatre.

Amerykańska wersja okładki
Amerykańska wersja okładki „Electric Ladyland” (Reprise 1968)

Hendrix nie krył rozczarowania, ale w końcu dał się przekonać. Jednak gdy zobaczył brytyjskie wydanie wytwórni Track Records z zupełnie inną okładką wściekł się na dobre. Track będący oficjalnym wydawcą płyt Hendrixa w Wielkiej Brytanii zastosował bardziej prowokacyjny i kontrowersyjny temat. Posłużył się zdjęciem dziewiętnastu nagich modelek zrobionym przez Davida  Montgomery’ego bez porozumienia z gitarzystą „Nic nie wiedziałem o jakimkolwiek alternatywnym projekcie” – powiedział Melody Maker w listopadzie 1968 roku. „Nie było szans, by to odwrócić – album trafił do dystrybucji.” I dodał: „Szkoda, że fotograf pokpił sprawę robiąc zdjęcie soczewką rybiego oka lub czymś takim. To sprawiło, że dziewczyny wyglądają źle, a niektóre z nich są piękne. Ale to nie moja wina.”

Brytyjska edycja LP wytwórni Tracks Records
Kontrowersyjny, brytyjski projekt okładki Track Records (1968)

Wydanie Track spotkało się z oporem i cenzurą w wielu sklepach płytowych szczególnie w odległych prowincjach Wysp Brytyjskich. Natomiast londyńscy hurtownicy zacierali ręce z radości; płyta, co prawda zapakowana w dodatkową brązową kopertę, sprzedawała się znakomicie! Dopiero 9 listopada 2018 roku z okazji 50-tej rocznicy ukazania się „Electric Ladyland” na rynku firma Sony Music wydała 4-płytowy box opatrzony oryginalnym projektem Lindy Eastman, który jako jedyny Jimi Hendrix w pełni akceptował.

Rekomendowana okładka albumu przez Hendrixa.
Rekomendowana przez  Hendrixa okładka autorstwa Lindy Eastman.

2. Mama Whitney Houston śpiewała chórki w „Burning Of The Midnight Lamp”.

Pierwsza piosenka nagrana na „Electric Ladyland”, „Burning Of The Midnight Lamp”, została zarejestrowana w nowojorskich Mayfair Studios 6 i 7 lipca 1967 roku zaledwie trzy tygodnie po „ogniście płonącym” występie Experience na Monterey Pop Festival. Co prawda była ona nagrana z myślą o albumie „Axis: Bold As Love”, ale wtedy zabrakło na nią miejsca.

Sesje „Burning…” były pierwszymi, w których Hendrix pracował z inżynierem Garym Kellgrenem i który odegrał główną rolę w procesie tworzenia „Electric Ladyland”. Kiedy Jimi i Chas Chandler zdecydowali, że piosence przydałby się kobiecy wokal żona Gary’ego Kellgnera, Marta, sprowadziła do studia kwartet wokalny Sweet Inspirations prowadzony przez Emilly „Cissy” Houston. Kwartetowi towarzyszyła czteroletnia wówczas córeczka Emilly, Whitney, która jak wiemy za kilka lat sama podbije serca fanów na całym świecie… Choć psychodeliczna muzyka Houston i jej kohortom wydawała się trochę niezwykła panie były gotowe przyjąć wyzwanie. Wszak pracowały już z takimi artystami jak Aretha Franklin, Wilson Pickett, Solomon Burke i Van Morrison. „Piosenkę uznały za dość hm… dziwną” – wspominał Chas Chandler, menadżer artysty. „Myślę nawet, że „Burning Of The Midnight Lamp” wstrząsnęło nimi, ale też i spodobało  się. Dziewczyny wykonały naprawdę świetną robotę.” 

3. Kazoo domowej roboty użyte w „Crosstown Traffic”.

Gitarzysta uwielbiał bawić się dźwiękiem, otaczał się nowinkami technicznymi, a pedał wah wah uważał za najlepszy wynalazek jaki do tej pory wymyślono. Potrafił też na gorąco coś „zmajstrować” jeśli miało to być konieczne. I tak na przykład podczas jednego z występów w trakcie grania „All Along The Watchtower” użył zapalniczki jako gitarowego slajdu. W „Crosstown Traffic” długo męczył się szukając odpowiedniego dźwięku, który siedział mu w głowie. Przyjaciel Jimiego, Velvert Turner tak to wspomina: „Przeżywał męki, bo jak sobie coś wymyślił nie odpuszczał – musiało być tak jak on to widział. W końcu zdesperowany zapytał mnie „Masz grzebień?” Owinął go celofanem i zaczął w niego dmuchać. Brzmiało to jak kazoo (instrument z grupy membranofonów dętych składający się z cienkiej membrany umieszczonej wewnątrz  metalowej, bądź drewnianej rurki, która zbliżona do ust śpiewającego wzbudza drgania nadając głosowi nosowe zabarwienie – przyp. moja). Tak więc gitarowe solo w „Crosstown Traffic” otoczone jest dźwiękiem domowej roboty kazoo, a konkretnie moim osobistym grzebieniem.”

4. Niedyspozycja Briana Jonesa w „All Along The Watchtower”.

Hendrix często zachęcał zaprzyjaźnionych muzyków by  przyłączali się do niego podczas sesji nagraniowych. Tak też było i tym razem. Na albumie pojawiło się ich dość sporo, w tym Al Kooper, Buddy Milles, muzycy z Traffic czyli Dave Mason, Steve Winwood i Chris Wood… Kiedy podczas nagrywania coveru Dylana w studiu pojawił się Brian Jones z The Rolling Stones Jimi oszalał z radości. Jego entuzjastyczna prośba, by gość zagrał na fortepianie okazała się, niewykonalna. Stan trzeźwości Briana udaremnił ów pomysł. Jimi nie chcąc zranić uczuć przyjaciela posadził go tyłem do perkusji i wręczył do ręki vibraslap (instrument imitujący dźwięk zgrzytającej szczęki), które tak wyraźnie słychać w intro „All Along The Watchtower”. Brian jako jedyny ze Stonesów mógł pochwalić się studyjną współpracą z gitarowym geniuszem…

5. Szacunek Boba Dylana i „miłosne” wyznanie Hendrixa.

Bob Dylan wielokrotnie chwalił wersję „All Along The Watchtawer” nagraną przez Hendrixa, a nawet włączył jej aranżację do swoich koncertów. W wywiadzie dla Fort Lauderdale Sun Sentinel w 1995 roku powiedział: „Miał talent znajdowania w piosenkach rzeczy, które energicznie rozwijał na swój przestrzenny sposób, rzeczy o których inni by nie pomyśleli. Wtedy mnie to przytłoczyło, dziś sam z tego korzystam.” Oprócz „All Along…” Jimi Hendrix miał w swym repertuarze także inne utwory Dylana: „Like A Rolling Stone”, „Can You Please Crowl Out Your Window?” i „Drifter Escape”. „Kocham Dylana” – wyznał na łamach Rolling Stone w 1969 roku. „Jak długo się znacie? „ dopytywał reporter. „Spotkałem go tylko raz, jakieś trzy lata temu w Kettle Of Fish (niewielka knajpka, miejsce spotkań folk-rockowych muzyków na MacGougal Street w Nowym Jorku – przyp. moja). To było jeszcze przed wyjazdem do Anglii. Obaj byliśmy wtedy dość pijani, więc prawdopodobnie on tego nie pamięta…”

6. „Voodoo Chile” – jamowe granie z rockowymi gwiazdami.

Podczas tworzenia „Electric Ladyland” Jimi lubił wpadać do popularnego klubu nocnego Scene znajdującego się w piwnicy na West 46 Street. Mieścił się on się tuż za rogiem studia nagraniowego  Record Plant, które Gary Kellgren urządził z myślą o Hendrixie. Ten niewielki przybytek był magnesem przyciągającym muzyków, którzy koncertując po Stanach zahaczali o Nowy Jork. Wizyty Jima w Scene zawsze kończyły się wspólnym graniem z kimkolwiek kto by tam nie był. Potem naładowany energią wracał na sesje nagraniowe. W nocy 2 maja 1968 roku spotkał tam Steve’a Winwooda z Traffic i Jacka Casady z Jefferson Airplane – obaj koncertowali w tym czasie ze swoimi zespołami w Nowym Jorku. Eddie Kramer, który tego wieczoru towarzyszył Hendrixowi twierdzi, że takiej chemii między muzykami dawno nie widział. Jimi nie mógł odpuścić tej cudownej okazji; zaciągnął obu muzyków do studia, gdzie czekał już na nich Mitch Mitchell. Jimi był bardzo podekscytowany”- wspomina tę noc Kramer. „Adrenalina wszystkim buzowała w żyłach, a jemu chodziło tylko o jedno: zatrzymać ów magiczny moment i powtórzyć to wszystko w studio. Tak powstało „Voodoo Chile” – obłędny piętnastominutowy blues zrodzony z przypadkowego spotkania fantastycznych muzyków”. 

7. Ekipa telewizyjna BBC w studio nagraniowym.

Dzień po nagraniu „Voodoo Chile” w studio zjawili się ludzie z Telewizji BBC. Chcieli uchwycić pracę zespołu podczas nagrywania płyty do ewentualnego filmu dokumentalnego. Choć muzycy mieli tylko udawać że grają na swych instrumentach Jimi wykorzystał moment i nauczył kolegów z zespołu nowej piosenki w trzy minuty! Tak narodził się „Voodoo Child (Slight Return)”, który pozostaje jednym z najcięższych i najmocniejszych utworów w karierze Hendrixa. Szkoda tylko, że materiał Brytyjczyków z  BBC nigdy nie ujrzał światła dziennego – ponoć został przypadkowo skasowany…

8. Perfekcjonizm przyczyną nieporozumień i rozstań.

To, że „Voodoo Chile” jak i „Voodoo Child (Slight Return)” zostało nagrane w zaledwie trzech podejściach było niespotykanym jak dla Hendrixa ewenementem. Dążenie do perfekcjonizmu odbijało się na jego współpracownikach, którzy czasami mieli tego po prostu dość. Menadżer i producent pyty Chas Chandler, który preferował metodę tworzenia płyty na zasadzie „zagraj i skończ” czuł się coraz bardzie sfrustrowany tendencjami perfekcjonistycznymi gitarzysty. Czarę goryczy przechyliło pięćdziesiąt(!) podejść do w sumie krótkiego, funkowego „Gypsy Eyes”. Chas Chandler: „Nie pamiętam po którym to było razie, ale w końcu krzyknąłem do Jimiego: „Jest super. Mamy to!” a on nie zwracając na mnie uwagi wciąż kręcił głową i mówił „Nie, nie, nie…”. I dalej próbował. Atmosfera w studio robiła się gęsta. W końcu machnąłem na to wszystko ręką i wyszedłem”. Noel Redding także nie krył rozczarowania zachowaniem Jimiego, który coraz częściej sam nagrywał partie basu. „Czułem się odsunięty i nikomu niepotrzebny… Do tego w studio kręciło się mnóstwo niepotrzebnych ludzi, których nie wiem po jakie licho Jimi  sprowadzał. W końcu powiedziałem mu w oczy co o tym myślę, na co on odpowiedział „Człowieku, wyluzuj…” Miałem do niego żal. Wtedy zrobiłem sobie dłuższą przerwę, odprężyłem się i nawet nie wiedziałem, czy wrócę tam kiedykolwiek…” Wrócił. Jimi w geście pojednania zgodził się włączyć piosenkę „Little Miss Strange”, którą basista przyniósł ze sobą do „Electric Ladyland”. O ile Noel Redding wrócił, Chas Chandler już nie – odszedł od Herndrixa na dobre.

9. JImi Hendrix rozczarowany brzmieniem albumu.

Długie godziny spędzane w studiu podczas nagrywania „Electric Ladyland” zwielokrotniły i tak już duże koszty produkcyjne albumu. Wystarczy powiedzieć, że rachunek w Record Plant wyniósł  60 000 dolarów, a kolejne 10 000 zapłacono londyńskiemu Olympic Studios! Pod presją Reprise Hendrix zmuszony był do miksowania gotowego materiału będąc w trasie z Experience. Pozbawiony luksusu przebywania w studiu, tuż po wydaniu płyty żalił się magazynowi Hullabaloo: „Trudno skoncentrować się na obu sprawach jednocześnie – być w trasie i robić miksy. Część roboty spadła na Eddie’ego Kramera. Planowaliśmy, że użyjemy przestrzennego dźwięku, takie brzmienie w 3D, ale ludzie z Reprise tego nie rozumieli. W końcu wyszło jak wyszło, część jest zamulona, ze zbyt dużą ilością basu. Ach, gdyby dali nam trochę więcej czasu…” Jimi oczywiście przesadził. Żaden inny album w tym czasie nie brzmiał tak nowatorsko jak „Electric Ladyland”. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko.

10. „Electric Ladyland”, album który namieszał krytykom w głowie.

Wielu ówczesnych recenzentów nie było w stanie objąć w swoich umysłach wielkości i muzycznego bogactwa „Electric Ladyland”. Ponoć niektórzy bojąc się ośmieszenia odmawiali podjęcia się jego recenzji. Tony Glover pisząc o albumie na łamach Rolling Stone z 9 października 1968 roku chwalił trio za wycieczki w stronę bluesa, ale wydawał się niepewny co do ciężkich momentów narzekając na „zawodzącą gitarę Hendrixa. Pochwalił mniej złożoną kompozycję „Little Miss Strange” zaś o „Voodoo Chile” i „1983” powiedział, że „zostały zniszczone przez reaktywnie surową grę”. Melody Maker skupił się w zasadzie na prostszych piosenkach („All Along The Watchtower” uznał za arcydzieło) i zarzuci, że „albumowi brakuje struktury i brzmi zbyt gęsto”... Robert Christgau był bardziej entuzjastyczny chwaląc w Stereo Reviev doskonałą produkcję oraz świetne teksty, zaś album określił jako „wybuchową wizytówkę rocka z ciężką gitarową estetyką”. Dodał też: „Podczas gdy wielu rockowych gitarzystów uważa, że improwizacja jest prostym przedsięwzięciem niech posłucha Hendrixa w „Voodoo Chile”. Takich efektów nigdy nie otrzymasz od Kenny’ego Burella” (ceniony amerykański gitarzysta jazzowy – przyp. moja).

Od chwili gdy „Electric Ladyland” ujrzało światło dzienne minęło pół wieku. Dziś uznaje się, że to jeden z tych najważniejszych i największych albumów rockowych wszech czasów. Po prostu absolut!

Archiwalia: GENESIS „Archives 1967-75”; AC/DC „Bonfire”.

O płytowych rarytasach wydawanych przez wytwórnie płytowe pisałem już nie raz. Z uwagi na to, że temat cieszy się dużym zainteresowaniem postanowiłem do niego wrócić sięgając po boxy zawierające ciekawe, z punktu widzenia zagorzałego fana bezcenne archiwalia. Zacznę od zespołu GENESIS i boxu„Archives 1967-75” wydanego przez Virgin Records w 1998 roku.

Cóż my tu mamy? W największym skrócie: czterokompaktowy box, 52 utwory, 250 minut muzyki i 80-cio stronicowa książeczka – istna rockowa Biblia! W dodatku całość do tej pory nigdy nie publikowana!!! Muzycy dali fanom to, czego ci oczekiwali od lat, a więc cały „The Lamb Lies Down In Boadway” nagrany na żywo podczas trasy promocyjnej, obszerny fragment koncertu w Rainbow Theatre z października 1973, utwory wydane tylko na singlach, fragmenty sesji dla Radia BBC i najrzadsze w tym zestawie, absolutne rarytasy – nagrania demo z okresu debiutu. Trzeba przyznać, że od nadmiaru szczęścia w głowie może się zakręcić!

Pierwsze dwie płyty wypełnia koncertowe wykonanie „The Lamb…”, które dokonano w The Shrine Auditorium w Los Angeles 24 stycznia 1975 roku i jest to, uwaga – JEDYNY(!) zarejestrowany koncert „Baranka…” przez zespół. Peter Gabriel po odsłuchaniu materiału nie krył rozczarowania swoim śpiewem. Pamiętajmy, że to był ten okres gdy wokalista występował na scenie w różnych maskach, wisiał nad sceną zawieszony na linach, biegał, skakał. Nie dziwi więc, że czasami miał trudności z oddechem, ze śpiewaniem, dlatego na potrzeby tego wydawnictwa w studiu poprawił wokal. Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni. Wiadomo również, że do studia zawitał też Steve Hackett, by poprawić co nieco (np. gitarowe solo w utworze „Lamia”) lub w całości nagrać na nowo „It” zamykający suitę, gdyż w 1975 roku realizator usnął podczas koncertu i… nie zauważył, że skończyła się taśma. Tak więc po latach doszło w studiu do sensacyjnego spotkania grupy w dawnym składzie! Nie muszę dodawać jak wielkie emocje towarzyszyły temu wydarzeniu i jakie nadzieje rozbudziło ono w naszych sercach. Szybko okazało się, że próżne były to nadzieje…

Trzeci, moim zdaniem najlepszy kompakt zawiera zestaw marzenie. Pierwsze pięć utworów i aż 50 minut muzyki pochodzi z koncertu jaki odbył się w londyńskim Rainbow Theatre 20 października 1973 roku, na którym grupa promowała swój nowy album (jeden z moich ukochanych) „Selling England By The Pound” wydany osiem dni wcześniej. Szczególnie urzekające jest wspaniałe wykonanie magnum opus grupy „Supper’s Ready”. Mogę słuchać tego całymi godzinami! Potem mamy rewelacyjną wersję „Stagnation” z albumu „Trespass” nagraną na żywo w 1971 roku dla Radia BBC. Ostatnie trzy utwory znane nielicznym pochodzą z bardzo rzadkich singli bądź bootlegów: balladowy, utrzymany w klimacie Cata Stevensa „Happy The Man” (strona „A” z 1972), wspaniały rockowy numer a la Jethro Tull trwający niemal osiem minut „Twilight Alehouse” (strona „B” singla „I Know What I Like”), oraz amerykańska, zremiksowana w 1972 roku wersja „Watcher Of The Skies” z zupełnie zmienionym zakończeniem. Chociażby dla tego jednego kompaktu warto kupić całe wydawnictwo!

