PLUS „The Seven Deadly Sins” (1969).

Czy zespół PLUS może być zapomnianą perełką, skoro nawet w epoce  nikt nie wiedział o jego istnieniu..? Plus był i jest zagadką. Wydali jeden, jedyny album.

Plus „Twenty Thousand People”

PLUS „The Seven Deadly Sins” (Probe1969).

Jedno spojrzenie na okładkę, jej opis i wszystko powinno być jasne. Ten album łączący elementy hard rocka, muzyki klasycznej i psychodelicznych klimatów ułożony jest jak katolicka msza. W utworach trójce muzyków towarzyszą wokaliści (w zasadzie cały chór), plus fortepian, organy, skrzypce i wiolonczela, tworząc tym samym  niesamowicie eklektyczną mieszankę rockowych i popowych piosenek z lat sześćdziesiątych. To właśnie owe piosenki, może i brzmiące nieco przestarzale nawet jak na standardy roku 1969, ale wciąż całkiem dobre, utrzymane w stylu wczesnych The Who, lub w duchu pre-psychodelicznych Beatlesów, są „mięsem” tego albumu. Trzeba przyznać, że aranżacje i wykonania są na bardzo wysokim poziomie. Tematyczne utwory powiązano krótkimi tekstami po łacinie i wstawkami kwartetu smyczkowego. No i mamy tu do czynienia z całym muzycznym spektrum. Gloria In Excelsis: „Toccata” i The Secrets: „Devil’s Hymn” mieszało wpływy klasyczne z chórami kościelnymi i progresywnymi wstawkami. W innym miejscu, Pride: „Pride” i Envy: „I’m Talking As A Friend” oferowały zaskakującą parę popowych klejnotów; Avarice: „Daddy’s Thing” był zaskakująco funkowy, podczas gdy Wrath: „Gemegemera” to standardowy hard rock. Ich muzykalność była naprawdę imponująca, a sekcja rytmiczna Newman/Simms w takim The Dismissal: „Twenty Thousand People” generowała sporo energii. Opis płyty nie zawierał informacji kto był głównym wokalistą, ale kimkolwiek on był miał całkiem interesujący głos radzący sobie doskonale ze wszystkim, od quasi-punkowej agresji we Wrath: „Gemegemera” po pop w stylu Badfinger. Teksty są nieco zagmatwane i w różnych stylach: od elżbietańskich, przez łacinę, po współczesne. Taki poetycki misz-masz, ale świetnie wpisujące się w tematykę płyty.

Tył okładki.

Krótka, melodyjna wstawka zaczyna Wrath: „Gemegemera”. Utwór ten, zamykający pierwszą stronę płyty, ostatecznie podąża w kierunku gdzie Black Sabbath spotyka Motorhead. Miażdżący bas, płacz dziecka i okrzyki piłkarskich kiboli są tu jedynie wisienką na torcie.

Maniakalny głos wykrzykujący do „Turn your eyes..!” („Odwróć oczy”) poprzedza krótki chorał gregoriański, a potem The Secrets: „Devil’s Hymn” zmienia się w niezapomniany, klimatyczny kawałek z  jazzowym interludium wrzuconym w środku utworu. Jest w tym nagraniu coś wzniosłego i zarazem diabolicznego. Podczas jego słuchania mam gęsią skórę i czuję się jakbym był w środku obrazu Hieronima Boscha The Seven Deadly Sins And The Four Last Things.

Hieronim Bosch „The Seven Deadly Sins And The Four Last Things”.

Następujący po nim Lust: „Maybe You’re The Same” brzmi trochę jak zagubiony kawałek The Who, ale z całą pewnością jest jednym z ciekawszych utworów na płycie, a skąpany w lśniącej popowej melodii i wspaniałych harmoniach wokalnych Envy: „I’m Talking As A Friend” jest jej kolejną perełką. Tekst jest właściwie histeryczny, ale trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś lepiej zinterpretował grzech zazdrości… Gluttony: „Something To Threaten Your Family” otrzymał odpowiednią oprawę w klimacie rockowej ballady. Co prawda pojawiające się dysonansowe dźwięki skrzypiec wprowadzają ponury nastrój grozy i przerażenia, ale ładnie brzmiąca, pół akustyczna gitara, harmonie wokalne i pojawiające się od czasu do czasu organy równoważą apokaliptyczne w swej wymowie dźwięki. No i na koniec z powrotem wracamy do momentu piekła i siarki. Zanim całość zakończy się zupełnie dziwną mieszanką popu i dźwiękowego kolażu jeszcze raz słyszymy utwór, który otwierał płytę. Tyle, że The Dismissal: „Twenty Thousand People” po przesłuchaniu wszystkich wcześniejszych utworów, nabiera jakby innego znaczenia.

