JUNIOR’S EYES „Battersea Power Station” (1969)

Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie zrobił na mnie widok elektrowni  Battersea, gdy po raz pierwszy ujrzałem ją z okien autobusu wolno pokonującego ulice londyńskiej dzielnicy Chelsea. Zaprojektowana przez Giles’a Gilberta Scotta zbudowana została na stalowym szkielecie z czterema kominami  osadzonymi na wieżopodobnych kolumnach przypominające te klasyczne – doryckie. Smaku całości dodaje to, że wnętrza wyłożono włoskim marmurem, sale turbin i pomieszczenia techniczne mozaiką, a sterownię zaprojektowano w stylu Art deco. Elektrownia Battersea stanowi symbol przemysłu energetycznego i choć jej wizerunek pojawił się w wielu filmach i programach telewizyjnych, to dla fanów muzyki rockowej nierozerwalnie kojarzy się z okładką albumu „Animals” zespołu Pink Floyd. Mało kto jednak pamięta, że osiem lat wcześniej inna londyńska grupa wydała płytę, którą zatytułowała „Elektrownia Battersea” (ang. Battersea Power Station)…

Elektrownia Battersea
Elektrownia Battersea

Ta grupa to JUNIOR’S EYES. Założycielem i liderem formacji był gitarzysta Mick Wayne. Muzyk zaczynał od grania w The Outsiders razem z Jimi Page’em w 1965 roku. Potem były inne zespoły, w tym The Tickle, z którym wydał singiel „Subway (Smokey Pokey World)„. Mała płytka zyskała uznanie wśród fanów psychodelii. Do dziś jest chętnie umieszczana na różnego rodzaju albumach składankowych z tym gatunkiem muzycznym. Po rozpadzie The Tickle, na początku 1968 roku Mick Wayne zakłada JUNIOR’S EYES, który wraz z nim tworzą: basista John „Honk” Lodge (z Graham Bond Organisation) i perkusista Steve Chapman. Z pomocą pianisty Ricka Wakemana  nagrali singla „Mr. Golden Trumpet Player/Black Snake”. Mała płytka ukazała się w czerwcu, a niedługo po tym trio zasilił wokalista Graham Kelly, oraz grający na gitarze i flecie Tim Renwick. W tym samym czasie Wayne i Rick Wakeman wspomagali w studiu Davida Bowie, który nagrywał swój przełomowy hit „Space Oddity”; to właśnie Mick Wayne „odpowiedzialny” jest za ten słynny, kosmiczny, gitarowy break w tym nagraniu. Współpraca obu muzyków układała się na tyle dobrze, że gitarzysta zagrał u Bowie’ego raz jeszcze – na jego drugiej płycie (z niebieską okładką)… Pracę nad debiutancką płytą kwintet rozpoczął pod koniec roku. Krążek ukazał się w czerwcu 1969 roku wydany przez Regal Zonophone Records (pododdział EMI), a jego producentem był Tony Visconti – człowiek, który przez długie lata współpracował z Davidem Bowie (13 płyt!), a także m.in. z takimi artystami jak The Moody Blues, Gentle Giant, Thin Lizzy, T.Rex…

Junior's Eyes "Battersea Power Station" (1969)
Junior’s Eyes „Battersea Power Station” (1969)

Ubolewam, że w Polsce płyta „Battersea Power Station” praktycznie jest nie znana. A jeśli, to muzycznym archeologom i zagorzałym fanom wczesnego rocka progresywnego. Biorąc pod uwagę rok w którym powstała można powiedzieć, że to typowy brytyjski underground z końca lat 60-tych. Czyli późna, ciężkawa psychodelia, a właściwie już wczesny rock progresywny z dość wyrazistymi liniami melodycznymi.

