Drzewo straceńców i TYBURN TALL (1972)

TYBURN TALL został założony w 1969 roku w Speyer (pol. Spira) uroczym miasteczku położonym nad Renem na południe od Mannheim w Nadrenii-Palatynie. Kwintet powstał na gruzach The Screamers, w którymtrzej nastolatkowie: Werner Gallo(g), Hanns Dechant (dr) i Stefan Kowa (bg) grali od 1965 r. Kowa pochodził z rodziny o muzycznych tradycjach – matka i babcia uczyły gry na fortepianie, dziadek grał na skrzypcach w orkiestrze symfonicznej. Jako jedyny miał klasyczne wyszkolenie muzyczne w klasie fortepianu, co nie przeszkadzało mu w graniu z The Screamers beatowych hitów. W 1970 roku do trójki muzyków dołączyli klawiszowiec Gunther Göttsche, oraz grający na flecie Hermann Damiantschitsch. Zespół wybrał swoją nazwę w taki sam sposób, jak Grateful Dead; przeglądając encyklopedię natknęli się na wpis o miejscu zwanym Tyburn Tree. Potężne, wysokie drzewo w londyńskim Tyburn w pobliżu Marble Arch było miejscem egzekucji skazańców przez powieszenie, otworzenie wnętrzności i poćwiartowanie (brrr!). Kary wymierzano za wykroczenia przeciw królowi Anglii, zdradzie stanu, niesubordynacji; było także miejscem straceń wielu setek katolickich męczenników. Wśród skazańców znalazł się m.in. przywódca wojny domowej, lord Oliver Cromwell, chociaż jego egzekucja była raczej symboliczna. Dokonano jej bowiem pośmiertnie na zwłokach, które wcześniej ekshumowano… Zespół zamienił nazwę Tyburn Tree na TYBURN TALL tylko dlatego, że brzmiała lepiej. Po prostu. Porzucając big beatowe rytmy na rzecz transformacji rocka z muzyką klasyczną planowali odkrywać nowe horyzonty. Zamiar, nie powiem, dość ambitny.

Pierwsze sukcesy przyszły już wiosną 1970 roku kiedy to TYBURN TALL koncertowali  w Speyer i okolicach wykonując wyłącznie autorski materiał. Entuzjastycznie reagująca na ich muzykę publiczność potwierdziła słuszność obranej drogi i stała się bodźcem do ukończenia trzyczęściowej, instrumentalnej kompozycji pod z grecka brzmiącym tytułem „Autagonia” nad którą pracowali całe lato. To monumentalne dzieło z wplecionymi cytatami III Koncertu Brandenburskiego” J.S. Bacha (w świecie rocka rozsławiony przez Keitha Emersona i The Nice), oraz motywami z „Aus der Neuen Welt” (IX Symfonia e-moll.  „Z Nowego Świata” op.95) Antonina Dvořáka zostało skomponowane przez genialną dwójkę muzyków –  Gunthera Göttsche i Stefana Kowa.

W. Gallo, H. Damiantchitsch, H. Dechant, S Kowa, G. Gotsche.

„Autagonia” , która swą premierę miała na koncercie w Speyer we wrześniu 1970 roku okazała się ogromnym sukcesem. Co ważne – występ został zarejestrowany na taśmie, która ponoć istnieje do dziś. Mam nadzieję, że po odpowiedniej obróbce technicznej pewnego dnia „Autagonia” zostanie w całości wydana na płycie… Do maja 1971 roku TYBURN TALL z powodzeniem koncertował po kraju wspierając Golden Earing, Space Odetty (który później zmienił się w Frumpy), Amon Duul, Renaissance… Wszystko układało się znakomicie aż do maja 1971 r. gdy Göttsche i Damiantschitsch poinformowali kolegów, że opuszczają zespół z powodów prywatnych. Szok i niedowierzanie trwało na szczęście krótko, bowiem już w czerwcu zastąpili ich Reinhard Magin na klawiszach, oraz (co było novum) wokalista Klaus Fresenius .

W nowym składzie wrócili do sali prób. Podążając za idolami pokroju The Nice, czy Colosseum zmienili kierunek łącząc tym razem klasyczne wzorce z brzmieniem ciężkiego rocka i elementami jazzu. Pierwsze koncerty na początku 1972 roku udowodniły, że zespół nic nie stracił ze swej popularności. Wiosną postanowili nagrać cztery utwory dobrze przećwiczone na koncertach, które miały znaleźć się  na debiutanckim albumie. Nagrań dokonano w małym prywatnym studiu nagraniowym Lutz & Kem w Bellheim. Krążek sygnowany nazwą zespołu ukazał się latem tego samego roku.

Reedycja CD  wytwórni Garden Of Delight z dwoma bonusami (2002)

Album został wydany przez muzyków  w prywatnym tłoczeniu w ilości… 200 egzemplarzy! O zgrozo, połowa z nich została zniszczona w pożarze jaki wybuchł w sklepie muzycznym Markus w Speyer, gdzie przechowywano cały nakład. Jakby tego było mało, nie zachowały się taśmy-matki. Nie dziwi więc, że dziś jest najdroższym kolekcjonerskim rarytasem z Niemiec osiągając niebotyczną cenę 5000 euro! Szczęśliwie wytwórnia Garden Of Delights w hamburskim Vorderpfaz Studio dokonała cudu remasterując dźwięk z oryginalnie zachowanego winylu. Kompaktowa reedycja z dwoma bonusami(!) ukazała się w 2002 roku. Z radości chce mi się wyć i krzyczeć: „Panie i Panowie, czapki z głów przed takimi wydawcami!”

