SCORPIONS „Lonesome Crow” (1972)

Niemiecka grupa SCORPIONS kojarzona jest dziś z wielkich przebojów lat 80-tych i 90-tych takich jak „Wind Of Change”, „Still Loving You”, „Send Me An Angel”, „No One Like You” etc. śpiewanych na koncertach z nieodzownym atrybutem – tysiącem zapalonych zapalniczek trzymanych w wyciągniętych wysoko dłoniach. Jednak na początku swej działalności, a w szczególności na swym debiutanckim albumie „Lonesome Crow” grali zupełnie inaczej. Album zaliczany jest do arcyciekawego zjawiska zwanego krautrockiem, czyli niemieckiej odpowiedzi na brytyjski rock progresywny, które zaowocowało całą rafą pereł muzycznych. „Lonesome Crow” po dziś dzień pozostaje najwybitniejszym artystycznym dokonaniem tego gatunku i należy do najściślejszej czołówki najlepszych albumów w całej historii rocka!

Początki grupy sięgają roku 1965, kiedy to Rudolf Schenker, oraz Karl Heinz-Vollmer, Wolfgang Dziony i Achim Kirchoff postanowili dać upust swym artystycznym aspiracjom powołując do życia zespół SCORPIONSRudolfowi przypadła rola wokalisty i gitarzysty. Tego właśnie instrumentu zazdrościł mu jego dużo młodszy brat Michael marzący o własnej gitarze. Jakież było jego zdziwienie, kiedy na swe jedenaste urodziny Rudolf podarował mu nowiuteńkiego Gibsona Flying V mówiąc, filuternie przy tym mrużąc oczy „Jak się nauczysz na niej grać, będziesz miał każdą panienkę”. Dodatkowo motywował go do gry oferując mu jedną markę za każdy nauczony utwór. Ale Michael nie potrzebował zachęty. Całymi dniami i  nocami zamknięty w swym pokoju brzdąkał na swej gitarze „odgrażając” się bratu: „Będę lepszy od ciebie! Będę najlepszy na świecie”. Nikt tych słów  wówczas nie brał na serio…

Mimo niedostatków wokalnych starszego Schenkera, niespecjalnych umiejętności gitarowych Vollmera, SCORPIONS dorobili się statusu klubowej gwiazdy w Hanowerze. I tu na scenę wchodzi ojciec obu braci.  Widząc niedostatki w grze gitarzysty przyprowadza pewnego dnia na próbę swą najmłodszą latorośl. Michael daje popis gry na swym Gibsonie, który dosłownie lata mu w rękach wydobywając przy tym niesamowite dźwięki. Cały zespół osłupiał z wrażenia! I chwilę potem podziękował grzecznie młodemu gitarzyście, czym wprawił w osłupienie tak seniora rodu jak i juniora. Ten ostatni poczuł się bardzo urażony odmową przyjęcia do zespołu, a największy żal odczuwał do swego starszego brata.

Niedługo potem Michael znalazł pocieszenie w grupie Cry, będącą jak się wkrótce okaże groźną konkurencją dla SCORPIONSÓW. Na tyle groźną, że ponownie ojciec namieszał na lokalnej scenie. Za jego sprawą niepełnoletni Michael dostał zakaz wstępu do nocnych klubów, gdzie odbywały się ich występy tłumacząc, że syn najpierw musi skończyć szkołę. Młody Schenker musiał poszukać sobie nowych kolegów.

Długo nie szukał i omijając szerokim łukiem zespół Rudolfa (ku niezadowoleniu ojca) dołączył do grupy COPERNICUS. Tam natknął się na niejakiego Klausa Meine, wokalistę i rówieśnika swego starszego brata. Tym razem rodzice nie ingerowali w plany syna widząc jakie postępy czyni ich latorośl, tym bardziej , że opieką nad nieletnim miał zająć się Meine. Poza tym tak się szczęśliwie złożyło, że Copernicus i SCORPIONS odbywali próby w tym samym miejscu. Rudolf z zazdrością i podziwem spoglądał na sukcesy Copernicusa – nie dość, że mieli wspaniałego wokalistę i gitarzystę, to na dodatek wykonywali własny repertuar w przeciwieństwie do jego zespołu, którego repertuar w głównej mierze opierał się na coverach. Czas było więc porzucić dumę, pojednać się z bratem i zreformować swój zespół. I tak w styczniu 1970 roku do zespołu Rudolfa oraz Wolfganga Dziony’ego dołączyli Michael Schenker, Klaus Meine oraz basista Lothar Heimberg.

