T2 „It’ll All Work Out In Boomland” (1970)

Z T2 było tak jak z cywilizacją egipską. Pojawiła się nagle w pełni ukształtowana, zadziwiła świat i… zniknęła. Myślę, że T2 w Polsce nie powinno być nazwą całkiem nieznaną, odkryta przez tę garstkę osób, która zadała sobie trud dotarcia do zapomnianego zespołu. Ale przecież dobra muzyka zawsze znajdzie swych odbiorców. Co najwyżej będzie ich niewielu. Kiedy płytę tę poleciłem przed laty jednemu ze swoich przyjaciół, dla którego nic poza Led Zeppelin nie istniało mówiąc, że przy odrobinie szczęścia mogli stać się zespołem większym od Zeppelinów, obruszył się na mnie. Przez jakiś czas w ogóle do mnie nie zaglądał, nie odzywał się. Kiedy w końcu zadzwoniłem do niego, telefon odebrała jego żona. Na pytanie co dzieje się z moim przyjacielem, odpowiedziała: „Zdzichu zwariował. Przez cały czas w domu słucha wciąż jednej i tej samej płyty. Jakieś „te ileś tam”, czy coś takiego”.

T2 to trzech muzyków: Keith Cross (gitara i instrumenty klawiszowe), Peter Dunton (perkusja i wokal) i Bernard Jinks (bas). Debiutancka płyta „It’ll All Work Out In Boomland” wydana w 1970 roku, zawiera tylko cztery nagrania. Pisanie o niej , że jest świetna, genialna, doskonale wyprodukowana jest stereotypem. Ale na Boga, wszystkie te określenia pasują idealnie! Słuchając tej płyty po raz pierwszy nie wierzyłem, że zespół z TAKĄ muzyką nie przebił się w epoce. I zaraz nasunęła mi się myśl, że historia muzyki rockowej powinna być napisana jeszcze raz. Ze szczególnym uwzględnieniem Keitha Crossa, który w tym momencie miał… 17 lat! Już w pierwszym utworze prezentuje wszystko czego szukamy w hard progresywno-rockowej muzyce lat 70-tych. Zagrane z nieprawdopodobnym feelingiem, z lekkością dostępną tylko garstce gitarzystów na świecie. Grał na czarnym  Gibsonie Les Paul ze złotym osprzętem. W trzecim utworze zamienił go na chwilę na Fendera i przez moment zagrał bardzo delikatne solo. Powrócił po chwili do swego podstawowego instrumentu i przyłoił. Tak z głębi serca, z czeluści swej duszy, po swojemu! To właśnie on wywarł ogromny i niedający przecenić się wpływ na brzmienie zespołu pomimo, że za cały repertuar odpowiadał perkusista  Peter Dunton. Grał bardzo sprawnie, wręcz ekwilibrystycznie, nie stroniąc od eksperymentów z artykulacją, czy akordami. Patrząc z dzisiejszej perspektywy jego dynamiczne popisy porównać można z techniką tak wielkich wioślarzy jak Jeff Beck, czy Robert Fripp. A może inaczej powiem – powinniśmy go postawić na równi obok nich, bo o żadnym kopiowaniu w tym wypadku mowy być nie może. Nie zapominajmy, że debiutancki album nagrywany był w 1969r!

W muzyce T2 ciągle coś się dzieje. Częste zmiany tempa i klimatu przyprawiają o zawrót głowy. I o ile sprawny technicznie gitarzysta jeszcze sobie z tym poradzi to przecież jest jeszcze reszta kapeli, w tym perkusista, dla którego takie łamańce to zabójstwo. Ale Peter Dunton wszystko to gra tak jakby to był najprostszy rytm na świecie (czyli słynne 4/4). Karkołomne przejścia  i zmiany rytmu w połączeniu ze śpiewem wydają się dla niego tak oczywiste, naturalne i proste jak bułka z masłem. Do tego Bernard Jinks na basie idealnie, można wręcz powiedzieć że wzorcowo, uzupełnia perkusistę.

Początków grupy T2 szukać można w roku 1967, kiedy to zdolny perkusista Peter Dunton, zainteresowany grą Mitcha Mitchella i Keitha Moona udzielał się w różnych zespołach. Początkowo z Rodem Harrisonem (potem w legendarnym Asgard), dwoma niemieckimi muzykami i Bernardem Jinksem tworzył Neon Pearl, a następnie występował z grupą Flies. W sumie nagrał z nimi materiał na trzy płyty, które ukazały się na rynku, tyle że dopiero pod koniec… lat 90-tych! Współpracował także z braćmi Gurvitz w The Gun i Bulldog Breed. Tam też  poznał nastoletniego, ale wielce utalentowanego gitarzystę Keitha Crossa.  Po kilku miesiącach Dunton pożegnał się z braćmi Gurvitz. Postanowił spróbować  raz jeszcze, od zera i założyć własną grupę. Przekonał do swego pomysłu Jinksa i Crossa. Tak narodziło się trio o dość banalnej nazwie Morning, które  po kilku miesiącach Dunton zmienił na dużo bardziej enigmatyczną T2.

