KWADRAT „Polowanie na leśniczego” (1979-1982)

Koniec lat 70-tych – czas narastającego w kraju głębokiego kryzysu gospodarczego i my – spragnieni fani polskiej muzyki rockowej, którzy „łykaliśmy” wszystko co wychodziło wówczas z rodzimych tłoczni fonograficznych Pronitu, Tonpressu, Polskich Nagrań….  Nie przeszkadzało, że płyty trzeszczały, okładki nie posiadały grzbietów, a grafika (poza nielicznymi wyjątkami) była fatalna. Płyty można było kupić nie tylko w księgarniach i salonach EMPiK-u, ale także w innych dziwnych miejscach jak chociażby na stacjach CPN, dworcach kolejowych, kasach PKS-u… Pamiętam, że singiel „Polowanie na leśniczego” wypatrzyłem w… kiosku Ruchu, w którym znajoma sprzedawczyni odkładała mi najważniejszy (i zarazem najbrzydszy) w tym czasie miesięcznik muzyczny „Non Stop”. Nazwa grupy kompletnie nic mi nie mówiła, za to spodobał mi się tytuł, który skojarzył mi się – nie wiedzieć zresztą czemu – z… czeską piosenką Ivana Mladka i grupy Banjo Band „Jożin z bażin”! Okazało się, że przez przypadek nabyłem jeśli nie najlepszy, to na pewno jeden z najbardziej interesujących polskich singli wydanych w Polsce w 1979 roku!

KWADRAT to jeden z tych zespołów, który wpisuje się w legendarny polski nurt Muzyki Młodej Generacji. Powstali w lutym 1977 roku podczas bluesowego boomu w samym centrum polskiego bluesa, na Śląsku i to dokładnie w Katowicach. Od początku zaliczany był do grona najciekawszych polskich zespołów grających jazz-rocka. Przez grupę przewinęło się ponad dwudziestu znakomitych muzyków o rozmaitych  gatunkowych fascynacjach z pogranicza jazzu, rocka i bluesa w tym m.in. Adam Otręba (Dżem), Michał Giercuszkiewicz (Dżem, Bezdomne Psy, Śląska Grupa Bluesowa), Józef Skrzek (Grupa Niemen, SBB), Irek Dudek, Andrzej Zaucha… Liderem formacji był Teodor Danysz, klawiszowiec i główny kompozytor, który zakładając zespół miał jego sprecyzowaną wizję: grać jazz-rocka i bluesa-rocka. Jego upodobania do karkołomnych „łamigłówek muzycznych” z wyrafinowanymi zmianami tempa i melodii robiły niesamowite wrażenie. Nie dziwi zatem, że z czasem muzyka zaczęła ewoluować w stronę rocka progresywnego.

Grupa KWADRAT. Stoi Zb. Gocek (menadżer). Nad nim od lewej: A.Otręba(g), M.Giercuszkiewicz(dr), T.Danysz(kbd), J.Gazda(bg), R.Węgrzyn(g)
Grupa KWADRAT (foto M.Rakowski 1978). Stoi Zb. Gocek (menadżer). Nad nim od lewej: A. Otręba(g), M. Giercuszkiewicz(dr), T. Danysz(kbd), J. Gazda(bg), R. Wegrzyn(g).

Muzycy całymi dniami ćwiczyli w Klubie Studenckim „Kwadraty” mieszczącym się w Akademii Ekonomicznej w Katowicach, stąd nazwa zespołu. Ważną osobą w otoczeniu grupy był Zbyszek Gocek, pełniący funkcję Organizatora Występów Artystycznych (słowo „menadżer” to dopiero określenie z przyszłości), który z wielkim zaangażowaniem i godnym podziwu entuzjazmem zajmował się organizacją ich koncertów.  A zadebiutowali w lipcu 1978 roku na Studenckich Warsztatach Muzycznych w Raciborzu, gdzie dostali wyróżnienie. Z miejsca zainteresował się nimi Śląski Jazz Club działający w Gliwicach oferując regularne występy i inwestując pierwsze pieniądze w folder reklamowy. Tekstem opatrzył go Marcin Jacobson – znany producent muzyczny i współtwórca ruchu Muzyki Młodej Generacji, a fotografiami Mirosław Rakowski. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zespół odbył liczne koncerty, wziął też  udział w II Festiwalu Muzyki Młodej Generacji w Sopocie w 1979 roku, oraz w Międzynarodowych Konfrontacjach Muzycznych MMG „Pop Session’ 79” w sopockiej Operze Leśnej. Do tego doszły sesje nagraniowe w Polskim Radio w Katowicach, zaś 12 kwietnia 1980 roku KWADRAT wziął udział w Jazz Rock Session III, występując w słynnym Studio 2 z gościnnym udziałem Józefa Skrzeka i skrzypka Wiesława Susfała… Do pełni szczęścia brakowało tylko dużej płyty. Jej namiastką był singiel zawierający dwa instrumentalne nagrania: „Polowanie na leśniczego”/”Quassimodo” wydany przez Tonpress.