Scorpions 1968 - 1972

Odnowiony zespół SCORPIONS  zaczął tworzyć własne kompozycje (bracia Schenkerowie) i pisać teksty po angielsku, a więc w tym uniwersalnym rockandrollowym języku (Meine i pozostali członkowie). Zaczęli zyskiwać coraz większy rozgłos. Znany brytyjski reżyser filmowy John Schlesinger zaproponował im nawet współpracę i wykorzystał ich muzykę do filmu dokumentalnego o tematyce antynarkotykowej, o czym dziś już raczej się nie pamięta. Ale to wydarzenie spowodowało, że tym sposobem trafili na legendarnego niemieckiego producenta nagraniowego, Conny’ego Planka. Plank podpisał z nimi kontrakt i wkrótce potem wziął ich do studia Brain Records, gdzie pod jego okiem zespół nagrał swój debiutancki album „Lonesome Crow” , który został wydany w 1972 r.

SCORPIONS - "Lonesome Crowe" (1972)
SCORPIONS – „Lonesome Crowe” (1972)

Podobno, kiedy w latach 80-tych puszczono fragmenty tego albumu Rudolfowi Schenkerowi ten nie rozpoznał swego dzieła. Tak bardzo inna jest to muzyka od tej, do której i my skłonni jesteśmy zazwyczaj zespół SCORPIONS kojarzyć. Album wspaniale zachowuje klimat muzyki z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, a przy tym ujmuje oryginalnością i różnorodnością, łącząc w sobie wiele stylów. Mamy tu więc i hard rock o progresywnych rozwinięciach i psychodelię i jazzowo – orientalne wtręty, a także  folk. Dopatrzyć się tu można wpływów King Crimson, Pink Floyd, ale też Deep Purple i Led Zeppelin. Przede wszystkim jednak płyta objawia światu jeden z największych talentów gitarowych ery rocka: siedemnastoletniego wówczas Michaela Schenkera. To on jest główną atrakcją płyty, to on jest (wraz z bratem) twórcą całej muzyki, choć reszta wcale nie odstaje od tego wysokiego poziomu. W myśl ówczesnej cudownej prawidłowości, każdy z muzyków trzymający w ręku instrument muzyczny grał w zespole „pierwsze skrzypce”, każdy był postacią pierwszoplanową.