Płyta zawiera bardzo masywne granie zdominowane przez ciężkie organy i ogniste solówki gitarowe o „ołowianym” brzmieniu. Tylko cztery nagrania z czego trzy trwają grubo ponad dziesięć minut!

Album rozpoczyna się naprawdę wspaniałym, epickim utworem „War Game”, który tutaj jest prawdziwą atrakcją. Pierwsze kilka minut zajmuje wspaniała wersja najsłynniejszej kompozycji Jana Sebastiana Bacha „Toccata i fuga d-mol” zagrana na organach bez sekcji rytmicznej. Wiem, niektórzy mogą kręcić nosem, gdyż wielu progresywnych wykonawców brało ją na tapetę, ale jak dla mnie to jedno z najlepszych (obok wersji Trikolon) wykonań „Toccaty…” jaką znam. W każdym bądź razie te trzy minuty to tylko wprowadzenie. Klausa Freseniusa swoim wysokim, momentami falsetowym głosem wyśpiewuje antywojenne przesłanie, po czym zaczyna się to co lubię najbardziej, czyli genialna sekcja rytmiczna i wyjątkowo ostry, ciężki jak diabli szalony Hammond, który  w rękach Reinharda Magina wyczynia istne cuda. Przyznam, że dawno nie słyszałem tylu tak szalonych solówek organowych w jednym miejscu! Prawdziwa uczta dla uszu. Po pierwszym przesłuchaniu padłem na kolana. Po następnych w ogóle z nich nie wstawałem… „In The Heart Of The Cities (Broken People)” totalnie kopie w tyłek, choć na początku wydaje się być popisem wokalisty momentami kojarzącym się z Davidem Byronem z Uriah Heep. Utwór tym razem nieco bardziej zorientowany na gitarę; w jego środkowej części słyszymy fantastyczne, długie psychodeliczne solówki Wernera Gallo, do których świetnie podłącza się Mogin z klawiszami (i już wiemy kto jest tutaj szefem)… Cudo! Najkrótszy na płycie (5:24) „I Am America Too” zaczyna się od rozpędzonych dźwięków organów i fortepianu, którym towarzyszy galopująca gitara. Po partii wokalnej przychodzi urocze, klasyczne i bardzo melodyjne solo organowe. Rany, jak ono mi się podoba! Triumvirat, Collegium Musicum, ELP –  wszystkie one przychodzą mi na myśl, gdy tego słucham… Ostatni i najdłuższy na płycie (17:09) „Strange Days Hiding” to rockowe zespołowe granie z najwyższej półki. Miło po raz kolejny posłuchać kapitalnie zagranej organowej solówki tym razem w stylu Jean-Jacquesa Kravetza (klawiszowca Frumpy). Z kolei nieokiełznany i wręcz dziki Werner Gallo wycina na gitarze energiczne sola, których pewnie nie powstydziłby się sam  Ritchie Blackmore w swej szczytowej formie. Nawiasem mówiąc na początku kariery Deep Purple też chętnie grali takie długie, dynamiczne instrumentalne jamy…

Dwa bonusy dołączone do kompaktowej reedycji to covery grupy Colosseum. Pierwszy z nich, „Lost Angeles” rozpoczyna się trzyminutowym intro prowadzonym przez szalone organy i psychodeliczną sekcję rytmiczną. Co prawda wokalista nie jest Chrisem Farlowem, ale daje radę. Uważam, że ta wersja jest lepsza niż oryginał. Serio! Drugi bonus „Bring Out Your Death” to świetna instrumentalna kompozycja wypełniona niezapomnianymi dźwiękami Hammonda przemykającymi ponad ciasną jazzową sekcją rytmiczną. Fantastyczny cover, który bez problemu można stawiać na równi z oryginałem.

Zespołowi udało się przetrwać jeszcze kilka lat przechodząc kolejne zmiany w składzie. Nie nagrali jednak żadnej płyty. Koncertowali po Niemczech i Europie z takimi zespołami jak Amon Düül II, Taste, East Of Eden, Ekseption, Kin Ping Meh, Nine Days Wonder… Ostatecznie TYBURN TALL rozpadł się pod koniec 1975 roku, kiedy Stefan Kowa przeprowadził się na stałe do Belgii.

2 października 1996 roku muzycy zjednoczyli się na jeden koncert, który ukazał się na płycie „Live… And Passion” wydanej rok później. Z przykrością stwierdzam, że nie jest tak dobry jak debiut, choć daleki też jestem od tezy, by ten muzyczny gniot (jak nazwał go jeden z recenzentów) powiesić na Drzewie Straceńców w Tyburn

TASTE „I’ll Remember” (1968/70) – muzyka z pudełka.

Jest rok 1970, konkretnie piątek, 28 sierpnia. Szalone lata sześćdziesiąte odeszły do historii a wraz z nimi dzieci kwiaty. Wyspa Wight gości światową czołówkę rockowych wykonawców. Właśnie trwa tam Muzyczny Festiwal zwany europejskim Woodstock’iem. Na scenie grupa TASTE zaczyna swój set od „What’s Going On”. Uwagę publiczności skupia na sobie młodziutki gitarzysta Rory Gallagher. Z burzą rozwianych włosów i intensywnym wyrazem twarzy przypomina rockowego boga upadłego na Ziemię. W miarę upływu czasu robi się coraz bardziej gorąco. Takiej atmosfery nie wyczarował do tej pory żaden wykonawca. Na tył sceny wpada roztrzęsiony z emocji Murray Lerner, producent filmowy, który dokumentuje całe wydarzenie skupiając się głównie na występach gwiazd: Hendrixie, The Who, Cohenie, The Doors… Kompletnie nie wiedział kim był TASTE; widząc spontaniczność zespołu, szalejącą publiczność i ich interakcję krzyknął do swojej ekipy, żeby nie szczędzili taśmy i nagrywali wszystko… Bisowali pięć razy! Nikt przed nimi, ani nikt po nich tego nie dokonał. Nikt też nie wiedział, że perkusista grał na pożyczonej perkusji – noc wcześniej ktoś ukradł mu cały zestaw… Jimi Hendrix po skończonym występie podszedł do Gallaghera uchylił kapelusz, skłonił głowę i odszedł bez słowa. W najgorszych snach nie przypuszczano, że kilka dni później (18 września) odejdzie naprawdę. Nikt też nie spodziewał się, że trio pomimo wielkiej popularności wkrótce przestanie istnieć.