Trio T2 na scenie. Od lewej:Bernard Jinks, Peter Dunton, Keith Cross.
Trio T2 na scenie. Od lewej:Bernard Jinks, Peter Dunton, Keith Cross.

Specjaliści od promocji i wyszukiwania talentów szybko zwrócili uwagę na grupę podczas koncertów. To był ten okres, kiedy zapotrzebowanie na zespoły łączące wpływy hard rocka z rockiem progresywnym było olbrzymie, więc szybko zaproponowano im nagranie dużej płyty. Trio weszło do istniejącego od 1967 roku Morgan Studios w Willesden na północy Londynu i – jak to wtedy bywało – w ekspresowym tempie nagrało materiał, który Decca Records wydała dokładnie 31 lipca 1970 r. na płycie, z bajkową okładką, zatytułowaną „It’ll All Work Out In Boomland”. W prasie z tego dnia próżno byłoby doszukać się wzmianki o tym albumie. Tego samego dnia bowiem brytyjskie Royal Navy zerwała z wielowiekową tradycją wydzielania grogu dla swych marynarzy i zapewne ta informacja doczekała się większej liczby komentarzy niż niejeden rockowy klasyk.

T2 "It'll All Work Out In Boomland" (1970)
T2 „It’ll All Work Out In Boomland” (1970)

Nie brakowało wówczas na Wyspach Brytyjskich kapel, które eksplorowały te same rejony muzyczne co T2. Wystarczy, że wspomnę choćby takie jak Arzachel, Aquila, Wind, Sunday, czy Hannibal. Ale żadna nie robiła tego z taką mocą. Jak już wspomniałem na wstępie płyta zwiera tylko cztery kompozycje, z których najkrótsza trwa niecałe sześć minut, zaś najdłuższa aż dwadzieścia jeden. Już to daje dużo do zrozumienia jaka muzyka się na nim znalazła. Jak najbardziej jest to rock progresywny w połączeniu z ciężkim, hard rockowym brzmieniem.

Już pierwsza minuta otwierającego album utworu „In Circles” wbija w fotel! To utwór znakomity! Tętniący rytm na 7/4, ostry gitarowy motyw, niezauważalne, naturalne przejścia od surowości do wręcz nostalgicznych, romantycznych kawałków. Do tego notorycznie „rzężąca” gitara, szalejący Dunton, który przebiera pałeczkami konstruując ścianę perkusyjnych dźwięków, „dołujący” bas podkręcający jednostajnie rytm, który wprowadza tę heavy metalową kompozycję do krainy hipnozy i rockowego obłędu. Całość brzmi tak, jakby trójka młodzieńców bawiła się w szerokim spektrum tonów zmieniając co rusz kierunek poszukiwań. W okolicy szóstej i pół minuty zaczyna się psychodeliczna partia solowa bębnów, a w tle Cross jakby od niechcenia trąca struny swego Gibsona Les Paula w manierze gitarzysty jazzowego. Finał to istna kakofonia przewalająca się jak lawina przez uszy odbiorcy. Wierzyć się nie chce, że jest ich tylko trzech. To tylko początek, bo potem jest jeszcze… lepiej! Oto temat melodyczny drugiego nagrania „J.L.T” (które potem zostało rozszyfrowane jako „Jolly Little Tune”) zagrany na fortepianie w duecie z gitarą akustyczną poraża balladowym pięknem. Ile tutaj czaru, czarodziejskich smug dźwięku, delikatności. Wsparte to wszystko wibrafonem i subtelną partią perkusji, która jednak powoli nadaje kompozycji coraz większej dynamiki, aż do podniosłego finału, z udziałem instrumentów dętych. Na płycie nie ma żadnej wzmianki o dodatkowych muzykach biorących udział w tworzeniu płyty, przeto podejrzewam, że sekcja dęta została „wyczarowana” na klawiszach przez Crossa. W „No More White Horses” ponownie mamy do czynienia z rozpędzonym czołgiem dodatkowo napędzanym bliską wściekłości masywną, „jazgotliwą” i rzężącą partią gitary. To jest prawdziwy kompozycyjny majstersztyk – tyle tu różnych tematów, interludiów z kilkoma wstawkami fortepianu, partii śpiewanych i solowych z których można by ułożyć suitę. Wejście sekcji dętej powoduje, że rozpiera mnie duma i chciałoby się  na skrzydłach wzlecieć ponad poziomy! Genialne rozwiązanie. Najbardziej błyszczy tu jednak Keith Cross, który zagrał w „No More…” nie tylko liczne solówki gitarowe, ale także przepiękną partię na fortepianie. Termin wirtuozeria jest tu jak najbardziej na miejscu. Nota bene cover tego intrygującego utworu nagrał dwadzieścia dwa lata później szwedzki Landberk na płycie „Lonely Land”.