Lonesome Crow” to siedem mistrzowsko wykonanych niezwykle pięknych , nastrojowych i wciągających kompozycji. Każdy dźwięk jest doskonale przemyślany i doskonale współgra z pozostałymi. Pełno tu zmian tempa, melodii i klimatów, a także długich gitarowych pasaży i solówek. Są też zagrywki transowe, eksperymenty brzmieniowe, elementy psychodelii i orientalizmy. Cały album aż kipi od pięknych melodii, świetnych pomysłów i rozwiązań. Już rozpoczynający album „I’m Going Mad” ze swoją intensywną bujającą rytmiką osadzoną gdzieś blisko Deep Purple, jest swoistym przedstawieniem nieprzeciętnych osobowości: wspomnianego już gitarzysty, ale także Klausa Meina – wokalisty o charakterystycznej, czystej barwie, dużej sile i skali głosu. Zaczyna się od perkusyjnego wstępu, dalej dołączają kolejno: gitara rytmiczna, mocny bas i solówka młodszego Schenkera. Partia wokalna (częściowo mówiona, częściowo wykrzyczana) pojawia się dopiero w połowie utworu. Odwrotnie jest w „It All Depends” gdzie krótki tekst pojawia się na samym początku, a potem następuje galopada instrumentalistów  – tym razem kojarzące się z Black Sabbath. Balladowo – progresywnie ze szczyptą psychodelii robi się w „Leave Me”; wierzyć się nie chce, że napisał to ktoś kto jeszcze nie miał w kieszeni dowodu osobistego. 17-latek z Hanoweru stworzył coś, do czego wielu gitarzystów pracujących całe życie nad swoim warsztatem, nie miało okazji się nawet zbliżyć. Pod względem aranżacyjnym jednym z najciekawszych momentów albumu jest „In Search Of The Peace On Mind”. Po mocnym otwarciu wchodzi chóralna partia a capella, po której rozpoczyna się balladowa część utworu. W połowie utworu mamy nagłą zmianę klimatu – ostre dźwięki gitary prowadzą do ostrego, wykrzyczanego przejmującego finału. „Action” to dynamiczny, nieco jazzujący kawałek zbudowany na mocnej linii basu. Zresztą przez cały album gitara basowa jest bardziej słyszalna od rytmicznej, co jest zresztą wielkim plusem tej płyty.

Największe jednak wrażenie robi zamykający album, ponad 13-minutowy utwór tytułowy. Najdłuższy jaki grupa nagrała w całej swej długiej karierze. A także jedno z ich największych arcydzieł, pełne zmian tempa, nastroju i motywów mogący kojarzyć się z Pink Floyd. Psychodeliczny klimat, oniryczny bas na początek, za chwilę zryw i obłędne solo Michaela. Potem eksperymenty brzmieniowe a la Hendrix, swingujący bas i ponownie gitarowe odjazdy w stylu King Crimson. No i najbardziej niezwykły wątek:  uspokojenie i hipnoza jak w środkowej części „Fools” Deep Purple. Do momentu, kiedy Michael Schenker przedstawia swą kapitalną kreację. Klimat staje się nieco orientalny, a gitarzysta zachwyca wielką dojrzałością i polotem w budowaniu pięknych, natchnionych fraz. Tak około dziesiątej minuty pojawia się  najpiękniejsza solówka nie tylko na tym albumie, ale zarówno w dyskografii SCORPIONS jak i Michaela Schenkera. Koda tego arcydzieła to ponowne hard rockowe grzanie, które kończy jeden z najwspanialszych albumów w historii rocka!

Niedługo potem skład personalny zespołu trochę się posypał. Michael Schenker jako pierwszy opuścił SCORPIONS przyjmując posadę gitarzysty w angielskiej grupie UFO ( na miejsce Berniego Marsdena). Rudolf był niezwykle dumny ze swego brata, choć jednocześnie martwił się o przyszłość grupy. Tym bardziej, że zrażony sytuacją Lothar Heimberg postanowił odejść, a on sam z Klausem zostali powołani do wojska. Wcześniej Klaus zapowiadał, że nie widzi szans na lepszą przyszłość i także opuszcza zespół.

Po zespole SCORPIONS pozostała jedna płyta i …długi. Wytwórnia zerwała kontrakt twierdząc, że „bez Michaela Schenkera ten zespół jest skończony”. Jednak Rudolf Schenker nie zamierzał tak łatwo się poddać. Po odbyciu służby wojskowej natknął się na niesamowitego gitarzystę Urlicha Rotha i razem z nim zaczęli odbudowywać zespół SCORPIONS na nowo. Ale to już inna historia.

SCORPIONS - "Lonesome Crow" reedycja albumu z 1982r.
SCORPIONS – „Lonesome Crow” reedycja albumu z 1982r.

Album „Lonesome Crow” ukazał się w wielu wersjach. Już w 1972 roku Brain Records wydał go pod dwoma tytułami. Ten drugi nosił nazwę „The Original”. Reedycje ukazywały się także jako „Gold Rock”, „Action” i „Starlight”. Poszczególne wersje różniły się także okładkami – najbardziej interesująca jest ta z roku 1982, na której wykorzystano obraz Rodney’a Matthewsa. Na szczęście zawartość muzyczna pozostawała niezmiennie ta sama. „Samotny Kruk” jest bowiem dziełem doskonałym i skończonym w każdym, nawet najdrobniejszym, szczególe.