Gdybym miał napisać biograficzną książkę o tym zespole, to kto wie, może tak by się zaczynała..? I choć historię grupy w (kilku zdaniach) przybliżam niżej, to głównym bohaterem opowieści pozostaje box „I’ll Remember” wydany przez Universal/Polydor dokładnie w piątek 25 sierpnia 2015 roku.

TASTE Od lewej: Richard McCraken (bg), John Wilson (dr), Rory Gallagher (g)

THE TASTE (tak pierwotnie się nazywali) powstał w sierpniu 1966 roku w Cork, rodzinnym irlandzkim miasteczku Gallaghera. Oprócz gitarzysty grupę tworzyli wówczas basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery. Na początku trio koncertowało w Hamburgu i Irlandii do czasu, gdy udało im się uzyskać kontrakt na granie w rhythm’n’bluesowym klubie w hotelu „Maritime” w stolicy Irlandii Północnej, Belfaście. W 1968 roku zaczęli występować w Wielkiej Brytanii i… rozpadli się.

Gallagher z nowymi muzykami: Richardem McCrakenem (bg) i Johnem Wilsonem (dr) już jako TASTE przeniósł się na stałe do Londynu. 26 listopada 1968 roku w Royal Albert Hall otwierali pożegnalny koncerty Cream. Namaszczeni przez Bakera, Bruce’a i Claptona mieli przejąć pałeczkę najlepszej blues rockowej formacji na Wyspie. Fani i krytycy muzyczni widzieli w nich „nowy” Cream. Z tą niesłuszną moim zdaniem etykietką zespół walczył do końca swojej kariery. TASTE mieli własne pomysły i tchnęli dużo świeżości w już i tak ciężką scenę bluesową. Po podpisaniu kontraktu z Polydor wydali debiutancką płytę „Taste” (1 kwietnia’69). W lipcu odbyli wspólne, bardzo udane tournee z Blind Faith po USA i Kanadzie, a 1 stycznia 1970 roku na rynku ukazał się drugi i jak się okazało ostatni album „On The Boards”. Po fenomenalnym występie na Isle Of Wight ruszyli w europejską trasę. Ostatni raz zagrali w Sylwestra w Belfaście, po czym poinformowali, że grupa zostaje rozwiązana. Postrzegani jako potencjalni rywale Led Zeppelin i Erica Claptona zakończyli działalność zaledwie po dwóch latach wspólnego grania. Powody rozstania do dziś są niejasne. Powszechnie uznaje się, że wynikały one ze złego zarządzania przez menadżera. Mówiło się też o jego konflikcie z Gallagherem. Inni twierdzą, że muzycy mieli rozbieżne zdania co do kierunku w jaki zespół powinien podążać. W każdym bądź razie już w styczniu 1971 roku Wilson i McCraken wraz z gitarzystą Blossom Toes założyli heavy progresywny STUD, a Rory Gallagher po wygaśnięciu kontraktu z Polydorem rozpoczął swą niezwykłą karierę solową…

Myślę, że wszyscy fani tria od lat z utęsknieniem czekali na TAKIE wydawnictwo. „I’ll Remember” wydany w formie 40-stronicowej kolorowej książki zaprojektowanej przez Phila Smee, esejem Nigela Williamsona i licznymi archiwalnymi zdjęciami (większość pochodzi z prywatnego archiwum Daniela Gallaghera, brata Rory’ego) zawiera pięciogodzinny zestaw  pięćdziesięciu siedmiu utworów zebrany na czterech płytach CD!

Czteropłytowy box „I’ll Remember” (2015)

Pierwsze dwa dyski zawierają oficjalne longplaye zespołu uzupełnione dodatkowymi utworami. Znam te nagrania i mam obie płyty od wielu lat, ale tu, w tym zestawie ich brzmienie powaliło mnie na ziemię – zremasterowane przez Paschala Byrne’a brzmią genialnie! Byrne to wybitny fachowiec i zna się na swojej robocie, czego dowodem setki (dosłownie) oczyszczonych przez niego płyt z katalogu Polydor i Esoteric w ostatnim dziesięcioleciu. Tak czystego basu i perkusji jak choćby w hard rockowym „Blister On The Moon” otwierającym pierwszy album TASTE nigdy wcześniej nie słyszałem! Debiut, sygnowany nazwą tria, wypełniony jest blues rockowymi coverami i autorskimi kompozycjami Gallaghera z jego dominującą gitarą i kapitalną sekcją rytmiczną. Jamowy popis muzyków w „Sugar Mama” jest muzyczną perłą, ośmiominutowy ciężki blues „Catfish” pełen porywających zagrywek gitarowych diamentem. a technika slajd w „Leavin Blues” odbiera mowę..! Sześć dodatkowych bonusów to alternatywne wersje nagrań z płyty, z których interesująco wypada „Catfish” (skrócony o minutę) i instrumentalna wersja „Same Old Story”. Ogólnie longplay prezentuje blues rock w najlepszym wydaniu.