Bez żartów, ale te trzy nagrania to tylko… przystawka przed daniem głównym. Dopiero w finałowej, 21-minutowej suicie „Morning” muzycy w pełni rozwijają swoje skrzydła, grają bez żadnego skrępowania. Zaczyna się bardzo zwyczajnie – akustyczna gitara Crossa i wyraźny bas Jinksa towarzyszy stonowanemu śpiewowi Duntona, który brzmi popowo-psychodelicznie, czasem zahaczając wręcz o folkowy zaśpiew. Z biegiem czasu zmieniają się nastroje i warstwa instrumentalna. Wchodzi partia perkusji, a gitara akustyczna zastąpiona zostaje elektryczną i utwór nabiera większej dynamiki i ciężaru. Ale wciąż jest prosto i melodyjnie – aż do połowy czwartej minuty, kiedy rozpoczyna się długa, piętnastominutowa część improwizowana. Trzeba naprawdę wielu przesłuchań aby ogarnąć  wszystko, co tu się dzieje! Od ciężkich fragmentów z ostrymi gitarowymi solówkami, przez orkiestrowy rozmach po dziwne psychodeliczne dźwięki. Pojawiają się świetnie rozpisane na głosy chórki.  Do tego połamane rytmy, smugi fortepianowe, a pomiędzy tym wszystkim słyszymy melodyjne fragmenty z niekiedy zaspanym, tkliwym wokalem, które jeszcze bardziej podkreślają szaleństwo instrumentalnych improwizacji. Prawdziwa fontanna dźwięków. Najbardziej porywający, skomplikowany rock pełen furiackich, pędzących na złamanie karku motywów, ciekawych pomysłów w zakresie brzmienia i rytmów – słowem kwintesencja rocka przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku!

Tył okładki
Tył okładki

Tuż po wydaniu albumu grupa T2 ruszyła w trasę po Zjednoczonym Królestwie biorąc także udział w słynnym Festiwalu na Wyspie Wight występując obok Jimiego Hendrixa.  Ten widząc T2 na scenie po raz pierwszy z niedowierzaniem kręcił tylko głową. Zespół był sporą sensacją koncertową, ale co z tego skoro sprawę zawaliła beznadziejna  Decca Records.  Nie dość, że promocja bardzo kulała (pytanie, czy w ogóle była?) to na dodatek wytwórnia nie wytłoczyła wystarczającej ilości egzemplarzy It’ll All Work Out In Boomland” przez co publiczność miała utrudniony dostęp do kupna debiutanckiej płyty! Jakby tego było mało, wktótce z T2 rozstał się Keith Cross. Mówiło się, że głównym powodem jego odejścia było przemęczenie spowodowane wyczerpującymi koncertami, oraz konfliktem z Peterem Duntonem. Twierdzono też, że nie wytrzymał ciśnienia i narastającej z każdym dniem coraz większej popularności do której mentalnie nie był przygotowany. Wystraszony zamieszaniem wokół swojej osoby. – gitarzystę zaczęto głośno już określać mianem nowego Claptona – chciał po prostu odpocząć.  Mimo to zdążył jeszcze z kolegami nagrać materiał na drugą płytę, którą roboczo nazwali „Fantasy” Płytę równie doskonałą jak debiut! Niestety album ten nie wyszedł poza formę acetatu, bo wytwórnia odrzuciła przygotowany  przez T2 materiał! Ludzie z Decci widocznie mieli problemy ze słuchem i płyta nigdy się nie ukazała. To znaczy ukazała się, ale… dwadzieścia siedem lat później!

T2 to jeden z tych nielicznych zespołów, który nigdy nie zaznał sławy, mimo że naprawdę miał wszelkie ku temu predyspozycje: własny, prawdziwie oryginalny (żeby nie powiedzieć prekursorski) styl, a także bardzo uzdolnionych muzyków tworzących niebanalne kompozycje. Z całą świadomością mogę stwierdzić, że nie zauważenie tej grupy było jedną z największych pomyłek w historii muzyki rockowej!

