FRUUPP „Wise And Wisdom: The Dawn Albums 1973 – 1976”

Pomysł na stworzenie progresywnego zespołu rockowego narodził się w głowie Vincenta McCuskera pod koniec 1970 roku. Ten pochodzący z Maghery w hrabstwie Derry na północy Irlandii gitarzysta i wokalista był członkiem pochodzącej z Belfastu grupy The Blues by Five. W tym czasie w Irlandii poza kilkoma klubami w Belfaście i Dublinie nie było zbyt wielu miejsc do grania beatowej muzyki. Ambitny muzyk zniechęcony graniem skocznych kawałków na cosobotnich potańcówkach wyjechał do stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie w trakcie kilkumiesięcznego pobytu zetknął się z londyńskim undergroundem. Chęć grania nowej i „postępowej” muzyki była tak silna, że po powrocie do Belfastu z miejsca zaczął szukać muzyków do swojego projektu. Z pośród wielu próbujących Vince zdecydował że w zespole znaleźli się klawiszowiec Stephen Houston (grał także na oboju), perkusista Martin Foye, oraz basista, flecista i wokalista Peter Farrelly. Ten ostatni, bardzo utalentowany artysta, był twórcą dwóch pierwszych okładek albumów i wczesnych plakatów.

Latem 1971 roku cała czwórka zamieszkała i ćwiczyła w starym, zrujnowanym domu w Belfaście. Plotka głosi, że nazwa zespołu, FRUUPP, pochodzi od ducha młodej kobiety, która rzekomo nawiedzała wspomniany dom, ale kto by tam wierzył plotkom. W rzeczywistości nazwa powstała przypadkowo; wśród walających się po kątach śmieci ktoś znalazł arkusz z samoprzylepnymi literkami na którym pozostały jedynie literki F, R, U i P.  Dodając kolejne U i  drugie P uzyskali enigmatyczne (nic nie znaczące) słowo FRUUPP.

Irlandzki zespół progresywnego rocka FRUUPP (1973)

Swój pierwszy koncert zagrali w Ulster Hall w Belfaście 23 czerwca 1971 roku, wspierając Rory’ego Gallaghera. Wkrótce potem za 450 funtów kupili Vana – Forda Transita, zapakowali sprzęt i ruszyli do Londynu promem przez Heysham zatrzymując się przy okazji w Manchesterze gdzie 2 lipca 1971 roku wystąpili obok Curved Air i Atomic Rooster w Mr. Smith’s Club – Mekce tamtejszych hipisów.

Promotorzy i właściciele sal koncertowych bardzo chętnie gościli ich w swoich progach, zaś sam zespół od lipca 1971 do połowy 1973 roku spędzał czas pomiędzy Londynem, Irlandią i Niemcami grając koncerty z takimi grupami jak  Queen, Hawkwind, Supertramp, The Electric Light Orchestra, Focus,  Man, Steve Harley & Cockney Rebel i Genesis. Zagrał ich w sumie ponad dwieście trzydzieści! W tym czasie zespół zmienił kierunek muzyczny z ciężkiego rocka, na coś co brytyjska prasa muzyczna określiła jako „muzyka Fruupp”. 29 marca 1973 roku muzycy odwiedzili małe londyńskie studio na Fulham Palace Road i stworzyli demo z czterema autorskimi piosenkami. Jednym z utworów była kompozycja zatytułowany Decision”. Wspaniała, klasyczna, piękna kompozycja napisana przez lidera spodobała się dyrektorowi A&R, Robinowi Blanchflowerowi do tego stopnia, że ​​w lipcu 1973 roku podpisał kontrakt z muzykami z Dawn Records (odłam Pye). W sierpniu w Escape Studios w Kent nagrali swój debiutancki album, który pod tytułem „Future Legends” ukazał się 5 października tego samego roku.

Fruupp „Future Legends” (1973)

Głównym autorem materiału był Vincent McCusker, którego wspierał Stephen Houston. Ich inspiracje były dość typowe dla zespołu rocka progresywnego (Genesis, Yes, itp), ale udało im się stworzyć własne, oryginalne brzmienie w dużej mierze dzięki charakterystycznym klawiszom Houstona, który używał organów farfisa zamiast melotronu i mooga. Jak się okazało „Future Legends” zawiera TYLKO dobre utwory w dużej mierze składające się z wypróbowanego i doskonale przetestowanego zestawu koncertowego. Szkoda, że nie znalazł się tu (pewnie z braku miejsca) wykonywany na bis „The Steam Machine”, oraz rockowy grzechotnik „Be Glad”. Jak na symfoniczny prog rock płyta napędzana jest przez gitarzystę burzą genialnych gitarowych riffów i pięknych solówek nie mówiąc już o tym, że bas jest niesamowity, perkusja świetna, a klawisze po prostu cudowne. „Olde Tyme Future” pozostaje jednym z ich najpiękniejszych i najbardziej emocjonalnych utworów for ever, z niebiańską melodią, cudnymi harmoniami wokalnymi i nastrojowymi organami. „Decision” pokazuje zespół w jego najlepszym wydaniu. Tekst oparto na wierszu technicznego zespołu, Ivana „Touche”  Vallelly’ego. Znakomita, uduchowiona gitara Vince’a działa jak inny głos. To jeden z tych utworów, do którego ciągle wracam. Na pytanie „Która piosenka najlepiej prezentuje FRUUPP?” zawsze i zdecydowanie odpowiadam; Decision! Za każdym razem, gdy go słyszę, dokładnie rozumiem, dlaczego pan Blanchflower szybko sięgnął po książeczkę czekową Pye’a… „Lord Of The Incubus” i ponury „Graveyard Epistle” mają naprawdę zwarte i intensywne partie instrumentalne. W tym ostatnim Houston gra również na oboju… „Song For A Thought” rozwija się od zrelaksowanej partii wokalnej do energicznego, symfonicznego finału. Wspaniały! Tutaj również słychać zdolność zespołu do włączania smyczków nawet w bardziej dynamicznych partiach. Z kolei „As Day Breaks With Dawn” brzmi po części jak agresywny Genesis z organami farfisa, co zapisuję na plus. „Future Legends” to kapitalny debiut płytowy i nie wyobrażam sobie półki prog fana bez tej pozycji! I jeszcze mała ciekawostka – kompaktowe wznowienia zawierają bonusowy utwór „On A Clear Day”, który pojawił się jedynie na 100 pierwszych wydaniach albumu. Utwór został szybko wycofany ponieważ zawierał fragmenty „The Planet Suite” Gustava Holsta, na które jego wnuczka nie wyraziła zgody.