Druga płyta „On The Boards” to zupełnie inna bestia – o wiele bardziej wyrafinowana i wypełniona znacznie lepszymi utworami (wszystkie autorstwa Gallaghera). Producentem krążka ponownie był Tony Coton, a inżynierem dźwięku Eddie Offord, któremu sławę przyniosła współpraca z Yes. Zremasterowany dźwięk jest genialny i bardzo ożywa brzmienie. Jako nastolatek z długimi włosami szalałem przy „What’s Going On”, który tak na naprawdę był tylko przygrywką dla oszałamiającego bluesa „Railway And Gun” i jazz rockowego „It’s Happened Before, It’ll Happen Again” ze smakowitym  solem Gallaghera na… saksofonie altowym! Jednak to gitara lidera dominuje na albumie, szczególnie przy numerach takich jak „Morning Sun”, czy w niesamowitym „Eat My Words” zagranym techniką slajd w stylu Johnny Wintera. Z kolei sześciominutowy utwór tytułowy pokazuje wszechstronność tria, a gitara Rory’ego w końcówce zamieniona na saksofon kieruje słuchacza w krainę łagodności… Są też bonusy; jest ich sześć, wszystkie po raz pierwszy publikowane. Cztery z nich to zapis występu w popularnym niemieckim programie telewizyjnym „Beat Club”, a 11-minutowa wersja „It’s Happenned Before…” to jazzowo psychodeliczna jazda, która powala!

Wnętrze boxu. Po lewej: zdjęcia okładek singli wydanych w różnych krajach..

Śmietanką całego pakietu jest jednak dysk trzeci, który w całości zawiera materiał nagrany na żywo. Uwzględniono w nim koncerty z Londynu i Sztokholmu, które udowadniają jak naprawdę smakuje TASTE i (szczególnie) Gallagher. Słysząc z jaką swobodą Rory porusza się między bluesem, a jazzem łatwo jest zrozumieć dlaczego Rolling Stones poważnie traktowali go na zmiennika Micka Taylora w 1974 roku.

Szwedzki występ został zarejestrowany w sztokholmskiej Konserthuset 18 września 1970. Sześciominutowe „What’s Going On” jest zaproszeniem tłumu do zabawy, ale to fantastyczny riff blues rockowego „Sugar Mama” sprawia, że klaszczą i krzyczą. Rory też zaczyna się bawić grając elektrycznym slajdem „Gamblin Blues” Melvina Jackosona brzmiąc nieco jak Mike Bloomfield. Następnie dostajemy kawałki, których TASTE nigdy nie nagrali w studio – „Sinner Boy” ostatecznie pojawił się na solowym albumie Gallaghera w 1971 roku, zaś „At The Bottom” z uroczą harmonijką ustną na płycie „Against The Grain” cztery lata później. Dalej mamy bardzo fajną wersję„She’s Nineteen Years Old” Muddy Watersa, w której tłum klaszcze do lubieżnego rytmu (świetna integracja), a potem pojawia się fantastyczny samorodek z „On The Boards” – mocna, rockowa wersja „Morning Sun”. Ku uciesze publiki koncert kończy blues rockowy „Catfish” brzmiący równie potężnie jak na debiutanckim albumie. Szkoda, że ten profesjonalnie nagrany występ nigdy nie ukazał się w wersji oficjalnej. Obok „Live Taste” z 1971 i „Live At The Isle Of Wight” z 1972 byłby doskonałym uzupełnieniem płyt nagranych na żywo… Tydzień przed tym bardzo udanym koncercie dziennikarz „Melody Maker” sugerował, że zespół jest bliski rozpadu. Nikt mu wówczas nie wierzył, a i on sam pewnie nie wiedział jak blisko był tej prawdy…

Po takim koncercie apetyt rośnie, więc na deser dostajemy pięć utworów nagranych przez BBC w londyńskim ParisTheatre. Nie ma co strzelać focha i wybrzydzać na nie najlepszą jakość dźwięku. Liczą się emocje i przekaz, a pod względem wykonawczym TASTE był w wybornej formie. Dwukrotnie dłuższa wersja „I’ll Remember” z gitarą prowadzącą od początku do końca i dziewięciominutowe „Eat My Words” warte są grzechu! Pozostałym też nic nie brakuje. 78 minut muzyki mija jak z bicza strzelił.

Ostatnia płyta łączy rzadkie i wczesne nagrania. Pierwsze dziewięć utworów to najstarsze zachowane kawałki studyjne zarejestrowane w Belfaście w pierwszym składzie. Wśród nich oryginalne wersje „Blister On The Moon” i „Born On The Wrong Side Of Time” nieoficjalnie wydane na singlu przez Major Monior w 1967 roku i… natychmiast wycofane. Nie sposób zachwycić się instrumentalnym „Norman Invasion”, doskonale wykonanym „How Many More Years” Howlin' Wolfa i rozciągniętym do siedmiu minut „Take It Easy Baby” Sony Boy Williamsona. I znów słowa pochwały dla Paschala Byrne’a  – wszystko brzmi rewelacyjnie! Całość kończą koncertowe nagrania (cztery) z Abbey Festival Woburn z lipca’68 dowodzące, że w tym składzie trio miało duży potencjał. Mimo braku obycia estradowego (po każdym numerze stremowany Rory kilka razy rzucał w kierunku publiczności „Thank you, thank you very much…”) dali energetyczny występ wykonując m.in. „I Go My Brand You” Muddy Watersa i fantastyczną wiązankę bluesowych klasyków „Rock Me Baby/By By Bird/ Baby Please Don’t Go/You Shook Me Baby”!