Ozdobą płyty była tytułowa, kilkuczęściowa, 22-minutowa suita łącząca w sobie przeróżne nastroje – od melodyjnego, stonowanego grania poprzez gitarowe wymiatanie, aż po czarujące melotronowe impresje. Krótki, jednominutowy „Total War” jest wprowadzeniem do „Circus Days” z pulsującym basem, „szarpiącymi” dźwiękami harfy i ładną melodią wygrywaną przez gitary do spółki z klawiszami. Całość płynnie przechodzi w „Imagination” podążając w kierunku niczym nieskrępowanych niemal kosmicznych przestrzeni. To już progresja na najwyższym poziomie. Zagęszczona atmosfera, ciężkie ołowiane solówki gitarowe i kapitalna gra sekcji rytmicznej. Jest w tym coś z klimatów ery Syda Barreta i Pink Floyd – druga jego część kojarzy mi się właśnie z floydowskim „Interstellar Overdrive”…  Tuż po niej dostajemy przepiękną, spokojną i jakby odrealnioną balladę „My Sheep”. Miód na uszy! Z tej zadumy budzą nas dźwięki skocznej kompozycji „Miss Lizzie” w stylu beatlesowskiego „Sierżanta Pieprza”… W blues rockowym „So Embarrassed” ton nadają organy, mocno wyeksponowana  sekcja rytmiczna i gitara slide. Świetny kawałek, który łączy się w niezwykle energetyczny „Freek In” kończący suitę.

Druga strona zaczyna się od mocarnego „Playtime” z ciężkim basem i ciekawą solówką Micka Wayna na gitarze. Twarda, rockowa rzecz! Chwila oddechu przy dźwiękach gitary imitującą sitar i hinduskich bębenkach zapewniła nam balladowa „I’m Drowing”. Niby proste, a jednak jak się uważniej wsłuchać  budzi szacunek i uznanie. Serio. „White Light” urzekło mnie od samego wstępu; powolne i nieco tajemnicze tempo nabiera po chwili szybkich obrotów, po czym zwalnia i ponownie przyspiesza. Do tego całkiem fajna melodia. Całość zaśpiewana i zagrana z luzem. W końcówce króciutkie, ale jakże urokliwe solo gitarowe. Palce lizać! Dźwięki akustycznej gitary rozpoczynają „By The Tree”, które po minucie ustępują wchodzącej gitarze basowej, perkusji i wokaliście. Atmosfera nagrania z biegiem czasu zagęszcza się coraz bardziej. Wchodzą gitary, klawisze, instrumenty perkusyjne. Robi się mały zgiełk, który jest jednak pod absolutną kontrolą. Efektywna mieszanka psychodelii z rockiem progresywnym. Cóż, JUNIOR’S EYES byli w tym czasie krok do przodu. A może ciut dalej…

Cały album jest naprawdę świetny, aczkolwiek wymagający uwagi. Może nawet i kilku przesłuchań. Od lat oczekiwana reedycja ukazała się w 2015 roku. Zremasterowana i poszerzona o drugi dysk została wydana przez niezawodną wytwórnię Esoteric Records. Ten dodatkowy krążek zawierający aż 14 fajnych i unikalnych nagrań to wielka gratka nie tylko dla muzycznych archeologów. Przede wszystkim mamy tu utwory z wszystkich singli (strony A i B) z okresu albumu. Poza nagraniem „Circus Days” żadne nie znalazło się na dużej płycie. Jest też wspomniany przeze mnie na początku ten jakże kapitalny, psychodeliczny i mega rzadki singiel z końca 1967 roku wydany jeszcze pod nazwą The Tickle. Rarytas! Do tego dołączono kilka nagrań demo z fantastycznie brzmiącym dźwiękiem. Jakby tego było mało, na sam koniec firma Esoteric zafundowała nam materiał z rzadkiej sesji dla radia BBC zrealizowanej na potrzeby audycji „Top Gear” Johna Peela. Legendarny prezenter osobiście zapowiadał utwory „Hang Loose”„By The Tree”. Wtedy była to jeszcze audycja muzyczna – od 1977 roku przemianowana na  motoryzacyjną…

Po wydaniu „Battersea Power Station” grupa ponoć przystąpiła do nagrywania drugiej płyty. Ponoć materiał był zarejestrowany, ponoć wszystko było gotowe na taśmach. Ponoć był już zaklepany termin wydania albumu. Taśmy (ponoć) jakimś cudem zniknęły ze studia. Do dziś nie zostały odnalezione. Być może przepadły na amen. Drogi muzyków wkrótce rozeszły się na zawsze…