 Po nagraniu pyty m

NEXT „Dusty Shoes” (1972)

Nie ma co ukrywać, że Kanada to nie tylko kraj pachnący żywicą, ale też żyzna gleba dla muzycznych archeologów poszukujących wciąż ukrytych muzycznych skarbów. Tym razem kompas pokierował mnie w środkową część kraju, do prowincji Manitoba, a konkretnie do jej stolicy, Winnipeg, leżącej u zbiegu dwóch rzek: Assiniboine i Red River, około 100 km na północ od granicy z USA. To tu, w połowie lat 60-tych działał pop rockowy zespół The Fifth. Lokalni bohaterowie na przestrzeni czterech lat nagrali pięć całkiem fajnych singli. Szczególnie podoba mi się  pierwszy z 1967 roku, na którym znalazł się cover The Troggs „Wild Things” i ostatni, nagrany trzy lata później z bluesową piosenką Johna D. Loudermilka „Tobacco Road”, która w 1964 roku stała się wielkim hitem w wykonaniu The Nashvill Teens. W 1970 roku The Fifth rozpadli się. Z piątki muzyków na placu boju został klawiszowiec o swojsko brzmiącym imieniu i nazwisku Jakub Grabowski, który pod koniec roku uformował kapelę o nazwie NEXT.

W jej składzie znaleźli się: gitarzysta Ralph Watts, perkusista Al Johnson, basista Brian Sellar i wokalista George Balanger (brat Mike’a i Ricka Belangerów z Five Man Electrical Band). Kwintet szybko zdobył kontrakt z Warner Brothers, a po letniej serii udanych koncertów wszedł do Eastern Sound Studios w Toronto, gdzie w tamtejszym  „Studio A” nagrał materiał na płytę. Album „Dusty Shoes” wyprodukowany w „surowy” sposób, czyli „bez zbytniego kombinowania przez Johna Pozera ukazał się w styczniu 1972 roku.

Muzyka na tym albumie, nieco progresywna w miejscach takich jak intro do znakomitego tytułowego utworu, to gustownie zaaranżowany hard rock oparty na organach i gitarze w stylu amerykańskich Blues Image. Jeśli już doszukiwać się rodzimych wzorców grupie blisko do rodaków ze Steppenwolf; wokalna modulacja Balangera bardzo przypomina Johna Kaya, co broń Boże nie jest zarzutem. To właśnie ten jego uduchowiony wokal z momentami subtelną dynamiką sprawia, że materiał brzmi ciężej niż się wydaje i pomimo surowej produkcji płyty słucha się jednym tchem. A zaczyna się ona od utworu „Which Way?” ze znakomitą współpracą na linii organy – gitara – wokal. W ciężkim, rock and rollowym „What Have I Done”  muzycy pokazują nam kolejną inspirację – zespołem Grand Funk Railroad. Fajnie rozwijający się numer szybko się jednak kończy (trwa niespełna trzy minuty ), a drzemał w nim niezły potencjał. Szkoda. Na szczęście wynagradza nam to dwa razy dłuższy, fantastyczny numer „Take Me With You”. Grabowski swoim Hammondem tworzy rockowo progresywne tło nakładające się na soulowy wokal George’a Balangera. Świetne bębnienie Ala Johnsona z  afrykańskimi rytmami popycha zespół w stronę Grand Funk z płyty „Survival”. Duch Marka Farnera i Otisa Reddinga wydaje się być tu wszechobecny. Z kolei „They Should Care” z ekstrawagancką gitarą Ralpha Wattsa jest jak skrzyżowanie pierwszego Bloodrocka z James’em Brownem… Z jaskiniowym basem, zjawiskowymi aranżacjami i efektami oraz burzliwym wokalem Belangera „Strange Mood” zmienia nieco rejestr w kierunku psycho barokowych Vanilla Fudge, Blues Magoos, czy Rhinoceros.

Drugą stronę oryginalnej płyty otwierają trzy krótkie numery (każdy po trzy minuty), ale żaden nie obniża równo zawieszonej poprzeczki. Pierwsze dwa: „Dreams” i „Be Free” przekonująco i z wielką skutecznością wracają na terytorium Grand Funk. W tym pierwszym gitarzysta zbliża do southern rocka, a sekcja rytmiczna pełna dobrze naoliwionych pomysłów fajnie wspiera chórki. Z kolei komercyjny „Be Free” mógłby uchodzić za klasykę repertuaru kolegów Marka Farnera. Wpadająca w ucho melodia i atrakcyjny riff gitary akustycznej nadają mu hippisowskiego charakteru tamtych czasów. Nie dziwię się, że piosenka został później wydany na singlu. Ostatni z tej trójki, „Don’t Let Go”, niemal wyprzedzał swój czas i dzięki Kansas wkrótce eksploduje w amerykańskich stacjach radiowych. To się nazywa mieć nosa… Na koniec zespół zafundował nam prawdziwe  fajerwerki w postaci dziewięciominutowego nagrania tytułowego.  Zaczyna się od ciekawego i wspaniałego intro na organach w stylu holenderskiego Focus, po czym z  wielką wokalną pasją i energią następuje ognisty rozruch całego zespołu, a więc liczne zmiany tempa,  akustyczne gitarowe wstawki, wspierające Hammond chórki i perkusyjne rytmy a la Keith Moon. Krótkie, następujące po sobie solówki podczas hipnotycznego pasażu przeradzają się w kolejną hard rockową eksplozję o niepohamowanej progresywnej skuteczności, a następnie dryfują w kierunku psychodelicznych urojeń. Kończy się to niespodziewanie w pseudo countrowym stylu pod wyraźnym wpływem LSD…

Tego typu album, pyszny produkt swoich czasów przez całe lata zapomniany przetrwa katastrofę nuklearną wraz z karaluchami. Wraz z osieroconymi perełkami takimi jak Alamo, Edgewood, Floating Opera, Harbor, Hokus Poke, Sweathog, Shotgun LTD, Houston Fearless i wieloma innymi będzie ozdobą każdej płytowej kolekcji. Szkoda, że Warner Bros nie zadbał wówczas o jego należytą promocję i dystrybucję, co przyczyniło się do rozpadu grupy w 1973 roku. Muzycy pojawili się później w The Guess Who, Harlequin i The Litter, co jedynie potwierdza wysoki poziom zespołu Next.