Singiel "Polowanie na leśniczego" (Tonpress 1979)
Singiel „Polowanie na leśniczego” (Tonpress 1979)

Te dwa utwory to przykład kapitalnego melodyjnego jazz-rocka z symfoniczno-progresywnym rozmachem. Rasowe, wielowątkowe i technicznie perfekcyjne fussion  w stylu późniejszego SBB. Tytułowy utwór mimo, że był kompozycją instrumentalną zdobył sporą popularność.

Niestety jest to jedyne fonograficzne wydawnictwo jakie ukazało się „za życia” zespołu. Mała płytka, choć wyśmienita nie mogła ani zaspokoić ambicji muzyków, ani oczekiwań wielbicieli. Poza tym czasy były takie, że rockowa grupa bez wokalisty przestała mieć rację bytu. Teodor Danysz zaczął więc rozglądać się za frontmanem. Przez zespół przewinęli się Elżbieta Mielczarek, Ireneusz Dudek Andrzej Zaucha. Współpraca z tym ostatnim wydawała się wielce obiecująca: wspólne wyjazdy, koncerty, sesja nagraniowa w listopadzie 1981 roku w rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach… Wszystko to pozwalało z optymizmem patrzeć w przyszłość. Marzenia niestety prysły niczym bańka mydlana, a zburzył je wprowadzony kilka tygodni później stan wojenny. Życie kulturalne w kraju zamarło na kilka miesięcy, Zaucha przeniósł się na dobre do stolicy, a Danysz zaczął szukać nowego wokalisty… Ostatecznie został nim Wojciech Gorczyca, który co prawda miał mniejsze możliwości wokalne niż były członek Dżambli, ale lepiej wpisywał się w rockowo bluesową stylistykę grupy.

Przez kilka lat swej działalności KWADRAT często odwiedzał studio nagraniowe katowickiego oddziału Polskiego Radia starając się na bieżąco rejestrować regularnie powstające nowe nagrania. Niestety zabrakło jednak tej wisienki na torcie, tego co dla kapeli rockowej najważniejsze – płyty długogrającej. Dopiero prawie ćwierć wieku po rozwiązaniu zespołu Metal Mind postanowił ocalić część z tych nagrań wydając je na płycie zatytułowanej tak jak najsłynniejsza ich kompozycja – „Polowanie na leśniczego”.

Kwadrat "Polowanie na leśniczego"
Kwadrat „Polowanie na leśniczego” (1979-1982)

Zebrano na niej osiemnaście utworów radiowych zarejestrowanych w ciągu siedmiu sesji pomiędzy październikiem 1979, a grudniem 1982 roku. Wszystkie z tego samego katowickiego studia radiowego. Album pokazuje przekrój tego co działo się w polskiej muzyce tuż przed wielkim rockowym boomem lat osiemdziesiątych. Nie należy oceniać go jako spójne i skończone dzieło, bo takim nie jest.  Pokazuje nam raczej drogę jaką zespół podążał przez te kilka lat; jak świetnie łączył jazz z rockiem progresywnym, symfonicznym, oraz bluesem z elementami hard rocka, a nawet ambitnego popu. W większości są to nagrania instrumentalne z pięknymi harmoniami zdominowanymi przez bogate i dynamiczne przejścia syntezatorów i gitary, z towarzyszeniem basu, perkusji i (okazjonalnie) skrzypiec i saksofonu. I nie przeszkadza mi, że nagrania nie zostały ułożone chronologicznie – całej płyty słucham z wielką przyjemnością! Trudno mi tu też wyróżnić jakikolwiek utwór – wszystkie one godne są uwagi. „Boy Friend” to przykład rocka progresywnego z inklinacjami w stronę fussion. Symfoniczne klawisze, jazzująca gitara i sekcja rytmiczna mogą kojarzyć się z niemiecką grupą Eloy, zaś partia skrzypiec Wiesława Susfała przywodzi na myśl amerykański Kansas… „Taxi nr.19” to znakomity dialog klawiszy z gitarą choć sprawia wrażenie wariacji na temat „Polowania…”;  „Bieg” ma liczne zmiany tempa i nastroju, a „Jump”  ogniście rockową solówkę gitarową.  „Adaś” mimo jazzrockowej stylistyki skręca w stronę szlachetnego popu. Dobry poziom trzyma „Dłuższy moment” z gościnnym udziałem Anthymosa Apostolisa na perkusji z nieistniejącego już wtedy SBB okraszony intrygującą partią solową klawiszy i gitary.