Festiwalowy kanał czyli „Strange Is This World”

Jeśli jest druga połowa czerwca i rusza Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, to oznacza, że lato (a co za tym idzie  i wakacje) są już tuż tuż. Kilka dni później  moja synowa, Ewelina, spytała mnie, czy oglądałem w telewizji ów festiwal i czy mi się podobało? Na pierwszą część pytania odpowiedziałem, że tak, oglądałem. Na drugą zaś odparłem jakimś ogólnikiem typu: „I tak. I nie”, gdyż nie mogłem udzielić wtedy jednoznacznej odpowiedzi. Bo tak po prawdzie, to nie wiem, czy było to święto polskiej muzyki rozrywkowej za jaką zawsze od wielu, wielu lat uważało się ten festiwal, czy też był to po prostu kolejny program rozrywkowy wyprodukowany przez Telewizję Polską. Od kilku ostatnich lat odnoszę takie wrażenie, że formuła tego festiwalu weszła w kanał z którego nie potrafi w żaden sposób się wydostać. Po raz kolejny pod rząd jesteśmy karmieni wspomnieniami muzycznymi (czyt. piosenkami) sprzed  lat w wykonaniu znanych, ale wciąż tych samych opatrzonych niemal do znudzenia artystów, lub też w wykonaniu amatorów o poziomie których szybko należałoby zapomnieć (koncert „Debiuty” z piosenkami Skaldów). Nie bardzo też rozumiem, dlaczego Telewizja uparła się, by koncerty zapowiadane były przez kabareciarzy, których oglądamy niemal na co dzień, a nie przez konferansjerów, jak to było w zwyczaju od zarania tego Festiwalu? Poziom tych zapowiedzi w połączeniu z mini scenkami był naprawdę żenujący.

A przecież jeszcze kilka dekad temu na relację radiową, czy telewizyjną z Opola czekało się z niecierpliwością. To właśnie ta stolica polskiej piosenki odkrywała nam nowe głosy, nowe twarze, nowe zespoły. To Opole kreowało i wyznaczało kierunki artystyczne naszej rodzimej piosenki: folkowej, big bitowej, poezji śpiewanej. Pamiętam momenty takie jak ten, że gdy kończyła się transmisja telewizyjna szybko przełączaliśmy się na odbiorniki radiowe i słuchaliśmy Opola do białego rana. I to w tych nocnych przekazach były słynne „Kabaretony” podczas których dostawało się ówczesnej władzy ludowej za wszystko o czym głośno  nie można było powiedzieć, a udawało się to zrobić w licznych kąśliwych jak żądła os skeczach. Tu też słuchaliśmy rockowych koncertów, a przecież ta muzyka  była jeszcze  symbolem „zgniłego zepsutego Zachodu”.

Po tegorocznym Opolu naprawdę nie wiem w jakiej kondycji jest polska piosenka rozrywkowa. Gdzie i w jakim kierunku podąża. I nie wiedzą chyba tego również sami organizatorzy wpuszczeni w ślepy kanał, z którego jak już wyżej wspomniałem sami nie nie widzą wyjścia. Tak więc Ewelinko, znasz już teraz  moją odpowiedź na postawione przez Ciebie pytanie.

Na osłodę, tuż potem, sięgnąłem sobie po płytę wykonawcy, który zawsze będzie kojarzył mi się z opolskim Festiwalem. Przez lata swej kariery uwielbiany przez jednych, nienawidzony przez drugich. Artysta niepokorny, zawsze chodzący swoimi drogami. Bez wątpienia osobowość wybitna pod każdym względem. CZESŁAW NIEMEN. I jego płyta „Strange Is This World”.