Wydaje się zbrodnicze, że TASTE istniał tylko trzy lata i że wydał zaledwie dwa albumy studyjne. I że w tamtym czasie niesłusznie znajdował się w cieniu Cream i The Jimi Hendrix Experience. Zespoły, które grały ich suporty, takie jak Black Sabbath, czy Deep Purple odniosły sukcesy i zgarniały wielkie pieniądze. TASTE nie dostawali nic. Okradani cały czas przez menadżera, który skutecznie skłócił ze sobą muzyków rozstali się w atmosferze niedomówień i pomówień skierowanych głównie pod adresem lidera. Warto więc mieć pod ręką ten fantastyczny box albowiem „I’ll Remember” to nie tylko jedna z najlepszych kompilacji wydanych w 2015 roku. Dla  entuzjastów blues rocka pozycja obowiązkowa, a muzyka zamknięta w tym „pudełku” to niezwykły dokument pierwszych nagrań Rory Gallaghera, którego wielbicielem był sam Jimi Hendrix…

HIGHWAY ROBBERY „For Love Or Money” (1972)

Pochłonięty zagubioną kulturą Indian z Równin, którzy niedawno zostali eksmitowani z tego kalifornijskiego krajobrazu Mike Stevens, jak wielu innych rockmanów z Zachodniego Wybrzeża, czuł pod bosymi stopami palące się wciąż węgły obozowego ogniska. Wszak w jego żyłach wciąż płynęła pół indiańska krew… Odkąd opuścił chłopaków z Boston Tea Party stał się samotnym wilkiem stepowym. Poza tym czuł, że nie ma nic do stracenia. Lata 60-te spędził na wpół koczowniczym życiu przemykając między szkołą średnią, boiskiem piłkarskim, a piwnicą kolegów z zespołu garażowego. Częste przenoszenie nie sprzyjało związaniu się na dłużej z jedną sceną rockową. Psychodeliczny Boston Tea Party też nie spełnił jego muzycznych ambicji. Epoka lat 60-tych zamykała swe drzwi, a on szukał czegoś nowego, ekscytującego. Czegoś z ostrym pazurem…
Michael „Mike” Stevens (g)
Wszystko zmieniło się pod koniec września 1969 roku, kiedy to do Detroit przybył trzyosobowy wówczas Grand Funk Railroad. Oto w samym sercu aglomeracji Michigan Motor City proste, brutalne wręcz dźwięki power tria przeciwstawiały się dehumanizacji największym fabrykom samochodów na świecie. Dla Mike’a Stevensa ekspresyjny gitarzysta Mark Farner z nagim torsem miotający się po scenie był ogromną i magiczną destylacją tego do czego podświadomie dążył. Stevens oczarowany grupą Farnera postanowił stworzyć własne hardrockowe trio, a teksty Farnera o współczesnym życiu, trudnej sytuacji rdzennych Amerykanów śpiewane w pięknych harmoniach podparte prostymi rytmami zainspirowały romantycznego Mike’a tak intensywnie, że uprościł własne piosenki. Problem polegał na tym, że Stevens nie był wielkim wokalistą…
Don Francisco (voc, dr)
Szczęśliwie szybko pozyskał śpiewającego(!) perkusistę, byłego członka kalifornijskich zespołów Atlee i Crowfoot Don Francisco (wł. Johnie Francisie).  Ten uroczy i pewny siebie chłopak swój sceniczny pseudonim wziął od XVII-wiecznego poety Don Francisco Placido, który wiele lat swego życia spędził wśród Azteków. Wytworna blond fryzura, a przede wszystkim niezwykły sposób śpiewania prostych piosenek ujął Mike’a Stevensa. Od początku obaj darzyli się wielkim szacunkiem i mieli do siebie bezgraniczne zaufanie.  Zaraz po tym dołączył do nich basista Jan Tunison wyglądający w nieskazitelnie modnych ciuchach jak arystokrata. Z uwagi na szwedzkie pochodzenie przedstawił się jako John Livingston Tunison IV. Rebelianci rocka, jak sami o sobie mówili, przyjęli nazwę HIGHWAY ROBERRY, która pasowała im jak ulał…
Power trio Stevensa przyciągnęło uwagę menadżerów Roberta Cavallo i Josepha Rufallo z wytwórni RCA Records, którzy wcześniej odkryli takie zespoły jak Little Feat i Weather Report. Po podpisaniu kontraktu dalsze wypadki potoczyły się błyskawicznie. Panowie menadżerowie z miejsca skontaktowali się z legendarnym producentem, Billem Halversonem (znanym ze  współpracy z Erikiem Claptonem, Delaney And Bonnie, Crosby Still Nash And Young) w sprawie wydania debiutanckiej płyty. Album nagrywano w iście wściekłym tempie, granym tak mocno jak na to pozwalały krwawiące ręce i zawsze przy odkręconych na full wzmacniaczach. Często kończyło się to komiczną ucieczką z pokoju kontrolnego inżyniera dźwięku Richie Schmitta, który twierdził, że fala głośności była tak duża iż nie obejmowała ją nawet skala Richtera mierzona podczas trzęsienia ziemi… Nie mniej praca nad płytą przebiegała sprawnie, która pod tytułem „For Love Or Money” ukazała się wiosną 1972 roku.
Front okładki płyty „For Love Or Money” (1972)
Kiedy pewnej letniej soboty włączyłem sobie po raz pierwszy tę płytę nikt z domowników nie przewidział, że nie oderwie mnie tego dnia od głośników. Tak więc jeśli macie wolny weekend zastanówcie się, czy naprawdę chcecie spędzić go z głową w kolumnach a nie na grillu z teściami…
To jeden z bardzo dobrych, acz mało znanych hard rockowych albumów początku lat 70-tych z heavy metalowymi(!) tendencjami; pojawiają się one co prawda w małych ilościach, ale przez to muzyka jest jeszcze bardziej szalona. Nie chcę też powiedzieć, że HIGHWAY ROBBERY należy zaliczyć do czołówki zespołów hard rockowych tamtych lat, gdyż jak wiemy takich kapel była cała masa. Nie zmienia to jednak faktu, że muzyka jest tu naprawdę wspaniała. Oparta na piosenkach, które mają melodię, mocny wokal i świetne teksty wznoszące się ponad przeciętny standard – rzecz raczej rzadko spotykana wśród ówczesnych długowłosych maniaków.
John Livingston Tunison IV (bg, voc)