Główną atrakcją czwartej płyty są przede wszystkim trzy cudowne kompozycje nagrane dla Radia BBC (znów!) na potrzeby programu „Nightride” 22 lutego 1970 , a zatem pół roku przed „Trespass” i są to: „Shepherd”, „Pacidy” i „Let Us Now Make Love”. W tym czasie zespół przestawał grać proste, melodyjne, popowe piosenki, a zaczął kombinować z dłuższymi, bardziej rozbudowanymi formami. Proszę posłuchać – ten zespół skazany był na sukces! Utwory te grane były na koncertach, ale nigdy nie zarejestrowano ich na oficjalnych płytach. Kolejne dwa nagrania: „Going Out To Get You” i „Dusk” to dema pochodzące mniej więcej z tego samego okresu, przy czym ten drugi niemal w identycznej aranżacji znalazł się na „Trespass”. Z kolei „Build Me A Mountain” nagrany podczas sesji do albumu „From Genesis To Revelation”, który ostatecznie tam się nie znalazł jest o tyle ciekawy, że wyraźnie słychać w nim motyw, który potem przekształcił się we wspaniały „Twilight Alehouse”. Pozostałe nagrania (trzynaście) to – o dziwo, świetnej jakości wersje surowe i dema nagrane w latach 1967-68 przez Gabriela i Banksa.

Wytwórnia Virgin poszła za ciosem i 6 listopada 2000 roku wypuściła drugą część archiwaliów GENESIS. Jestem wielkim fanem grupy, która kształtowała mój muzyczny gust i ciężko mi to mówić, ale… No właśnie. Trzypłytowy box „Archive 2: 1976-1992”,  który nazwać można „collinsowskim” archiwum zespołu uważam za wielkie rozczarowanie. Niestety. Brakuje mi tu perełek i rarytasów którymi skrzyła się pierwsza część „Archive” i do których wyłem z radości. Druga odsłona w dwóch trzecich swej objętości jest zbiorem stron „B” singli, czyli rozciągniętych i zremiksowanych przebojów, a więc nagrań które sympatycy zespołu znali od lat. Gwoździem do trumny są np. 12-calowe remiksy „I Can’t Dance”, „Invisible Touch”, „Land Of Confusion”, oraz „Tonight Tonight Tonight”, które w porównaniu z wersjami z albumów nic nie wnoszą. Dlaczego zabrakło tu dwóch świetnych nagrań: „Match Of The Day” oraz „Me And Virgil”?  Bo co? Bo nie przepadali za nimi ani Banks, ani Collins? W zamian zaś są słabiutkie instrumentalne kompozycje „Naminamu” i „Submarine” (strony „B” singli z płyty „Abacab”), które – szczerze? nadają się do kosza! Chce mi się wyć. Tyle, że tym razem z rozpaczy. Sytuację odrobinę ratuje drugi krążek będący zbiorem koncertowych wersji dziesięciu znakomitych(!) kompozycji z całego repertuaru GENESIS w tym m.in. ciekawe „Your Own Special Way” nagrane w Sydney z orkiestrą symfoniczną, czy „Entangled” z pierwszej trasy GENESIS z Phillem Collinsem jako frontmanem. Niektóre fragmenty są tak zmiksowane, że robią wrażenie jakby pochodziły z jednego występu i słucha się tego całkiem przyjemnie… Kilkakrotnie przymierzałem się do kupna tego wydawnictwa. Był nawet moment, że miałem go w ręku stojąc przy kasie. Wystarczył jednak ostatni rzut oka na set listę i… odłożyłem go z powrotem na półkę.

Takiego dylematu nie miałem sięgając po tekturowe podłużne i dość ubogie w kolory pudło grupy AC/DC zatytułowane „Bonfire” wydane przez Elektrę 11 listopada 1997 roku. Całość została stworzona jako hołd dla zmarłego wokalisty zespołu, Bona Scotta. Nazwa „Bonfire” była jego oryginalnym pomysłem – właśnie tak chciał nazwać swój przyszły solowy album. Jak wiemy nigdy go nie wydał…

Kilka lat po śmierci wokalisty Angus Young chwalił się, że ma sporo unikalnego materiału z udziałem Scotta i obiecał coś z tym zrobić. Mijały kolejne lata i nic. W końcu fani wymusili na nim, żeby spełnił swą obietnicę. W rezultacie w tekturowym pudle znalazły się trzy płyty CD zapakowane w tradycyjne plastikowe pudełka, które można swobodnie postawić na półkę z pozostałymi albumami grupy.

Płyta numer jeden zatytułowana „Live At The Atlantic Studios” jest zapisem koncertu radiowego z 7 grudnia 1977 roku. Nagrania te początkowo ukazały się tylko na płytach promocyjnych więc były dostępne nielicznym, oraz na kiepskiej jakości bootlegach. W oficjalnym obiegu ukazują się po raz pierwszy i zachwycają znakomitą jakością dźwięku. Nic dziwnego – pochodzą z taśmy matki i zostały poddane remasteringowi… W nowojorskim studiu Atlantic w czasie występu AC/DC panował bardzo kameralny klimacik. Słychać to po skromnych oklaskach garstki pracowników ekipy technicznej, po nieśmiałej konferansjerce Bona Scotta. Muzyka za to – pomijając walor historyczny, jest piorunująca, na rewelacyjnie wysokim poziomie. No i ta emocja płynąca tak z muzyki jak i emocja płynąca ze wspomnień. Fani AC/DC wiedzą o co chodzi…

Druga w zestawie, podwójna płyta „Let There Be Rock – The Movie (Live In Paris)” to koncert nagrany w paryskim Pavilllon 9 grudnia 1979 roku – jeden z ostatnich z Bonem w składzie i wreszcie na CD! Jak dotąd dostępny był wyłącznie na kasetach wideo pt. „Let There Be Rock” od 1980 roku. Film kultowy, więc dźwięki żadną niespodzianką nie są – kolejność utworów ta sama co na VHS-ie z pominięciem rzecz jasna wywiadów i scenek rodzajowych, ale z dodanym utworem „T.N.T.”, którego w filmie nie było.

„Volts” – trzecia płyta, to już same rarytasy! I to jakie! „Dirty Eyes”  jest pierwotną wersją „Who Lotta Rosie”. Smakowitą! „Back Seat Confidential” to praprzodek „Beautin’ Around The Bush” (pamiętam „kwiatek” pewnego prezentera Polskiego Radia, który zapowiedział go jako „Walenie w buszu” – padłem!). „Schools Days” jest przeróbką kompozycji Chucka Berry’ego, którego wielkim fanem od zawsze był Angus Young. Utwór pochodzi z australijskiej płyty „T.N.T.” i dopiero tu miał swą ogólnoświatową premierę. „She Got Balls” – zajefajna wersja z pazurem nagrana w klubie Bondi Lifesaver. Reszta kawałków opatrzona znanymi tytułami może okazać się także niezłą zmyłką. Od wersji znanych z „Highway To Hell”, czy „Let There Be Rock” różnią się riffami, aranżacjami, tempami, liniami wokalnymi, tekstami, czyli raczej dość istotnie. Niektóre są mniej podobne do oryginałów niektóre bardziej. Taki np. „Get It Hot” można poznać w zasadzie tylko po tytule. „Volts” zawiera też materiał z różnych występów rejestrowanych dla TV i z regularnych albumów, ale starych już bardzo: „Dirty Deeds Done Dirty Cheap” i „High Voltage”. Ten krążek obala też mit, że tworzenie muzyki grupie AC/DC przychodziło łatwo i przyjemnie.

Amerykańskie wydanie „Bonfire” zawiera dodatkową płytę „Back In Black” nagraną z nowym wokalistą Brianem Johnsonem. Jestem tym zdziwiony, gdyż w założeniach miał to być hołd dla Bona Scotta, a ten krążek burzy ów zamysł. No cóż – zawsze wiedziałem, że Amerykanie są jacyś inni…

Na koniec mała refleksja, której nie mogę się oprzeć. Czasem mam wrażenie, że wydawcy takich boxów nie do końca poważnie traktują odbiorców swych produktów. Pytam się po jakie licho upychają do pudeł wątpliwej przydatności szpargały? A „Bonfire” poza świetną broszurą pełną rzadkich zdjęć i odręcznie pisanych tekstów zawiera także: dwustronny plakat, „firmowy” otwieracz do piwa(?), kostkę do gitary (czyż nie powinien być mikrofon?), zdjęcie Bona w… szkockiej spódniczce(!) i UWAGA, coś co rozwaliło mnie totalnie na łopatki: idiotyczną naklejkę-tatuaż na rękę! Wyobrażacie sobie starego fana zespołu z takim dziecinnym „tatuażem” na ich koncercie…?!

 

Angus Young w jednym z wywiadów powiedział, że słuchanie tych archiwalnych materiałów zadziałało jak wehikuł czasu. „Czułem się za każdym razem, jakby przetransportowano mnie nagle w tamto konkretne miejsce, w tamten konkretny czas”. Rozgadana gitara, charakterystyczny bas, histeryczny wokal, a przede wszystkim kawał fantastycznego rasowego i spontanicznego rocka – to wizytówka zespołu, który jak żaden inny przez całe dekady nie zmieniał stylu, nie poddawał się modom. I tu przypomina mi się, dziś już między legendy włożona rozmowa braci Young, gdy zakładali zespół. Angus zapytał swego brata: „Malcom, co my będziemy grać?” „Głupie pytanie – rock’n’rolla człowieku!”

 

Rory Gallagher. Chłopak z sąsiedztwa.

Ciemne chmury snujące się nisko po niebie nie wróżyły nic dobrego. Patrick O’Neil, stary farmer pracujący wraz z rodziną i kilkoma osobami z sąsiedztwa z niepokojem spoglądał w ich stronę modląc się w duchu, by wszystko ukończyć jeszcze przed niechybną ulewą. Zboże trzeba sprzątnąć i jak najszybciej zwieść do stodoły. Czuł, że jak zacznie lać to przez tydzień nie przestanie. A wtedy całe pole znajdzie się pod wodą. Ach jak bardzo przydałaby się do pomocy co najmniej jeszcze jedna para rąk… W oddali zobaczył vana jadącego drogą wzdłuż pola. Pewnie nie zwróciłby na niego uwagi, gdyby nie to, że cały wymalowany był w krzykliwe kolory. Sięgnął po snopek zboża, potem po następny. Jego ruchy były płynne i precyzyjne. Z zamyślenia wyrwał go głos, który usłyszał niemal nad swoim uchem. Odwrócił się gwałtownie zaskoczony jego bliskością. Przed nim stał młodzieniec w wytartych dżinsach, flanelowej koszuli i gęstą burzą  włosów na głowie. Za jego plecami z kolorowego vana wysiadło jeszcze czterech chłopaków. Wszyscy niemal w tym samym wieku. „Pytam, czy wam pomóc?” – powtórzył miłym głosem młodzian z miłą i szeroko uśmiechniętą buzią. Stary O’Neil, nieufny wobec obcych ze zdziwieniem poczuł do chłopaka sympatię. „Idzie na deszcz, a widzę, że roboty jeszcze tu sporo, więc..?” – zawiesił pytanie wciąż się uśmiechając.

Zdążyli. Ba! Chmury gdzieś się rozwiały, a słońce chylące się ku zachodowi osuszało swymi promieniami spocone czoła. Patrick O’Neil był zachwycony. Zboże z pola spoczywało bezpiecznie w jego wielkiej stodole, a on w myślach dziękował Bogu za pomoc jaką mu zesłał. „Taki dzień trzeba zakończyć tańcami dziadku!” – krzyknął w jego stronę nieznajomy. „Mogę wykorzystać tę waszą przyczepę?” Nie czekając na zgodę już wnosił na nią jakieś pudła i instrumenty. Po pół godzinie z zaimprowizowanej sceny zabrzmiały skoczne takty i rytmy irlandzkiej muzyki ludowej. Dźwięk był tak donośny, że po chwili niemal cała wieś zebrała się pod wiekowym domem O’Neilów. Początkowa ciekawość szybko przerodziła się w zabawę, a na drewnianych skrzynkach imitujących stoły pojawiło się wiejskie jadło i irlandzkie piwo. Tańce i muzyka trwały do świtu…

Nad ranem, żegnając się z przybyszami farmer zapytał młodzieńca jak się nazywa, skąd pochodzi. „Mów mi Rory dziadku. Mieszkam w Cork, ale  urodziłem się niedaleko stąd, w Ballyshannon. Można więc powiedzieć, że jestem chłopakiem z sąsiedztwa.”

Chłopak z sąsiedztwa
Rory Gallagher. Chłopak z sąsiedztwa.

Nie ukrywam, że Rory Gallgher to ścisła piątka moich ulubionych gitarzystów. Geniusz brzmiący jak rasowy, czarnoskóry amerykański bluesman, a do tego szczery aż do bólu w swym przekazie. Czarował nie tylko muzyką, ale też swoją osobowością, urokiem osobistym, skromnością. Chłopak z irlandzkiej prowincji, który czasem nie rozumiał szumu wokół swojej osoby. Gardził komercją. Od początku swej kariery bronił się przed byciem gwiazdą z pierwszych stron kolorowych gazet. Obsesyjnie bał się hitu, który wyniósłby go na czoło list przebojów. Wydzwaniał do radiowych DJ’ów prosząc by nie umieszczali tam jego nagrań czym wprawiał ich w osłupienie. To on odmówił przyjęcia posady gitarzysty w The Rolling Stones po odejściu Micka Taylora. Richards i Jagger, którzy byli nim zachwyceni usłyszeli uzasadnienie odmowy w jednym krótkim zdaniu: „Jak dla mnie jesteście zbyt komercyjni”. Ostatecznie miejsce Micka Taylora zajął Ron Wood…

Ukochany Fender z 1961 roku
Ukochany Fender Stratocaster z 1961 roku

Sprana koszula flanelowa, wytarte jeansy i najcenniejsza rzecz jaką Rory posiadał, czyli kultowy już dziś Fender Stratocaster z 1961 roku to sceniczny wizerunek muzyka, który utrwalił się w naszej pamięci na zawsze. Gallagher miał kilka gitar, w tym m.in. białego Telecastera z 1966 roku i akustyka Martina D-35, których zresztą użył podczas nagrywania dwóch pierwszych solowych płyt. Ale to Stratocaster z 1961 kupiony na raty w sklepie Crowley’s Music Store w Cork był jego ukochanym instrumentem. „Gitara to moje przedłużenie muzycznej wyobraźni” mawiał. Niemiłosiernie eksploatowana od spodu zabarwiła się na niebiesko od jego jeansowych spodni, zaś czołowa płyta odrapana z lakieru wyglądała jak po przejściach wojennych. Do końca zachowała jednak całą paletę brzmieniowych odcieni i swą magiczną barwę. Po śmierci gitarzysty firma Fender zrobiła szczegółowe jej badania. Okazało się, że przód gitary nie miał znamion uszkodzeń mechanicznych. Lata zażywania prochów i alkoholu, z którymi to nałogami Rory zmagał się przez całe lata wytworzyły w jego organizmie toksyczny pot, który wyżarł lakier i drewno…

Dyskografia Rory Gallaghera to jedenaście solowych albumów plus dwa nagrane z grupą Taste, w której gitarzysta zaczynał swą karierę mając lat 18. Jako wielki fan mam wszystkie te wydawnictwa jednak dla potrzeb tego wpisu wybrałem trzy, które moim zdaniem powinny znaleźć się w każdej szanującej się kolekcji płytowej. Nie ukrywam też, że są one bliskie memu sercu, bo to od nich zaczęła się moja fascynacja Gallagherem. Zacznę od debiutanckiej płyty (bo jakże by inaczej), która powstała tuż po rozwiązaniu tria Taste. Do tego projektu zaprosił Noela Reddinga i Mitcha Mitchella – słynną sekcję rytmiczną The Jimi Hendrix Experience, z którą odbył kilka prób. Nie zaiskrzyło. Ostatecznie wybrał dwóch nieznanych muzyków z Irlandii Północnej: Gerry’ego McAvoya (bg) i Wilgara Campbella (dr).

Debiutancki album "Rory Gallagher" (1971)
Debiutancki album „Rory Gallagher” (1971)

Debiut sygnowany imieniem i nazwiskiem gitarzysty już w chwili wydania w 1971 roku zrobił furorę w całej Europie. Moim skromnym zdaniem jest jednym z arcydzieł rocka pierwszej połowy lat 70-tych i zawiera kapitalne, niezwykle dynamiczne, porywająco zagrane utwory blues rockowe nawiązujące do kompozycji Taste. Zresztą pełen energii „Sinner Boy” grany już był na koncertach tria, ale nie doczekał się nigdy wersji studyjnej. Otwierające płytę słynne „Loundromat” o piekielnym hard rockowym brzmieniu i nośnym bluesowym riffie podniósł wysoko poprzeczkę, do której zbliżyło się „Hands Up”, Z kolei przepiękna ballada „I Fall Apart” z cudowną melodią i fantastycznymi partiami gitary chwyta za serce. To chyba jeden z najbardziej poruszających i być może jeden z najlepszych utworów Rory’ego! Na płycie ciężkie klimaty przeplatają się z nieco lżejszymi jak choćby inspirowana folkiem, oparta na akustycznym brzmieniu kompozycja „Just The Smile”, jak akustyczny blues „I’m Not Suprised”, jak „Wave Myself Goodbye” z gościnnym udziałem Vicenta Crane’a z Atomic Rooster na klawiszach. Nadają one całości dużo przestrzeni i zwiewności.

Mimo, że album zebrał znakomite recenzje, a jego sprzedaż przeszła najśmielsze oczekiwania gitarzysta nie do końca był zadowolony z efektu finalnego twierdząc, że zbyt wiele uwagi poświęcił na dopieszczaniu utworów w studio. Przygotowując się do pracy nad drugą płytą Gallagher zdecydował, że tym razem chce nagrać album w bardziej spontaniczny sposób niż debiut, który miałby w sobie wiele z atmosfery jego koncertów.

Płyta "Duce" (1971) nagrywana tuż po koncertach
Płytę „Deuce” (1971) Rory nagrywał tuż po  koncertach.