Czesław Niemen - "Strange Is This World" (1972)
Czesław Niemen – „Strange Is This World” (1972)
Czesław Niemen - "Strange Is This World" -tył okładki
Czesław Niemen – „Strange Is This World” -tył okładki

Dlaczego akurat sięgnąłem po tę płytę? Może z przekory. Może z potrzeby posłuchania czegoś niekomercyjnego. A może dlatego, że po prostu dawno jej już nie słuchałem.

To była pierwsza z dwóch płyt nagrana dla amerykańskiej wytwórni CBS (europejski oddział Columbia Records). Zaśpiewana po angielsku i nagrana z „freejazzowym prorokiem” –   kontrabasistą Helmutem Nadolskim, oraz z Józefem Skrzekiem, Apostolisem Anthimosem i Jerzym Piotrowskim, a więc z muzykami, którzy wkrótce potem powołają do życia zespół SBB. Płyta nie jest łatwa w odbiorze. Powiem więcej – jest trudna nawet jak na dzisiejsze standardy, wymagająca dużego skupienia. To był początek najbardziej awangardowego okresu twórczości NIEMENA. Ten w pełni progresywny album zawierał cztery (w tym dwie dłuższe) kompozycje z  rozbudowaną wersją utworu „Dziwny jest ten świat„. Wersją mogącą szokować lub fascynować. „Starałem się wprowadzić coś nowego, oryginalnego do rocka” – komentował artysta to, co przytrafiło  mu się w tym okresie. I udało się. Albowiem album „Strange Is This World” to zapis niemalże rewolucji muzycznej. I kolejny dowód, że NIEMEN wspiął się na tej płycie na wyżyny zarezerwowane tylko dla najwybitniejszych Artystów. I z tych wyżyn nigdy już nie zszedł o czym wszyscy dobrze wiemy i pamiętamy.

ARMADA „Beyond The Morning” (Unreleased Recordings 1972-1974)

ARMADA to kolejny przykład na to, jak wiele jeszcze zostało do odkrycia w starym brytyjskim rocku. Obok grupy Captain Marryat (o której pisałem już wcześniej) jest to jedno z moich wielkich osobistych odkryć ostatnich lat.

Główną postacią w tym zespole był Sammy Rimington – kompozytor wszystkich utworów, ale przede wszystkim kapitalny saksofonista, grający także na flecie, klarnecie i gitarach. Swoją muzyczna przygodę zaczął od wspólnych występów jazzowych w Szwajcarii z nowoorleańskim klarnecistą George’em Lewisem mając zaledwie 18 lat. Przed utworzeniem  ARMADY grał w różnych grupach jazzowych, a nawet sam powołał do życia jedną z nich nazywając ją,  dość banalnie, Sammy Rimington Band.

Wokalista Terry Cook (obecnie Cassidy) obdarzony fajnym, ciepłym głosem zaczynał od śpiewania w kościelnym chórze parafialnym, ale wkrótce potem przerzucił się na muzykę pop i rock. Współpracował z różnymi grupami, ale jak dla mnie to, co nagrał z zespołem Ginhouse (LP „Ginhouse” 1971) jest niesamowite, piękne i cudowne. Tak jak i cała płyta, bardzo przestrzenna, przypominająca Wishbone Ash, co prawda bez karkołomnych improwizacji, ale urzekająca niepowtarzalnym klimatem. Swoją drogą warto jej będzie poświęcić nieco więcej miejsca w Rockowym Zawrocie Głowy w niedalekiej przyszłości.

Urodzony w Hollywood Brian Stanley jako dziecko przybył z rodzicami do Anglii. Będąc dziesięciolatkiem nauczył się grać na basie, a mając lat osiemnaście został członkiem ARMADY. Po kilku latach wrócił do Stanów i jako muzyk sesyjny brał udział w nagraniach takich wykonawców jak The Beach Boys, Bryan Adams, czy Waterboys.

Perkusista Alan ‚Sticky’ Wicket grał wcześniej w różnych jazzowych i rockowych formacjach w Birmingham. Do dziś współpracuje z takimi artystami jak Brian Ferry, Mark Knopfler, Van Morrison, Bryan May i wielu innymi znakomitościami.