BIRTH CONTROL „Operation” (1971); „Live” (1974)

W połowie 1966 roku dwa berlińskie zespoły: The Earls i The Gents rywalizujące do tej pory ze sobą na lokalnej scenie muzycznej o względy publiczności postanowiły połączyć swe siły i powołać do życia nową grupę. Marzyły im się trasy po Niemczech i Europie. Marzyło im się nagrywanie płyt. Fani obu formacji nie mieli nic przeciwko temu zjednoczeniu. Nie mogli jednak zrozumieć jednego – dlaczego nowo powstała formacja nazwała się tak dziwnie: BIRTH CONTROL (ang. antykoncepcja)!? Ze strony muzyków była to świadoma prowokacja. Zresztą kontrowersje pozamuzyczne, przysparzające im mimo wszystko dodatkowej sławy, ciągnąc się będą za BIRTH CONTROL  jeszcze długo.

Pigułka antykoncepcyjna jaką amerykanie wypuścili po raz pierwszy do powszechnego użytku w 1960 roku o nazwie Envoid, była prawdziwą bombą i szokiem  dla konserwatystów, natomiast zrewolucjonizowała myślenie nowego pokolenia. Ta malutka, niepozorna z wyglądu tabletka spowodowała lawinę, która ruszyła pędem ku nieuchronnej rewolucji obyczajowej. Nagle planowanie rodziny i zapobieganie ciąży stało się pewniejsze i łatwiejsze, a seks bezpieczniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Zaraz potem pojawili się Beatlesi ze swoimi długimi za uszy włosami i „krzykliwym” rock’n’rollem; zaangażowanie USA w wojnę w południowo-wschodniej Azji zjednoczyło całe młode pokolenie na czele których stali hippisi głoszący pacyfistyczne hasła i wyznający wolną miłość… Krok po kroku rewolucja obyczajowa i seksualna stała się faktem!

Ta daleko posunięta swoboda obyczajowa i rozluźnienie moralnych rygorów poważnie zaniepokoiła Watykan. Dzieło „naprawy świata” rozpoczął jeszcze Jan XXIII, dokończył Paweł VI, który w encyklice „Humanae vitae” jednoznacznie potępił wszelką sztuczną antykoncepcję jako wynalazek szatana. Zdecydowana większość katolików jakoś zbytnio nie przejęła się „odgórnymi” zarządzeniami Kościoła i w najlepsze stosowała pigułki.  Zresztą i w łonie samego Kościoła doszły głosy  sprzeciwu biskupów z Kanady (tzw. „dokument z Winnipeg”), którzy otwarcie sprzeciwili się swojemu zwierzchnikowi. „Owszem, encyklika tak, ale bądźmy też liberalni!” Tego w Kościele nie było od stuleci! Zwłaszcza, że do Kanadyjczyków dołączyli inni: Amerykanie i Holendrzy. I w zasadzie do dziś nic się w tej sprawie nie zmieniło. Kolejni papieże potępiali antykoncepcję, a zdecydowana większość wiernych ignorowała to i robiła swoje.

Berlińczycy z BIRTH CONTROL od samego początku nie kryli, co myślą o „Humanae vitae”. Już sama nazwa zespołu wybrana świadomie w reakcji na encyklikę Pawła VI była rozmyślnie prowokacyjna, a do tego doszły jeszcze okładki płyt. Debiutancki krążek z 1970 roku „Birth Control”  zarejestrowany dla niewielkiej  wytwórni Metronome wydany był w specyficznym okrągłym opakowaniu imitującym pudełeczko z pigułkami antykoncepcyjnymi.  Muzyka na tym albumie w dużej mierze oparta była na jazz rocku, choć słychać też wpływy zespołów pokroju The Doors. Zresztą jeden z utworów tej amerykańskiej grupy „Light My Fire” znalazł się na tej debiutanckiej płycie.

Wydany rok później „Operation” zdobiła jeszcze bardziej kontrowersyjna, rozkładana okładka: mrówczany potwór zjada porzucone niemowlęta. Całej scenie przygląda się zachwycony papież! Sugerowano, że z twarzy bardzo przypomina Pawła VI. Oczywiście większość sklepów odmówiła eksponowania takiej okładki na wystawie. Zespół stworzył więc alternatywną jej wersję, na której znalazła się fotografia dwóch prezerwatyw. W Niemczech jakoś to przeszło, lecz w  Anglii był z tym spory kłopot. Nie mniej zamieszanie z okładką, zrobione świadomie czy też nie, okazało się  doskonałym chwytem marketingowym, bowiem album sprzedał się bardzo dobrze. I aby nie skupiać się li tylko na prowokacjach grupy, kilka słów muszę powiedzieć o muzyce z tego naprawdę wyśmienitego albumu.

BIRTH CONTROL "Operation" (1971). Cała okładka.
BIRTH CONTROL „Operation” (1971). Cała okładka.