Sesje nagraniowe organizował tuż przed występami, albo – częściej – zaraz po nich w środku nocy, gdy ciągle była w nim jeszcze energia, którą naładował się na scenie. I to czuje się na „Duce”! Zarówno w ostrych, niemal hard rockowych kompozycjach w rodzaju „Used To Be”, „Whole Lot Of People” (pierwszy zagrany techniką slide na tej płycie), czy utrzymany w rytmie boogie „In Your Town”, który stał się wkrótce koncertowym klasykiem, jak też w subtelniejszych, bardziej nastrojowych nagraniach. Mam tu na myśli przesyconą irlandzkim duchem balladę „I’m Not Awake Yet”, beatlesowską w klimacie piosenkę „Maybe I Will” czy akustyczny blues „Don’t Know Where I’m Going”. Wiele tu wspaniałości, ale do moich ulubionych należą przede wszystkim utrzymany w szybkim tempie jazzrockowy „There’s A Light” i „Crest Of A Wave” oba pełne niesamowitego gitarowego gadania, którego najwięcej znajdziemy na koncertowych płytach Gallaghera. Warto wiedzieć, że ten ostatni, nagrany za jednym podejściem wraz z wokalem, zawiera dwie solówki gitarowe zagrane techniką slide. W drugiej z nich Rory dał niezłego czadu i wielu uważa ją za najlepszą w tej technice w całym jego dorobku! Po rewelacyjnym debiucie album „Duce” należy do najwybitniejszych jego dokonań, choć  czasem brakuje mi tu tego rewelacyjnego brzmienia basu z pierwszej płyty. O dziwo, kompaktowa reedycja „Duce” ukazała się najpóźniej ze wszystkich wznowień. Na osłodę długiego czekania dostaliśmy bonus w postaci utworu „Persuation”

Koncertowy „Irish Tour” wydany w 1974 roku jest albumem, który najlepiej oddaje talent muzyczny Gallaghera. Jak w pigułce skupia wszystkie jego najbardziej spektakularne osiągnięcia w grze na gitarze.

Jeden z najlepszych albumów koncertowych lat 70-tych.
Jeden z najlepszych albumów koncertowych lat 70-tych.

Album to zbiór nagrań z Ulster Hall w Belfaście, w  Carlton Cinema w Dublinie i City Hall w Cork przypominający swym klimatem rockowy festyn i kameralny jam w przydrożnym pubie piwnym. Większość utworów to kompozycje Gallaghera mocno osadzone na gruncie bluesa, ale pełne rockowego czadu. Tak też się zaczyna – od ostrego przeszywającego numeru „Cradle Rock”. Potem klasyk Muddy Watersa „I Wonder Who” i ostry własny utwór „Tattoo’d Lady”, a następnie blues J.B. Hutto „Too Much Alcohol” –  będący swego rodzajem egzorcyzmem odprawianym nad największą słabością jego życia – alkoholem…

Najpiękniejsza i najbardziej niezwykła część „Irish Tour” zaczyna się od szóstej pozycji – „A Milion Miles Away”. Ten dziewięciominutowy utwór ma w sobie i niesamowity żar i przejmujący do głębi smutek. Po nim dostajemy ponad jedenaście minut dynamicznego, pełnego swobody rozimprowizowanego blues rockowego grania „Walk On Hot Coals”. Porównanie tej wersji ze studyjną (płyta „Blueprint”) uświadamia ile energii krzesał z siebie Rory grając na żywo i ile mu to dawało satysfakcji. Kolejna duża porcja bluesa wymieszanego z mocnym rozpędzonym rockiem to kompozycja „Who’s That Coming?”, a na koniec „Back On My Stompin’ Ground” – rozkołysane blues rockowe granie z wyborną partią gitary techniką slide jakiej nie powstydziłby się sam Duane Allman…

„Irish Tour” to bezsprzecznie jedna z najlepszych „koncertówek” w historii rocka. Smaczku dodaje fakt, że powstała w najbardziej niebezpiecznym dla Irlandii okresie – w czasie zbrojnego konfliktu pomiędzy tamtejszymi protestantami a katolikami. Ulster, Belfast to były miasta w których nikt nie chciał koncertować. Długo pamiętało się tragedię zespołu The Miami Showband, którego członkowie zostali brutalnie zamordowani podczas blokady dróg. Ludzie zachowywali się jakby postradali rozum. A mimo to Rory uparł się właśnie tam wystąpić. Belfast uważał za swój drugi dom (za czasów grupy Taste mieszkał tam kilka lat), w Ulsterze dawał koncerty w Boże Narodzenie i Nowy Rok. Nie dopuszczał myśli, że coś mu się stanie. Faktycznie, ludzie po obu stronach barykad czcili go jak swojego bohatera, a na koncerty przychodzili zarówno katolicy jak i protestanci i nikomu włos z głowy nie spadł.

Jimi Hendrix zapytany kiedyś jakie to uczucie być gitarzystą wszech czasów odparł: „Nie wiem. Zapytajcie o to Gallaghera!” W samym tylko Dublinie Rory Gallagher ma więcej wystawionych pomników, niż jakikolwiek władca czy książę w całej Europie. Pamięć i legenda o nim wciąż są żywe na Zielonej Wyspie, na której do dziś z wielką estymą mawia się że „Najpierw Bóg zesłał na Ziemię Jezusa. Potem zjawił się Rory”. Rory Gallagher – wielki człowiek, a zarazem zwyczajny chłopak z sąsiedztwa…

 

Mikołaju nasz, co nam pod choinkę dasz..?

Boże Narodzenie, najbardziej rodzinne ze wszystkich całorocznych Świąt ma jeden dodatkowy i istotny atrybut, którego nie mają inne Święta – choinkę. I nie ważne czy jest to drzewko „żywe” czy też sztuczne. Małe, duże, srebrne czy zielone.. Obwieszona bombkami i kolorowymi lampkami choinka MUSI być i basta! Taka tradycja. A pod nią coś, na co dzieci (i nie tylko!) czekają przez cały okrągły rok: prezenty przyniesione od Świętego Mikołaja w Wigilijną Noc…

Gdyby Św. Mikołaj miał problem z wyborem prezentu, skromną podpowiedzią dla niego niech będą moje propozycje. Może z nich skorzysta..?!

Na początek polecam trzy płytowe wydawnictwo zatytułowane „Let’s Go Down And Blow Our Minds”, które ukazało się w 2016 roku nakładem brytyjskiej firmy Grapefruit.

Podtytuł tego pięknie wydanego boksu w lakierowanym pudełku „The British Psychodelic Sounds Of 1967” wiele wyjaśnia. Na trzech płytach CD trwających łącznie cztery godziny(!) zebrano 80 nagrań zespołów brytyjskiej sceny rockowej i popowej z roku 1967. Ten oszałamiający zestaw oprócz kluczowych grup tego okresu jak The MoveProcol Harum (obie w końcu reprezentowane nie przez eksploatowane do bólu „I Can Hear The Grass Grow” i „A Whiter Shade Of Pale”), The ArtwoodsSpancer Davis Group, czy Pretty Things zawiera ponad 60 unikalnych utworów zapomnianych zespołów undergroundowych mających w dorobku singla, czasem zachowane, ale nigdy nie ujawnione nagranie, lub jak w przypadku T.J. Assambly płytę długogrającą wytłoczoną w ilości … 25 sztuk! Omawianie wszystkich tych perełek zajęłoby zbyt dużo miejsca, nie mniej warto zwrócić uwagę choćby na takie rarytasy jak „Subway (Smokey Pokey World)” The Tickle zanim gitarzysta Mick Wayne stworzył Junior’s Eyes;  nigdy nie wydane „Dogs In Baskets” Geranium Pond reklamowani na plakatach jako „najpiękniejsi hipisi ery flower power„; antywojenny protest song „Double Sight” grupy One In A Milion ze strony „B” singla „Fredereek Hernando” – jednego z najdroższych i najbardziej poszukiwanych singli wśród kolekcjonerów płyt; demo The Late z nagraniem „Familly Tree” przypominające The Holies z okresu popowej psychodelii; urokliwe „Smokeytime Springtime” The Dove z efektami taśmy puszczonej od tyłu, itd, itd… A jest jeszcze nieznana piosenka Davida Bowie „Toy Soldier” w wykonaniu The Riot Squad, wczesny Marc Bolan jako członek wojowniczych modsów John’s Childrens w nagraniu „Desdemona”,  groźna wersja „Evill Woman” Guy’a Darrella spopularyzowana później przez Spooky Tooth, a także The Game, którzy w piosence „Addicted Man” jawnie namawiają młodzież do posiadania i zażywania narkotyków… Słuchając tego wszystkiego kręcę głową zadając sobie pytanie: dlaczego ta, czy tamta piosenka nie stała się hitem, a zespół nie odniósł sukces..?

Zespół HAIR pochodził ze Skandynawii, a konkretnie z Danii. Działał w latach 1969 – 1974. W 1970 roku nagrał rewelacyjny album zatytułowany „Piece”. Wielokrotnie bootlegowany przez „piratów” doczekał się oficjalnej reedycji kompaktowej dopiero w 2004 roku.

Słychać na nim fascynacje muzyczną sceną San Francisco i zespołami pokroju Country Joe & The Fish, Big Brother And The Holding Company, Vanilla Fudge. Grupa grała dynamiczne utwory z mocno sfuzzowaną gitarą, ciężkimi organami, gęstą sekcją rytmiczną i naprawdę dobrym (angielskim) wokalem. W tym wszystkim było jeszcze miejsce na chwytliwe melodie więc całość słucha się z wielką przyjemnością. Nagrania, a jest ich sześć, trzymają wysoki poziom wykonawczy i trudno wyróżnić jedno, czy dwa. Otwierający płytę „Coming Through” pełen zmiennych nastrojów porywa energią od pierwszych taktów. Z kolei dwa najdłuższe: „Dream Song” i „Piece (Of My Heart)” (oba po 11 minut) to majstersztyki progowego  grania. Pierwszy ma coś z klimatu The Doors; drugiemu, z domieszką psychodelii, bliżej do wspomnianych wyżej Big Brother And The Holding Company. I choć wciąż natykam się na kolejne perły skandynawskiego rocka (co wydaje się wręcz nieprawdopodobne!) na mojej prywatnej liście ta płyta niezmiennie jest w pierwszej dziesiątce skandynawskiego rocka!

Basista Andreas Scholz po rozpadzie świetnej kapeli Murphy Blend trafił do zespołu BLACKWATER PARK, który  wyłonił się w Berlinie  w 1971 roku stając się sensacją tamtejszej sceny undergroundowej. Ta niezwykle ciekawa niemiecka grupa z angielskim wokalistą (Richard Routledge) nagrała pod koniec roku w cztery dni siedem kompozycji, które wiosną 1972 znalazły się na płycie „Dirt Box”.

Na scenie muzycy łączyli ze sobą blues z mocarnym, ocierającym się o proto metal rockiem, a rock progresywny kojarzyli z jazz rockiem. Fajne!? Ba, tak się wtedy grało..! Płyta zabiera nas w 35-minutową porywającą, ciężką blues rockową „podróż” pełną gitarowych riffów, soczystych brzmień organów Hammonda, mocnym wokalem i (momentami) acid rockowymi klimatami. Bajeczna produkcja nadaje energetycznym numerom dodatkowego impetu, co doskonale słychać w piekielnie ciężkim, zwalającym z nóg „One’s Life” i typowo rock’n’rollowym „Dirty Face”. Z kolei 6-minutowy „Indian Summer” pokazuje jakość zaangażowania w muzykę i wirtuozerię wszystkich instrumentalistów, zaś prawie 9-minutowy „Rock Song” napędzany szalonym gitarowym riffem, mocarną sekcją rytmiczną i obłędną solówką gitarową w końcówce jest, jak dla mnie, główną atrakcją albumu. Niezależnie od tego, czy ktoś jest zagorzałym fanem tego rodzaju muzyki, czy zaczyna się nią dopiero interesować album, który stworzył BLACKWATER PARK zadowoli starych wyjadaczy jak i nowicjuszy. Poza tym ten krążek… uzależnia. Rzecz jasna w dobrym tego słowa znaczeniu!

Amerykański zespół MICAH swój jedyny longplay nagrał w jednym podejściu (na tzw. „setkę”) w jeden dzień! Muzycy byli tak dobrzy, że inżynierowie dźwięku w nowojorskim Quad Studio praktycznie nie mieli co robić.

.

Krążek „I’m Only One Man” ukazał się pod koniec 1971 roku nakładem wytwórni Sterling Award Records w bardzo niskim nakładzie, przez co dziś oryginalny winyl jest łakomym kąskiem dla poważnych kolekcjonerów czarnych płyt przekraczając granicę 1000 $. Warto więc zainwestować w dużo tańszą płytę CD… Zespół udowadnia nim, że w Stanach grano fantastycznego prog rocka nim na scenie pojawił się Kansas. Chociaż, gdy usłyszałem ich po raz pierwszy byłem przekonany, że to brytyjska grupa grająca w stylu Cressidy, Beggar’s Opery, Rare Bird,., Tak po prawdzie muzyka na tej płycie to w zasadzie dwie długie, improwizowane kompozycje trwające odpowiednio osiemnaście i pół minuty (str. A oryginalnego winyla) i jedenaście i pół (str. B). Na kompakcie podzielono je na siedem kawałków (na szczęście bez irytujących przerw) nadając im nazwy. Od pierwszego nagrania „He’s A Dreamer” po kończące całość „Finale” słucha się tego materiału wybornie. Szalejący na swym  Hammondzie zakręcony klawiszowiec przypomina mi Vince’a Crane’a z Atomic Rooster; doskonały gitarzysta preparuje soczyste zagrywki a la The Nice i Yes, które brzmią fantastycznie i co ważne – profesjonalnie. Do tego dobry wokalista, solidna sekcja rytmiczna i pojawiające się latynoskie smaczki w stylu wczesnego Santany – to wszystko porywa i zachwyca. Szkoda jedynie, że album jest tak krótki choć nie była to wina zespołu, który rozpadł się trzy lata później. Na szczęście zostawił po sobie ten kapitalny krążek…

Jeśli ktoś lubi ostry, garażowy rock zdolny wysadzić w powietrze głośniki z domowego sprzętu Hi-Fi to płyta grupy KATH z 1974 roku nadaje się idealnie na prezent!

Ciekawostką jest to, że została ona prywatnie wytłoczona przez perkusistę zespołu w mikroskopijnym nakładzie… 60 sztuk! On też jest autorem projektu okładki (autoportret?), którą namalował i wydrukował w domowej pracowni mieszczącej się w garażu. Tym samym, w którym wraz z kumplami nagrał mega undergroundowy album „Kath” zwany też jako „One”… Zespół powstał w Meryland (USA) na bazie grupy Badge pod koniec lat 60-tych. Szaleńczo dzikimi występami w lokalnych klubach zdobyli statut kultowego zespołu, którego legenda trwa do dziś. Wydany przez Lion Production podwójny CD oprócz podstawowego materiału z płyty „Kath” zawiera wczesne wersje demo, cały materiał na drugą, nigdy nie wydaną płytę oraz pięć nagrań z rzadkiej EP-ki Badge z 1978 roku. Dość surowa i na pozór prymitywna produkcja płyty w zasadzie  działa na korzyść ogólnego brzmienia. Od strony muzycznej można ją uznać za kolaż acid rocka, podziemnej psychodelii i garażowego rocka z proto-punkową „wrażliwością”, czego przykładem jest „Love Me Down”. Z kolei „Say What You Feel” ma zabójczą gitarę i takąż perkusję, wyeksponowany bas, wokal z pogłosem i przeróżne efekty dźwiękowe. Zespół nie stronił od eksperymentów z taśmami („Seagulls”) i… żartami typu „idziemy do kibelka, może coś nagramy” („Toilet Theme”).  Patrząc z drugiej strony okazuje się, że album pełen jest dobrze napisanych melodyjnych piosenek, a ich beatlesowska wersja „Norwegian Wood” jest jedną z ciekawszych jakie słyszałem. Fani amerykańskich zespołów takich jak George Brigman & Split, Bulbous Creation, Terry Brooks Strange wezmą tę płytę w ciemno!

Na zakończenie jeszcze jedno cudeńko z psychodeliczną muzyką, którą pokochałem od pierwszego przesłuchania – nieco zapomniana płyta londyńskiego tria THE FIVE DAY WEEK STRAW PEOPLE.

W rzeczywistości taki zespół nie istniał. Była to bowiem „fucha” po godzinach trójki muzyków: Johna DuCann’a (g. voc), Micka Hawkswortha (gb. voc) i Jacka Collinsa (dr) , którzy udzielali się w innych kapelach. Płytę nagrali w jednej ze szkolnych sal w Londynie w ciągu czterech godzin. Smaczku całej tej historii dodaje fakt, że Collins przed sesją nagraniową nigdy wcześniej nie słyszał żadnej z tych piosenek..! To na ich podstawie stworzyli album koncepcyjny o ludziach, którzy pracują monotonnie przez pięć dni w tygodniu, a następnie próbują się cieszyć swoimi weekendami. To album pełen wyobraźni i pierwszorzędnych utworów, a do tego bardzo profesjonalnie zagrany. Utwór tytułowy wprowadza senny, mglisty nastrój, który przewija się przez większość nagrań. Nie mniej jest tu rozbuchany hard rock w „Gold Digger”, rozmarzony psycho popowy, zagrany w klimacie The Yardbirds „Sunday Morning” i ciężki (za sprawą gitary DuCanna) „I’m Going Out Tonight”… Nie przypadkiem Record Collector umieścił „The Five Day Week Straw People” w pierwszej setce najlepszych album wszech czasów w kategorii muzyka psychodeliczna. Pomimo, że dziś mało kto o nim pamięta…

Jak widać, na przestrzeni lat płyt „spod choinki” uzbierała się całkiem spora kolekcja. A to tylko jej czubek (choinki rzecz jasna!). Mam nadzieję, że niektóre z nich znajdą się u Was pod zielonym drzewkiem, czego życzę Wam z całego serca!

 

Artysta niepokorny. Roger Waters w Hyde Parku (Londyn 6 lipca 2018).

Od zawsze marzyłem by zobaczyć Pink Floyd na scenie. Wierzyłem, że kiedyś mi się to uda. Nawet po odejściu Rogera Watersa z zespołu miałem taką nadzieję. A wiadomo, że ta umiera ostatnia… Nomen omen śmierć Ricka Wrighta rozwiała ją niczym mgła o poranku. Nick Mason zawiesił swą artystyczną działalność pozostawiając scenę dla Rogera Watersa i Davida Gilmoura. Ci dwaj, niczym Pink i Floyd, niezależni od siebie, osobno a jakby razem, jeszcze się jej trzymają. Wciąż wymykającego mi się gitarzystę nie udało się dogonić (na razie!) choć parę razy było blisko. Udało się z basistą…

Bilet, a w zasadzie małą replikę plakatu trasy Us +Them Watersa znalazłem pod bożonarodzeniową choinką. Poryczałem się. Ze szczęścia. Oto sen i marzenie spełnią się za moment. No, za pół roku…

Prawdziwy bilet miał przyjść 3 tygodnie przed koncertem.
Mini plakat reklamujący koncert Watersa w Hyde Parku spod choinki.