W dalszej karierze muzycznej najbardziej poszczęściło się Timowi Renwick’owi. Gitarzysta był m.in. członkiem grupy Mike And The Mechanics, koncertował też z muzykami Pink Floyd: Rogerem Watersem i Davidem Gilmourem. Mick Wayne wyjechał do Stanów. Współpracował (krótko) z Joe Cockerem, był muzykiem sesyjnym, w końcu zajął się malarstwem. W 1994 roku zapowiedział powrót do muzyki. Tuż przed wyjazdem do Wlk. Brytanii w domu producenta u którego chwilowo przebywał wybuchł pożar. Ratując dobytek i sprzęt zginął tragicznie przywalony rozpadającą się konstrukcją budynku. Miał 45 lat…

Czarna owca progresywnego rocka. QUATERMASS „Quatermass” (1970)

Jako fan Deep Purple w zasadzie powinienem był nienawidzić QUATERMASS. To przez ten zespół wiosną 1975 roku z Głębokiej Purpury odszedł Ritchie Blackmore. Co prawda trio już wtedy nie istniało, ale to oni byli sprawcami całego tego zamieszania. Czarna owca w rockowej rodzinie…

Oczywiście żartuję. Faktem jest, że jednym z powodów odejścia gitarzysty był utwór „Black Sheep Of The Family”. Tę nagraną przez QUATERMASS pięć lat wcześniej kompozycję Blackmore chciał włączyć do albumu „Stormbringer” Purpli, na co nie zgodzili się pozostali muzycy. Ostatecznie gitarzysta nagrał ją, ale z innymi muzykami. I to pod nowym szyldem, jako Ritchie Blackmore’s Rainbow. Żeby było ciekawiej, dodam iż nie był to pierwszy kontakt Ritchie’go z grupą QUATERMASS, a mówiąc ściślej – z jej perkusistą Mickiem Underwood’em. Obaj panowie w latach 1963-65 grali razem w  instrumentalno-wokalnym zespole The Outlaws, z którym wydali kilka przebojowych singli. Underwood otarł się też o dwóch innych muzyków Deep Purple. Odrzucając propozycję grania w The New Yardbirds  dołączył do zespołu Episode Six. To tam swe pierwsze kroki stawiali Roger Glover i Ian Gillan… Z kolei basista i wokalista John Gustafson udzielał się w liverpoolskiej formacji Merseybeats, a następnie grał w zespole The Big Three nad którym opiekę trzymał sam Brian Epstein. Trzeci z członków Quatermass, Peter Robinson, absolwent Royal Academy Of Music, był już wtedy dobrze zapowiadającym się pianistą. Cała trójka spotkała się w 1969 roku w Jackson Studios; to właśnie wówczas formował się nowy skład Episode Six. Na próbach okazało się, że spośród wszystkich muzyków trzej wyżej wymienieni panowie rozumieją się bez słów i to im najlepiej się współpracuje. Postanowili razem założyć zespół. Tak powstał QUATERMASS

Quatermass. Od lewej: Peter Robinson, John Gustafson, Mick Underwood.
QUATERMASS. Od lewej: Peter Robinson (org.), John Gustafson (bg. voc.), Mick Underwood (dr.)

Swoją nazwę zawdzięczają fikcyjnej postaci profesora Bernarda Quatermassa, który był głównym bohaterem kultowego serialu science fiction BBC z lat 50-tych. Fantastyka przewija się też przez okładkę albumu, którą zaprojektował Storm Thorgerson z firmy Hipgnosis. Perspektywiczny rzut z góry na dwa szklane wieżowce tworzą wrażenie futurystycznego kanionu, w którym jak sępy w powietrzu krążą… pterodaktyle.  Panoramiczne ujęcie całości w czarno-białej tonacji do dziś robi na mnie wrażenie. Płyta została nagrana w studiach Abbey Road i ukazała się w maju 1970 roku nakładem wytwórni Harvest.

Okładka albumu "Quatermass" (1970) autorstwa Storma Thorgesona.
„Panoramiczna” okładka albumu „Quatermass” (1970) autorstwa Storma Thorgesona

Muszę przyznać, że progresywno- hardrockowa muzyka londyńskiej grupy miała wówczas w sobie coś z klimatów pierwszych płyt Deep Purple, kiedy w składzie byli jeszcze Nick Simper i Rod Evans. A także coś z The Nice. Rezygnując z gitary prowadzącej całość oparta została na potężnym brzmieniu instrumentów klawiszowych, a w szczególności organów Hammonda. Mocna gra sekcji rytmicznej, progresywno-symfoniczna estetyka, oraz energetyczny, mocny wokal to podstawowe cechy tej muzyki. Każda kompozycja na tym albumie to w stu procentach mocna rzecz; brak tu słabego punktu, nie ma żadnego wypełniacza…