Można byłoby pomyśleć, że skoro BIRTH CONTROL pochodzili z Niemiec pewnie zaliczyć ich można do krautrocka, czyli niemieckiej odmiany angielskiego rocka progresywnego. Nic bardziej mylnego, choć muzycy owszem, lubili sobie od czasu do czasu poeksperymentować. Mieszali rock progresywny z hard rockiem i psychodelią, doprawionym dość specyficznym, solidnym wokalem gitarzysty Bruno Frenzela, który nie bał się wprowadzać do swego śpiewu soulowych ozdobników. Sporo w ich graniu wszechobecnych dźwięków organów Hammonda na których „wyżywał” się Reinhold Sobotta. Rzecz jasna nie brakuje tu też konkretnych, masywnych gitarowych riffów, rozpędzonych partii opartych na gitarowo-organowych wymianach, zmian tempa i nastroju. Do tego trzeba pochwalić kapitalnie współpracującą ze sobą sekcję rytmiczną, którą tworzyli  basista Bernd Koschmidder i perkusista  Bernd Noske pełniący także funkcję drugiego, równorzędnego  wokalisty. Oczywiście muzycy prochu nie wymyślili, ale trzeba przyznać, że grali naprawdę zawodowo.

BIRTH CONTROL 1971r.  Stoją od lewej: Bruno Frenzel, Bernd Koschmidder, Bernd Noske, Reinhold Sobotta
BIRTH CONTROL 1971r. Siedzą od lewej: Bruno Frenzel, Bernd Koschmidder, Bernd Noske, Reinhold Sobotta

Już otwierający płytę utwór „Stop Little Lady” bardzo dobrze wprowadza w klimat całości. Jest ostry, gitarowy riff, są zmiany tempa, mocny hard rockowy śpiew  z domieszką soulowych klimatów. Sobotta wydobywa ze swego Hammonda szeroką paletę barw i dźwięków grając długie organowe solo. Organy rządzą także w „Just Before The Sun Will Rise” w głównej mierze oparty na dynamicznym, galopującym rytmie. Oczywiście nie brakuje tu czadowych gitarowych popisów i śpiewu. Jednak to właśnie poczciwy Hammond wysuwa się przed pozostałych na plan pierwszy i to on decyduje o kolorycie całości. Reinhold Sobotta oprócz szalonych popisów na organach zasiada także do fortepianu w wyśmienitym protest-songu „The Work Is Done” (w którym wykorzystany został motyw z „Etiudy Rewolucyjnej” Chopina) i w finałowej, rozbudowanej kompozycji „Let Us Do It Now” gdzie po długiej, klasycyzującej introdukcji pojawia się piękna  fortepianowa ballada rozwijająca się w podniosłą kompozycję. Na koniec klawiszowiec dodatkowo sięga po melotron, całość ubarwiają efektowne orkiestracje, zaś Bruno Frenzel daje upust swym soulowym ciągotom! Świetne zakończenie albumu. Ale  w środku mamy jeszcze perełkę w postaci „Flesh And Blood” zbudowaną na całkiem chwytliwym motywie  z wokalnym dwugłosem Frenzela i Noskego. Fajnie przeplatają się tu partie gitarowe i organowe, które ładnie się nawzajem uzupełniają. Jest też próbka flirtu z czarną, funkującą muzyką w „Pandemonium”, do którego pasują te soulowe naleciałości w głosie wokalisty. Na początku lat 70-tych dopadło to wielu hardrockowców z różnym jak wiemy skutkiem. BIRTH CONTROL ten egzamin zdali pomyślnie.

Kompaktowa reedycja albumu „Operation” wydana przez Repertoire Records zawiera kilka interesujących  singlowych nagrań. I tak „Hope” to zgrabnie zmieszany rock, organowe szaleństwa i elementy soulu. „Rollin” – rockowe boogie ze stylowymi fortepianowymi ozdobnikami Sobotty. Z kolei „What’s Your Name” oparty jest na mocnym gitarowym riffie, a piosenka o uroczym tytule „Believe In The Pill” to prosty czadowy hard rock.

Bardzo dobra sprzedaż płyty zaowocowała podpisaniem nowego kontraktu ze znaną wytwórnią CBS, ale przyniosła też zmiany w składzie. Tuż przed jego podpisaniem zespół opuścił Reinhold Sobotta. Wydany w styczniu 1973 roku krążek „Hoodoo Man” nagrany z nowym klawiszowcem stał się wkrótce – podobnie jak poprzednik – dużym sukcesem komercyjnym, ale także i sukcesem artystycznym. Zespół rozwijał swój unikalny styl. Nowe kompozycje za sprawą bardzo śmiałych aranżacji gitarowych granych z motywami klawiszy imitujących riffy gitary(!), oraz rozszerzone partie improwizowane okazały się strzałem w dziesiątkę i stały się wielkim hitem. Do tego głos Bernda Noske wciąż się rozwijał. Z czasem został okrzyknięty jednym z najlepszych niemieckich wokalistów. Również jako perkusista poczynił bardzo wielkie postępy. Tak wielkie, że uznano go za „niemieckiego Gingera Bakera”! Jego doskonałą grę możemy podziwiać na koncertowej podwójnej ( w wersji analogowej) płycie wydanej rok później pod wszystko mówiącym tytułem „Live”.