Na koncert wybieramy się w czteroosobowym składzie. Ubrani w koszulki z logiem Pink Floyd (każda z innym nadrukiem) pakujemy się do autobusu. Przejazd z Oxfordu do Londynu to zaledwie godzina z małym hakiem. W drodze mamy małą obsuwkę. Jest piątek, popołudniowy szczyt komunikacyjny, początek weekendu. Autobus zatrzymuje się co chwila w drogowym korku. Podróż trwa blisko dwie i pół godziny! Z nerwów zjadamy cały przydział kanapek zrobionych przez Jolę…

Bilety dostarczono 3 tygodnie przed koncertem.
Bilety dostarczono miesiąc przed koncertem.

Do naszego sektora docieramy punktualnie o 20.00 i niemal w tym samym momencie słyszymy za plecami dźwięk, a w zasadzie potężny huk nadjeżdżającego pociągu. Mam wrażenie, że minął nas o włos. Wow, co za efekt! A zaraz po tym pierwsze dźwięki utworu „Speak To Me” przechodzące w „Breathe”. Nie wierzę, że to się dzieje. Że jestem tu i teraz i że koncert moich marzeń właśnie się zaczyna…

Nad sceną przelatuje właśnie wielki samolot pasażerski. Ma tak niski pułap, że odczytać można logo linii lotniczej. Będzie tu ich więcej. Wszak w pobliżu znajduje się lotnisko Gatwick, po Heathrow drugie co do wielkości w Wlk. Brytanii. „To nie są efekty specjalne” – śmieję przez ramię do Mateusza. „Wiem. I mam nadzieję, że nie rozwali się nam nad głowami” – odpowiada wesoło… Rozglądam się wokół siebie. Dookoła morze ludzkich głów, przed nami główna scena usytuowana pomiędzy olbrzymimi wiekowymi dębami i wkomponowany nad nią gigantycznych rozmiarów ekran wielkości połowy boiska piłkarskiego! Kamery przekazują obraz ze sceny, wyświetlane są filmy ilustrujące utwory. Trzeba przyznać, że najwyższej klasy najnowocześniejsza produkcja audiowizualna, oraz zapierający dech w piersiach dźwięk kwadrofoniczny (użyto tu największy system dźwiękowy jaki do tej pory wyprodukowano!) zrobił na nas przeogromne wrażenie…

Roger Waters, szczupły i wyprostowany, z kilkudniowym zarostem, w czarnym t-shircie i ciemnych okularach  prezentuje się znakomicie. Czas się go nie ima, a przecież 6 września tego roku skończy 75 lat! Niemal przez cały koncert nie mówi nic, skupiony na grze i śpiewie. Dopiero na zakończenie, tuż przed finałem zabierze głos i wygłosi ważne przesłanie. Wokal, mimo upływu lat wciąż ten sam. A zarzucono mu, że na swej ostatniej płycie zamiast śpiewać deklamował swoje teksty…

Roger Waters. Hyde Park 6.07.2018
Roger Waters. Hyde Park 6.07.2018

Instrumentalny i zarazem porywający „One Of These Days” był najstarszym nagraniem na tym koncercie (płyta „Meddle” z 1971) po którym rozbrzmiał dźwięk tykającego zegara i dzwonki budzików. „Time”. Ileż wspomnień, ileż wzruszeń budzi we mnie ten kawałek! Perkusistę wspomagają dwie wokalistki wybijające rytm na… afrykańskich bębnach. Przy gitarowej solówce Jonathana Wilsona wszystkie ręce idą do góry. Pochodzący z Los Angeles muzyk także śpiewał w tym nagraniu. Barwą głosu trochę przypominał młodego Davida Gilmoura… A potem niesamowite „The Great Gig In The Sky”! Zaśpiewana na dwa głosy przez Jess Wolfe i Holly Leasigg cudowna wokaliza przeszyła mnie dreszczem. Takie utwory powodują, że człowiek staje się lepszy…„Welcome To The Machine” zwalił mnie z nóg swym ciężkim brzmieniem. Uwielbiam go choć zawsze był w cieniu epickiego „Shine On You Crazy Diamond”… W końcu przychodzi czas na utwory z ostatniej solowej płyty Watersa.

"Time" w wersji na żywo
„Time” w wersji na żywo zabrzmiał rewelacyjnie.

Zaczyna się od singlowego, niemal balladowego „Deja Vu” połączonego z nieco onirycznym „The Last Refugee” zakończony autorytatywnym i dynamicznym „Picture That”. Ten ostatni jak żaden inny szokuje dosadnym, mocnym, ale jakże mądrym tekstem. Niepokornego Rogera Watersa albo się kocha, albo nienawidzi. Tak jak i jego solowe płyty…

Już pierwsze dźwięki zagrane na akustycznej gitarze wywołują euforię wśród publiczności, która po intro razem z artystą zaczyna śpiewać „So, so you think you can tell. Heaven from Hell, Blue skies from pain…” a po mnie przebiegają ciarki. To oczywiście „Wish You Were Here”. Ręce uniesione wysoko w górze kołyszą się w rytm piosenki. A gdy ta cichnie za nami rozlega się dźwięk nadlatującego z oddali helikoptera. Warkot silnika wzmaga się do tego stopnia, że kulimy ramiona mając wrażenie, że maszyna zaraz wyląduje wprost na naszych głowach. Tak zaczyna się „The Happiest Days Of Our Lives”, a po chwili na scenę wbiegają dzieciaki z londyńskiej dzielnicy Portobello. Zaczyna się hit wszech czasów!  „Another Brick On The Wall Part II And Part III” w całości został nie tyle zaśpiewany, co wykrzyczany przez zebraną tego wieczoru całą 65-tysięczną publiczność! Wymiękam totalnie, a moje struny głosowe domagają się nawilżenia! Dzieciaki ubrane na pomarańczowo niczym więźniowie zarzuciły kaptury na głowę jak do egzekucji. Wszystko to zrzucą z siebie pod koniec piosenki pokazując koszulki z napisem Resist… Tuż po tym Waters po raz pierwszy zabiera głos zwracając się do publiczności: „Wracamy za 20 minut!” No to się nagadał…

Dzieci na scenie w więziennych ubraniach
Dzieci w więziennych ubraniach czekają na egzekucję…

Jest już po 21.00, słońce powoli niknie za horyzontem. Mimo to upał wciąż nieznośny. Jeszcze godzinę temu było 31 stopni w cieniu! Nie decydujemy się, by pójść po piwo, które litrami wypijają stojący obok nas Hiszpanie, Niemcy, Brytyjczycy. My raczymy się wodą mineralną (ciepłą niestety). Kilka fotek na pamiątkę i zaczyna się druga część widowiska… Wyjące przemysłowe syreny zwiastują, że przenosimy się do elektrowni w Battersea. Jak spod ziemi po obu stronach sceny wyrastają cztery wielkie dymiące kominy. Tuż po chwili, po lewej stronie nad jednym z nich w powietrzu zawisa świnka witana burzą oklasków. Bramy elektrowni zostają z hukiem zamknięte. Słyszymy pierwsze dźwięki gitary. Wstęp do kompozycji „Dogs”. W połowie jego wykonania Roger Waters i zespół robią na scenie przerwę. Artyści wkładają groteskowe maski w kształcie świńskich łbów, piją szampana,  czerwone wino. Po chwili Waters podnosi do góry tablicę z napisem „Pigs rule the world!” (Świnie rządzą światem!). Słychać umiarkowany pomruk kilkudziesięciu tysięcy fanów. Przeszedł z nią przez całą długość sceny, zrzucił maskę i podniósł inną – „Fuck the pigs” (Pieprzyć świnie). W tym momencie  publiczność wybuchła…

Artysta niepokorny
Artysta niepokorny

Podczas grania „Pigs (Three Different Ones)” na ekranie pojawiały się napisy – absurdalne cytaty wypowiadane przez Donalda Trumpa. Nie jest tajemnicą, że Roger nie cierpi tego polityka, uważając go za bufona, prostaka i kompletnego idiotę. Wielka różowa świnia (inna od tej zawieszonej w górze) utrzymywana w powietrzu systemem lin i linek przepłynęła tuż przed naszymi oczami. Na obu bokach kolorowe graffiti i napis „Stay human… or die” (Zostań człowiekiem lub zgiń) w różnych językach, także po polsku! Tuż po zakończeniu utworu na całej szerokości olbrzymiego ekranu ukazał się napis na czarnym tle „Trump is a pig” wywołując ponowną eksplozję radości. Cóż, taki jest Roger Waters. Artysta niepokorny, którego prezydent Trump na pewno nie zaprosi do Białego Domu …

Zostań człowiekiem
Wymowne przesłanie różowej świni: „Zostań człowiekiem”

Brzęk monet i dźwięk sklepowej kasy – któż z nas nie zna początku nieśmiertelnego „Money”?! Szkocki saksofonista Iana Richie popisał się tu wyśmienitą solówką na swym instrumencie. Jednak to co najlepsze Richie zachował w „Us And Theme”. Brawurowo wykonany utwór z jego niesamowitą partią sprawił, że klucha stanęła mi w gardle, a oczy pełne były łez. Olbrzymi ekran emitował jednocześnie materiały filmowe z tragedii wojennych, zubożałe miasta, bezdomną matkę, dzieci szukające jedzenia na wysypiskach śmieci, historię zmarłej niedawno palestyńskiej pielęgniarki Razana al-Najjara, stosy broni, członków Ku Klux Klanu… Świat jest jeden, ale podzielony. Z jednej strony MY (społeczeństwo) z drugiej ONI (politycy rządzący światem). Us And Theme. My i Oni„Smell The Roses” rozwija ten temat. Na ekranie stosy czaszek ludzi wcześniej torturowanych, a potem pozbawionych życia. Słowa „Wake up and smell the roses. Close your eyes and pray this wind don’t change…” (Zbudź się i poczuj zapach róż. Zamknij oczy i módl się, by wiatr się nie zmienił) długo brzmiały mi w uszach…

Końcowa faza koncertu
Finał koncertu z niesamowitymi efektami świetlnymi (foto. M.Sibbons)

Gdy ze sceny słychać „Brain Damage” nad naszymi głowami zawisa szklana, czarna kula – lustrzany Księżyc. Poruszając się po elipsie pokazuje swą drugą, ciemną stronę… Przez laserowo utworzony pryzmat przechodzi wąski strumień białego światła. Rozczepiona wiązka układa się w tęczowy pulsujący wachlarz strzelając swym światłem prosto w niebo. „Eclips” wywołuje kolejny aplauz. Skóra cierpnie, włosy stają dęba, przez plecy przechodzi zimny dreszcz (który to już raz tego wieczoru?). Przepięknie zaśpiewane harmonie wokalne i głos Watersa  śpiewający na zakończenie: „(…) everything under the Sun is in tune, but the Sun is eclipsed by the Moon”. Wymiękam totalnie. I czuję, że zbliża się finał….

Przed ostatnim utworem Waters przedstawia zespół złożony głównie z młodych, ale bardzo utalentowanych muzyków. Nie szczędzi im pochwał. Zakładając na szyję arafatkę zaczyna mówić o swym poparciu dla Palestyny, o tym że izraelski antysemityzm dyskryminuje Palestyńczyków za ich etniczne pochodzenie i religię. Dostaje się też twórcy facebooka, Markowi Zuckerbergowi za „próby cenzury stron internetowych, które nie są zgodne z jego poglądem na konsumencki świat” i bliskiej współpracownicy Donalda Trumpa, Nikki Haley, o której basista powiedział: „Wszystko czego potrzebuje to hełm Dartha Vadera. Jest idealnym przedstawicielem Imperium Zła”… Nie przypadkowo przez cały koncert przewijało się słowo RESIST. „Powinniśmy się temu przeciwstawić. Wszyscy na całym świecie zasługują na równe i obywatelskie prawa. A te są niezależne od przynależności etnicznej i religijnej” – kończy swą wypowiedź basista dając znak do finału. „Comfortably Numb” z najpiękniejszą solówką gitarową świata, niesamowitą grą świateł, sztucznymi ogniami i Rogerem Watersem stojącym na scenie z uniesionymi do górę rękami zamyka ten niezwykły trzygodzinny koncert. Nikt jednak nie chce uwierzyć, że to już koniec! Domagamy się bisów. Sam artysta długo nie schodzi ze sceny, więc może jednak..? Nic z tego. Pora już późna, regulamin jest nieugięty. Do dziś fani Paula McCartneya nie mogą wybaczyć skandalu jakim było wyłączenie prądu artyście podczas ostatniego bisu, bo właśnie minęła północ… Wchodzi obsługa, techniczni zwijają sprzęt, zapalają się blade światła latarń parkowych. To już naprawdę koniec jednego z najpiękniejszych wieczorów mojego życia. Wieczoru, który za sprawą artysty niepokornego przejdzie do historii współczesnej muzyki rockowej…

PS. Chciałbym w tym miejscu gorąco podziękować mojej żonie Joli za wsparcie i logistyczne przygotowanie całej wyprawy (kanapki były przepyszne!). Oli i Mateuszowi (świeżo upieczonym nowożeńcom) za duchowe wsparcie i marszobieg z Marble Arch na Notting Hill. Trochę mnie oszukaliście mówiąc, że to tylko 2 – 3 mile (mam pewność, że było ich dwa razy więcej). Wybaczam Wam. Wysiłek okazał się co prawda daremny (autobus nas nie zabrał) mimo to nocny spacer ulicami Londynu był atrakcją! Wam wszystkim, oraz Ewelinie i Pawłowi DZIĘKUJĘ za realizację najpiękniejszego marzenia mojego życia! Kocham Was!!!

„Ładnie grali panie doktorze”, czyli papużka falista, naga spadochroniarka i nie oheblowane deski. BUDGIE: „Budgie” (1971)

Właśnie kończyłem pisanie postu do Rockowego Zawrotu Głowy, gdy do pokoju wszedł Mateusz i przez ramię zajrzał mi do laptopa. „Aha, znowu wykopaliska. Może następnym razem coś bardziej znanego…?”  „Masz na myśli coś konkretnego ?” – spytałem z cicha wpatrzony w tekst. „No, coś z  szerokiej klasyki rocka” – rzucił enigmatycznie. I przeczuwając, że zaraz mogę przerwać tę wymianę zdań szybko dokończył: „Na przykład Budgie?” Podniosłem wzrok znad klawiatury. Budgie… Przed oczami stanęło mi to fantazyjne, czerwone logo zespołu zaprojektowane przez samego Rogera Deana. „Czy wiesz synu ile napisano artykułów, esejów i opracowań na ich temat? Ile godzin radiowych audycji im poświęcono? Dziesiątki, a może i setki! Po co komu więc kolejny tekst? To tak jakbyś prosił mnie o napisanie na nowo elementarza.” Na co on uśmiechnął się i stwierdził: „Każde pokolenie ma swego idola. Nie zatrzymujcie ich tylko dla siebie.”  Odchodząc dodał jeszcze: „Poza tym 35 lat temu przyjechali po raz pierwszy do naszego kraju. To też jest jakiś argument.”  No tak. Sprytnie mnie podszedł. Ten jeden, jedyny raz zrobiłem wyjątek i dałem się namówić na napisanie kilku słów o ikonie wszystkich polskich fanów hard rocka lat 70-tych…

Budgie Logo

Polscy fani pokochali walijskie trio BUDGIE od razu, czyli od momentu, gdy w słynnej audycji Trójkowej  „Minimax” Piotr Kaczkowski zaprezentował debiutancki album zespołu. Jak głosi legenda, popularny prezenter podczas pobytu w Londynie, trochę z przypadku (zwabiony okładką), trafił na pierwszą płytę zespołu i po jej przesłuchaniu poczuł, a raczej rozpoznał, że trafił na prawdziwy skarb. Po jej radiowej prezentacji muzyka Walijczyków zagościła w sercach wszystkich ówczesnych fanów rocka w Polsce. Dość szybko papużka falista (ang. budgie) dorobiła się statusu zespołu kultowego, tylko o krok ustępującego Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath.

BUDGIE "Budgie" (1971)
BUDGIE „Budgie” (1971)

Tę miłość zespół odwzajemnił w sierpniu 1982 roku przyjeżdżając do naszego kraju oficjalnie jeszcze skutego stanem wojennym. BUDGIE, w składzie Burke Shelley (voc. bg), John Thomas (g. voc.) i Steve Williams (dr.), w ciągu czternastu dni dali aż szesnaście koncertów! Zaplanowany ostatni, siedemnasty w Białymstoku, z winy organizatorów, którzy zapomnieli postawić… scenę(!) został odwołany. Co prawda próbowano ratować sytuację i szybko sklecono podest z (nie oheblowanych) desek, ale urągał on wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Dziesięć tysięcy mocno zawiedzionych ludzi odeszło z przysłowiowym kwitkiem do domu… Zagrali głównie materiał z przygotowywanego do wydania nowego albumu „Deliver Us From Evil” i byli mocno zdziwieni, gdy publiczność domagała się nagrań z wczesnych ich płyt. „Nie mieliśmy pojęcia, że polscy fani tak dobrze znają nasze pierwsze albumy” zwierzał się potem dziennikarzom na konferencji prasowej Burke Shelley. Specjalnie dla tej wyjątkowej publiczności szybko skorygowano repertuar dołączając do podstawowego programu kilka starszych utworów. Nigdy wcześniej tego nie robili…

Na tej samej konferencji jeden ze „znawców tematu”, który widać koniecznie chciał dołożyć zagranicznym gościom „błysnął” ironiczną uwagą skierowaną do gitarzysty Johna Thomasa: „Widziałem, że grał pan aż na trzech gitarach!” Muzyk spojrzał z ukosa i z angielskim poczuciem humoru zripostował: „Tak, bo pozostałe trzydzieści trzy zostawiłem w domu. Następnym razem przywiozę wszystkie.”