Album rozpoczyna się minutową, tajemniczo snującą się miniaturką „Entropy” zagraną na Hammondzie. Na winylu jest tak cicha, że niemal zagłusza ją szum płynący z rowka płyty. Docenić jej piękno można na kompaktowej reedycji po remasteringu. Ta nieziemska aura pęka niczym bańka mydlana po serii kakofonicznych akordów i wchodzącymi mocnymi bębnami. Tak rozpoczyna się utwór, który stał się kością niezgody pomiędzy członkami grupy Deep Purple, czyli „Black Sheep Of The Family”. Kapitalny rockowy numer z bogatą gamą klawiszy skomponowany i zagrany tak, że nie odczuwa się braku gitary. Do tego świetny wokal. Wersja QUATERMASSS zdecydowanie bardziej mnie pociąga niż ta zagrana przez Ritchie Blackomore’a i jego Rainbow. Pomimo braku gitary jest ostrzejsza i bardziej wyrazista, szczególnie pod koniec utworu, zaś organy Robinsona zrobił tu niesamowity klimat… „Post War Saturday Echo” to jedno z zapomnianych arcydzieł muzyki rockowej! Jest to w zasadzie powolny i żarliwie płonący blues. Jego wersety były nagrywane tak cicho, że zarówno szum trzęsących się liści na drzewie dochodzący z otwartego okna, jak i hałas przejeżdżającego pod nim roweru był prawdziwym zagrożeniem dla słuchacza. Jeśli ktoś lubi zeppelinowski „Since I’ve Been Loving You” ( w zasadzie to nie znam nikogo, kto by tego kawałka nie lubił), to „Post War…” jest do niego bardzo zbliżone. Zasadnicza różnica jest taka, że po trzech minutach ta piosenka, jak owe pterodaktyle z okładki, wzbija się poprzez futurystyczny kanion do nieba z absolutną bombą wokalną Gustafsona, który śmiało może tu rywalizować z Ianem Gilanem śpiewającym nieśmiertelne „Child In Time”. W drugiej zaś części mamy kilka ciekawych popisów wszystkich muzyków ze świetnie wplecionym solem organowym Petera Robinsona. Następująca po niej niespełna trzyminutowa piosenka „Good Lord Knows” jest osobistą modlitwą basisty Johna Gustafsona z towarzyszeniem klawesynu i aranżacją smyczkową. Przejmująca opowieść o stawaniu się mężczyzną. I o żołnierzach, którzy nie wracają do domu… Do organowego grania trio powraca w „Up On The Ground” i to powraca z wielkim pazurem. Agresywny kawałek z wirtuozowskimi riffami basu i patentami organowymi przypominającymi mi te z płyty „Atom Heart Mother” Pink Floyd wydanej pięć miesięcy później.

Trio Quatermass na scenie (1970).
Trio Quatermass otwierało koncerty wielu znanym grupom (1970).

Drugą stronę albumu otwiera sześciominutowa wersja utworu „Gemini” znana z repertuaru grupy The Animals. Solo organowe grane przez Robinsona robi wrażenie, tak jak i soczyste bębnienie Underwooda. Kompozycja trafiła później na stronę „A” singla wydanego we Włoszech. Jednak dwa największe diamenty trio zachowało na sam koniec. Pierwszy z nich to „Make Up Your Mind”. Co prawda zaczyna się popowo, ale to taka mała zmyłka, gdyż od drugiej minuty staje się progrockowym demonem. Mroczny bas z wyśmienitą pracą perkusji, znakomite klawisze tworzą dzieło przypominające dokonania King Crimson. Toczy się to wszystko w powolnym tempie, aż do finałowego zakończenia gdzie wracają śpiewane partie z początku utworu. Magia niewiarygodnego mistrzostwa całej trójki… Drugim diamentem jest instrumentalna kompozycja „Laughin’ Tackle”. Zaczyna się od kroczącego jazzowo basu, pykającej perkusji i nieśmiałych organów. Robinson wykonuje po raz kolejny świetną pracę na klawiszach i to zarówno na organach jak i na elektrycznym pianinie. Pojawia się pełna rozmachu orkiestrowa aranżacja, w której wykorzystano ścieżki 16 skrzypiec, 6 altówek, 6 wiolonczel i 3 kontrabasów. Znalazło się też miejsce na  szaleńcze solo perkusji Micka Underwooda. Nic dziwnego, że po rozpadzie tria muzyk miał sporo intratnych propozycji; ostatecznie wybrał ofertę Phila Collinsa, który robiąc sobie przerwę w Genesis założył jazz rockowy Brand X… „Laughin’ Tackle” jest arcydziełem samym w sobie, które przechodząc płynnie w króciutkie „Entropy (Reprise)” kończy tę arcyciekawą płytę.