Podczas listopadowej sesji w 1981 roku doszło do spotkania Danysza z Andrzejem Zauchą, który po sąsiedzku nagrywał z Extra Ball. Namówiony przez lidera KWADRATU piosenkarz zgodził się na współpracę, czego efektem były nie tylko wspólne koncerty, ale też i wspólne nagrania. Co prawda popowy „Obojętnie kim jesteś” niewiele ma wspólnego z KWADRATEM, ale już balladowe „Ktoś raz to szczęście da” przekonuje jak najbardziej –  mocniejsze, niemal hardrockowe uderzenie podrasowane zostały melancholijną partią klawiszy. Z tego co wiem, tych nagrań było odrobinę więcej („Na progu zdarzeń”, „Spróbuj mnie dogonić”, oraz „Dawny świat marzeń”), lecz nie znalazły się na albumie. Co prawda „Na progu zdarzeń” jest tu obecne, tyle że w wersji instrumentalnej. Miejsce wokalu zajmuje saksofon Mariana Koziaka i harmonijka ustna Irka Dudka… Cztery kolejne utwory słyszymy w wykonaniu młodego Wojtka  Gorczycy, wówczas studenta ekonomii w Katowicach. Są to rhythm and bluesowy, całkiem fajny „To co, że masz 16 lat” (tekstowo być może inspirowany piosenką Perfectu „Bla bla bla”), przebojowy „Każdy patrzy swego nieba”, blues rockowy „Nie wierz w bajki” oraz balladowy „Taki pusty świat. Cóż, wstydu nie było, ale (szczerze?) brakuje mi tu tego artystycznego sznytu, które wyróżniało grupę KWADRAT jeszcze dwa lata wcześniej.

Po zakończeniu działalności grupy Teodor DanyszRyszard WęgrzynWojciech Gorczyca wycofali się z muzycznego biznesu. Adam Otręba  całe serce oddał Dżemowi, do którego ściągnął Michała GiercuszkiewiczaJacek Gazda związał się z Easy Rider i z kapelą Jana Skrzeka Bezdomne Psy… Po KWADRACIE pozostał fenomenalny singiel i wydany po latach album ze zbiorem radiowych nagrań. Mam nadzieję, że znajdzie się jeszcze ktoś, kto poszpera w archiwach (również telewizyjnych) i wyłowi kolejne perełki nagrane i podpisane przez katowickich muzyków…

Islandzkie diamenty cz.II – SVANFRIDUR „What’s Hidden There?” (1972)

Islandzki prog-rockowy SVANFRIDUR, podobnie jak przedstawiony przeze mnie w pierwszej części „Islandzkich diamentów Odmenn, wydał tylko jeden album. Nagrany dokładnie sześć miesięcy po tym, jak zagrał swój pierwszy koncert. Mimo bardzo krótkiej działalności scenicznej szybko zyskał sławę otrzymując entuzjastyczne recenzje za występy na żywo. Co tu dużo mówić – w Islandii ich muzyka wyprzedziła swój czas.

Svanfridur (1972)
Svanfridur (1972)

SVANFRIDUR powstał z popiołów różnych zespołów. Liderem grupy był basista Gunnar Hermannsson. Wcześniej, mając 16 lat założył z przyjaciółmi kapelę Scream, w której grał na gitarze prowadzącej. Po fascynacji Beatlesami i Stonesami zaczął słuchać rhythm & bluesa i zespołów takich jak Fleetwood Mac z Peterem Greenem, Johna Mayalla & The Bluesbreakers, Jethro Tull, Led Zeppelin. Najbardziej rozkochał się jednak w muzyce Cream. To pod ich wpływem przestawił się na gitarę basową, kiedy usłyszał Jacka Bruce’a używającego basu jako instrumentu solowego… Po Scream były inne zespoły w tym m.in. Stofnbel z gitarzystą-hipisem Saevarem Arnasonem, który był ojczymem Bjork. Mała dziewczynka często występowała z nimi na scenie. Kilka lat później była już dumą i muzycznym produktem eksportowym Islandii… Oprócz Gunnara  Hermannssona w grupie SVANFRIDUR znaleźli się także Birgit Hrafnsson (g), Sigurdur Karlsson (dr) i Petur Kristjansson (voc).