Koncerty tria zapowiadał popularny z radiowej Trójki, Tomasz Tłuczkiewicz, późniejszy prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Człowiek, który w swych audycjach odkrył dla nas m.in. amerykański fenomen muzyczny pod nazwą The Grateful Dead. Do dziś jestem mu za to dozgonnie wdzięczny. Na plakatach, których mnóstwo rozklejono po Warszawie wydrukowano informację, że „…koncert poprowadzi prezenter Polskiego Radia z Programu III, doktor Tomasz Tłuczkiewicz”. Ktoś, kto zaprojektował plakat pomylił profesje i z redaktora zrobił doktora. Wykorzystał tę pomyłkę i obrócił w żart Piotr Kaczkowski, którego powiedzenie: „Ładnie grali panie doktorze!” funkcjonuje w jego audycjach do dziś!

Dla BUDGIE była to zapewne jeśli nie największa, to na pewno najbardziej niezapomniana trasa w całej swej historii, którą potem odnotowały także zachodnie encyklopedie muzyczne! Obserwujący ją czterej dziennikarze brytyjscy (m.in. Adam Sweeting z „Melody Maker” i Phil Kountouris z „Sounds”) zwracali uwagę, że „… o bilety na ich koncerty ludzie walczyli jak o pomarańcze, albo szynkę konserwową – najbardziej pożądane towary szczególnie przed Świętami”. Płyta „Deliver Us From Evil” która ukazała się w październiku tego samego roku zawierała dedykację napisaną po polsku, zaś fanom  z Białegostoku, gdzie planowany koncert nie doszedł do skutku przysłali na pamiątkę darmowe egzemplarze nowego albumu z autografami. Piękne podziękowanie i uroczy gest!

Walia zawsze była takim trochę zapomnianym zakątkiem Zjednoczonego Królestwa. Piękna w widoki, uboga w surowce i na dobrą sprawę zawsze zależna od garnuszka Londynu. Pod pewnymi względami przypomina nasz Śląsk. Z kopalniami i ciężko pracującymi walijskimi górnikami. Może dlatego ich występy w Katowicach (aż cztery w ciągu dwóch dni) w tamtejszym „Spodku” okazały się być najlepsze! Świadomość odmiennej tożsamości, pewnej izolacji od centrów kulturowych, a także poczucie pewnego odrzucenia na pewno miały wpływ na członków zespołu, a to zaś przełożyło się na ich muzykę.

Historia BUDGIE zaczęła się w 1967 roku w przemysłowej, a więc tej „gorszej” części Cardiff. Obok Burke’a Shelleya (bg, voc) w zespole znaleźli się: Brian Goddard (g) i Ray Philips (dr). Początkowo nazywali się Six Ton Budgie, W późniejszych latach perkusista Ray Philips  wróci do tej nazwy raz jeszcze tworząc zespół, z którym nagra dwie płyty: „Unplucked!” (1995) i „Ornithology – Volume 1” (1996).

Zaczynali jako Six Ton Budgie
Zaczynali jako Six Ton Budgie

Trio wkrótce zmieniło nazwę na Budgie Droppings (papuzie bobki), ale  jak głosi legenda, została ona oprotestowana przez pastora, który udostępniał muzykom salę na próby (w zasadzie była to stara szopa z przeciekającym dachem). Pastora udobruchano po jakimś czasie wyśmienitym francuskim koniakiem i odrzuceniem drugiego członu w nazwie. Niedługo do muzyków dołączył drugi (jak czas pokazał doskonały) gitarzysta Tony Bourge i przez moment grali w czwórkę. Repertuar opierali głównie na piosenkach The Beatles, choć fascynowali się angielskim bluesem (Peter Green, Mayall, Clapton), oraz formacją Led Zeppelin. Widząc w jakim kierunku zmierza muzyka BUDGIE, Brian Goddard wycofał się z zespołu. A ten w walijskich klubach, przy aplauzie publiczności odgrywał połowę  numerów z „Sierżanta Pieprza„, kawałki Zeppellinów z „Whole Lotta Love”„Good Times, Bad Times” na czele, a także piosenki Fairport Convention.

Od lewej Ray Phillips, Tony Bourge, Burke Shelley
Od lewej: Ray Phillips, Tony Bourge, Burke Shelley (1971)

Interes zwietrzył producent Rodger Bain, któremu przypadkiem wpadły taśmy z nagraniami tria. Bain, znany z produkcji pierwszych trzech płyt Black Sabbath, „sprzedał” chłopaków wytwórni MCA, a w zasadzie podległej jej jednostce Hummingbird Production. Warto zaznaczyć, że debiutancki album został zrealizowany w wiejskim domu koło Monmouth w Południowej Walii, w słynnym Rockfield Studios na tzw. ośmiośladzie, w cztery dni. Mimo, że studio słynne, to ze względu na ograniczony budżet zespół nagrywał na dość lichym sprzęcie, na żywo, z nielicznymi tylko dodatkami. Dzięki temu trio brzmiało niesamowicie ciężko i brutalnie, a zwłaszcza sekcja rytmiczna. Z pompującym niemiłosiernie riffującym basem i rozbieganą, bardzo gęstą i solidną pracą perkusji. Osobnym rozdziałem była pełna inwencji, bogata melodyczna i bluesująca gra gitarzysty – niewielu mogło dotrzymać mu pola… Charakterystyczną cechą brzmienia tria był także bardzo oryginalny głos Shelley’a – wysoki, z lekką chrypką. W Anglii płyta ukazała się dokładnie 3 września 1971 roku i zawierała osiem nagrań. Na froncie okładki autorstwa Davida Sparlinga też zadebiutowała papuga, ale na koniu w galopie i ubrana w strój wojenny. Promował ją singiel „Crash Course In Brain Surgery/Nude Desintegrating Parachutist Woman” wydany w czerwcu – kawał smakowitego, nieco hipnotycznego czadu o bardzo intensywnym brzmieniu.

Niemiecki singiel
Niemiecki singiel

Album otwierał dość prosty , oparty na potężnym, basowym riffie „Guts”. I już wiadomo, że nie ma zmiłuj. Całość niby ma coś zarówno z bluesa jak i z sabbathowej demoniczności. Bardzo fajny początek, chociaż potem działy się rzeczy znacznie ciekawsze. Wprawdzie zaraz dostajemy akustyczną, jednominutową miniaturkę – rzewną balladę z akustyczną gitarą („Everything In My Heart”), którą traktować należy jako przerywnik, ale już „The Author” to mocno rozbujany kawałek w ciężkim stylu. Po dość stonowanym, dwuminutowym początku, utwór nabiera niezwykłego pędu napędzanego partią gitary Tony’ego Bourge’a tnącą niczym piła łańcuchowa. Pierwszą stronę płyty winylowej kończył wydany wcześniej (w mocno okrojonej wersji) na singlu „Nude Disintegrating Parachutist  Woman” („Naga rozpadająca się spadochroniarka”). Takie „odjazdowe” tytuły stały się niejako wizytówką grupy… W każdym bądź razie słynna „Spadochroniarka” to wspaniały ośmiominutowy, bluesujący, ciekawie i bogato zinstrumentowany, o różnorodnym tempie utwór. Oparty na zaraźliwym riffie, wzbogacony efektowną, pełną impetu gitarową solówką. Szczególnie godne uwagi jest genialne wyhamowanie i przejście rytmiczne z wykorzystaniem melotronu pod koniec nagrania. Jak nic było to typowe heavy progressive na najwyższym poziomie. Mało kto wtedy tak grał!

Tył okładki
Tył okładki

Drugą stronę albumu zaczyna wielowątkowy „Rape Of The Locks” z ciekawym, rozimprowizowanym gitarowym wstępem, najeżony licznymi riffami i ozdobiony swingującą partią basu. Rewelacja! Z kolei „All Night Patrol” to hipnotyczno-bluesujący i niesamowicie ciężki kawałek z uwypukloną linią basu i z nieco schowaną gitarą prowadzącą. Przypomina mi trochę „Guts”. Na uspokojenie kolejny, krótki przerywnik – olśniewająca dwuminutowa ballada „You And I”. Do dziś zachodzę w głowę skąd oni brali te cudne melodie? Album kończył w wielkim stylu monstrualny, toczący się niczym walec drogowy „Homicidal Suicidal”. Pełen niezliczonych zmian tempa i chwytliwych zagrywek, z melodyjnymi gitarami, oraz potężnie i dynamicznie pracującą sekcją rytmiczną. Do tego zaśpiewany przejmującym, pełnym desperacji głosem Shelley’a. Pamiętam, że długo męczyliśmy się z kumplami jak „rozgryźć” ten tytuł. W końcu stanęło na „Zabójczo samobójczy” co było dla nas i tak aż nazbyt abstrakcyjne…

Debiut BUDGIE to dawka konkretnego, ciężkiego grania, na które złożyły się mocne riffy, zgrana sekcja rytmiczna, no i śpiew Burke’a Shelley’a będący ważnym składnikiem zespołu. Warto zwrócić uwagę na specyficzne, głębokie, głuche brzmienie bębnów, które osiągnięte zostało celowo, poprzez poluzowanie membran. Rodger Bain znał się na rzeczy! A płyta „Budgie” to był dopiero początek niesamowitej hardrockowej przygody, który my jako jedni z niewielu byliśmy w stanie wówczas dostrzec…

(Przed)Świąteczny przekładaniec, czyli Wielkanocne The Zombies.

Lubię te przedświąteczne dni. Z bliska i z daleka zjeżdża się rodzina, dom tętni życiem i radością. To jest ten jedyny moment, gdy na bok odkładane są laptopy, tablety, tudzież inne gadżety, a rozmowy z najbliższymi nie mają końca. Centralnym miejscem na kilka dni staje się kuchnia opanowana przez kobiety. To stąd wydawane są dyspozycje, to tu zapadają kluczowe decyzje. Mózg i serce całego przybytku. Stąd też wydobywają się niesamowite zapachy i cudowne smaki znane z dzieciństwa. Jednak im bliżej „godziny zero” tym atmosfera staje się bardziej gęsta, wzrasta napięcie, podnosi się poziom adrenaliny. Rozpoczyna się wyścig z czasem.  Ostatni akt bitwy i totalny zawrót głowy. Taki (przed)świąteczny przekładaniec…

Zostałem „oddelegowany” do sąsiedniego pokoju by zrobić to, co miałem zrobić tydzień temu: wypolerować komplet srebrnych sztućców. „Adaś ci pomoże, a przy okazji dopilnujesz Olusia”Spoko! Przed wykonaniem zadania chwila namysłu i pytanie: czego będziemy słuchać przy tej baardzo odpowiedzialnej pracy? „Co wybieramy? Góra, środek, a może dół?”  – pytam Adasia stojąc przed regałem z płytami. Malec szybko i zdecydowanie podchodzi na sam jego koniec i wyciąga dwie płyty. „Musimy duzio słuchać. Baldzio duzio”. Spoglądam z wysoka. Marszczę czoło, ale jednocześnie uśmiecham się szeroko. No tak, w sam raz na Wielkanoc… THE ZOMBIES.

Wbrew mrożącej krew w żyłach nazwie był to niezwykle pogodny zespół. „Czy wiesz Adasiu, że cała piątka pochodziła z bardzo starego miasta St. Albans, które w czasie panowania rzymskiego zwane jako Valuramium, tak ok. 60 r. naszej ery było stolicą rzymskiej Brytanii? No, ale to szalenie odległe czasy. Początki naszej grupy są bardziej współczesne, bo ich historia zaczęła się w kwietniu 1961 roku, co dla ciebie i tak pewnie jest epoką sprzed dinozaurów…” Siadamy obaj w kucki na podłodze, tuż obok bujaka z Olusiem mając przy boku całą baterię sztućców. Z głośników wybrzmiewają pierwsze dźwięki piosenki „She’s Not There”…

The Zombies. Od lewej: Hugh Grundy, Colin Blunstone, Paul Atkinson, Chris White, Rod Argent
The Zombies. Od lewej: Hugh Grundy, Colin Blunstone, Paul Atkinson, Chris White, Rod Argent

Inspiracją do założenia zespołu grającego rock’n’rolla była grupa The Beatles, o której robiło się coraz głośniej nie tylko w Liverpoolu. Pierwsze próby odbywali w lokalnym klubie Pioneer Club pod nazwą The Mustangs, ale dość szybko zreflektowali się, że grup o takiej nazwie jest już co najmniej kilka. Nazwę THE ZOMBIES wymyślił pierwszy basista Paul Arnold (wkrótce zastąpił go Chris White), uznając ją za dużo bardziej oryginalną. W styczniu 1964 wygrali przegląd muzyczny „Heart Beat” sponsorowany przez lokalną popołudniówkę „London Evening News”. To otworzyło im drogę do podpisania kontraktu z renomowaną wytwórnią Decca. Pierwszym efektem umowy był wydany w sierpniu 1964 roku singiel „She’s Not There/You Make Me Feel Good” który zawojował brytyjskie listy przebojów (12 miejsce), oraz  stał się hitem za Oceanem. W USA i Kanadzie uplasował się na miejscu drugim. Pełne rozmachu organy Roda Argenta połączone z lekko zdyszanym głosem wokalisty Colina Blunstone’a utworzyły niezwykle atrakcyjne brzmienie. Decca natychmiast wysłała grupę na drugą stronę Atlantyku, gdzie w najlepsze trwała brytyjska inwazja muzyczna zalewająca całą wielką Amerykę…

Tymczasem w kuchni gorączka. „Czy ktoś widział mój telefon?” „Potrzebuję ostrego noża. Dużego!” „Dajemy olejek arakowy, czy migdałowy?” „Śmieci! Czy ktoś może wynieść kosz, bo już jest pełny?!” „Błagam, nie przypal mi tego!!!” Oluś przygląda się jak z Adamem układamy w pudełku obitym purpurowym aksamitem lśniące, wypolerowane widelce, łyżki i łyżeczki… Z odtwarzacza płyną kolejne singlowe nagrania grupy: „Love Me Be”„Woman”„Tell Her No”„I Must Move”

W grudniu 1964 roku grupa daje serię świątecznych występów w nowojorskim Brooklyn Fox Theatre grając po siedem koncertów dziennie. 12 stycznia 1965 THE ZOMBIES pojawili się po raz pierwszy w amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC w pierwszym odcinku programu „Hullabaloo”. Zagrali „She’s Not There”„Tell Her No” do niezwykle wrzaskliwej, histerycznie reagującej publiczności pełnej nastoletnich dziewczyn. Sukces! Potwierdził go, wydany tamże w styczniu, debiutancki album „The Zombies” (39 miejsce w USA); z myślą o Brytyjczykach Decca wydała go na Wyspie dwa miesiące później pod tytułem „Begin Here”.

The Zombies "Begin Here" (1965)
The Zombies „Begin Here” (1965)

Oba wydania różnią się nieco zawartością zamieszczonych nagrań, co było wówczas powszechnie stosowaną (dla mnie do dziś wciąż niezrozumiałą) praktyką. Brytyjskie wydanie zawierało czternaście uroczych nagrań w stylu garage’owym, freakbeat’owym i rhythm and bluesowym. Obok własnych kompozycji takich jak chociażby „I Can’t Make Up My Mind”, „I Don’t Want To Know”„What More Can I Do” basisty Chrisa White’a„The Way I Feel Inside”„Woman”„She’s Not There” Roda Argenta mamy tu także utwory Bo Didleya („Road Runner”), George’a Gershwina („Summertime”), Muddy Watersa („I Got My Mojo Working”), czy Smokey Robinsona („You’ve Really Got A Hold On Me” – najbardziej kojarzona z wykonania słynnej czwórki z Liverpoolu umieszczona na płycie „With The Beatles” z 1963 r). Słuchając dziś tych kapitalnych krótkich nagrań czasem tracę wiarę i szacunek dla współczesnej muzyki pop. Geniusz tkwi w prostocie i szczerości przekazu, który z płyty „Begin Here” wprost wylewa się z głośników niczym pszczeli miód z ula.

Kolejne single zespołu, choć utrzymane w podobnej konwencji jak „She’s Not There” nie osiągnęły już takiej popularności. Szefowie wytwórni płytowej Decca zareagowali dość nerwowo i nie zdecydowali się na przedłużenie umowy. Spowodowało to trochę zamieszania w szeregach kwintetu, który wypuszczał kolejne single, ale nie był w stanie wydać następnej dużej płyty. Zostały one później zebrane na podwójnej kompaktowej reedycji niezawodnej Repertoire Records i wydane w 2010 roku. Dysk pierwszy zawierał oryginalną monofoniczną, rewelacyjnie brzmiącą wersję album „Begin Here”, zaś drugi – komplet wszystkich nagrań (single i epki) nagrane dla Decci w latach 1964-1967! Cóż za rarytasy!