Ostatni ze składu, gitarzysta i pianista Geoff Skates od najmłodszych lat zafascynowany był Beatlesami, Stonesami, ale także uwielbiał Johna Coltrane’a,  Buddy Richa i Milesa Davisa. Tuż przed wstąpieniem do ARMADY grał w zespole Blue Mountain, która dość regularnie w tym czasie otwierała koncerty grupom Audience, May Blitz i okazjonalnie Genesis.

Płyta „Beyond The Morning” zawiera, jak głosi podtytuł, niepublikowane nagrania z lat 1972-1974.

Armada - "Beyond the Morning" (1972-1974)
Armada – „Beyond the Morning” (1972-1974)
Armada - "Beyond the Morning" (1972-1974) - tył okładki
Armada – „Beyond the Morning” (1972-1974) – tył okładki

Tak się zdarzyło, że ARMADA poza dwoma singlami nie wydała w epoce dużej płyty. Być może zabrakło im prężnego menadżera, odpowiedniej reklamy, może odrobiny szczęścia. Jednak na pewno nie zabrakło im ogromnego potencjału i talentu! Mamy tu bowiem do czynienia z muzyką przez duże „M”. Jest to absolutnie majstersztyk czystego progresywnego grania w połączeniu z jazz rockiem na bardzo wysokim poziomie. Coś dla miłośników King Crimson, Franka Zappy, starego Genesis. Płyta nie jest łatwa i od razu chwytająca za serce. Wymaga od słuchacza skupienia i uwagi choć nie jest aż tak trudna w odbiorze. Zapewniam, że znam bardziej zakręcone i trudniejsze w odbiorze płyty niż „Beyond The Morning„. Wchodzi ta muzyka do uszu powoli, ale jak już wejdzie, nie idzie się od niej uwolnić. Po prostu uzależnia. Dwanaście kapitalnych kompozycji, które zostały zarejestrowane na przestrzeni lat 1972-74 (z których tylko jedno – „Sail Away” pochodzi z roku 1974), a mimo tego słucha się tej płyty jak spójnej, przemyślanej całości. Już otwierający ten zbiór „Beyond The Morning #1” przykuwa uwagę zmianami nastrojów: od mocnego, rozpędzonego rytmu, po rozmyte dźwięki z saksofonem i delikatnym fortepianem w tle. „Fortunes Fool” mógłby kojarzyć się z dokonaniami Roberta Frippa i spółki. Dźwięki saksofonu bardzo przypominają mi te , którymi czarował swego czasu Mel Collins w King Crimson. Sammy Rimington wie jak używać swego instrumentu! W przepięknym „Mockingbird” zamienił go na flet i do spółki z wokalistą stworzyli coś, co bliskie jest klimatowi „I Talk To The Wind”. Snująca się, trochę senna, ale jakże wciągająca ballada. A po niej intensywny, z werwą zagrany „One In Ten” . Nie wiem czy grupa Colosseum nie powinna być zazdrosna o ten utwór! Każda z zamieszczonych tu kompozycji warta jest poświęcenia największej uwagi. Progresywne granie z najwyższej półki! Całość kończy „Steeplechase„. Nagranie koncertowe z lipca 1973 r. pokazujące, że zespół doskonale potrafił improwizować na scenie. Dodam w tym miejscu, że ARMADA wielokrotnie występowała na trasach koncertowych wspólnie z Wishbone Ash i Rare Bird. Energia i kapitalne zespołowe zgranie. Grupa profesjonalna i na bardzo wysokim poziomie! Do tego jakość dźwięku na płycie jest niemal perfekcyjna, więc z całego serca polecam ją wszystkim w „ciemno”. Jestem pewien, że zadowoli ona wszystkich fanów klasycznego, progresywnego grania. A ja dalej będę kopał w archiwach muzycznych, by odkurzyć i przywrócić pamięć takim totalnie zapomnianym zespołom jakim była na przykład ARMADA.