BIRTH CONTROL "Live" (1974)
BIRTH CONTROL „Live” (1974)

Nie było już w składzie założyciela grupy, Bernda Koschmiddera, który odszedł od kolegów jeszcze przed nagraniem czwartej płyty zatytułowanej „Rebirth”. Panowie Frenzel i Noske dobrali sobie nowych muzyków i ruszyli w dużą trasę po Niemczech. I trzeba obiektywnie przyznać, że nowi muzycy stanęli na wysokości zadania. Płyta „Live” do dziś oceniana jest przez niemieckich fanów za „najlepszą niemiecką rockową płytę koncertową”. Zawiera tylko pięć nagrań. Kapitalne, rozimprowizowane granie oparte głównie na współbrzmieniu hard rockowych gitar i wszelkiego rodzaju klawiszy (głównie Hammondów). Takie skrzyżowanie „Made In Japan” Purpli z koncertową częścią „Ummagummy” Floydów! Słucha się tego wybornie i z zapartym tchem. I szczerze powiem, że gdy wkładam ten kompakt do odtwarzacza trudno mi się później z nim rozstawać. Niewątpliwie jest to świetne podsumowanie najlepszego okresu w karierze zespołu.

Rzecz jasna nie mogło się obyć bez kolejnego małego skandalu. Album zapakowany był w kontrowersyjną (jakże by inaczej!) okładkę: muzycy siedzą w starej, odkrytej, czarnej  limuzynie, ubrani jak amerykańscy gangsterzy z lat trzydziestych XX wieku. Uzbrojeni po zęby w pistolety maszynowe strzelają do… dziecięcego wózka, tzw. „spacerówki” stojącej tuż przy  drodze pod drzewem.

Zespół BIRTH CONTROL aktywnie działał aż do 1983 roku, gdy zmarł gitarzysta i wokalista Bruno Frenzel. Po dziesięciu latach śpiewający perkusista Bernd Noske powołał do życia nowe wcielenie BIRTH CONTROL funkcjonujące przez kolejne dwadzieścia lat – aż do śmierci Noskego 18 lutego 2014. Naliczyłem, że na przestrzeni tych lat pod nazwą BIRTH CONTROL ukazało się ponad 30 albumów (dokładnie 34!). Gorąco zachęcam do zapoznania się przynajmniej z pierwszymi pięcioma, które tu wymieniłem. Zaś płyty „Operation”„Live” będące częścią podstawowego kanonu muzyki rockowej powinny obowiązkowo znaleźć się na półce każdego szanującego się fana (nie tylko niemieckiego) rocka lat 60-tych i 70-tych.

 

 

 

MASTER’S APPRENTICES „Choice Cuts” (1971); „Nickelodeon” (1971); „A Toast To Panama Red” (1972)

O tym, że australijski rock z lat 70-tych miał się dobrze pisałem w październiku 2015 roku przedstawiając płyty takich zespołów jak Blackfeather, Buffalo, Kahvas Jute, czy też Tamam Shud. Dwa miesiące później trafiły do moich rąk trzy płyty grupy MASTER’S APPRENTICES. Na ich kompaktową reedycję czekałem kilka lat. Na szczęście moja cierpliwość została w końcu wynagrodzona.