Album otwierają dwa zabójcze kawałki. „Mystery Rider” rozpoczyna się chłodnym echem gitarowego riffu i szybującym, futurystycznym wokalem bardzo przypominającym Jefferson Starship. Ciekawe, ponieważ Jefferson Starship nie wydawał jeszcze albumów, kiedy ukazał się „For Love Or Money”. Bill Halversone zasugerował harmonie wokalne zbliżone do duetu Ike & Tina i ich hitu z 1966 roku „River Deep Mountain High”. Jego dość enigmatyczny tekst nadał utworowi rodzaj pewnego mistycyzmu. Taka podróż Stevensa do wnętrza samego siebie… „Fifteen” to zdecydowanie jeden z pięciu niesamowitych i niesprawiedliwie zapomnianych utworów hard rocka początku lat 70-tych. Zaczyna się od naprawdę ciężkiego ataku gitary, które poprzez potężny refren tną swą siłą do samego końca. Ten zespół nie bierze jeńców; śmiało stawiam tezę, że mamy tu protoplastę trash metalu. Tekst o kontemplowaniu własnego życia i pogubieniu się w miarę dorastania jest interesujący. O ile wiem, tylko „Eighteen” Alice Coopera opisuje podobną sytuację, tyle że „Fifteen” jest o niebo lepszy… Nieco lżejsze „All I Need (To Have is You)” i „Bells” są pewnym kompromisem jaki zespół musiał zawrzeć z wytwórnią RCA, która liczyła na singlowe hity (czyt. zyski). Stawiając na szalę reputację fana ciężkich brzmień nawet dość chętnie przyznam, że te dwa numery komercyjne były całkiem niezłe. Pierwszy, delikatnie zaśpiewany ma uroczą melodię wokalną, która przypomina mi klimaty płyty „Bang” (’73) James Gang z gościnnym udziałem Tony Bolina. Z kolei „Bells” ma uduchowione teksty zmieniające się w mocniejszą rockową stronę z dobrymi zmianami tempa… Fantastyczne „Lazy Woman” (zaśpiewany przez Tunisona) to jedno z cięższych nagrań w tym zestawie. Linie gitar pojawiające się pomiędzy wokalami kojarzą mi się ze „Stone Cold Fever” Humble Pie. Jest w tym nieokiełznana pasja i furia, czyżby głos wściekłości młodego, sfrustrowanego pokolenia z Detroit? Do tego doskonała sekcja rytmiczna z mocnym basem i wściekła solówka gitarowa jakiej nie powstydziłby się Page i Beck. Rany, jak on to zagrał! Pocałunek Hendrixa dla który Mountain dałby sobie żyły podciąć…

Tył okładki oryginalnego LP

„Ain’t Gonna Take No More” to kolejny monster z interesującą treścią liryczną na temat poznawania życia i miłości. Zaczyna się jak blues w stylu Joplin spotyka wujka Garnera by po chwili wybuchnąć kakofonią dźwięku młota pneumatycznego z niespokojnym agresywnym i ciętym rytmem… Bluesowy „I’ll Do It All Again” przy którym siedzący w studio za szybą Richie Schmitt mógłby sobie chwilę odetchnąć zawiera mistrzowskie niespodzianki. Mógłby, bo wbrew pozorom nie do końca jest to spokojny kawałek. Co prawda zaczyna się jak rasowy blues z plumkającym basem i ładnie łkającą gitarą, ale chwilę później Don Francisco wydaje tak rasowe okrzyki, że pewnie wyrzuciły go z fotela. Płytę zamyka „Promotion Man”. Ten absolutny majstersztyk ma całkiem fajny i chwytliwy gitarowy riff. Zagrany przez trio z desperacją… samobójców stojących na krawędzi przepaści ma dość dziwny tekst (błaganie o sławę? przestroga przed nią? – sam nie wiem…). Sporo zmian tempa i blues/metalowe gitary w drugiej części sprawiają, że nie żegnam się z ich muzyką. Jak maniak po raz kolejny wciskam na pilocie funkcję repeat… Nie wierzycie..? To posłuchajcie.

Szafran w gulaszu. PRUDENCE „Tomorrow May Be Vanished” (1972); „Drunk And Happy” (1973)

Nie da się ukryć, że PRUDENCE był pionierem norweskiego rocka zarówno pod względem muzycznym jak i instrumentalnym. Stworzyli własny charakterystyczny styl, w którym obok gitar i perkusji pojawiły się tak „egzotyczne” instrumenty jak mandolina i akordeon, do tej pory praktycznie nie wykorzystywane w tego rodzaju muzyki. W Norwegii mówi się, że kiedy Hendrix zaczął grać na gitarze w tym samym czasie Terje Tysland zawiesił ją na kołku (a ponoć był na niej diabłem) i sięgnął po akordeon. Dziś też wiemy, że to właśnie  PRUDENCE kładli podwaliny pod koncepcję drone rocka, a akordeon w rękach Tyslanda okazał się szafranem w gulaszu ówczesnej muzyki rockowej. Nie mniej to nie on był szefem tej załogi.