Po jej nagraniu zespół dużo koncertował. Otwierali występy m.in. Deep Purple, Black Sabbath, Uriah Heep, Savoy Brown, Gentle Giant… Weszli nawet do studia, by nagrać drugi album. Sesję niespodziewanie przerwano. Ponoć  Harvest straciła nagle zainteresowanie grupą(?!) zaś nagrane taśmy – o ile takie były – zniknęły. Zniknęła też wkrótce ze sceny grupa QUATERMASS, która mogła się okazać nie tyle czarna owcą rockowego świata, ale jego czarnym koniem…

Dzieci diabła i złych policjantów. DEMON FUZZ „Afreaka!” (1970)

Słodki Jezu! Wyskoczyłem z fotela już przy pierwszym utworze jaki wybrzmiał mi z głośników, gdy włączyłem płytę „Afreaka!” zespołu DEMON FUZZ. A potem było jeszcze lepiej! Powiem szczerze jak na spowiedzi: uważam, że jest to najlepsza rockowa płyta nagrana przez brytyjski Afro band – zdecydowanie bijąca na głowę Assagai, Noir i wczesne płyty Osibisa. Ten wyśmienity album łączył elementy klasycznego, soczystego rocka progresywnego z elementami zjadliwego, ostrego funku, soulu i dobrego jazzu. Fantastyczna, wybuchowa mieszanka stylów. Słyszałem, że z jakiś powodów jest to bardzo poszukiwany tytuł przez ludzi niszczących w klubach winylowe płyty… Mamy tu mnóstwo Hammondów, fajne partie saksofonu i fletu, niemal heavyrockowe bębnienie. No i to co tygryski lubią najbardziej – długie, rozbudowane kawałki! Album dla miłośników grup spod znaku Hannibal, czy mocniejszego If. Do tego jamowa jędrność  Funkadelic i Fela Kuti, gitary jak w Traffic, niemal metalowy garnitur przypominający Jamesa Browna i Sly & The Family Stone z muzyką latynoską – jakby zaprosili do tego stołu Santanę… Kwintesencja etno rocka. Jednym słowem: CZAD!

Demon Fuzz (1970)
Demon Fuzz (1970)

Grupa została założona przez siedmiu wspaniałych młodych muzyków w Londynie w 1968 roku. Byli dziećmi emigrantów, których rodzice przybyli do Wielkiej Brytanii  po 1948 roku. Rząd brytyjski zachęcał wówczas obywateli Wspólnoty do osiedlania się w Anglii oferując pracę, mieszkanie i lepsze zarobki mając nadzieję na uzupełnienie powojennego „deficytu ludnościowego”. Sytuacja wymknęła się nieco spod kontroli w 1958, kiedy to w okolicach Notting Hill w Londynie wybuchły zamieszki rasowe. Nie mniej pozytywnym aspektem całej tej napływowej fali emigrantów było to, że młodzi Brytyjczycy mogli odkryć i posłuchać nieznanej im do tej pory muzyki i rytmów. Także tych jamajskich, zwanych riddin, wykorzystanych w muzyce reggae. Wszystko to wypływało z małych klubów ukrytych w ciasnych uliczkach Londynu, Birmingham, Leeds i innych dużych miast. Tak jak i zapachy nowych egzotycznych potraw roznoszących się z niewielkich barów i knajpek na uboczu…