Ku wielkiej radości(?) Adasia zaglądam w Olusiowego pampersa. Uff! Suchy jak piasek pustyni. A w kuchni głośno i gorąco. „Czy ktoś pamięta, o której wstawiłam mięso do piekarnika?!” „Rany, nie mam galaretki! Kto chętny do sklepu? Pilnie potrzebuję na wczoraj!” „Może tata..?” Szybka riposta: „O nie! Tylko nie on! Po drodze wstąpi do sklepu z płytami. Przyniesie ze dwie lub więcej, bo akurat coś nowego znalazł. Zginie nam na godzinę, a o galaretkach zapomnij – powie, że nie było.” Zabieramy się do polerki kolejnych sztućców, zaś do odtwarzacza Adaś delikatnie wkłada następną płytę…

Z pomocą zespołowi przychodzi CBS, która w kwietniu 1967 roku podpisała z nimi kontrakt, a już w czerwcu w studiach Abbey Road muzycy rozpoczęli nagrywanie swej drugiej płyty. Na dwanaście zaplanowanych utworów dziesięć powstało właśnie tam; pozostałe  ze względu na dwumiesięczną przerwę techniczną zostały nagrane w Olympic Studios. Ograniczony budżet powodował, że praca nad albumem musiała przebiegać w studio sprawnie i szybko, co w praktyce oznaczało nagrywanie „na żywca”, bez dubli, nakładek, dopieszczania szczegółów. Wprowadzało to nerwową atmosferę i kłótnie między muzykami, szczególnie pomiędzy wokalistą Colinem Blunstone’em, a gitarzystą Paulem Atkinsonem. Całą sytuację dyplomatycznie łagodził Rod Argent, który na dodatek wraz z Chrisem White’em z własnej kieszeni wyłożyli pieniądze na… stereofoniczny miks płyty. Gotowa monofoniczna wersja albumu została odrzucona przez szefów CBS, którzy postawili wymóg: „Albo w stereo, albo w ogóle”. A że budżet w całości został już wykorzystany – nie było wyjścia… Okładkę płyty zaprojektował Terry Quirk (przyjaciel basisty Chrisa White’a), który w pisowni tytułu zrobił drobny błąd: zamiast odyssey grafik napisał odessey. Pech! Nie było już szans, by go naprawić – album „Odessey And Oracle” był już w trakcie tłoczenia. W Wlk. Brytanii ukazał się dokładnie 19 kwietnia 1968 roku, zaś w Stanach Zjednoczonych dwa miesiące później. Niestety THE ZOMBIES nie doczekali tego momentu. Zespół rozwiązał się kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1967 roku, mając po dziurki w nosie cały ten muzyczno-biznesowy cyrk…

The Zombies "Odessey And Oracle" (1968)
The Zombies „Odessey And Oracle” (1968)

„Kto wziął mój telefon? Nie, nie chcę nigdzie dzwonić. Mam w nim przepis na ciasto!” „Rany, galaretka mi się nie zsiada!” A tuż za naszymi plecami nagły okrzyk: „Adasiu, Adasiu! Chodź szybko, tata dzwoni na skypie”. Mały podnosi się z klęczek i krzyczy: „Zacimaj, zacimaj!” Nie wiem, czy mam zatrzymać płytę, czy też mama ma zatrzymać tatę przy telefonie…

W porównaniu z wcześniejszymi nagraniami muzyka THE ZOMBIES nieco się zmieniła. Przede wszystkim więcej w niej było psychodelii; w nagraniach panuje bardziej kameralny, melancholijny nastrój. I choć za sprawą melotronu brzmienie staje się momentami bardzo potężne, to zespół nigdy nie uderza w patetyczny, pretensjonalny ton. Płyta opatrzona fantastyczną okładką (ideał psychodelicznej ilustracji) piorunuje swym pięknem. Jest tak genialna, że nie sposób opisać emocje i uczucia jakie niesie zawarta w niej muzyka „Odessey And Oracle” to absolutne arcydzieło i prawdziwy ołtarz dla fanów psychodelicznego popu. Skończony majstersztyk przebijający inne pozycje z tamtych lat. A wszystko zagrane z niezwykłym wdziękiem i dostojeństwem. Na otwarcie dostajemy „Care Of Cell 44” wpadający w ucho utwór oparty na optymistycznej melodii z rewelacyjnie zharmonizowanymi głosami – znak rozpoznawczy płyty. Zachwyca mnie smutna, choć pełna słodkości melodia w „A Rose For Emily”; bogate harmonie w „Brief Candles”, a zwłaszcza końcowa partia fortepianu i jego oddalające się dźwięki, które czynią z tego nagrania niezwykle poruszający moment. W fenomenalnym i niewyobrażalnie wręcz dramatycznym „Hung Up On A Dream” dominuje brzmienie melotronu. Cóż za kompozycja! Żadne słowa jej nie opiszą! Można ją rozpatrywać w kategorii „Muzyczne wydarzenie” i delektować się nią przez kilka kolejnych dekad. Przedziwna aura tajemniczości unosi się nad „Beechwood Park” dodając uroku całej płycie. Przepiękna psychodeliczna ballada „Butcher’s Tale (Western Front 1914)” zagrana jedynie z akompaniamentem organów Argenta ma w sobie tyle dramatyzmu, że ciarki po plecach przebiegają wywołując dreszcz rozkoszy. Najbardziej znanym utworem z tej płyty jest „Time of The Season”. Mistrzostwo świata! Jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki pop.

Mógłbym tak bez końca zachwycać się wszystkimi dwunastoma zamieszczonymi tu nagraniami. A jednak płyta, niestety, przepadła w powodzi innych wydawnictw tamtych lat. Porażkę tego cudownego albumu uważam za jedną z największych pomyłek w historii fonografii…

Porażki dzisiejszego dnia w kuchni nie było. Pieczeń wyszła soczysta, galaretka nabrała odpowiedniej konsystencji, ciasto wyrosło że ho ho, a telefon odnalazł się w kuble na śmieci… Oluś dawno poszedł na górę do swego małego łóżeczka, a Adaś usnął mi na kolanach. Nie dotrwał do zakończenia płyty. Jutro pewnie znowu stanie przed regałem i wyciągnie kolejny krążek. Wszak (przed)świąteczny przekładaniec jeszcze się nie skończył, a muzyka jest jednym z jego istotnych elementów.

TONĄCY BRZYTWY SIĘ CHWYTA czyli mój pierwszy raz z Marillion. (1987)

Na szczęście to tylko niewielkie zadrapanie na twoim kolanie. Że dziura w spodniach? Oj tam, teraz taka moda. Mama z tatą nie zauważą. A jakby co, babcia to zszyje, lub wstawi łatkę. Z pokemonem? Hm, a może znajdziemy z kotkiem? Albo z gitarą. O! widzę, że już łezki na policzku wyschły. Zuch! Choć, usiądziemy chwilę na tej ławeczce pod tym olbrzymim kasztanem i odpoczniemy. Mam ci opowiedzieć nową historyjkę? O czym tym razem? O rybie..?

Z Piotrem Kosińskim poznałem się jeszcze zanim powstało jego Wydawnictwo „Rock Serwis” poprzez anons w młodzieżowym piśmie do którego wysłałem ogłoszenie typu: „Interesuję się muzyką, zbieram płyty, itp, itd, proszę o kontakt…”. Piotr odpowiedział na ten lakoniczny anons i przez długie lata pisywaliśmy do siebie listy, których głównym tematem była muzyka. Potem przyszła pierwsza wspólnie opracowana „książka”. Biografia najważniejszego dla mnie zespołu: „Pink Floyd. Psychodeliczny Fenomen” wydana w tzw. drugim obiegu wydawniczym, ale już pod szyldem „Rock Serwis” – pierwszym niezależnym, prywatnym wydawnictwie w tym kraju.

Logo krakowskiego wydawnictwa "Rock Serwis"
Logo krakowskiego wydawnictwa „Rock Serwis”

Głód na książki muzyczne w tamtych latach był ogromny, więc kolejne pozycje o grupach Joy Division, Genesis, czy Free szły jak bułeczki maślane. Kolejny wydawniczy hit, tym razem o grupie Marillion, zbiegł się w czasie z ich pierwszą wizytą w Polsce. Było to dość dawno temu, w 1987 roku. Marillion promował wydaną dokładnie 1 czerwca tego roku swoją czwartą studyjną płytę „Clutching At Straws”. Jak się później miało okazać – ostatnią z jej frontmanem i charyzmatycznym wokalistą Fishem.

Marillion "Clutching At Straws" (1987)
Marillion „Clutching At Straws” (1987)

No bo musisz wiedzieć wnusiu, że ten wielki były drwal szkockich lasów uwielbiał godzinami pluskać się w morzu, jeziorze, basenie, wannie. Jak sam mówił czuł się tam jak ryba w wodzie. Stąd ten jego pseudonim: Fish, czyli Ryba.

Fish (1987)
Fish (1987)

Piotr przysłał mi w prezencie dwa bilety na koncert Marillion. Data: 26 czerwca godz. 19.00.  Występ miał się odbyć w Hali Widowiskowo-Sportowej MOSiR w Zabrzu. To tutaj odbywały się Halowe Mistrzostwa Polski w Lekkiej Atletyce. Kubatura hali robi ogromne wrażenie, choć nie jest tak duża jaką ma katowicki „Spodek”. Jedziemy z Jolą pociągiem pośpiesznym (ale tylko z nazwy!) na drugi koniec Polski. Wszyscy dziwili się, że nie wybraliśmy gdańskiej „Oliwii”, w której grupa dwoma koncertami rozpoczęła swe tournee trzy dni wcześniej. Tam mielibyśmy blisko, dosłownie rzut beretem. Ale nasz plan był taki: zahaczyć o Kraków, spotkać się (po raz pierwszy!)  z Piotrem na „żywo”, a na drugi dzień Zabrze i Marillion. W ostatniej chwili Jolę coś tchnęło i wysłała mnie po adres do rodziny kuzyna, który od kilku lat mieszkał na Śląsku. Tam też się ożenił i już miał dwójkę dzieci. Synka i córeczkę. Kilka miesięcy temu przeprowadził się do Bytomia, gdzie dostał nowe mieszkanie.  „Może będzie okazja i czas to ich odwiedzimy?”  – rozmarzyła się moja żona. Kobieca intuicja? A może zapobiegliwość?

Hala MOSiR w Zabrzu obecnie(2015)
Hala MOSiR w Zabrzu obecnie(2015)

Wiesz, co Adasiu? Tu obok jest mała kawiarenka, więc pójdźmy tam na pyszne ciastko z kremem? Albo zjemy galaretkę owocową. I napijemy się pysznego soku owocowego. Nic nie chcesz? Mam dalej opowiadać…

Stoimy po drzwiami mieszkania Piotra w Krakowie. Pukamy, dzwonimy i… nic. Cisza. Żadnych odgłosów. Żadnego dźwięku. Żadnego ruchu. W końcu ktoś wchodzi do klatki schodowej, patrzy na nas i od razu pyta „Wy do Piotra?” Kiwamy głową. „Jest w trasie z Marillion” – powiedział to tak naturalnym tonem jakby oznajmił, że Piotr poszedł po chleb. I ruszył w górę po schodach, a nas zatkało.  No to klops! Cały plan wycieczki diabli wzięli. Skoro plan „A”  nie wypalił, użyjmy planu „B”. Wracamy do Katowic. Tam poszukamy hotelu na noc, a potem Zabrze. Czujemy już lekkie zmęczenie. Nocna jazda pociągiem nie należała do przyjemnych, ani do wygodnych. Teraz daje się we znaki. Na dodatek jest bardzo gorąco, upalnie. W Katowicach wędrujemy od hotelu do hotelu. Wszędzie jedno i to samo pytanie: „Rezerwacja jest?” I zaraz po tym jedna i ta sama odpowiedź: „Przykro nam. NIE MA MIEJSC!”. Cholera! Przyjdzie nam w najgorszym przypadku nocować na Dworcu Głównym, ale tam ponoć „śpiochów” przeganiają służby kolejowe i milicja. Poza tym marzy nam się łóżko… Co robić? I wtedy zadziałała owa kobieca intuicja! „No przecież masz adres do Krzyśka! Jedziemy do Bytomia!!! To nie może być daleko”. Wdrożyliśmy w działanie plan „C”, o istnieniu którego przed wyjazdem do Zabrza nie mieliśmy pojęcia…

Czy to nie zbieg okoliczności mój kochany wnusiu, że album Marillion, który nazywa się „Clutching At Straws” to odpowiednik polskiego „chwytania się brzytwy” przez tonącego? My właśnie w Katowicach poczuliśmy się w takiej dziwnej i niecodziennej dla nas sytuacji. Chwyciliśmy się tej myśli jak tonący tej brzytwy.

W Bytomiu wsiadamy do taksówki. Podaję kierowcy adres: „Miechowice 8”. Żadnej reakcji. Pan Taxi niemowa? Jeszcze raz: „Miechowice 8”. Widzę spojrzenie kierowcy w lusterku. „A dalej?” pyta uprzejmie Pan Taxi. „Jakie dalej? Taki mam adres!” – czuję, że ciśnienie mi się podnosi. Upał, zmęczenie, my głodni i pić się chce jak jasna ciasna, a tu żartowniś za kierownicą. „Kochani, tu jest miasto  Bytom, tak? Miechowice to dzielnica, tak? A „osiem” to to samo co Miechowice, tylko w kodzie pocztowym.”  – spokojnie tłumaczył nam Pan Taxi. A potem z lekkim uśmiechem spytał: „Kto wam dał taki adres?” Jola tylko jęknęła. O kur…! Tego kto mi go dał ubiję jak wrócę do domu! „No dobra, to może coś więcej mi powiecie?”. Naprowadzam Pana Taxi na trop. Kuzyn to górnik. Z nad morza. Pracuje w jakiejś nowej kopalni. Nazwa?! Nie wiem jak się nazywa… Aha! Wiem, że jesienią dostał mieszkanie. Na nowym osiedlu. Gdzieś pod lasem. bo pisał mi, że okna wychodzą mu wprost na ścianę zielonych drzew. Pan Taxi dzwoni do swojej dyspozytorki, ta do kopalni. Jednej, drugiej, piątej… Pyta o młodego górnika, nazwisko takie a takie. Niestety, kadry są już zamknięte, a ochroniarze nie znają młodych po nazwisku. Tylu ich tu przyjeżdża, odjeżdża, kto by ich wszystkich spamiętał. W tak zwanym między czasie jeździmy po osiedlach (sporo ich było), rozpytujemy, wchodzimy do klatek schodowych, sprawdzamy listy lokatorów, a jak nie ma listy biegamy w górę i sprawdzam tabliczki na drzwiach Nic. Nic! Kompletnie nic!! Tracimy nadzieję. Igłę w stogu siana łatwiej znaleźć niż Krzysztofa z nad morza. To już chyba ostatnie osiedle w pobliżu lasu. I naraz cud! Zaczepiony młody mężczyzna zna Krzyśka! Do niedawna razem pracowali w jednej kopalni, na jednej zmianie! Tak, wie gdzie mieszka. To inne, całkiem nowe osiedle, też pod lasem. Podaje jego nazwę, ale nie zna dokładnego adresu. Jedziemy. Jakoś sporo tych bloków. Po kolei znowu sprawdzamy wszystkie klatki. Jola nie ma już siły, siedzi w taksówce. Ja z Panem Taxi latamy i rozpytujemy. W końcu JEST!!! Trafiony, zatopiony! Biorę w pośpiechu bagaże, Jola płaci Panu Taxi. Z tego stresu i pośpiechu nawet mu nie zdążyłem podziękować. Nasz cichy bohater! Wspaniały Pan Taxi! Dzwonimy do drzwi. Otwiera nam gospodarz. Wielkie oczy, karp i potem krzyk:”Jezusie!!!! Ewa!!! Nie uwierzysz kto przyjechał!!”. A po chwili: „Jak żeście nas odnaleźli? Nikt nie zna jeszcze tego adresu”.

Miechowice (osiedle) z lotu ptaka
Miechowice (osiedle) z lotu ptaka

Zadzwonimy do domu, że jeszcze jesteśmy w parku. Jak dobrze, że teraz są telefony komórkowe, internet, komputery. Widzę, że już sobie z tym radzisz. Nawet lepiej niż ja. Wtedy nikt nie miał pojęcia, że technika tak szybko się rozwinie. Na koncertach płonęły zapalniczki, zimne ognie, lub zwyczajne zapałki. Takie ogniki oznaczające zachwyt i podziękowanie dla zespołu od publiczności. Za wspaniały utwór, muzykę, tekst. Dziś robi się to smartfonem, tabletem…

W środku Hali MOSiR-u jest już prawie komplet fanów. Zanim przepchnęliśmy się z Jolą pod samą scenę, ok. 5 metrów od barierek, dobrą chwilę wcześniej odnaleźliśmy stoisko „Rock Serwisu”. Młodzi ludzie jak w ukropie uwijali się sprzedając „naszą” książkę o Marillion, oraz teksty (oryginalne i tłumaczenia)ze wszystkich płyt zespołu. Pytam o Piotra. „Poszedł do wozu po nową partię książek. Nie nadążamy ze sprzedażą! Ale będzie tu na pewno. A dla państwa książkę?” – pyta na zakończenie sympatyczna dziewczyna. „Nie. Dziękuję! Mam w domu kilka egzemplarzy„. Myślała pewnie, że żartuję. „Wrócimy tu po koncercie” krzyczę na odchodne, bo gwar stawał się coraz większy.

Punktualnie o 19-tej zgasły światła a z głośników rozbrzmiały dźwięki „Sroki Złodziejki” Rossiniego. Napięcie sięga zenitu, gdy w kłębach dymu (ale wciąż w ciemności) wbiegło na scenę pięć postaci. Głośna salwa na perkusji i rozpoczyna się „Lords Of The Backstage”, rozbłyskują światła. Fish w pierzastym stroju dominuje nad estradą koncentrując na sobie całą uwagę zgodnie skaczącego tłumu. Na podwyższeniu stoi piękna długonoga blondynka w mini i wdzięcznie kołysząc biodrami robi chórki. Jakąż ona ma petardę w głosie! To nikomu nieznana, młodziutka Cori Josias, która w trasie zastąpiła bardziej znaną Tessę Niles. To właśnie głos Tessy słyszymy na płycie „Clutching At Straws”. Rok później Eric Clapton zabierze ją w swoją długą, trwającą 4 lata trasę koncertową.

Tessa Niles
Tessa Niles

Ścisk jest straszliwy, temperatura przypomina upalne południe w tropikach. Gdy Marillion wykonuje „Assasing” –  musimy skakać wraz z tłumem! Wokół na twarzach autentyczna radość, szczęście i wielkie zadowolenie. Aż dziw, że pod sceną w tym szalejącym tłumie nikt nikogo nie rozdeptał, nie zadusił, nie zaatakował. Cóż, rocka nie słucha się w filharmonii, ani na siedząco. Tak samo jak wytrawnego martini nie pije się duszkiem wstrzymując przy tym oddech. Muzyka przepełniona emocją musi być głośna i dynamiczna. I taka też była w wykonaniu Marillion tego wieczoru. Potem okaże się, że mieliśmy wielkie szczęście, gdyż dzień wcześniej zespół miał poważne problemy techniczne – sprzężenia i trzaski w lewym kanale, które zakłóciły odbiór „Script For A Jester’s Tear” od połowy słuchany tylko na lewym zestawie potężnych kolumn. Przy „Kayleigh” wysiadł z kolei mikrofon, ale publiczność doskonale znała tekst utworu kończąc go za wokalistę. Rola Fisha ograniczyła się do dyrygowania tłumem. Po tym nagraniu wycofaliśmy się spod sceny. Ze względu na Jolę, na jej bezpieczeństwo. To był pierwszy miesiąc ciąży i woleliśmy dmuchać na zimne. Do dziś śmiejemy się, że urodzony w lutym następnego roku nasz drugi syn, Mateusz, był najmłodszym słuchaczem i uczestnikiem tego koncertu!