Prudence w 1972 roku od przodu…
i rok później ze swym menadżerem od tyłu…

Cała przygoda zaczęła się w 1967 roku, kiedy to w małym miasteczku Namsos leżącym w hrabstwie Nord-Trondelag w środkowej Norwegii powstał zespół The Tunes przemianowany później na Whoopee Choop. Obok Tyslanda od początku grali w nich perkusista Kaare Skevik Jr, oraz wokalista i flecista Per Erik Wallum. Problem z gitarzystami (a przewinęło się ich kilku) został rozwiązany w październiku 1968 z chwilą gdy do zespołu dołączył basista Kijell Ove Riseth i gitarzysta Age Aleksandersen. Ten ostatni w krótkim czasie stał się liderem grupy. To on zaproponował, by kapelę nazwać PRUDENCE (na cześć piosenki „Dear Prudence” The Beatles) i to pod jego wodzą w 1970 roku nagrali pierwszego singla. W nagraniu małej płytki, którą wydał norweski Experience Records znalazł się cover Deep Purple „Into The Fire” oraz całkiem udana kompozycja Per Walluma „Kom, Bli Med Til Kobenhavn”. Zabrakło tu Terje Tyslanda – w tym czasie zaciągnął się na statek i wypłynął w dłuższy rejs…

Na szczęście Terje po zejściu na stały ląd szybko dołączył do grupy, w której pod jego nieobecność pojawił się grający na mandolinie i kongach Johan Tangen. Obaj okazali się ważnymi postaciami w PRUDENCE współtworząc owe niepowtarzalne i zupełnie nowe brzmienie muzyczne będące konglomeratem rocka progresywnego z norweskim folkiem. Co by nie mówić, początki lat 70-tych sprzyjały eksperymentowaniu z różnymi gatunkami muzycznymi…

Wszystko opierało się na muzycznych fascynacjach muzyków. Aleksandersen słuchał głównie Boba Dylana i amerykańskiego rocka z Południa, Tysland miał silne związki z jazzem i był pod wpływem muzyki Jimi Hendrixa, podczas gdy Wallum miał obsesję na punkcie Jethro Tull i brytyjskich zespołów folk rockowych. Wsłuchując się w muzykę PRUDENCE odnajdziemy tu echa The Beatles, Black Sabbath, Blodwyn Pig, King Crimson, Deep Purple. Ten miks sprawił, że ich dźwięk był wyjątkowy, coś czego wcześniej nie słyszano w Norwegii. I poza nią pewnie też…

Po wydaniu dwóch kolejnych singli Polydor podpisał z grupą kontrakt płytowy. Album zatytułowany „Tomorrow May Be Vanished” ukazał się w czerwcu 1972 rok. Tydzień wcześniej (6 czerwca) PRUDENCE wystąpili na muzycznym festiwalu w Kalvoya nieopodal Oslo. Po ich koncercie Paul Karlsen, twórca festiwalu, powiedział: „Wyszli na scenę zupełnie nieznani, a opuszczali jako najpopularniejszy norweski band.”

Prudence „Tomorrow May Be Vanished” (1972)

Producentem płyty był Johnny Sareussen, który ze swej roli spisał się wyśmienicie. Idealnie wyczuł intencje muzyków i poprowadził  ich jak wytrawny sternik po meandrach studyjnej produkcji. Dziś już wiemy, że „Tomorrow May Be Vanished” z tajemniczym podtytułem „Victoria sa baerre pas dae!” (cokolwiek znaczy wydaje mi się całkiem intrygujący) okazał się kamieniem milowym w norweskim rocku. Genialne jest to, że muzyka płynie tu bez żadnego wysiłku.

Album wypełniony jest dziesięcioma krótkimi, nie przekraczającymi czterech minut ognistymi utworami, w których ludowa muzyka przeplata się z ostrymi gitarami Aleksandersena, potężną sekcją rytmiczną połączoną z intensywnym użyciem tradycyjnych instrumentów. Z tych ostatnich najbardziej przebija się flet (jeśli powiem, że w stylu Iana Andersona z Jethro Tull zabrzmi to pewnie jak ograny banał) w wykonaniu wokalisty Per Erika Walluma, który potrafi też dmuchać w harmonijkę ustną wyczarowując przy tym sielskie pejzaże. Do tego Per Wallum, śpiewający wszystkie teksty po angielsku, ma bardzo przyjemny głos; w balladowym numerze „14 Pages” brzmi jak stary dobry Donovan, zaś w „Going Through This Life” potrafi zaryczeć jak rasowy hard rockowy wokalista. Zwracam też uwagę na świetne partie mandoliny Johana Tangena choćby w otwierającym płytę „North In The Country” czy utworze tytułowym gdzie w szalonym nastroju zadziornie „walczy” z fletem i organami i wcale tej „walki” nie przegrywa. No i ten Terje Tyslanda. Jego gra na akordeonie w takich kawałkach jak „What Man Has Made Of Man” czy „14 Pages” rozwala mnie na łopatki. To wirtuoz, który jednak nie wysuwa się przed szereg. Mam wrażenie, że czasem celowo schodzi na drugi plan nadając kompozycjom oryginalne tło, od którego skóra cierpnie. Cóż, szafran dozuje się w maleńkich dawkach. Na potrawę wystarczą zaledwie dwa, trzy piórka, by poczuć niebo w gębie… Kapitalny puls basu czuć na piersiach w „Lost In The Forest” (groźny początek jak z floydowskiego „Careful With That Axe Eugene”) – miniaturowej opowieści trwającej zaledwie 2:15, ale jakże świeżej, czysto progresywnej. I ta cudna mandolina będąca w opozycji do gitary basowej. Perła, której nie da się opisać; trzeba tego koniecznie posłuchać. Tak jak i całego albumu!