Paddy Corea po przybyciu do Londynu w 1963 roku zaczął grać na saksofonie tenorowym. I to wcale nie z miłości do tego instrumentu. Ta przyszła nieco później. To była broń na… irytujących go sąsiadów. Jak się okazało – skuteczna! Parę lat później trafił na ogłoszenie w New Musical Express, w którym bracia Sleepy Jack Joseph (bas) i Winston Raphael Joseph (gitara) oraz wokalista Blue Rivers poszukiwali saksofonisty do zespołu. Wkrótce pozyskali grającego na fortepianie i organach Raya Rhodena, który z kolei przyciągnął swego przyjaciela i puzonistę Clarence’a Crosdale’a.  Braciom zaimponował fakt, że Crosdale miał za sobą współpracę z Rico Rodriguezem, brytyjskim puzonistą urodzonym w Kingston na Jamajce grający muzykę ska, reggae i jazz. Gdy na pokładzie pojawił się  perkusista Steven John zaczęli występować jako Blue Rivers & Maroons. Dzieciaki przychodzące na ich występy były nieco zdezorientowane. Spodziewały się muzyki, którą słyszały w radiu BBC. Dla nich „czarny” wykonawca kojarzył się z muzyką soul. Tu zaś zetknęli się z reggae i ska. Rivers robił bowiem wszystko, by nie być jak cała reszta „kolorowych”. Regularne sobotnie występy w The Roaring TwentiesQ Club należące do zachodnioindyjskiego DJ’a Counta Suckle’a przyniosły im rozgłos. Efekt? Wydana w 1968 roku płyta „Blue Beat In My Soul”. Dwa lata po jej nagraniu nastąpił rozdźwięk między wokalistą, a saksofonistą co do przyszłości grupy. Rivers nie chciał nic zmieniać tym bardziej, że po ostatniej trasie w północnej Afryce zespół dostał propozycję stałych występów w legendarnym hamburskim Star Club. Paddy Corea dość miał jednak ska i reggae. To właśnie w Maroku narodził się w jego głowie pomysł na inny rodzaj zespołu, na inny rodzaj muzyki. Zaraził się czymś zupełnie nowym, czymś czego Zachodnia Europa jeszcze nie znała. Nauczył się Sufi – arabskiej skali i pentatoniki. Słuchał plemiennych bębnów, poznał brzmienie instrumentów robionych z trzciny, kory i z tykwy calabashu. Pomysł spodobał się wszystkim z wyjątkiem wokalisty, który został w Hamburgu. Pozostali, już jako DEMON FUZZ powrócili do Anglii…

DEMON FUZZ "Afreaka!" (1970)
DEMON FUZZ „Afreaka!” (1970)

Skąd nazwa grupy? ” To afrykański zwrot, który w wolnym tłumaczeniu brzmi dzieci diabła lub złych policjantów’.” – wyjaśniał Crosdale.  „Spodobała nam się ta nazwa. I tyle…”  Trzy miesiące upłynęły Dzieciom Diabła na intensywnych ćwiczeniach w piwnicy sklepu muzycznego w zachodnim Londynie. Żadnych koncertów, występów, grania na żywo. Tylko próby, próby, próby… Rozglądali się też za kimś, kto zastąpiłby Blue Riversa. Okazało się, że był dosłownie w zasięgu ręki. Smokey Adams śpiewał w Shepherd’s Bush, w amatorskim zespole R&B i bardzo chętnie przyjął wakat wokalisty. To wówczas powstało kilka piosenek, w tym „Past, Present And Future” – zabójcza kompozycja, która wywaliła mnie z fotela. „Było to fantastyczne wyzwanie muzyczne” – wspominał dalej Crosdale. „Winston (Joseph) i Ray (Rhoden) dużo wtedy pisali, a wszystko to spajał w jedną całość Paddy. Myślę, że inspirował nas wtedy Blood Sweet & Tears, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy…”