UNDER THE SUN „Under The Sun” (2000)

Nie tak dawno wkładając do odtwarzacza płytę amerykańskiego zespołu UNDER THE SUN uświadomiłem sobie jak ten czas szybko leci. Wydawało mi się, że ich jedyny album, który jest ze mną od chwili wydania ukazał się nie tak dawno. A tu proszę – tych lat minęło ponad dwadzieścia! Czy to możliwe? Aż tyle?! Smutne, że niewielu wspomina tę grupę, bo moim skromnym zdaniem ich jedyny studyjny album, „Under The Sun”, to muzyczny, popadający niestety w zapomnienie, klejnot. W 2000 roku wydała go legendarna, prog rockowa Magna Carta, wówczas znak dobrej jakości. W tej wytwórni pierwsze kroki w progresywnym świecie stawiały młode, nieznane jeszcze zespoły – była ona kołyską dla Shadow Gallery, Magellan, Enchant, Ice Age, Cairo…

Smutnym aspektem neoprogresywnych zespołów jest rozdźwięk między znakomitym, wirtuozerskim warsztatem muzyków, a tworzoną przez nich muzyką, często pozbawioną wyobraźni, linii melodycznej, rozwinięciem tematu. To jeden z tych powodów, dla którego dawno straciłem dla nich serce. Pozytywnym, choć oczywiście nie jedynym wyjątkiem, jest właśnie Under The Sun, z muzykę zapadającą w pamięć i wchodzącą głęboko pod skórę. Wgłębiając się w jej strukturę muszę stwierdzić, że termin „rock progresywny” do którego zakwalifikowano zespół, przynajmniej w tej bombastycznej, oczyszczającej i  uduchowionej postaci sięgającej katedralnych sklepień, nie do końca mi tu pasuje. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy szufladkują wykonawców naprawdę rozumieją, czym jest rock progresywny? Mędrzec zespołu, Chris Shryack, stwierdza, że bardziej podoba mu się określenie amerykańskiego dziennikarza, który nazwał ich muzykę (enigmatycznym dla mnie terminem) „cinematic art rock”.

Zespół Under The Sun na scenie

Grupa powstała na początku lat 90-tych w Cincinnati (Ohio) i zanim wydała płytę dużo koncertowała. Musieli być naprawdę dobrzy skoro mieli wspólną trasę z Dream Theatre. Ich muzyka, wymagająca skupienia i uwagi najgoręcej przyjmowana była przez studentów uczelni i uniwersytetów. Mimo zmieniających się mód i muzycznych trendów na przestrzeni całej dekady lat 90-tych byli ich wiernymi fanami. Wybaczyli nawet to, że na płytowy debiut musieli czekać całe dziesięć lat…

Front okładki płyty „Under The Sun” (2000)

Prawdopodobnie to najbardziej bezwstydnie uduchowiona i bezczelnie intelektualna art rockowa płyta od czasu „The Yes Album”. Porównania z jakąkolwiek erą Rush, wczesnym Yes i Genesis, niemieckim progresywnym rockiem z lat 70-tych, z riffami Dream Theatre i piosenkami w stylu Petera Hammilla wcale nie wydają się przesadzone. Poza tym w tej muzyce jest to „coś”, co sprawia, że jej słuchanie jest wielką przyjemnością.

Kompozycje mają świetne, niemetalowe brzmienie dzięki czemu unikają typowej dla  wielu prog metalowych zespołów pułapki –  charakterystycznego przesteru, który po stokroć powielany nuży, a nawet denerwuje. Muzycy Under The Sun są pewni siebie, grają z pasją podpartą doświadczeniem, którego brakuje większości dzisiejszym zespołom progresywnym. Oni niosą w sobie najlepsze cechy Yes, Genesis, Rush i Pink Floyd i śmiało mieszają je z innymi gatunkami tworząc własny styl. Z łatwością rozumiem też, dlaczego ten album podoba się fanom Kansas – Under The Sun naprawdę brzmi jak vintage Kansas, co nie znaczy, że są ich klonem. Daleko mi do takiego stwierdzenia. Wprawne ucho wychwyci tu wpływy Talking Heads, The Police (zwłaszcza w „Perfect Wold”), jazz fussion.  Nawiasem mówiąc, w jednym z wywiadów gitarzysta Kansas, Rich Williams, potwierdził, że są fantastyczni i powinni spodobać się fanom nie tylko jego grupy, ale całemu progresywnemu światu.