W 1973 roku wydali drugi longplay „Drunk And Happy”. Jego tytuł podkreślał dobry humor zespołu. Zostało to zresztą spointowane ostatnim nagraniem na płycie żartobliwie zatytułowanym „I Hope We Never Get Too Serious About The Music So This Is Just A Joke” („Mam nadzieję, że nigdy nie będziemy poważnie traktować muzyki, więc potraktujcie to jako żart”). Z tym utworem wiąże się jeszcze jedna ciekawostka, ale o tym za chwilę.

Prudence „Drunk And Happy” (1973)

Produkcji krążka podjął się ponownie Sareussen, a PRUDENCE jako pierwsi na świecie połączyli ostrego rocka z joikiem. Rzecz jasna mam tu na myśli ową cykliczną budowę tekstów bez wyraźnego początku i końca, gdzie krótka fraza powtarzana jest (z niewielkimi zmianami) wielokrotnie, a nie o rodzaj starego, ludowego śpiewu Lapończyków w wykonaniu PRUDENCE. A tak nawiasem mówiąc współcześnie joiki nagrywa m.in. uwielbiana przeze mnie norwesko-saamska piosenkarka Mari Boine, którą gorąco wszystkim polecam… Podobnie jak na debiucie mamy tu dziesięć kompozycji głównie autorstwa Aleksandersena, choć tytułową, bardzo skoczną z ciężką sekcją rytmiczną i kapitalnym fletem stworzył Terje Tysland. Zresztą cała płyta w swym brzmieniu jest cięższa od debiutu i zaczyna się od naprawdę mocnego kopa. „Elsie Olivia” to kapitalny hard rockowy numer ze świetną solówką gitarową, solidną pracą sekcji rytmicznej z (może trudno w to uwierzyć) poutykanymi ozdobnikami… lirycznej mandoliny. Jak oni to wykombinowali, że to się ze sobą nie gryzie?! Mocnych kompozycji jest tu więcej, by wspomnieć o drapieżnym „Stones”, okraszonym kapitalną solówką gitarową „Bandwaggon”, czy mającym nieco połamane rytmy „Days Before”. Dla przeciwwagi dostajemy folk rockowe diamenciki w postaci nagrań takich jak  „Sitting Bull”, instrumentalny „Undeveloped Country Rag”, czy madrygałowy „Poor Annabelle” autorstwa Per Walluma. Co by nie mówić album zachwyca genialnym połączenie wszelkich odmian rocka z norweskim folkiem w jedyny i niepowtarzalny sposób.

I obiecana ciekawostka. Zespół pojawił się w krótkometrażowym filmie paradokumentalnym Terje Mosnesa „Yello Gampo And Small Sweet Tornado”, który miał swoją premierę 26 listopada 1973 roku. Obrazu nie widziałem, więc nie mam pojęcia o czym opowiada. Nie ważne. Mniej więcej w jego połowie PRUDENCE mają swoje „pięć minut”. Muzycy stojąc na skalistej wysepce otoczonej wzburzonym morzem zagrali ostatni utwór z płyty „Drunk And Happy”, czyli „I Hope We Never Get Too…” Nie muszę chyba dodawać, jaki to dziś rarytas i wielka to gratka dla fanów grupy…

Album otworzył drzwi kariery w sąsiedniej Danii, gdzie przy okazji grupa odniosła sukces na festiwalu w Roskilde w 1973 roku. Dużo się wówczas mówiło o europejskiej trasie zespołu. Ba! Były plany podboju Ameryki. Muzycy zainwestowali duże pieniądze w sprzęt i estradowe nagłośnienie. Niestety, przeliczyli się. Zamiast stać się sławnymi i bogatymi popadli w poważne tarapaty finansowe. Wydawało się, że wydany rok później trzeci album zatytułowany po prostu „3” uratuje sytuację. Krążek, będący według recenzentów „odpowiedzią Norwegii na amerykański The Band” sprzedawał się w Skandynawii znakomicie. Grupa ruszyła w trasę koncertową, a gdy okazało się, że to wciąż za mało muzycy podejmowali dodatkowe prace zarobkowe. Skończyło się to tragicznie dla basisty. Kijell Riseth, który zatrudnił się w tartaku w Namsos stracił trzy palce prawej ręki i poważnie uszkodził jeden w lewej. Bez Risetha w składzie zespół stracił dużo iskry i część swojej tożsamości…

Trudne życie w drodze, kłopoty finansowe, tragedia basisty i fakt, że wytwórnia nie zamierzała promować ich w Europie przyczyniły się do decyzji o rozwiązaniu zespołu. Najpierw jednak chcieli nagrać ostatni album, tym razem z norweskimi tekstami. Wydany w 1975 roku „Takk Te Tokk” poparty dużą trasą koncertową przyniósł im ogromny sukces i ugruntował popularność. Tyle, że PRUDENCE nie byli już tym zainteresowani. Muzycy rozeszli się, każdy poszedł w inną stronę. W późniejszych latach łączyli się kilkakrotnie z różnych okazji dając pojedyncze koncerty. Po jednym z ostatnich występów, który miał miejsce 11 listopada 2011 roku przy okazji otwarcia budynku Krajowego Centrum Muzyki „Rock City Namsons” norweski minister kultury powiedział: „Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę jaki muzyczny klejnot straciliśmy dla naszej kultury w 1975 r.”