Cała historia zaczyna się w 1965 roku, kiedy to do grupy The Mustangs grającej w pubach w Adelajdzie dołączył, pochodzący ze Szkocji , wokalista Jim Keays. The Mustangs grali muzykę instrumentalną w stylu The Shadows. Pod wpływem Keaysa zespół zainteresował się muzyką Johna Lee Hookera, Jimmiego Reeda, Elmore’a Jamesa, Muddy Watersa. Mustangs zmienili wkrótce nazwę na MASTER’S APPRENTICES, a wraz z nią zmienił się też ich styl. Zaczęli grać ostrego, garażowego rock and rolla w stylu Pretty Things i wczesnego Them Vana Morrisona. Z czasem kompozycje gitarzysty i autora tekstów Micka Bowera stały się bardziej wyrafinowane, refleksyjne i pomimo młodego wieku nad wyraz dojrzałe. Wydany w 1967 roku debiutancki album „Master’s Apprentices” zawierał świetny freakbeat w stylu The Yardbirds i Creation. Wyróżnić w nim można takie kompozycje Bowera jak „Wars Or Hands Of Time”, „Theme For A Social Climber”  czy „Tired Of Just Wandering”. Australijska prasa dostrzegła w nich duży potencjał określając zespół „największą nadzieją ostrego rock’n’rolla piątego kontynentu”. Niestety gitarzysta nie wytrzymał presji ciśnienia jakie na nim spoczęło i doznał załamania nerwowego. Za namową lekarzy odszedł od zespołu i zerwał wszelkie kontakty z show businessem. To był szok dla wszystkich. Przyszłość zespołu stanęła pod znakiem zapytania. Jim Keays postanowił jednak dalej kierować zespołem, który po kilku zmianach personalnych wydał w 1969 roku drugi album zatytułowany „Masterpiece”. Tym razem było w nim więcej popu w połączeniu z rockiem podlanym odrobiną psychodelii. Album być może trochę nierówny, na swój sposób jednak czarujący. Grupa zdobywała coraz większą popularność i uznanie krytyków. Koncerty gromadziły coraz większą publiczność. Repertuar stawał się bardziej zadziorny, wręcz hard rockowy, do którego  wprowadzali elementy rocka progresywnego, o dziwo nie rezygnując przy tym z pięknych i chwytliwych melodii. Utarło się powiedzenie, że  MASTER’S APPRENTICES są tym dla Australii kim The Doors byli dla Ameryki, a Rolling Stones dla Anglii. I kiedy wydawało się, że wszystko idzie w jak najlepszym kierunku, nagle nastąpił w grupie kryzys i pytanie: co dalej? 

Master's Apprentices w Londynie 1971r.
Master’s Apprentices w Londynie 1971r.

Poważnie myśleli o wyjeździe na stałe do Stanów. Stanęło jednak na tym, że wiosną 1970 roku zjawili się w Wielkiej Brytanii dając serię znakomicie przyjętych koncertów. Zaowocowało to bardzo szybko podpisanym kontraktem płytowym z wytwórnią EMI, co z kolei otworzyło im możliwość nagrania płyt w słynnych Abbey Road Studios. Miejscu magicznym,  gdzie swe płyty nagrywali w tamtym czasie The Beatles i Pink Floyd. W miejscu, w którym kreowano rewolucyjne dźwięki. I pewnie magia tego studia zadziałała także podczas pracy grupy MASTER’S APPRENTICES nad ich albumami. Pierwszy z nich okazał się objawieniem i wielkim skokiem artystycznym.

Master's Appretinces "Choice Cuts" (1971)
Master’s Appretinces „Choice Cuts” (1971)

Ten trzeci w dyskografii grupy album, „Choice Cuts”, to obłędne i całkiem melodyjne granie w klimacie Cream, Jethro Tull, Tamam Shud i Wishbone Ash. Łatwo wpadające w ucho melodie oparte na ciężkich gitarowych riffach Douga Forda. Płytę otwiera rewelacyjna trzyminutowa piosenka „Rio Di Camero”. Z akustycznymi, w stylu hiszpańskiego flamenco, zagrywkami gitary akustycznej i bardzo charakterystycznym, wysokim głosem wokalisty. Delikatnie zaczyna się także „Michael” – drugi utwór na płycie –  przerywany ostrymi jak brzytwa cięciami gitary elektrycznej wspartej ciężką sekcją rytmiczną  (Glenn Wheatley bg.; Colin Burgess dr.). Krótkie nagrania, ale ile się w nich dzieje. Groźnie jest w „Easy To Lie” z pulsującym, mocnym  basem i mrocznym śpiewem Keaysa a la Ozzy Osbourne. Granie jest wyrafinowane. Nawet w tak delikatnej balladzie jak „Because I Love You”  zespół nie wpada w sztampę. Ostrzejsze motywy wykonywane są ze swobodą, finezją i wielkim wyczuciem stylistyki rockowej. Na tej płycie nie ma nudy. I nie ma banałów! Dostrzegła to brytyjska prasa muzyczna, która wystawiła płycie rewelacyjne recenzje. Dodam jeszcze, że gustowną okładkę z eleganckim, wyściełanym skórą antycznym krzesłem i tajemniczą „bezcielesną” ręką trzymającą zapalonego papierosa zaprojektowała słynna firma Hipgnosis. Ta sama, która projektowała okładki dla Pink Floyd!

W Australii płyta „Choice Cuts” odniosła olbrzymi sukces, osiągając 11 pozycję na liście najlepiej sprzedających się albumów roku 1970, zaś single z utworami „Turn Up Your Radio” i „Because I Love You” zajęły odpowiednio 7 i 12 miejsce na tamtejszej liście „Top 20”. Po takim sukcesie zespół zrobił sobie urlop wyjeżdżając na antypody dając, niejako przy okazji, koncert w Teatrze Nickelodeon w Perth. Na całe szczęście ktoś wpadł na pomysł, by występ ten zarejestrować na taśmie z myślą opublikowania go później na płycie.