PINK FLOYD ” A Collection Of Rare Live Instrumentals (1969-1971)” „Live In Montreux” (1970)

Kolejne dwa niezwykłe, sensacyjne można wręcz powiedzieć, wydawnictwa grupy PINK FLOYD wydane w limitowanym nakładzie do 500 egzemplarzy. Nie muszę dodawać jaką radość sprawiają mi takie płytowe rarytasy. A jest się naprawdę z czego cieszyć! Przypomnę, że ten znakomity zespół poza częściowo koncertowym albumem „Ummagumma” wydanym w 1969 roku nie publikował albumów „live” w tamtym czasie o czym już wspominałem w wpisie pt. „PINK FLOYD SPOD CHOINKI”  w marcu tego roku.

Pierwsze z tych wydawnictw, zachowując chronologię, to dwupłytowy album „A Collection Of Rare Live Instrumentals (1969 – 1971)”, będący kompilacją bardzo rzadkich, lub też wyjątkowych koncertowych nagrań zespołu z jego najciekawszego i najlepszego (zdaniem wielu) okresu. Te instrumentalne nagrania/rarytasy zostały zarejestrowane podczas różnych tras koncertowych po Europie jaki PINK FLOYD dali pomiędzy wydaniem albumów „More” a płytą „Atom Heart Mother”.

Pink Floyd - "A Collection Of Rare Live Instrumentals" (1969-1971)
Pink Floyd – „A Collection Of Rare Live Instrumentals” (1969-1971)

Już na sam początek dostajemy super niespodziankę – dwa bardzo psychodeliczne i nigdy nie wydane na płytach(!) utwory „Corrosion” oraz „Moonhead” połączone  w jedną całość. Ten drugi pojawi się raz jeszcze na drugim dysku w innej wersji. Następna kompozycja to 20-minutowy „Interstellar Overdrive”. Fantastyczny, megapsychodeliczny utwór z gościnnym udziałem… Franka Zappy na drugiej gitarze! To niesamowite wydarzenie udokumentowano także zdjęciem opublikowanym na tylnej stronie okładki tego podwójnego CD. Kompozycja „Violent Sequence” Ricka Wrighta została wykorzystana w filmie Michelangelo Antonioniego „Zabriskie Point” w 1970 roku. Trzy lata później to cudo w nieco zmienionej wersji pojawi się na słynnym albumie „Dark Side Of The Moon” jako „Us And Them”. Tutaj mamy wersję krótszą o dwie minuty. Po niej następuje suita  „Atom Heart Mother”, która została zarejestrowana w paryskim Theatre des Champs-Elysees 23 stycznia 1970 r, a więc dziewięć miesięcy przed ukazaniem się płyty na rynku. Oczywiście wersja koncertowa różni się od tej znanej z oficjalnego wydawnictwa. Bez orkiestry symfonicznej i  chóru. Za to wykonana w mocnym rockowo – progresywnym stylu.Robi ogromne wrażenie! Tak jak i następne rozbudowane do 11 minut nagranie „Main Theme From ‚More’ „ ze świetną improwizowaną partią solową na bębnach w wykonaniu Nicka Masona. Pierwszą płytę kończą dwa połączone ze sobą tematy pochodzące z tytułowej kompozycji z drugiego albumu „A Saucerful Of Secrets”: The End Of The Begining” i „Celestial Voices”.