Adasiu, robi się już późno i dokończę ci tę opowieść wieczorem, ok? Co mówisz? Hm, rozumiem. Jednak chcesz pójść na ten soczek owocowy. No dobra. Zawsze mnie przekupisz. Na czym to ja skończyłem…

Płyta „Clutching At Straws” to był kolejny po „Misplaced Childchood” „concept album”, choć grupa planowała nagrać kilka luźnych utworów. Łączy je wspólny motyw: picie. Bohater znad kieliszka snuje rozważania o pierwszych seksualnych doznaniach i rozczarowaniach naiwnych dorastających panienek („Warm Wet Circle”), wspomina dawną miłość („Sugar Mice”), a także oddaje się pijackim fantazjom („Incommunicado”). Najmocniejszy fragment płyty to protest song „White Russian” potępiający odradzający się antysemityzm i faszyzm w Zachodniej Europie. Tytułowym tonącym chwytającym się brzytwy jest pisarz-alkoholik, centralna postać albumu. Fish nazwał go „Torch” czyli „Pochodnia” nawiązując do dzieł znanego beatnika Kerouaca, który porównał ludzi do tzw. rzymskich świec – dopalających się do pewnego miejsca i wybuchających tuż przed zgaśnięciem. Sześć spośród jedenastu umieszczonych na płycie utworów spotkało się z gorącym przyjęciem, a przecież ten album wydany został zaledwie trzy tygodnie wcześniej. Jednak najwięcej emocji dostarczył wszystkim numer „Forgotten Sons” z debiutanckiego, doskonałego albumu „Script For A Jester’s Tear”. Utwór dedykowany tym, którzy walcząc o wolność nie wrócili do swych domów. Wokalista dedykuje go też „Solidarności”, która przywraca Polsce wolność. Nikt nie przypuszczał, że przyjdzie ona dwa lata później. Że runie w gruzy komunizm i mur berliński, a Europa zmieni swe oblicze. Tłum oszalał! Pojawiły się ogniki zapalniczek. Coraz więcej i więcej. Naraz tuż za nami okrzyki: „Natychmiast zgasić zapalniczki!” Jakaś przepychanka i znowu głosy: „Przerwiemy koncert!”. Okazało się, że to służby porządkowe i strażacy w obawie o bezpieczeństwo tak szybko i zdecydowanie zareagowali. No tak, jesteśmy w zamkniętej, olbrzymiej hali. Ogniki pogasły, ale w sercach naszych ogień płonął wielkim żarem. W programie koncertu była jedna zmiana. Zamiast ballady „Jigsaw” pojawił się wspomniany wyżej „Sugar Mice”. Nieoficjalny powód: poprzedniego wieczoru Fish rozwalił kawałek mozaiki, stałego rekwizytu przy wykonywaniu tego utworu, gdy rzucił nim przez scenę. Dynamiczny i mocny „The Last Straw” kończy oficjalnie występ grupy. Ale nie dajemy im zejść ze sceny tak łatwo. Na bis zagrali porywające „Incommunicado oraz rewelacyjnie wypadający na „żywo” „Market Square Heroes” z wplecionym w środek standardem Chubby Checkera „Let’s twist again” (w Gdańsku w tym miejscu zagrali „My Generation” The Who). Na scenę pofrunęły książki, marynarki, ręczniki, damska garderoba! Szał i  czyste szaleństwo! Zaliczyłem swój pierwszy koncert zagranicznej gwiazdy. Mój pierwszy raz z zespołem Marillion! A gdy zgasły sceniczne kolorowe światła, opadł dym i zapaliły się sufitowe jarzeniówki, zrobiło nam się żal, że to już koniec tak pięknego, niesamowitego i cudownego wieczoru…

Marillion w Polsce. Od lewej: Tessa Niles (na podwyższeniu), Pete Trewavas, Fish, Mark Kelly, Steve Rothery. Za zestawem perkusyjnym niewidoczny Ian Mosley (1987)
Marillion w Polsce. Od lewej: Cori Josias (na podwyższeniu), Pete Trewavas, Fish, Mark Kelly i Steve Rothery. Za zestawem perkusyjnym niewidoczny niestety Ian Mosley (1987)

Piotra zastałem przy stoisku z nielicznymi egzemplarzami biografii zespołu. Żegnał się z kimś serdecznie. Potem okazało się , że był to Tomek Beksiński, który pobiegł na umówiony wywiad z Markiem Kellym i Steve’em Rothery’m…  Obaj z Piotrem przyglądaliśmy się sobie z zaciekawieniem. Po tylu latach znajomości pierwsze nasze spotkanie. Dzielimy się na gorąco uwagami z koncertu. „Zabrakło mi „Grendela” i mojego ulubionego „Chelsea Monday” mówię. „Już dawno nie grają tych numerów” kiwa głową Piotr. Od niego dowiaduję się, że wcześniej zespół miał problemy techniczne, że Fish i reszta zespołu są zachwyceni polską publicznością, jej reakcją na koncertach, znajomością tekstów. Obiecują, że powrócą do nas. Obaj wierzymy, że tak będzie. Obaj nie wiemy jeszcze, że w grupie trwa konflikt i wokalista wkrótce odejdzie. „Musimy koniecznie jeszcze się spotkać, pogadać, posłuchać muzyki. Mam tyle nowych pomysłów” – mówi na odchodnym Piotr. Oj tak Piotrusiu! Musimy. Koniecznie!

Jesteś ciekawy jak potoczyły się dalej losy Pana Ryby? Co stało się z zespołem Marillion? Zobacz, jesień idzie przez park. A to zapowiada, że przyjdą długi wieczory. Wkrótce za oknem szybko się ściemni. Wiatr będzie tańcował z ostatnimi liśćmi na gałęziach drzew. Deszcz będzie bębnił w szyby twej sypialni. A my usiądziemy wtedy znowu razem. I opowiem ci ciąg dalszy tej historii…

FRUMPY „2” (1971)

Nie byłem zbyt szczęśliwy, gdy pewnego wiosennego popołudnia rozległ się nagle natarczywy i świdrujący dźwięk dzwonka do drzwi. Ten nieoczekiwanie wygospodarowany wolny czas (Jola wyszła z koleżankami na kawę, chłopcy zaś pobiegli z piłką na boisko) zarezerwowałem sobie na wysłuchanie płyty, w posiadaniu której byłem już od dobrych kilku tygodni. Mogłem więc bez żadnych przeszkód posłuchać muzyki w wyższych niż zazwyczaj rejestrach głośności i oddać się swobodnemu relaksowi. Nie zdążyłem nawet mrugnąć okiem, gdy równo z dzwonkiem wparował do mieszkania jeden z moich kolegów – wiecznie uśmiechnięty Mariuszek. Bez słowa powitania bezceremonialnie rozsiadł się w fotelu obok. Dziw, że mebel jeszcze to wytrzymywał. Mariuszek bowiem miał posturę i wagę niedźwiedzia grizzly. Swoją aparycją, czarnymi jak smoła kręconymi  włosami, gęstą brodą i ogromnym wyglądem wzbudzał powszechny szacunek połączony ze strachem. W rzeczywistości, jak to zazwyczaj u takich ludzi bywa, był potulny jak baranek niezdolny nawet do zabicia muchy. Ale o tym wiedziały tylko osoby, które były blisko z nim związane. Wykorzystywaliśmy go często jako swoistą tarczę i straż przyboczną, na przykład podczas wypadów do dyskoteki, czym z góry zapewnialiśmy sobie absolutny komfort nietykalności cielesnej. Mariuszek kochał sport, a w szczególności żużel. No i doskonale pływał jak, nie przymierzając, delfin. A raczej orka. Tego mu wszyscy zazdrościliśmy. Woda to był jego drugi żywioł. Na muzyce znał się tyle o ile, choć starał się poznawać i słuchać różnych jej gatunków. Pamiętam, jak będąc w klasie maturalnej poznał fajną (czyt. ładną) dziewczynę. Chcąc jej zaimponować, oraz zabłysnąć znajomością muzyki Pink Floyd, która w jej mniemaniu była „najbardziej inteligentną grupą świata” poprosił mnie o pożyczenie jakiegoś albumy grupy. Dałem mu do posłuchania „Ummagummę” – jakby nie patrzeć pozycja dość awangardowa, szczególnie ta część studyjna. Kiedy po kilku dniach spytałem jak mu się udała randka, tylko pokiwał głową. Przecząco. Co do muzyki z „Ummagummy” podsumował krótko: „Stary, rewelacja! Tylko za chuja nie wiem o co w niej chodzi!” Nota bene była to jedyna osoba, której kuchenna łacina mnie nie raziła, a wręcz rozbrajała doszczętnie. Dodawała mu kolorytu i takiej swojskiej, łobuzersko – zawadiackiej (w dobrym tego słowa znaczeniu) otoczki. Mariuszek taki już po prostu był! Na dodatek –  szczery aż do bólu. Teraz też  popatrzył na mnie, na sprzęt, chwilę posłuchał i spytał krótko: „Co to?” Kiwnąłem mu głową w stronę okładki. Zerknął jakby od niechcenia. „Kurwa nie znam, ale zajebiste! Gość ma fajny głos”.  „To wokalistka. Nazywa się  Inga Rumpf” – szybko wyprowadziłem go z błędu. „No nie pierdol! Poważnie?! A śpiewa jak chłop z jajami!”

Ilekroć wyciągam z półki płyty niemieckiej  grupy FRUMPY za każdym razem mam przed oczami Mariuszka i tę krótką scenkę sprzed lat…

FRUMPY w zasadzie wzięło się z folkowej grupy The City Preachers założonej i kierowanej przez Irlandczyka Johna O’Brien-Dockera w 1965 roku. Swobodnie mieszali amerykański i brytyjski folk z domieszką bluesa, flamenco, ale także muzyki bałkańskiej, greckiej i izraelskiej. W wyniku tarć i spięć z jedną z wokalistek zespołu, Dagmar Krause, perkusista grupy Carsten Bohne opuścił Miejskich Kaznodziejów w 1969 roku, namawiając do opuszczenia The City Preachers drugą  wokalistkę Ingę Rumpf, klawiszowca francuskiego pochodzenia Jean-Jacques’a Kravetza, oraz basistę Karla-Heinza Schotta. Utworzyli oni zespół FRUMPY, który zmienił swój kierunek muzyczny podążając w stronę wykonawców z Wysp Brytyjskich, szukając inspiracji w nowatorskim podejściu do tzw. brytyjskiego białego bluesa. Może nie tego „korzennego”, raczej tego bardziej skłaniającego się w stronę psychodelii, jazzu, z elementami muzyki klasycznej (czyli prog-rocka) a więc w kierunku, w  którym podążały takie kapele jak  Blodwyn Pig, Traffic, Spooky Tooth, Chicken Shack, może też i Indian Summer. Co ważne, FRUMPY nie grali topornie, „kwadratowo” jak wiele kapel z Niemiec, tylko bardziej rasowo, z feelingiem. Do tego Inga Rumpf, śpiewa praktycznie bez akcentu i na dobrą sprawę można wziąć ich za kapelę z Wysp. Znawcy tematu wiedzą doskonale, że Inga Rumpf (której anagram jej nazwiska stał się nazwą grupy) należała do grona najbardziej uzdolnionych wokalnie artystek tamtych lat. Ze względu na swój niepowtarzalny głos porównywana była nader często do Janis Joplin. Dysponowała niesamowitą siłą głosu i niekobiecą barwą. Znam wielu wytrawnych słuchaczy (pomijam tu z oczywistych względów Mariuszka), którzy nie znając historii wokalistki, słuchając wyśpiewywanych przez nią fraz daliby się pokroić za przekonanie, że przed mikrofonem stoi… mężczyzna. Skala głosu, łatwość wyciągania góry, naturalność i ta fascynująca barwa spowodowała, że na wejściu w roku 1970 branża muzyczna okrzyknęła ją największym talentem wokalnym rockowej sceny muzycznej. Gdy stykam się z jej manierą wokalną nie potrafię oderwać uszu od głośników, bo ten głos działa na mnie jak narkotyczny specyfik, przyciąga jak magnes i wprawia mnie w szczery podziw!

Inga Rumpf
Inga Rumpf

Wiosną 1970 roku FRUMPY wyruszył w trasę koncertową po Francji, która okazała się wielkim sukcesem. Do końca roku zespół dał jeszcze ponad 50 koncertów w trakcie wspólnej trasy ze Spooky Tooth i zagrał obok takich gwiazd jak Yes, Humble Pie i Renaissance.  Jesienią ukazał się ich pierwszy doskonały album, oparty przede wszystkim na brzmieniu organów Hammonda, basu i perkusji (w składzie nie było gitarzysty solowego!) „All Will Be Change” to blues rockowe gęste, soczyste granie z licznymi odwołaniami do muzyki klasycznej. Okładka przedstawiała kameleona wykonanego z plastiku. Niestety dotyczyło to tylko wersji winylowej, kompakt wydano w tradycyjnym pudełku. Szkoda.

Przed wydaniem drugiej płyty do zespołu dołączył gitarzysta Rainer Baumann. Sama płyta zaś ukazała się w sierpniu 1972 pod bardzo prostym i nieskomplikowanym tytułem „Frumpy 2”.

"Frumpy 2" (1971)
„Frumpy 2” (1971)

Płyta zawiera tylko cztery, mocno rozbudowane utwory. Bluesa jest tu zdecydowanie mniej. Muzyka skierowana jest na rock progresywny zdobywający wówczas coraz większą popularność wśród bardziej wyrobionej muzycznie publiczności. Muzycy doskonale zdawali sobie sprawę, jaką zaletą jest głos Ingi Rumpf i już od pierwszego utworu wyeksponowali jego atrybut.  Do tego należy oczywiście wymienić niezwykle gęste i urozmaicone brzmienie instrumentów klawiszowych, wśród których brylują organy Hammonda. Miejscami odnieść możemy wrażenie, że siłą napędową formacji wyłącznie jest majestatyczny głos i szalejący na swych klawiszach Kravetz. Ale to tylko pozory, gdyż nie można zapominać o pozostałych muzykach: jest więc doskonały gitarzysta Rainer Baumann, którego rewelacyjna solówka w „Good Winds” zwyczajnie „rzuca na kolana”, jak też precyzyjna jak mechanizm szwajcarskiego zegarka sekcja, która dynamicznie punktuje skalę rytmiczną. Zresztą skomplikowane podziały rytmiczne należą do specyfiki każdej kompozycji, choć też każda z nich posiada wyrazistą linię melodyczną. „How The Gypsy Was Born” poraża pięknem, a organowe partie solowe,  na tle szalejącej pary bas-perkusja wywołują niekłamany podziw. Uczciwie przyznam, że  należy ona do moich ulubionych kompozycji z lat 70-tych! Zresztą wszystkie cztery kompozycje urzekają klimatem, wielorodnością stylistyczną (z odniesieniami do muzyki klasycznej), z bluesowymi akcentami, hard rockową intensywnością i progresywną złożonością. Każda przyciąga uwagę, każda została genialnie zaaranżowana, każda precyzyjnie wykonana.  Z całości bije namiętność, żar i pasja. Potwierdzeniem tych słów jest „Take Care Of Illusion” z napędzającym rytm wstępem, z wiodącą rolą organów, ewoluujący w stronę niesamowicie klimatycznego bluesa, by wkrótce nabrać tempa i żywiołowej dynamiki. Zamykający całą płytę utwór „Duty” emanuje wielowymiarowością i klasą wykonawczą. Całkowity odlot. Zarówno wyrafinowany instrumentalnie z mnóstwem partii solowych, które inaugurują Hammondy, a następnie oddają przewodnictwo pulsującemu basowi i popisowi bębnów, jak też i wokalny. Zwieńczeniem indywidualnych zapędów artystów jest fantastyczna partia solowa Rainera Baumanna. Zaczyna swój gitarowy monodram krótko przed czwartą minutą, by po ponad dalszych pięciu minutach(!) absolutnej wirtuozerii poddać się ponownie priorytetom instrumentalnej zespołowości. Należy docenić rolę trio bas-perkusja-organy tworzącego gęste, intensywne tło tych gitarowych improwizacji. Nie waham użyć się słowa genialne. Cały zaś finał – „podparty” fragmentami Toccaty i Fugi D-moll Jana Sebastiana Bacha – wyborny…

Frumpy w 5-cio osobowym składzie z roku1971.
Frumpy w 5-cio osobowym składzie z roku1971.

Oryginalna płyta winylowa została wydana w niezwykłej formie – okrągła, rozkładana na sześć części okładka zapakowana była w przeźroczystą plastikową torebkę. I tak jak w przypadku pierwszego albumu, tak i ta wersja kompaktowa została wydana w tradycyjnym pudełku.

Po wydaniu albumu „By The Way” (1972) grupa FRUMPY rozpadła się. Inga Rumpf, Jean Jacques Kravetz i Karl-Heinz Schott założyli grupę Atlantis, natomiast Carsten Bohne podjął współpracę z Tomorrow’s Gift i Dennis. Na osłodę, jeszcze tego samego roku, fani dostali  podwójny album „Live” zawierający 100 minut doskonałej , tym razem bardziej bluesowej muzyki, klimatem przypominający słynny Colosseum „Live”.

Płyta „Frumpy 2” tak jak i pozostałe tytuły tej niemieckiej formacji na szczęście nie są rynkowymi rarytasami. Łatwo dostępne, szczególnie w sklepach internetowych, będą ozdobą każdej kolekcji szanującego się fana muzyki rockowej. Zachęcam gorąco do spotkania się z tym wyjątkowym zespołem. Nie tylko po to, by oddać im należny hołd, ale zwyczajnie się zachwycić!

ABBEY ROAD czyli (PRAWIE) WIGILIJNA OPOWIEŚĆ.