Master's Apprentices "Nickelodeon" (1971)
Master’s Apprentices „Nickelodeon” (1971)

Ten nagrany w listopadzie 1970 roku i wydany na winylu wyłącznie w Australii koncert należy do czołówki najlepszych „żywców”. Wolne, intensywne i ciężkie granie. Na dodatek niemal wszystkie kompozycje (pięć z sześciu zamieszczonych) nosiły premierowy charakter. Ten jedyny wyjątek to znana już i przebojowa piosenka „Because I Love You”. Utwory wykonywane są w mrocznym, wolnym tempie, przez co nabierają specyficznego, mosiężnego charakteru. Coś w stylu debiutu Black Sabbath, który na swej drodze spotyka Iron Butterfly, a może jeszcze mroczniej, jeszcze ciężej. Tak jest w otwierającym to wydawnictwo, doskonałym  „Future Of Our Nation”.  Dużo tu instrumentalnego, improwizowanego grania, a więc to, co osobiście uwielbiam na tego typu wydawnictwach. Uwagę zwraca „Evil Woman” znany z drugiej płyty brytyjskiego Spooky Tooth. Tutaj bardzo rozciągnięty w czasie. To jedna z najlepszych wersji jakie znam – najeżona świetnymi, gitarowymi improwizacjami, z dynamicznymi ostrymi zagrywkami przechodzącymi w wyciszone i natchnione impresje. Zespół był naprawdę w doskonałej formie. Błyszczą tu wszyscy. Nie tylko gitarzysta, ale również tętniąca życiem , potężna sekcja rytmiczna. No i ten wybijający się na plan pierwszy wysoki, charakterystyczny głos wokalisty Jima Keaysa. Pierwsza liga światowa!  Żałować należy tylko, że nie wydano go w Europie. Album ten bowiem śmiało można postawić na równi z takimi „żywcami” jak „Made In Japan” Deep Purple, czy „Live At Leeds” The Who.

Wrócili do Wielkiej Brytanii 15 maja 1970 roku i wkrótce potem w „Studio Nr.2” na Abbey Road zaczęli nagrywać  swoją czwartą studyjną płytę, Ukazała się ona w styczniu 1972 roku i nosiła tytuł „A Toast To Panama Red”.

Master's Apprentices "A Toast To Panama Red" (1971)
Master’s Apprentices „A Toast To Panama Red” (1971)

Już po pierwszym przesłuchaniu słychać, że zespół wciąż się rozwijał. Wszystkie nagrania nadal cechowała pewna niebanalna przebojowość, co absolutnie nie jest i nie powinno być zarzutem. Wciąż była to muzyka urzekająca swą melodyką, przemyślanym wykonaniem, do tego operująca dobrym klimatem. Zespół ewoluował w stronę coraz ambitniejszych rejonów. W nagraniu „Games We Play Part I” kolorytu dodało wprowadzenie chóru, a w jego części drugiej melodeklamacji. Pojawiły się też trąbki w „Love Is” zaś dźwięki akustycznej, 12-strunowej gitary, na której zagrał Doug Ford pochodziły z gitary wypożyczonej od samego Hanka Marvina z The Shadows, którego tak uwielbiał Ford. Słychać też echa muzyki Led Zeppelin, Black Sabbath i Wishbone Ash. Moim zdaniem trudno wyobrazić sobie lepsze , klasyczne rockowe granie niż to zaprezentowane na tym albumie. Zespół wypracował swój własny styl z porywającą i emanującą szczerym entuzjazmem syntezę tego, co w muzyce rockowej jest najlepsze. Czy można wyobrazić sobie lepszą mieszankę?

Niestety album przepadł w Wielkiej Brytanii. Trudno dziś ocenić, co było tego przyczyną. Brak reklamy, może słaba promocja? Bo przecież nie brakowało muzykom ani talentu, ani muzycznej wyobraźni, ani tym bardziej wysokich umiejętności. Ian McFarlane w swojej „Encyklopedii australijskiego rocka i popu” (1999r.) napisał, że album „A Toast To Panama Red” był „…jednym z wielu bezpowrotnie straconych skarbów australijskiego rocka progresywnego tamtej epoki”. Niestety – miał całkowita rację.

Przepadł też zespół MASTER’S APPRENTICES poszerzając grono wykonawców, którym nie udało się zaistnieć w świadomości szerszego grona odbiorców. I w sumie trudno mi zrozumieć dlaczego ten wspaniały i kryminalnie niedoceniany zespół nie stał się wielki poza Australią…