Drugi krążek rozpoczyna „Interstellar Overdrive” tym razem bez Franka Zappy w nieco krótszej, 14-minutowej wersji. Wciąż psychodeliczny i hipnotyzujący. Z kapitalnymi partiami gitary Davida Gilmoura i pulsującym basem Rogera Watersa. Z kolei „Quicksilver” i „Moonhead” to popis grającego na klawiszach Ricka Wrighta. Czarodzieja biało-czarnych klawiszy! Przy utworze „Careful With That Axe, Eugene” zawsze wymiękam. Uwielbiam ten utwór! Za wszystko: za niesamowitą atmosferę, za klimat, za pomysł i wykonanie. Po prostu uwielbiam i już! Awangardowy „Sysyphus” jest kompozycją, którą Rick Wright przygotował na studyjną część albumu „Ummagumma”. Zespół na scenie wykonywał ją bardzo rzadko i jest to jedyna najlepiej dźwiękowo zachowana wersja koncertowa! Ale największa  bomba tego wydawnictwa została zachowana prawie na sam koniec. Myślę, że każdy fan klasycznego rocka, nie wspominając fanów PINK FLOYD, chciałaby usłyszeć jak brzmi jedyna OCALAŁA wersja „Alan’s Psychodelic Breakfast”, o której krążyły legendy i o której czytało się jedynie w zagranicznych książkach! Całość tego niezwykłego albumu kończy pięciominutowy „Blues”.

Na koniec słów kilka o jakości tych nagrań. Otóż na 160 minut muzyki jaką tu dostaliśmy połowa z nich (czyli 80 minut!) brzmi doskonale, poprzez naprawdę dobrą (50 minut) i przeciętną, ale do zaakceptowania (30 minut). Tak więc tych gorszej jakości nagrań nie jest aż tak wiele. Pod względem historycznym, te unikatowe i nigdy wcześniej nie publikowane rarytasy warte są poznania bez względu na ich techniczną jakość! I są po prostu bezcenne!

Problemu z jakością dźwięku nie ma natomiast kolejne, także dwupłytowe wydawnictwo „Live In Montreux 1972”, które jest zapisem genialnego występu PINK FLOYD w Altes Cassino 21 października 1972 roku w tym jakże pięknym szwajcarski mieście (było to tuż po wydaniu albumu „Atom Heart Mother”).

Pink Floyd "Live In Montreaux 1970"
Pink Floyd „Live In Montreaux 1970”

Koncert ten został bowiem zarejestrowany na dwóch profesjonalnych magnetofonach Uher ustawionych tuż przy scenie. A ponieważ akustyka w tym miejscu była ponoć legendarna, tak więc całość brzmi fantastycznie! Ta płyta śmiało mogłaby wyjść jako regularna pozycja „live” i być ozdobą oficjalnych płyt w dyskografii zespołu. Tym bardziej, że mamy tu do czynienia z PINK FLOYD w najwyższej, szczytowej wówczas formie! I to  nie przypadek, że wielu znawców twórczości grupy uważa ten właśnie koncert za najlepszy jeśli nie w całej karierze, to na pewno w tym okresie! Poza tym materiał został lekko odszumiony, słychać większą ilość basu i tonów wysokich, więc brzmi to imponująco!

Zaprezentowano tu 11 utworów, w tym m.in. „Cymbaline” „Falt Old Sun” , „The Embryo”, „Set The Controls For The Heart Of The Sun”, More Blues”. Większość z nich trwa zdecydowanie grubo ponad 10 minut. Jedynie „Green Is The Colour” i „Just Another 12 Bar” oscylują w granicach trzech i pięciu minut. Dodano też dwa nagrania bonusowe: „Intersteller Overdrive” i „Astronomy Domine” z występu z następnego dnia. I to jest ten PINK FLOYD jaki fani (ja także) uwielbiają najbardziej: wciąż eksperymentalny, wciąż czarujący psychodelicznym brzmieniem, ale także potrafiący zagrać mocno, hard rockowo! Do tego mamy niesamowicie cudowne partie Gilmoura i Wrighta – w takiej formie zespół nigdy wcześniej, ani potem nie był. Przebił nawet jakże wyśmienity materiał z „Ummagummy”! Rzecz niemal nie do uwierzenia i wyobrażenia! Wielka szkoda, że z tego jakże magicznego 1970 roku nic oficjalnie nie zostało wydane. Na szczęście jednak wciąż ukazują się odnalezione w  archiwach nagrania, które sprawiają radość fanom klasycznego starego rocka! Płyta „Live In Montreux 1970” jest tego najlepszym dowodem! Czekam więc na więcej…