Birgit Hrafnsson (g) i Petur Kristjansson (voc)
Birgit Hrafnsson (g) i Petur Kristjansson (voc) w klubie Glaumbaer (1972)

Najbardziej popularnym miejsce do którego ciągnęły największe zespoły był klub Glaumbaer w Skagafjordur na północy wyspy. To w nim zadebiutowali na początku stycznia 1972 roku wzbudzając niemałą sensację swoją muzyką. W marcu zaproszono ich do udziału w krajowym festiwalu muzyki pop, a potem dwukrotnie odwiedzili Wyspy Owcze. Po ostatniej serii koncertów podjęli decyzję o nagraniu płyty. Udali się prosto do Londynu – w Islandii nie było wówczas profesjonalnego studia nagraniowego(!). Tam, w Majestic Studios, w przeciągu 39 godzin zarejestrowali i zmiksowali materiał na debiutancki krążek. Z gotowym produktem chodzili od wytwórni do wytwórni, ale żadna nie była zainteresowana podpisaniem kontraktu z zespołem z zimnej Islandii. Zdesperowani założyli więc własną wytwórnię Swan Song, w którą zainwestowali wszystkie swoje pieniądze. Nakład płyty – 1000 tysięcy egzemplarzy – nie był wysoki, choć jak na prywatne tłoczenie i tak było nieźle. Krążek pod tytułem „What’s Hidden There?” ukazał się jesienią 1972 roku.

Svanfridur "What's Hidden There?" (1972)
Svanfridur „What’s Hidden There?” (1972)

Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że to jeden z najbardziej oryginalnych i innowacyjnych albumów wydanych w 1972 roku i naprawdę rzadki klejnot we wczesnym progresywnym rocku. Słuchając go po raz pierwszy uderzyło mnie, że nie brzmi on po „islandzku”. Zapomnijcie więc w tym momencie o Sigur Ros, zapomnijcie o Bjork; ci chłopcy mogli pochodzić z San Francisco lub Londynu. Dużo tutaj ambitnego i bardzo atmosferycznego rocka progresywnego z lekkimi wpływami folku, jazzu, psychodelii i hard rocka. Są tu też hippisowskie elementy jak  acidowe linie gitarowe, folk-rockowe przerywniki, liryczne frazowanie, no i kompetentna muzykalność. Bardzo wyrafinowane granie, trochę trudne do ogarnięcia za pierwszym razem, ale na swój sposób poukładane i wpadające w ucho. Warto tego słuchać!… I jeszcze jedno – najlepszym muzykiem jest tutaj basista Gunnar Hermannsson, który napędza utwory nigdy jednak ich nie przytłaczając. Klasa sama w sobie… Utwór otwierający płytę, „The Woman Of Our Day” to śliski blues rockowy kawałek z gitarowym art rockiem. Przypomina mi wczesny Blue Oyster Cult (w stylu „Before The Kiss, A Redcap” lub „Stairway To Star”) z czystym angielskim wokalem. Zresztą wszystkie teksty zaśpiewane zostały po angielsku w odróżnieniu od grupy Odmenn, która preferowała język islandzki (co było też fajne!). „The Mug” to raczej cicha piosenka z gitarą, basem, jazzową perkusją, pianinem i kilkoma dźwiękami syntezatora w stylu Genesis ery Petera Gabriela.

Label płyty winylowej.
Label płyty winylowej.

Sekcja rytmiczna jest niezwykle elastyczna, ostra muzyka czasem swinguje, a Petur Kristjansson wokalnie brzmi jak Ian Anderson (Jethro Tull) innym razem jak Greg Lake. W „Please Bend” grupa przechodzi kolejną metamorfozę łącząc hard rockowe brzmienie ze sfuzzowaną gitarą, niesamowitymi skrzypcami elektrycznymi i blues rockowy dźwiękiem. Tytułowa kompozycja to nastrojowa ballada z akustyczną gitarą, fletem i (ponownie) pięknymi partiami skrzypiec… Druga połowa albumu to bardziej konwencjonalny ciężki progresywno rockowy materiał z wieloma przesterowanymi solówkami na gitarze i sekcją rytmiczną z fortepianem dzięki czemu możemy w końcu zorientować się jakim naprawdę zespołem był SVANFRIDUR, a nie pod czyim wpływem się znajdował. Mój ulubiony i najdłuższy na płycie „What Now You People Standing By” jest ostrzejszy i bardziej dynamiczny. Zwracam uwagę na świetną grę obu gitarzystów, oraz na krótkie, acz doskonałe solo perkusyjne. Szybkie „Give Me Some Gas” pokazuje klasę i wirtuozerię wszystkich muzyków, zwłaszcza intensywna gra na basie podbiła me serce. „My Dummy to hard rock w czystej postaci z dodatkiem klawiszy. Tutaj, jak również w ostatnim utworze „Finido” po raz kolejny Gunnar Hermannsson błyszczy swoją grą na basie.