Akrobatyczna sekcja rytmiczna w składzie: Kurt Barabas (gb) i Paul Shkut (dr) napędza każdy numer bez żadnych ograniczeń i wszystko na tej płycie korzysta z ich energii. Myślę, że perkusista miał Neila Pearta za inspirację – jego rytmy mają te same, charakterystyczne cechy. Grający na klawiszach Matt Evidon jest integralną częścią zespołu, a Chris Shryak wywołuje drugą falę tsunami masą tonów i melodii zbudowanych i czerpiących z biblijnego dziedzictwa gitarowego. Wreszcie, mamy elegancki i niemal surrealistyczny wokal. Shryak, mający moc i ogromny zasięg, brzmi jak skrzyżowanie Chrisa Squire’a z technicznie wyszkolonym Ozzy Osbourne’em. Przypadek? Niekoniecznie. Wszak „Under The Sun” to także tytuł starego numeru Black Sabbath… Na tych wspaniałych wokalach i harmoniach skupia się pierwsze nagranie, „This Golden Voyage”. Podoba mi się także melodyjny śpiew w refrenie „Tracer” i dzięki Bogu, że nie ma tu wyciskanego z imadła wokalu. Do spółki z gitarowymi solówkami i melodią graną na fortepianie utwór trafia prosto w serducho.

Płyta została zmiksowana przez Terry’ego Browna, człowieka odpowiedzialnego za brzmienie wielu albumów grupy Rush. Jego wpływ słychać w linii basu w „Gardens Of Autumn”. Jeśli dźwięk gitary basowej nie przywodzi na myśl Geddy’ego Lee to widocznie słoń mi na ucho nadepnął. Kurt Barabas był muzykiem, który jako pierwszy zwrócił moją uwagę swoimi płynnymi liniami basu. Ma styl fusion, który bardzo mi się podoba, a w „From Henceforth Now And Forever (PS124)ma kilka naprawdę świetnych zagrywek, które pokazują jego talent i ogromne umiejętności. Z kolei perkusista, aby nadać piosenkom wysokiej jakości podkłady rytmiczny wykorzystuje w doskonały sposób talerze. Zawsze darzyłem głębokim szacunkiem perkusistów, którzy wiedzą, jak naprawdę grać na talerzach. Shkut pokazuje, że jest nie tylko świetny technicznie, ale interesujący pod względem  kolorytu i różnorodności.

Nie wdając się w szczegółowe opisywanie utworów powiem krótko: od „This Golden Voyage” przez podobny do Yes „Seeing Eye God”, aż po zamykające całą płytę floydowskie „From Henceforth Now And Forever (PS 124) każdy utwór ma swój własny, odrębny klimat. Dynamiczne „Gardens Of Autumn” otwiera się ciężkimi gitarami, syntezatorami i perkusją, a „Perfect World” z kilkoma wyśmienitymi solówkami gitarowymi ma inne brzmienie i jest jednym z najważniejszych numerów na płycie. Niesamowity „Breakwater” zaczyna się dudami i krzykiem mew, a do tego posiada znakomite bębny, organy i szalone melodie gitarowe. Zmiany tempa, mnóstwo gitarowych solówek, rześka perkusja – tak najkrócej można opisać 10-minutową mini suitę ” The Time Being”, która spodoba się nie tylko prog rockowym fanom… Indianin z plemienia Cheroke, Chief Running Bear, wprowadza nas w „Dream Catcher”. Organy zagęszczające brzmienie z palącym jak słońce gitarowym solem w końcówce utworu mają w sobie jakiś magnetyzm, co powoduje, że często do niego wracam. Jednak to wspomniany wyżej „From Hanceforth…”, w treści nawiązujący do biblijnego Psalmu 24, jest moim ulubiony kawałkiem tej płyty.  Dużo tu syntezatorów i gitar z bardzo fajną perkusją i solówką zagraną tym razem na basie, oraz odgłosami burzy i padającym deszczem na samo zakończenie. Całość utrzymana w duchu późniejszych Pink Floyd (bez Watersa) jest idealnym finałem wieńczącym album.

„Under The Sun” to nie jest ten rodzaj płyty, którą po kilku taktach można określić, czy się podoba, czy nie. Jak rzadko która wymaga skupienia i uwagi, nawet wielokrotnego wysłuchania zanim na dobre wciągnie.  A kiedy to się stanie może uzależnić – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Pamiętam, że przez długi czas nie opuszczała mojego odtwarzacza. Słuchałem jej co najmniej dwa razy dziennie. Piosenki zaczęły za mną chodzić, solówki powodowały ciarki, a melodie wbijały się w głowę i odbijały echem. Czego więcej można oczekiwać od TAKIEJ muzyki…?

Na koniec mała uwaga – pod żadnym pozorem nie słuchajcie jej w samochodzie! Ta muzyka potrzebuje oprawy (świece, czerwone wino) i najlepiej brzmi w domu. Słuchana z głośników w wyższych rejestrach głośności, lub na słuchawkach, które idealnie wyłapują ukryte smaczki, da nam maksimum przyjemności. Bo w muzyce o tę przyjemność chyba najbardziej nam chodzi.

Psychodeliczny zespół marzeń. MECKI MARK MEN (1967-1971).

Szwedzki MECKI MARK MEN prowadzony przez klawiszowca i wokalistę Claesa „Mecki” Bodemarka powstał w połowie lat 60-tych jako Mecki Mark Five  i w zasadzie nie różnił się od wielu im podobnych zespołów grając na dancingach w restauracjach. Na szczęście ambicje Bodemarka były dużo większe niż granie do przysłowiowego kotleta. Tym bardziej, że po głowie chodziły mu już zupełnie inne nuty.