W 1970 roku rasizm w przemyśle muzycznym w Wielkiej Brytanii oficjalnie nie istniał, ale – niestety – był obecny. Ukryty. Na mniejszą, niż większą skalę, ale był. W klubach czarne zespoły dostawały dużo mniejsze gaże za występy; za wynajem studia nagraniowego płaciły podwójną stawkę. „Czarni muzycy nie byli traktowani w Anglii poważnie.” – mówił po latach Corea„Chcieliśmy to zmienić. Chcieliśmy zmienić styl, dźwięk, wizerunek i postawę czarnej muzyki i czarnych wykonawców w Anglii.”… Na szczęście był John Peel, dalekowzroczny prezenter z BBC. Człowiek, który wywarł znaczący wpływ na scenę rockową Wielkiej Brytanii. Z jego zdaniem i opinią liczyła się cała branża muzyczna. Zresztą nie tylko ta na Wyspach. Oprócz audycji radiowych pisywał też artykuły i recenzje do Melody Maker. Po obejrzeniu występu DEMON FUZZ w jazzowym klubie u Ronnie’go Scotta zamieścił najkrótszą recenzję w swoim życiu, która brzmiała: „Wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe!” Fakt. Zespół na scenie wytwarzał niepowtarzalny klimat, aurą i magią przykuwał uwagę publiczności jak rzadko który. Jego występy były absolutnym hitem nie tylko klubów z okolic Soho. Być może zachwyt szanowanego radiowca pozwolił im szybciej otworzyć drzwi do studia Pye Records, gdzie nagrali materiał na płytę. Album, pod wiele mówiącym tytułem „Afreaka!” wydał Dawn Records, pododdział Pye we wrześniu 1970 roku.

Label oryginalnego LP wytwórni Dawn Records.
Label  LP „Afreaka!” wytwórni Dawn Records.

Oryginalny krążek zawiera pięć wspaniale rozbudowanych kompozycji trwających w sumie czterdzieści pięć minut muzyki. Na początek dostajemy dziesięciominutową instrumentalną petardę, czyli „Past, Present And Future”. Początek intrygujący – ponure dźwięki gitary w duecie z talerzami budują tajemniczy i złowrogi klimat. A potem wszystko rozwija się w nieprawdopodobny ciąg. Wkraczają organy Hammonda, ciężkie sfuzzowane gitary, mocarne bębny, pełen energii dudniący bas i niesamowity saksofon. Wszystko to ciężkie jak toczący się walec. Hard rock z domieszką soulu, funku i odrobiny psychodelii. Połączenie Colosseum z Funkadelic. I jak tu nie kochać takich klimatów!? W „Disillusioned Man” Smokey Adams śpiewa o miłosnym rozczarowaniu, a saksofon sopranowy rozbraja mnie po raz kolejny niesamowitą solówką. Jeszcze jeden dowód na to, że solowe partie instrumentalne niekoniecznie muszą być  wykonywane przez gitarzystów… „Another Country” to cover amerykańskiej grupy Electric Flag zagrany tonę ciężej niż oryginał! Nigdy nie pomyślałbym, że pierwowzór jest w ogóle do przebicia. A jednak! Podoba mi się szczególnie sekcja rytmiczna, która bardzo ładnie tu łoi. No i ponownie ten niesamowity Paddy Corea na saksie. On jest boski! Acid rockową wycieczkę zespół zafundował nam w dość podniosłym, niemal epickim „Hymn To Mother Earth”. Przez osiem minut producent płyty, Barry Murray, dał przestrzeń na pokazanie talentu każdemu muzykowi nie tracąc przy tym z zespołowego, precyzyjnego grania. Pięknie płynący bas i organy, świetna partia fletu, wielogłosowy śpiew, delikatna gitara, w tle afrykańskie bębny, na których gościnnie zagrał Ayinde Folarin. Cudo! Całość spina klamrą instrumentalny „Mercy (Variation No. One)”  będący połączeniem jazz rocka z muzyką latynoską. Znalazło się też miejsce na odrobinę hiszpańskiego flamenco. Warto zwrócić uwagę na rozbudowaną formę instrumentów perkusyjnych. Ayinde Folarin gra na kongach jak prawdziwy wirtuoz. Całość brzmi oryginalnie i bardzo ciekawie.

Kompaktowa reedycja Esoteric Records z 2009 roku zawiera sporą gratkę dla miłośników zespołu. Dołączono bowiem do niej trzy nagrania z maxi singla wydanego w październiku 1970 roku. Są to: „I Put On Spell On You” kompozycja Screamin’ Jay Hawkinsa, którą pamiętamy z brawurowej interpretacji w wykonaniu Creedence Clearwater Revival z 1968 roku, oraz dwie własne: „Message To Mankind”„Fuzz Oriental Blues (ten ostatni powinien nazywać się „Fuzz Oriental Funk”). Radość tym większa, gdyż maxi singiel dziś jest praktycznie nie do zdobycia. Tak jak i nie do zdobycia jest też oryginalna płyta „Afreaka!” czarnych muzyków, którzy wcale nie byli ani dziećmi diabła, ani tym bardziej złych policjantów