W Wielkiej Brytanii album przeszedł totalnie niezauważony. Ba! Sprzedał się zaledwie w kilkuset egzemplarzach pozostawiając zespół z doskonałym produktem, ale kompletnie spłukanym finansowo. Wkrótce po tym SVANFRIDUR rozwiązał się.

Oryginalny winyl „What’s Hidden There?” w doskonałym stanie osiąga dziś cenę ok. 1300 euro! Śledząc od czasu do czasu aukcje na eBay’u widzę, że jego wartość ciągle rośnie. Warto więc zaopatrzyć się w dużo tańszą reedycję kompaktową, którą wytwórnia Shadoks wydała w lipcu 2010 roku. Zapewniam – ta płyta to skarb. Prawdziwy, autentyczny islandzki diament!

Islandzkie diamenty cz.I – ODMENN (1970).

Islandia to dziwny kraj pełny ludzi, którzy przez pół roku żyją w ciemnościach, z powodu elfów przekładają budowę autostrad i uwielbiają biegać na golasa. Islandia jest jednym z najbogatszych krajów w Europie, ale zarazem jednym z najdroższych dla turystów. Islandczycy mają problem z alkoholizmem, więc sklepy monopolowe otwarte są tylko przez 2-3 godziny dziennie. A jeśli lubicie spać po krzakach i podcierać się łubinem to jesteście w Raju. Nocowanie na dziko jest tu legalne. W basenach kąpiel obowiązkowo nago. Przed wejściem do wody trzeba koniecznie wziąć prysznic i dokładnie umyć swe ciało. Jakby ktoś miał wątpliwości, to na ścianie są rysunki z zaznaczonymi częściami ciała, które trzeba umyć dokładnie, żeby czasem nikt z brudnym tyłkiem nie wskoczył do basenu. Na niektórych obiektach są osoby, które z kijem w ręku tego pilnują. Pogoda zmienna jest, jak nigdzie indziej. W pięć minut potrafi zniknąć upalne słońce i pojawić się tropikalna ulewa. Nawet w lecie co drugi dzień pada, a wiać potrafi lepiej niż w kieleckim. Wieje na tyle mocno, że bez problemu zwala z nóg dorosłego (trzeźwego) faceta, dziewczynom zrywa biustonosze, a owce przerabia na swetry. Islandczycy dumni są ze swych wodospadów, lodowców, gorących gejzerów. Kochają muzykę Bjork, Gus Gus i Sigur Ros. A w przeszłości także grupę  ODMENN.

Islandia. Godafoss, czyli Wodospad Bogów.
Jedna z wielu turystycznych atrakcji Islandii- Godafoss, czyli Wodospad Bogów.

Zespół został założony przez braci Johannssonów: Eirirkura (g) i Johanna G. (bg), ich kuzyna, oraz szkolnego kumpla na początku 1966 roku w rodzinnym małym miasteczku rybackim Keflavik. Grali do tańca w okolicznych klubach – głównie brytyjskie przeboje. Tworzyli też swoje, dość melodyjne kawałki z prostymi tekstami mówiącymi o tęsknocie, miłości i emocjonalnych relacjach damsko-męskich. To się podobało! Tak bardzo, że w 1967 zostali zaproszeni do telewizyjnego show, w którym „na żywo” zagrali pięć utworów. Był to pierwszy odcinek programu przedstawiający islandzkie grupy pop w państwowej telewizji. Miesiąc później nagrania te ukazały się na EP-ce „Odmenn”. Przełom nastąpił, gdy usłyszeli Hendrixa i Cream…