Jego kariera rozpoczęła się wcześnie, w wieku 17 lat, gdy kupił swojego pierwszego Hammonda L-100. Na początku lat 60-tych dostał pracę jako muzyk studyjny w sztokholmskiej telewizji. Długowłosy klawiszowiec, który swoim wyglądem i sposobem bycia przypominał Mecki The Hedgehog, sympatycznego jeża z dziecięcej kreskówki z bujną czupryną na głowie, ubrany w kamizelkę i z nieodłącznym papierosem w ustach, dostał przydomek „Mecki”. Zanim założył Mecki Mark Five grał w sztokholmskich grupach The Adventurers i Nilla And The Blackbird, oraz w popularnej fińskiej formacji Savages.

Przełomowy moment dla niego i jego zespołu nastąpił podczas występu na sztokholmskim Experimental Jazz Festival w lipcu 1967 roku gdzie własnymi kompozycjami spod znaku psychodelicznego rocka z elementami jazzu i muzyki eksperymentalnej zaszokowali oniemiałą z zachwytu publiczność. To właśnie wtedy zadebiutowali pod nazwą MECKI MARK MEN.

W skład oryginalnego zespołu oprócz lidera wchodziło sześciu muzyków, którzy w lipcu 1967 zadebiutowali świetnym, choć nieco szalonym singlem „Midnight Land”/„Got Together”. Jesienią zostali zaproszeni do telewizyjnego programu „Popside”, a tuż po tym w sztokholmskim Philips Studio w dniach 25-26 października nagrali materiał na dużą płytę. Longplay pod niewyszukana nazwą „Mecki Mark Men” ukazał się pod koniec roku wydany (tak jak i singiel) przez szwedzki oddział Philipsa.

Od razu powiem – to nie jest garażowe łubu dubu, czy popowe pitu pitu, ale acid rockowa psychodelia, która bardziej stała się normą w późnych latach 60-tych i wczesnych 70-tych niż w 1967 roku. Ten album, którego podstawą jest awangardowy rock, z sitarem, tablą, organami, dętymi i wszystkim, co mogło podkreślić jego odurzoną atmosferę to kamień węgielny szwedzkiej undergroundowej sceny. A jest on tak psychodeliczny i tak odlotowy, że nawet najbardziej odjazdowe amerykańskie, czy niemieckie zespoły psych rockowe w tamtym czasie mogły jedynie pękać z zazdrości. Wszystko, od naćpanej, napędzanej organami mrocznej jazzowej psychodelii, przez rockowe eksperymenty, absurdalnie wspaniałe gitarowe sprzężenia w stylu Hendrixa, po uduchowiony wokal układa się w fascynującą całość. Nie ma tu żadnych wypełniaczy, a takie rzeczy jak „Opening”, „Free”, „I Have A Horse”, „Scream” i „Please” są po prostu monumentalne! Oczami wyobraźni widzę jak Mecki Mark Men wspólnie z Pink Floyd dzieli scenę w klubie UFO. To dopiero byłby odjazd!

Album został wydany w czterdziestu krajach, w tym także w USA (lipiec 1968). Amerykańska edycja wytwórni Mercury Limelight (notabene prowadzona przez Quincy Jonesa) miała nieco inną, choć na szczęście zbliżoną do oryginału, okładkę.

Tuż po wydaniu albumu zespół MMM (jak nazywano go w skrócie) skurczył się do kwartetu. W styczniu 1968 ruszyli w trasę z grupą Baby Grandmothers otwierając szwedzkie koncerty europejskiego tournée The Jimi Hendrix Experience. Genialny gitarzysta poznał ich wcześniej w legendarnym sztokholmskim Klubb Filips  i regularnie wykonywał własną wersję ich utworu „Tax Free”. Mało tego. Podczas trasy często jamował z muzykami na scenie, gdy ci przygotowywali się do występów. Jeszcze tego samego roku byli supportem dla Franka Zappy i The Mothers Of Invention w sztokholmskim Concert House. Wkrótce po tym grupa rozpadła się. Jednak Mecki Bodemark szybko odbudował zespół zapraszając do współpracy muzyków Baby Grandmothers. Była to idealna fuzja. Mecki na organach potrafił tworzyć przestrzenne dźwięki, których przed nim nikt tak nie robił. I miał piosenki. Z melodiami i tekstami. Wraz z muzycznym szaleństwem Baby Grandmothers byli grupą tamtych czasów. A nawet czymś więcej – psychodelicznym zespołem marzeń.

W dniach 16 stycznia- 5 lutego 1969 roku zrealizowali nagrania do płyty „Running In The Summer Night”. Album ukazał się we wrześniu 1968 tylko w USA. Szwedzcy fani musieli czekać na niego długie lata. Zremasterowana, kompaktowa wersja płyty trafiła do tamtejszych sklepów dopiero w… 2004 roku.

Jest coś tajemniczego w sposobie, w jaki Mecki Bodemark wyłania się z cienia okładki sugerując jakby czaiło się za nim coś złego, diabolicznego i niepokojącego. Ale spokojnie. Płyta jako całość zdecydowanie jest czymś więcej niż sumą poszczególnych części. To nie tylko znakomite piosenki, nie tylko świetny śpiew, czy doskonała produkcja. Jej wyjątkowość tkwi w mocy. Niesamowitej mocy.