Z filiżanką świeżo zaparzonej herbaty z niewielkim dodatkiem imbiru usadowiłem się w mym ulubionym fotelu. Światełka na choince odbijające się w pyzatych kolorowych bombkach mienią się niczym tysiące gwiazdek na niebie. Za oknem szum wiatru, ale tu w salonie cieplutko i miło. Wszyscy poszli na Pasterkę. Zostaliśmy w domu sami, we dwoje. Adaś, pełen wrażeń po kolacji wigilijnej i wizycie Mikołaja, który przywędrował  z masą prezentów, powoli wycisza się, choć jeszcze nie śpi. Wdrapał mi się na kolana, pełen ufności wtulił się we mnie, a po chwili widząc, że wpatruję się w jeden punkt podążył za moim wzrokiem. Na przeciwległą ścianę. Spojrzał na wiszący na niej duży obraz. W zasadzie nie na obraz, a na poster. Powiększona replika słynnej okładki albumu „Abbey Road” THE BEATLES. „Czy uwierzysz, że przechodziliśmy przez te pasy Adasiu? Było to dość dawno temu. Nie było cię jeszcze na świecie, gdy po raz pierwszy wybraliśmy się do Londynu. I jednym z celów naszej  podróży było to właśnie miejsce. Magiczne miejsce.” – powiedziałem to chyba bardziej do siebie, niż do niego. Lekko zmrużyłem oczy…

O tym, by zobaczyć Londyn marzyłem od zawsze, czyli od dziecka. Fascynowała mnie ta metropolia znana mi dotąd tylko z kolorowych pocztówek. którą zawsze uważałem za światową stolicę muzyki. Oprócz tego Westminster, Big Ben, królewski pałac Buckingham, Trafalgar Square, Tower Of London, czy też jedno z największych na świecie muzeów historii starożytnej –  British Museum – rozpalały moją wyobraźnię. Ale były też i inne „atrakcje”: londyńskie  autobusy piętrowe, legendarne czerwone budki telefoniczne, największy w tym czasie w Europie, kilkupiętrowy sklep z płytami , czy ogromne „Oko Londynu” (London Eye) nad Tamizą. Byliśmy z Jolą w lekkim szoku, kiedy nasi dwaj synowie: Mateusz z Pawłem, oraz  Ewelina (nasza przyszła synowa) pełnym euforii głosem oznajmili nam tuż po przyjeździe do Oxfordu, że „… za dwa dni jedziemy do Londynu!”. Opracowaliśmy szybko plan wycieczki i zaplanowaliśmy miejsca, które wtedy koniecznie chcielibyśmy odwiedzić. Ewentualnie (z braku czasu) tylko zobaczyć. Wówczas nikt z nas jeszcze nie przypuszczał, że za kilka miesięcy takie podróże do stolicy Wielkiej Brytanii staną się dla nas powszednie niczym przysłowiowa bułka z masłem…

Czy wiesz Adasiu, że prawdopodobnie jest to najsłynniejsza okładka płyty muzycznej w historii, która jednocześnie stała się najpopularniejszym wizerunkiem THE BEATLES? Autorem tego zdjęcia jest szkocki fotograf, wolny strzelec, Ian Macmillan, bliski przyjaciel Yoko Ono i Johna Lennona. Zespół w tym czasie pracował nad swoją nową płytą i muzycy zastanawiali się nad wizerunkiem jej okładki. Płyta początkowo nazywać miała się „Everest”, planowano więc zrobić zespołowi sesję zdjęciową w dalekich Himalajach. Zrezygnowano jednak z tego pomysłu. I wtedy Paul McCartney wpadł na pomysł, by zrobić zdjęcia na przejściu dla pieszych znajdującym się tuż obok ich studia nagraniowego, jednocześnie nadając albumowi tytuł „Abbey Road”  od nazwy ulicy, przy której owo studio się mieściło. Propozycja został zaakceptowany i Beatlesi umówili się z Ianem Macmillanem na sesję zdjęciową w dniu 8 sierpnia 1969 roku, tuż przed południem, o godz 11.30. Sama sesja trwała zaledwie dziesięć minut, w czasie której policjant wstrzymał na ten czas ruch uliczny. Fotograf wykonał sześć zdjęć (użył aparatu Hasselblad z klasycznym obiektywem 50 mm, przesłona f22, czas 1/500 sekundy), z których Paul  zdecydował się wybrać fotografię numer 5. Album, jak i jego okładka osiągnęły ogromny sukces. Samo przejście dla pieszych stało się miejscem pielgrzymek fanów z całego świata. Każdy chciał mieć takie samo zdjęcie jak słynna czwórka z Liverpoolu. Szacuje się, że rocznie przechodzi przez nie ok. 150.000 fanów zespołu. Jego popularność doprowadziła nawet do tego, że rząd brytyjski w 2010 roku wpisał je na specjalną listę dziedzictwa narodowego!

Przyjechaliśmy dość wcześnie, kilka minut po ósmej rano. Na Oxford Street zjedliśmy małe śniadanie i pokrzepieni mocną kawą ruszyliśmy w trasę. Podróżowanie metrem po tej metropolii jest i wygodne i szybkie. Tym sposobem zaliczyliśmy w dobrym czasie kilka zaplanowanych, oddalonych mocno od siebie miejsc, w tym przejażdżkę „Okiem Londynu”, z którego mogliśmy obejrzeć wspaniałą panoramę miasta. Lunch zjedliśmy na trawniku w Hyde Parku w towarzystwie licznego stada gołębi, wróbli, kosów i innego ptactwa, które czekały na okruchy i resztki naszego posiłku. W końcu  Mateusz z uśmiechem oznajmił: „Teraz to już tylko Studio EMI przy Abbey Road i można umierać. W drogę!”. Dla niego, był to cel  naszej wyprawy, priorytet i marzenie. Znaleźć się w miejscu, gdzie swe najsłynniejsze płyty tworzyli The Beatles, Pink Floyd i cała reszta innych wielkich artystów. Nie ukrywam, że i dla mnie też…

Wpatrujemy się obaj wciąż w ten sam punkt –  w plakat wiszący na ścianie. Zgadza się Adasiu! Jeszcze nie masz dwóch latek, a już rozpoznajesz, że ten pierwszy to wujek John. Za nim idzie Ringo, potem Paul a na samym końcu kroczy wujek  George. Dopatrywano  się w tym szyku symbolicznego orszaku pogrzebowego. Od jakiegoś czasu rozsiewana była bowiem plotka o rzekomej śmierci Paula, który  zginąć miał w wypadku samochodowym. Zastąpić miał go „sobowtór” – kanadyjski policjant, William Campbell,  łudząco podobny do  „nieżyjącego” Beatlesa.

Stanęliśmy przy metalowym ogrodzeniu z wielką bramą wjazdową. Serce zabiło mocniej. Przed nami magiczne miejsce – budynek studia koncernu EMI, zwany dziś Abbey Road Studios. To tu, w tym miejscu muzy odwiedzają artystów częściej niż gdzie indziej, a płyty nagrywają się same. A mówiąc poważniej, w Abbey Road Studios uzyskuje się zupełnie niepowtarzalne brzmienie. Przestrzenne, głębokie, o mocno uwypuklonych niskich tonach. Można się o tym przekonać słuchając albumów słynnej czwórki z Liverpoolu, najlepszych płyt Pink Floyd, U2, Iron Maiden, Oasis, Radiohead, Kate Bush, czy naszej Anny Marii Jopek! Studio podzielone jest na trzy pomieszczenia realizacji dźwięku, przy czym największe z nich, Studio One, umożliwia nagranie 200 muzykom jednocześnie(!), gdzie już sąsiednie Studio Two maksymalnie mieści 50 osób. Mnie interesowało najbardziej to ostatnie, Studio Three, w którym Pink Floyd realizowali album „Wish You Where Here”.  W sąsiedztwie studia znajduje się również restauracja, ogród, oraz pokoje hotelowe dla muzyków. Wchodząc po schodach i otwierając drzwi do tego budynku  nie myśleliśmy wówczas o tych „technicznych” szczegółach…

Front budynku "Abbey Road Studios"
Front budynku  Abbey Road Studios.

Jeśli chcesz już iść do łóżeczka, dokończę ci tę opowieść jutro. Aha! Rozumiem. Mam dalej opowiadać? A więc słuchaj. Maszerującemu na czele w białym garniturze Johnowi Lennonowi przypadła rola księdza, za którym szedł Ringo Starr – przedsiębiorca pogrzebowy. Paul ma zamknięte oczy i idzie boso, co symbolizuje nieboszczyka. Poza tym nie idzie tak jak inni Beatlesi – do przodu ma wysuniętą prawą nogę, gdzie wszyscy inni lewą. I jeszcze jeden ważny szczegół: Paul trzyma papierosa w prawej ręce, a wiadomo, że był mańkutem! Orszak zamyka grabarz, George Harrison. Ale mój kochany Adasiu, jeśli przyjrzymy się temu zdjęciu bardziej uważnie, zauważymy inne, dające dużo do myślenia szczegóły. Po prawej stronie widać stojącą,  czarną furgonetkę. Takich używały wówczas… zakłady pogrzebowe. Daleko w tle widać jadący samochód wprost na idącego Paula (zapowiedź wypadku drogowego). Z lewej strony zaparkowany Volkswagen Garbus ma rejestrację 28IF. Paul w momencie zrobienia tego zdjęcia miałby 28 lat, gdyby (ang. if) żył. Na tej samej rejestracji są też litery LMW, które odczytać można jako  Linda McCartney Weeps (Linda McCartney szlocha).

Podszedł do nas ktoś z ochrony i z uśmiechem na ustach spytał, w czym może nam pomóc. My, że przyjechaliśmy z Polski i bardzo chcielibyśmy zobaczyć od środka to legendarne studio. Na co on „A zarezerwowaliście sobie zwiedzanie?” Okazało się, że aby pochodzić sobie po tym obiekcie trzeba wcześniej się umówić, zabukować termin, kupić bilet wstępu. Klops! Nikt z nas o tym nie wiedział, nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał. Zawiedzionej miny Mateusza nie zapomnę do końca życia. Rozczarowanie i żal poraziło mnie od środka. „A kiedy można zrobić taką rezerwację?” – spytała szybko z nadzieją w głosie Ewelina. „Nawet teraz!” – odpowiedział radośnie  nasz rozmówca. „Tyle, że są wakacje, tłumy chętnych i najbliższy wolny termin na zwiedzanie to za jakieś trzy, cztery tygodnie”. Szczęki nam opadły. „No to dupa” – skwitował głośno po polsku Paweł, który nigdy nie używał mocnych i brzydkich słów. Mówiłem, że to magiczne miejsce…

Wiesz mój skarbie, że był to już ich jedenasty studyjny album!? Czas niewiarygodnie szybko leci. Za szybko…

THE BEATLES "Abbey Road"  (1969)
THE BEATLES  LP. „Abbey Road” (1969)

Album „Abbey Road” ukazał się 26 września 1969 roku w Wielkiej Brytanii i pięć dni później w USA. To była ich ostatnia wspólnie nagrana płyta, a przedostatnia przed ich ostatecznym rozwiązaniem. Smucisz się? Wszystkim nam było wtedy smutno. Ale to już byli dorośli mężczyźni, dojrzali artyści. Każdy z nich podążał swoją drogą. Za to płyta, którą na odchodne zostawili była i jest wyborna. Powiem więcej – to arcydzieło! W sumie pokryła się dwunastokrotną platyną, osiągając ostatecznie status diamentowej płyty.

Zaczyna się od słynnego „ssshh”, czyli od „Come Togheter” splecionego z niesamowicie zaaranżowaną perkusją i z dziwnym, bo kojarzącym się ze współczesnym rapem śpiewem Johna. Następnie jedna z najpiękniejszych miłosnych piosenek wszech czasów – „Something”George’a , a zaraz za nią dwie inne, które skomponował Paul: tradycyjne „Maxwell Silver” i rewelacyjne „Oh! Darling”, które tak uwielbia twoja babcia Jola. Podobno, aby uzyskać tak drapieżny głos, McCartney przed nagraniem krzyczał w studiu przez ponad godzinę! Wspaniałym dodatkiem są tu oszczędne dźwięki fortepianu i perkusji. Po nim jest lekko countrowe nagranie Ringo „Octopus Garden” – z genialną gitarową solówką Georga.  I wreszcie, na zakończenie pierwszej strony nadchodzi wielki finał. Tym razem mój ulubiony, ciężki 7-minutowy, bliski hard rockowi obsesyjny utwór, który mnie powala. „I Want You (She’s So Heavy)” Johna. Muzyczny szczyt w dorobku zespołu! Nie mogę nadziwić się geniuszowi tego utworu. Psychodelia spotyka się z bluesem, blues miesza się z hard rockiem, całość zaś wprowadza mnie w trans i zupełnie nie odczuwa się jego długości (zresztą kocham „długasy”).  Uwielbiam ten agresywny, mocny wokal Johna Lennona. Dla mnie – rewelacja!!! I to  niespodziewane zakończenie. Jakby ktoś nagle odciął prąd, zatrzymał płytę.  Drugą stronę otwiera piękna i radosna ballada George’a „Here Comes The Sun”, a po niej następuje seria utworów połączonych w większą całość autorstwa spółki  Paula i Johna. Coś w rodzaju suity. Taki lot przez wszystkie style i gatunki rocka, które zgrabnie i fenomenalnie „posklejał” w logiczną całość producent płyty George Martin, zwany „piątym Beatlesem”. Gdy cichnie muzyka, pojawia się cisza. Myślimy, że to już koniec. Ale gdy się chwilę poczeka, po minucie mamy jeszcze muzyczny żart Paula – zabawną balladkę „Her Majesty”. Teraz to jest już na pewno koniec płyty.

Usiedliśmy, nieco podłamani, na schodach Abbey Road Studios i milczeliśmy przez chwilę. W końcu zrobiliśmy sobie serię zdjęć. Na tych samych schodach , którymi wchodzili do tego przybytku idole i legendy muzyczne kilku już pokoleń. Chociaż taka pamiątka z tego miejsca nam zostanie. Pamiątka pocieszenia.  A potem rzuciliśmy się w kierunku pasów, którymi sześć razy pod rząd Beatlesi przemaszerowali w 1969 roku. Przy sygnalizacji świetlnej ostrzeżenie przed robieniem fotek na pasach pod groźbą kary pieniężnej. Ale kto by się tym przejmował! Wokół co prawda kamery, ale na szczęście dla nas, nie ma w tym momencie w pobliżu żadnego policjanta. Błyskawiczna decyzja, wypad na pasy i… są. MAMY JE! Zdjęcia z przejścia dla pieszych na Abbey Road! Najfajniejsza pamiątka po naszej pierwszej wizycie w Londynie. Wracaliśmy do domu z  mocnym postanowieniem: „Jeszcze tu wrócimy!”

Za oknem czarna chłodna noc. Słychać padający deszcz. Ale tu, w salonie cieplutko i przytulnie. Choinka mruga kolorowymi światełkami, lecz twoje oczka przestały już mrugać. W końcu usnąłeś i śpisz słodko. Moja opowieść (prawie) wigilijna też już się skończyła. Ale mam ich jeszcze wiele. Tak wiele, że wystarczą na nie jedne zimowe wieczory…

Zespół The Beatles w studio Abbey Road (1969)
John, George i Ringo w  Abbey Road Studios (1969).

PS.  Z samym zdjęciem wiążą się jeszcze dwie ciekawe historie. Pierwsza dotyczy znajdującego się na zdjęciu po lewej Volkswagena Garbusa (należącego do jednego z okolicznych mieszkańców), z którego jakiś fan po ukazaniu się albumu ukradł tablice rejestracyjne. Samochód po sprzedaniu na aukcji trafił potem do muzeum Volkswagena  (Autostadt Museum) w Wolfsburgu. Druga historia dotyczy osoby, która przypadkiem znalazła się na fotografii. Jeśli spojrzeć na czarną taksówkę po prawej stronie, to obok niej widać mężczyznę przyglądającego się całemu wydarzeniu. Był to amerykański turysta Paul Cole, który w owym czasie wraz z żoną przebywał na wakacjach w Londynie. Turysta nie rozpoznał słynnego zespołu, co więcej, dziwił się tej bandzie dziwaków chodzących co chwila po pasach. Dopiero rok później zobaczył okładkę zespołu oraz siebie na zdjęciu. Amerykanin nie przepadał za zespołem i ponoć nigdy nie przesłuchał „Abbey Road”. Mimo to, o ironio(!) będąc w odpowiednim czasie i  w odpowiednim miejscu na zawsze wpisał się  do historii muzyki.

Trudno powiedzieć, czy scena uwieczniona na okładce miała nieść ze sobą jakąkolwiek symbolikę. Na jej temat milczeli nawet sami twórcy. Wydaje mi się, że dobór tych wszystkich elementów jest zupełnie przypadkowy, losowy – ten zdjął buty, inny założył biały garnitur, ktoś zaparkował samochód w tym, a nie innym miejscu itd. itd. Nawiasem mówiąc, ów słynny Garbus przeszkadzał fotografowi, który „psuł” mu kadr. Garbus ów („Beetle”) znalazł się na fotografii przypadkowo i nie był nawiązaniem do nazwy zespołu. Próbowano go nawet usunąć z tego miejsca, ale się nie udało. Jego prawdziwa rejestracja to „281 F”, skąd już całkiem blisko do owych „28 if”. Przypomnę też, że w 1969 roku Paul McCartney miał  lat 27, o czym fani jego talentu powinni wiedzieć najlepiej. Czarny karawan stojący po prawej stronie, gdy mu się dobrze przyjrzeć (wystarczy lupa) okazuje się… policyjnym samochodem (znaczek „POLICE” nad dachem wozu). Nie zapominajmy wszak, że to właśnie policja wstrzymała na kilka minut ruch na ulicy. Co stało się z jego tablicami nie wiadomo. Z całą pewnością ten sam numer rejestracyjny,  SYD 724F, pojawił się raz jeszcze – tym razem na okładce albumu „Be Here Now” grupy Oasis w 1997 roku! Grupy, która nigdy nie kryła się ze swą fascynacją do Beatlesów. Co zaś tyczy się rzekomego sobowtóra McCartneya, to rzeczywiście Kanadyjczyk, William Campbell, brał udział w konkursie na sobowtórów czwórki z Liverpoolu zorganizowanym w 1968 roku przez amerykański fan club zespołu. Faktycznie był bardzo podobny do Paula. W nagrodę odebrał zdjęcie muzyka z jego dedykacją i autografem. W 2009 roku fotografia została zlicytowana na jednej z aukcji, a pieniądze zasiliły konto kanadyjskiej organizacji na rzecz walki z rakiem.

Jeśli ktoś mocno wierzy w teorie spiskowe świata, żadne racjonalne argumenty go nie przekonają. Z uporem maniaka będzie dowodził, że to on ma rację.  I tak oto plotka, zwykłe wymyślone bzdury podchwycone przez fanów, podsycone szybko przez prasę i środki masowego przekazu  nieoczekiwanie stały się doskonałym chwytem  marketingowym. Pytanie, czy w przypadku grupy  THE BEATLES  było to w ogóle potrzebne?

W żadne teorie spiskowe świata osobiście nie wierzę. Legenda zespołu THE BEATLES była i pozostanie wielka. Zaś album  „Abbey Road”, ze swą legendarną do dziś okładką tylko ją umocnił. Na wieki. I w to autentycznie wierzę!