Po dwóch latach wspólnego grania z uwagi na rozbieżne stanowiska co do dalszej przyszłości zespół się posypał. Z oryginalnego składu pozostał tylko Johann G. Johannsson. ” Gdy miałem 10 lat usłyszałem po raz pierwszy Elvisa. To zmieniło moje zainteresowania. Byłem wtedy takim małym romantykiem, lubiłem malować i wydawało mi się, że jak dorosnę będę poważnym artystą malarzem z długą gęstą brodą. Elvis spowodował, że nagle zapragnąłem zostać piosenkarzem. A gdy starszy brat pokazał mi kilka chwytów na gitarze wiedziałem już na sto procent co będę robił w przyszłości” – ze śmiechem opowiadał po latach Johann. I dodaje: „Hendrix i Cream wywrócili do góry nogami moje zapatrywanie na muzykę. Miałem siedemnaście lat i chciałem iść tą drogą. To nie spodobało się pozostałym. Odeszli, a ja zacząłem rozglądać się za kimś kto myślał tak jak ja…”  Poszukiwania nowych muzyków nie trwało długo. Do basisty wkrótce dołączył gitarzysta Finnur Torfi Stefansson, oraz perkusista Olafur Gardarsson.

Trio Odmenn (1969)
Trio Odmenn (1970)

Występy tria zaczęły nabierać typowo rockowego przedstawienia z profesjonalnym nagłośnieniem i efektowną oprawą świetlną. Kompozycje stawały się dłuższe, bardziej rozbudowane, sporo było improwizacji. Co prawda nie zawsze podobało się to miejscowej publiczności, która pamiętając co grupa grała wcześniej domagała się muzyki lekkiej, przebojowej i do tańca. Młodzi fani jednak dość szybko przekonali się do nowego oblicza zespołu. Wkrótce cała Wyspa oszalała na ich punkcie, nazywając ich islandzkim Pink Floyd. Krajowi fachowcy z branży muzycznej całkiem serio wróżyli im świetlaną przyszłość i światową karierę.

Odmenn. Od lewej F. Steffenson (g), J.Johannsson (bg), O. Gardasson (dr)
ODMENN. Od lewej: F. Stefansson (g), J. Johannsson (bg), R. Hardarson (dr)

Steffanson studiujący prawo na Uniwersytecie musiał niestety opuścić zespół. Trio, ku rozpaczy wszystkich, zawiesiło swą działalność. Na szczęście po roku gitarzysta wrócił i cała trójka ostro zabrała się do pracy. Mieli sporo nowego i świetnego materiału. Kwestią czasu było nagranie i wydanie go na płycie.

Na początku 1970 roku Gardarsson opuścił kolegów, którego za bębnami zastąpił Reynir Hardarson. W połowie roku wydali dwa single, a następnie polecieli do Kopenhagi gdzie nagrali materiał na płytę. Sesja trwała w sumie siedemdziesiąt sześć godzin. Gotowy produkt w postaci podwójnego albumu ukazał się w grudniu tego samego roku nakładem wytwórni Pharlophone. Jego wydanie zbudziło w Islandii euforię. Był to pierwszy podwójny album w historii tamtejszej fonografii. Na dodatek nagrany w stereo..! Okładkę zaprojektował Johannsson. Wycinki prasowe o grupie ODMENN porozrzucał na stole i zrobił im zdjęcie. Jak na osobę, która w dzieciństwie marzyła o malarstwie iście oryginalny pomysł. Obrazem  to to nie było…

Album "Odmenn" (1970)
Album „Odmenn” (1970)

Album zawierał piętnaście doskonale wyprodukowanych i profesjonalnie brzmiących kompozycji z kręgu bluesującego, ciężkiego rocka spod znaku Cream i Hendrixa, ale z wyraźnymi progresywnymi wpływami (organy Hammonda, eksperymenty z dźwiękiem, liczne zmiany tempa i nastroju). Całość zaśpiewana po islandzku (fajnie!), poza singlowym „It Takes Love”, w którym słychać gustowne gitary, jazzującą perkusję i melodię spowijającą obszary badane przez The Doors i wczesny The Moody Blues.  Angielski tekst (bardzo dobry) nie jest jedyną rzeczą, która wyróżnia się na tle pozostałej części albumu. ODMENN był zespołem z artystycznymi ciągotami zaś większość kompozycji brzmi niemal proto-metalowa, z wieloma zniekształconymi solami gitarowymi i ostrymi riffami. „Betri heimur” zbudowany jest na hipnotycznej, prostej linii basu, która nie jest daleko od tego, co w tym czasie robił szwedzki November. Niektóre utwory, takie jak Paer sviku”, mają nastrój elektryzowanej muzyki ludowej, ze szczególnie energicznym perkusistą. Zresztą jego praca jest znakomita, a solo w suicie „Frelsi” powala i budzi szacunek. No właśnie; ostatnia na albumie kompozycja, blisko 20-minutowa „Frelsi” zajęła całą czwartą stronę oryginalnego winylu. Epicki typ prawie każdego progresywnego zespołu w tym czasie. Różnica polega na tym, że ten ma większą spójność i pomysłowość. Dominują w niej długie solówki gitarowe podparte solidną sekcją rytmiczną… Na koniec kilka słów o tekstach. Większość można określić jako protest songi poruszające z jednej strony tematy takie jak ochrona naturalnego środowiska, antywojenne protesty, chciwość i oszustwa polityków, z drugiej zaś zrównoważone jest to nadzieją na lepszy świat. Świat  z miłością i wiecznym braterstwem.