Jimi Hendrix wywarł głęboki wpływ na muzyków w Szwecji, być może bardziej niż w jakimkolwiek innym (poza Anglią) kraju europejskim. Słychać to właśnie tutaj. Zresztą ten skład MMM nie krył faktu, że byli fanami Jimiego. I to nie tylko jeśli chodzi o jego gitarowy kunszt. Wokal Bodemarka, szczególnie we frazowaniu, bardzo przypomina Hendrixa, choć ten zawsze uważał, że jego wokalne zdolności są raczej ograniczone. Mile widziane są za to dzikie klawisze zawierające triki podobne do tych, jakich Hendrix używał na gitarze. Kenny Häkansson również imponuje swoją zręczną, często innowacyjną pracą na gitarze. Kolejnym i chyba największym atutem zespołu jest mocno już ugruntowane poczucie własnej tożsamości – wiele zespołów tej epoki cierpiało na zbytnią schizofrenię. Próbowanie różnych stylów, naciski wytwórni płytowych na hity, lub popychanie w bardziej komercyjne kierunki powodowały, że artyści nie czuli się komfortowo. Tych problemów tutaj nie widać. MMM byli bardzo pewni siebie i podobnie jak The Experience inspirowali się wieloma gatunkami nie zdradzając przy tym własnych dźwięków. Jest tam mnóstwo bluesa i psychodelii, odrobina kosmicznego, a w niektórych spokojniejszych momentach proto-progresywnego rocka ze śladami rhythm and bluesa, folku, jazzu i pojawiającego się sporadycznie beatu. Muzyka na dwunastu  utworach ) jest bardzo podobna do Vanilla Fudge (uduchowione wokale i organy Hammonda), The Jimi  Hendrix Experience (gitara wah-wah) i Cream (pędząca sekcja rytmiczna). Ta melodyjna, progresywna mieszanka rocka, bluesa i jazzu z gitarowymi, często ognistymi solówkami i bluesującym, wirującym Hammondem z dużą ilością zmieniającej się atmosfery brzmi bardzo gustownie. Każdy utwór jest godny wzmianki, ale ja skupię się na kilku. „Sweet Swede Girls” jeździ na proto-stonerowym rockowym riffie i zawiera dobrze zharmonizowane partie gitarowe i wokalne; „Future On The Road” to doskonały cios w rodzaju ostrego bluesa, których Graham Bond miał na pęczki do czasu nim poznał Dianę Stewart i zainteresował się magią i okultyzmem; „The Life Cycle” z nastrojowymi klawiszami i falą świetnych gitar to blisko 10-minutową mini suita, która mogłaby z powodzeniem dołączyć do set listy np. na płytę „Relics” Pink Floyd… „Running In The Summer Night” to na pewno album wolny od wypełniaczy, co w owym czasie nie wszystkim wychodziło.

Niedługo po wdaniu płyty zespół nakręcił film promocyjny do piosenek „Running In The Summer Night” i „Being Is More Than Life”, który został wyemitowany w szwedzkiej telewizji  w maju 1969 roku. Jesienią swoją popularność przypieczętowali licznymi występami telewizyjnymi, oraz trasą koncertową po Wielkiej Brytanii. W 1970 roku jako pierwszy szwedzki zespół rockowy wyruszyli w trasę po Stanach Zjednoczonych zakotwiczając się w Chicago, które było bazą wypadową do innych miast. Brali udział w festiwalach, na których grali m.in. z takimi wykonawcami jak Sly And The Family Stone, Mountain, Grand Funk Railroad, Jethro Tull, Paulem Butterfieldem, Muddy Watersem… Trasa zakończyła się bałaganem. Przebywali tam już trzy miesiące podczas gdy ich wizy były ważne przez 6 tygodni. Utknęli w pokoju hotelowym, którego nie mogli opuszczać i na który nie było ich stać. Obawiając się deportacji muzycy zaciągnęli dług u swojego menadżera. Ten, mając nadzieję, że spłacą go szybko zorganizował im nagranie trzeciego albumu na świętym, bluesowym gruncie – w chicagowskim Chess Studios. Wszyscy mieli nadzieję, że nowa płyta i kolejna trasa po Stanach pomoże zwiększyć sprzedaż i utrzymać kontrakty płytowe z Limelight i Phillipsem, które wkrótce się kończyły. Niestety obie wytwórnie wypięły się na grupę. Ostatecznie „Marathon” wydał szwedzki Sonet, a tantiemy z jego sprzedaży wystarczyły jedynie na pokrycie długu menadżerowi. Jak na ironię, pierwszy utwór z nowej płyt nosi tytuł „I’ve Got No Money”

Jak na album robiony pod presją i w pośpiechu „Marathon” okazał się całkiem spójnym krążkiem. To, co mamy, to ciepłe, uduchowione heavy rockowe brzmienie, coś w rodzaju osobistego, wyjątkowego podejścia do stylu Vanilla Fudge i wczesnego Deep Purple. Łagodne wokale w tle, świetne ciężkie riffy („Trip Trip Noodle”) i dłuższe, bardziej melodyjne kawałki („Some Reason”) sprawiają, że wszystko jest zróżnicowane. Intrygującym nagraniem jest dwuczęściowy „Ragathon” z akustyczną gitarą, sitarem, fletem i chichoczącym (prawdopodobnie odurzonym LSD) Bodemarkiem. Chociaż całość ma lekko popowy klimat lat sześćdziesiątych utwory są na tyle interesujące, że zachwycą niejednego malkontenta. Cały album utkany jest z gęstych i mocnych dźwięków. Może nie tak ciężkich jak na dwóch pierwszych, ale mimo wszystko to cholernie dobra płyta.

W 1972 roku zespół opuszcza Kenny Håkansson, a wraz z nim basista Pelle Ekman zakładając progresywną grupę Kebnekajse, co było równoznaczne z końcem MMM. Co prawda Mecki Bodemark próbował ją kilka razy reaktywować, ale nie udało mu się przywrócić dawnej świetności. Tylko jedno z tych wcieleń „objawiło” się na płycie. mowa tu o „Flying High” wydanej przez Kompass  w1979 roku z różnymi muzykami, między innymi ze znanym saksofonistą jazzowym Tommym Koverhultem grającym tu także na flecie, oraz Matsem Glenngårdem, skrzypkiem Kebnekajse.

„Flying High” jest zdecydowanie mniej znany niż ich trzy oryginalne albumy. I słusznie. To kiepski jazz rock z akcentami AOR. Radzę omijać go szerokim łukiem. Za to ciekawym wydawnictwem jest płyta „Stonehorse” zwierająca muzykę do… baletu napisana przez modernistycznego kompozytora Larsa Johana Werle’a wykonana przez Mecki Mark Men.

Nie trzeba dodawać, że bardzo różni się od „zwykłych” albumów zespołu. Co ciekawe, cała sesja zarejestrowana na taśmie w 1971 roku została odstawiona na półkę, gdzie przeleżała cztery dekady. Odnaleziona i oczyszczona została wydana przez Vesper Records na CD w 2010 roku. „Cała sesja” oznacza, że ​​poza główną 20-minutową tytułową suitą Werle’a otrzymujemy również sporo ciekawego, improwizowanego jamowania. Szkoda, że ten całkiem dobry materiał, o wiele bardziej eksperymentalny niż wszystko, co do tego czasu zespół zrobił nie ukazał się w tym dobrym dla zespołu okresie.

Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z nagraniami Mecki Mark Men, namawiam gorąco, by uczynił to jak najszybciej. Zapewniam, że warto!

Cyrk w piekle. NOAH „Brain Suck” (1972).

Tak rzadkie jak kurze zęby znaleziska zmuszają muzycznych archeologów do ciągłego kopania. Chwała też tym, którzy decydują się po latach wydać te nagrania na płytach tym bardziej, że album „Brain Suck” amerykańskiej grupy NOAH w epoce nie ujrzał światła dziennego. Aż do teraz.

Ten wspaniały, znany wąskiemu gronu amerykański zespół grający ciężkiego psychodelicznego rocka został założony pod koniec lat 60-tych w małym miasteczku Salem w Ohio, (nie mylić z Salem ze stanu Massachusetts znanym ze słynnego procesu czarownic z 1692 roku). Kwartet powstał z popiołów dwóch lokalnych grup garażowych: The Markees i The Sound Barrier. Ten pierwszy, w którym na basie grał Mark Schuering na początku był zespołem grającym na szkolnych potańcówkach, a później obrał kurs na psychodelię. O popularność rywalizował z zaprzyjaźnionym The Sound Barrier ukierunkowanym bardziej na granie ciężkiego garage rocka. Nagrany przez nich singiel „(My) Baby’s Gone”/„Hey, Hey” wydany w 1967 roku przez małą wytwórnię Zounds Records okazał się ich największym sukcesem, a „Hey, Hey” radiowym hitem wielu stacji radiowych w Ohio.

Mały bo mały, ale sukces nie do końca zadowolił dwóch jej członków. Perkusista Larry Davis i gitarzysta Paul Hess postanowili założyć nowy zespół zapraszając do niego Schueringa. Gdy do składu zwerbowali miejscowego czarodzieja klawiszy Dana Halla nazwali się Rain. Kiedy okazało się, że w okolicy istnieje zespół o takiej nazwie przemianowali się na Noah. Czyżby dlatego, że arka Noego pojawiła się po deszczu..?

Noah: Paul Hess (g), Mark Schuering (bg. voc.), Larry Davis (dr), Dan Hall (org.)

Mark Schuering napisał sporo oryginalnego materiału, do którego kilka muzycznych pomysłów dorzucili Hess z Davisem. Wspólnie zaaranżowane kompozycje stały się rdzeniem późniejszej płyty. Koncertowe początki nie były łatwe. Zazwyczaj grali w barach i klubach, do których przychodziła młodzież chcąca się bawić i tańczyć. Gdy grali hity i popularne covery tłumy ciągnęły za nimi od baru do baru, od klubu do klubu. Kiedy zaczęli wykonywać własne kompozycje w barach robiło się luźno i pusto. W końcu właściciele lokali przestali ich zapraszać.

Zdając sobie sprawę, że oryginalna, mroczna i ciężka muzyka zdominowana przez zabójcze organy Hammonda, twardą gitarę i potężny wokal nie ma racji bytu w rodzinnym Salem ruszyli w podróż po całym Ohio próbując wypromować ją i siebie. Krótka w założeniu podróż przekształciła się w kilkumiesięczną wędrówkę zahaczającą m.in. o Cleveland, Nowy Jork, Pittsburgh… Promotorzy koncertów widząc duży potencjał zespołu chętnie zapraszali go do udziału w występach gwiazd. Tym samym mieli okazję otwierać koncerty The Glass Harp, James Gang, BB Kinga, The Nice, Canned Heat… Brak szczęścia, a może przede wszystkim brak odpowiednich kontaktów i wiedzy o muzycznym biznesie sprawił, że zostali bez kontraktu.