ODMENN wywierał wielkie wrażenie swą kwitnącą mieszanką energetycznej muzyki i był prawdopodobnie jednym z najlepszych progresywnych zespołów rockowych w Północnej Europie. Szkoda, że nakład płyty (1000 egz.) nie był w stanie wypromować zespół i ich muzykę w Europie. Ludzie z Pharlophone nie do końca chyba rozumieli taką muzę.

Znakiem rozpoznawczym wytwórni Shadoks, która wydała ten krążek na CD była chęć udowodnienia, że wielkie diamenty mogą pochodzić z dowolnego miejsca na Ziemi. I tezę tę udowodniła w stu procentach!

Zagubieni w czasie.TAPESTRY… And Other Lost UK Progressive Bands – British Radio Sessions 1969-1971.

Legendarnemu prezenterowi brytyjskiego Radia BBC, Brianowi Matthew fani zawdzięczają wiele. Przede wszystkim to, że już pod koniec lat 50-tych popularyzował muzykę młodzieżową, której czas antenowy był wówczas mocno ograniczony, a popyt na nią rósł w tempie zaiste geometrycznym. A także to, że ocalił od zapomnienia wielu wspaniałych wykonawców. Dla młodych muzyków dostanie się do  studia nagraniowego było celem ostatecznym. Nic dziwnego, że tak chętnie korzystali z zaproszeń i rejestrowali swe występy na żywo, które potem promowane były w innych stacjach radiowych. W latach 60-tych Matthew prowadził wiele legendarnych programów, w tym Take It From Here, Saturday Club i Easy Beat. Cała czołówka Wyspiarskiego popu i rocka, ze Stonesami i czwórką z Liverpoolu na czele, przewijała się tam niemal przez całą dekadę. To właśnie jego głos słychać na płytach „Live At The BBC” i „On Air – Live At The BBC Volume 2” The Beatles, a także w innych ważnych sesyjnych kompilacjach BBC z wykonawcami takimi jak Led Zeppelin, The Who, czy Cream…

Brian Matthew i Wielka Czwórka z Liverpoolu
Brian Matthew i Wielka Czwórka z Liverpoolu

On także zapowiada artystów na płycie zatytułowanej „TAPESTRY… And Other Lost UK Progressive Bands – British Radio Sessions 1969-1971”, którą w 2013 roku wydała niewielka wytwórnia francuska On The Air. Łatwo domyśleć się, że mamy tu do czynienia ze zbiorem „zagubionych w czasie”  nagrań wykonawców spod znaku brytyjskiego rocka progresywnego. Ten kompaktowy krążek zawiera blisko 80 minut naprawdę fantastycznej muzyki wykonanej przez osiem nieznanych, bądź zupełnie zapomnianych formacji.

CD "TAPESTRY... And Other Lost UK Progressive Bands"
CD „TAPESTRY… And Other Lost UK Progressive Bands”

Jego siłą napędową jest grupa TAPESTRY. Ten wyborny moim zdaniem kwartet pochodzący z małej angielskiej wioski Warlingham oddalonej od stolicy zaledwie dwadzieścia kilka kilometrów grał muzykę w stylu Renaissance, Rare Bird i wczesnego, delikatnego Genesis głównie z żeńskim wokalem. Co dziwne – z niewiadomych przyczyn długo bronił się przed podpisaniem kontraktu płytowego i jedynie raz, dokładnie 6 sierpnia 1971 roku zgodził się dać koncert w londyńskiej siedzibie radia BBC. 25-minutowy występ, tym razem zapowiedziany przez inną legendę tamtejszego radia – Boba Harrisa został zarejestrowany, a następnie wydany na drugiej stronie kompilacyjnej, winylowej płycie BBC Transcription Service” z serii „Top Of The Pops” w nakładzie… 100 egz!  Nie muszę chyba dodawać, że dziś ten bardzo poszukiwany rarytas osiąga cenę 500 funtów… Wszystkie cztery nagrania cechuje wysoki poziom wykonawczy. Instrumentalny „Armageddon” to bardzo przestrzenny progresywny kawałek z mocną sekcją rytmiczną i momentami ciężko brzmiącą gitarą; „Sky Farm” (cóż za atmosferyczny i cudny wokal!) z fletem i akustyczną gitarą ociera się o barokowe klimaty; dźwięki klawikordu z punktującą perkusją otwierają uroczą „Sea Suite” zaś partie basu nadają całości głębi i powagi; dziesięciominutowy „Aquarion” to już granie z najwyższej progresywnej półki z urzekającymi partiami gitar, klawiszy, leniwym basem, przelewającą się jak magma perkusją i damsko-męskim duetem wokalnym… ORA to folkowo progresywna grupa, która mimo krótkiej działalności przez cały czas borykała się z sekcją rytmiczną, a raczej z jej brakiem. Kiedy zostali zaproszeni przez Briana Matthew zwrócili się z prośbą do swych przyjaciół, by wspomogli ich w radiowym studio. Zarejestrowali wówczas dwa unikatowe i urocze nagrania z basistą Martinem Turnerem i perkusistą Steve’em Uptonem, którzy w tym samym czasie (październik 1969) formowali formację Wishbone Ash. Wydany w tym samym roku LP „Ora” w ilości ok 1000 egz. niestety nie został zauważony i przepadł na wieki. Szkoda, gdyż zawierał naprawdę niezły materiał.

Tył okładki
Tył okładki

Ciężki, psychodeliczny GRIFFIN tworzyli byli członkowie grup Skip Bifferty i Heavy Jelly z młodym Alanem White’em na bębnach (potem w Yes). Nie nagrali nigdy dużej płyty; w 1969 roku wydali jedynie singla. Zamieszczone tu 8-minutowe nagranie „The Shine” z kapitalnymi partiami gitar i klawiszami to nastrojowy prog rocka z górnej półki. Nie ukrywam, że należy do moich ulubionych na tej płycie… BLODWYN to już schyłkowy Blodwyn Pig bez Micka Abrahamsa, ale z późniejszym gitarzystą Yes, Peterem Banksem i Jackiem Lancasterem grającym na saksofonie i flecie… Ale Micka Abrahamsa i jego karkołomną grę na gitarze słychać w dwóch następnych utworach, tym razem z grupą WOMMET, czyli pre-Mick Abrahams Band, ze skrzypcami w składzie… Zupełnie nieznany hard rockowy NATURAL GAS brzmi jak mocniejszy Humble Pie, czy też Leaf Hound; niestety grupa ta nie ma nic wspólnego z zespołem o tej samej nazwie, która powstała pięć lat później. Nie mniej „How Long Were You There” to świetny kawałek. Szkoda, że tak krótki… SWEET MARRIAGE muzyczni archeolodzy mogą zapewne pamiętać z jedynego singla „Childplay/Bitter Wind” wydanego w 1969 r. najpierw w Niemczech, a dopiero potem na Wyspach. Brzmieli trochę jak kultowa, pop psychodeliczna grupa Wimple Winch z progresywnymi ciągotami. Zainteresował się nimi John Peel, dla którego 11 sierpnia tego samego roku zarejestrowali kilka doskonałych nagrań. Dwa z nich, gitarowo intensywne i wyborne: „Mart” oraz „Titania” z zapowiedzią samego gospodarza programu zostały dołączone do niniejszego zestawu… Całość kończy psychodeliczno-elektroniczny WHITE NOISE kooperujący z grupą teatralną Welfare State. To jeden z tych zespołów, który śmiało eksperymentował z muzyką elektroniczną; swobodnie używał różnych technik manipulowania taśmami, a do nagrań wykorzystał pierwszy brytyjski syntezator EMS Synthi VCS3

„TAPESTRY… And Other Lost UK Progressive Bands. British Radio Sessions 1969-1971” to niewątpliwie iście sensacyjna płyta. Jedna z najciekawszych i w sumie najbardziej zaskakujących reedycji z jaką zetknąłem się w ostatnich latach. Wracam do niej często i polecam każdemu, kto chce odkryć na nowo to, co nieopatrznie zagubiło nam się w czasie.