W 1972 roku niespodziewanie pojawiła się szansa nagrania płyty pod okiem słynnego producenta Kena Hammana (Grand Funk Railroad, Bloodrock, Terry Knight And The Pack) w Cleveland. Skromny budżet pozwolił im sfinansować sesję. Wystarczyło na nagranie sześciu utworów. Przygotowali się do niej perfekcyjnie. Pierwszego dnia zrealizowali instrumentalne partie, następnego wokale i miksy. Tak więc płyta „Brain Suck” powstała w dwa dni. Z gotowymi taśmami pukali do drzwi różnych wytwórni płytowych szukając chętnego do ich wydania. Bez skutku. Zniechęceni wrócili do Salem i grania coverów zmieniając nazwę na Thanks.

W 1995 roku część materiału dostała się w ręce Ala Simonesa, szefa niezależnej wytwórni Head Records, który wydał go na winylu pod tytułem „Brain Suck”. Niby wszystko się zgadza, ale…

Okładka nieoficjalnego wydania płyty „Brainn Suck” (Head Records 1995).

No właśnie. Przede wszystkim zrobił to bez wiedzy i zgody zespołu, a przy tym nie ustrzegł się kilku błędów. Ot choćby taki: otwierający płytę utwór „Why Should I Care” nie jest kompozycją Noah a Sound Barrier. Zmieniona została kolejność nagrań, nie mówiąc już o tym, że jakość dźwięku była, mówiąc delikatnie, fatalna. Nie mniej limitowany nakład (350 egz.) rozszedł się błyskawicznie.

Na oficjalne wydanie trzeba było czekać aż do roku 2021! 14 maja katalońska wytwórnia Guerssen wypuściła na rynek podwójny winyl i oczyszczoną wersję CD  z dodatkowymi nagraniami.

Oficjalne wydanie „Brain Suck” (Guerssen Records 2021)

Pierwsza część to oryginalny album nagrany w Cleveland Records. Muzyka przywołuje tu ciężką atmosferę zbliżoną do suity „Fruit And Iceberg” Blue Cheer z polotem Sir Lord Baltimore i grozą Fraction. Momentami odnoszę wrażenie jakbym jednocześnie słuchał Iron Butterfly, Steppenwolf i Vanilla Fudge na mocnym haju. Rozmyta garażowa psychodelia miesza się z niekoniecznie miłymi dla wielu jęczącymi sprzężeniami, ciężkim Hammondem i kąśliwymi partiami gitar kotłującymi się wysoko pod kopułą cyrku. Tyle, że ten cyrk jest w piekle – tak jest gorąco! Zespół częstuje nas też progresywnym mocarnym brzmieniem, który po tej stronie Atlantyku, zwłaszcza w tak wczesnym okresie, był prawie niesłyszalny. Słychać go  w „Good Earth” gdzie jesteśmy częstowani podobnymi wibracjami. Pod względem tekstowym ceremonialne wokale przypominają proto-metalowe zespoły spod znaku Black Sabbath i Pentagram. Wszystko stoi na dużo wyższym poziomie niż większość znanych mi do tej pory zapomnianych undergroundowych kapel. Trudno też wyobrazić sobie fana „podziemnej” psychodelii tamtych czasów, który nie byłby pod wrażeniem tej płyty. Jednak jeśli ktoś nie przepada za długimi improwizowanymi kawałkami z pewnością zadowoli go bonusowy pakiet z dużo krótszymi i mocniejszymi kawałkami.

Tylna strona podwójnego, winylowego wydania „Brain Suck” (2021)

Te dodatki to m.in. wczesne demo Noah z utworami „Nature’s Lament”„Black Mother Nature”, które nie znalazły się na „Brain Suck”, Zapewne dużo większą radość muzycznym archeologom sprawi sześć nagrań Sound Barrier zawierające fantastyczny, napędzany gitarami zabójczy psycho/hard/rock. Z pośród dwóch demo moje szczególne zainteresowanie wzbudziło sześciominutowe „We Wanna Be Free” z rozkołysanym Hammondem i gitarową kauteryzacją mający w sobie ten szczególny typ bezczelnego optymizmu, który zawsze mnie rajcował. Rzecz jasna nie mogło tu zabraknąć jedynego, dziś praktyczni nieosiągalnego singla „(My) Baby’s Gone”/„Hey, Hey”. Mało kto wie, że piosenka ze strony „A” pierwotnie nosiła dużo mniej komercyjny tytuł, „Brain Disturbance”. Zmieniono go w ostatniej chwili, tuż przed tłoczeniem małej płytki. W 1968 roku, gdy do grupy nieoficjalnie dołączyła młoda wokalistka Pat Pshishnic mająca wspaniały, bluesujący głos w stylu Janis Joplin i Grace Slick, zespół nagrał z nią dwa covery: „I Can’t Explain” The Who i  „Greasy Heart” Jefferson Airplane. To cud, że po tylu latach oba te nagrania nie zaginęły stając się kolejnym rarytasem tego wydawnictwa. Wydawnictwa, którego nie powinni przegapić nie tylko fani amerykańskiego ciężkiego rocka początku lat 70-tych!