Na początku 1974 roku FRUUPP ogłosił plany wydania drugiego albumu i zmiany producentów. Poinformowali, że David Lewis, były członek Andwella’s Dream, będzie z nimi pracował. Prace zaczęto w Kent pod koniec kwietnia. Krążek zatytułowany Seven Secrets” został wydany kilka miesięcy później, dokładnie 19 września.

Front okładki drugiego albumu FRUUPP „Seven Secrets” (1974)

Jak sugerował tytuł, nowy album zawierał zaledwie siedem bardziej zrelaksowanych, klimatycznych i stonowanych utworów z ciężkimi fragmentami instrumentalnymi zwłaszcza w „Garden Lady”. Podobnie jak inne zespoły tamtej epoki FRUUPP eksperymentował z wpływami tak różnorodnymi, jak jazz, muzyka klasyczna i irlandzka muzyka tradycyjna. Moim ulubionym utworem na albumie jest „Faced With Shekinah” – złożone arcydzieło, które perfekcyjnie łączy brzmienie debiutu z barokowymi wpływami tego albumu. Z kolei „White Eyes” bardzo przypomina mi najcichsze części z „Tubular Bells” i zawiera jedne z najlepszych harmonii wokalnych, jakie zespół kiedykolwiek nagrał! A jaka cudowna, baśniowa atmosfera na tym i w krótkim utworze tytułowym. Ich klasyczne wpływy jaśnieją tutaj mocniej niż na debiucie… „Wise As Wisdom” zaczyna się zdominowaną przez smyczki partią instrumentalną, która wkrótce przechodzi w doskonały riff organowy, a następnie w hipnotyczną partię instrumentalną z wpływami baroku. Kiedy zaczyna się wokal zostaję zabrany do Nieba; klimat tego utworu i całego albumu są po prostu bajkowe!  Wpływy barokowe idą o krok dalej w „Elizabeth”, zaś „Three Spires” to pogodna, folkowa, akustyczna piosenka z ładną aranżacją smyczków, zwłaszcza na początku. Emocjonalna piosenka, która bardzo mi się podoba. Ten album zawsze wygrywa ze mną, kiedy mam ochotę na relaksujący i klimatyczny symfoniczny rock progresywny.

Do dziś nie wiem jak to się stało, że tak dobry zespół, z takimi wspaniałymi płytami nie odniósł wówczas sukcesu komercyjnego..? Nie zrażeni słabą sprzedażą drugiego albumu jeszcze w tym samym roku, 8 października 1974 roku, muzycy wydają swój trzeci longplay „Prince Of Heaven’s Eyes”.

Trzeci album Irlandczyków „Prince Of Heaven’s Eyes” (1974)

Mimo pośpiechu zdecydowanie trzeba powiedzieć, że nie był to niechlujny kawałek ich pracy. Dla wielu „Prince…” jest najlepszym albumem zespołu, który miał mocniejsze, ale i bardziej dopracowane brzmienie symfoniczne niż dwa poprzednie albumy. Fortepian i syntezatory smyczkowe stały się dominującymi instrumentami klawiszowymi, chociaż wciąż było sporo organów. To album koncepcyjny o młodym mężczyźnie imieniem Mud Flanagan, który wyruszył w świat, aby znaleźć sens życia. Moim ulubionym utworem na albumie i jedną z najlepszych piosenek FRUUPP jest „Annie Austere”. Bardzo zwarty, smaczny, melodyjny i wpadający w ucho kawałek, który może rywalizować ze wszystkim, co Genesis zrobił w tym samym stylu. Ten utwór przenosi się do „Knowing You”, który według mnie jest najpiękniejszym momentem na całym albumie, co nie znaczy, że odstaje od niego „It’s All Up Now” – piękny przykład powolnego symfonicznego prog rocka… „Crystal Brook” zawiera partię instrumentalną przypominającą nieco „Olde Tyme Future” z pierwszego albumu, a „Seaward Sunset” to ballada zdominowana przez fortepian i flet z wpływami klasycznymi, zaśpiewana wysokim falsetem. Bardzo ładny…  Kończący płytę „Perfect Wish” zawiera wiele świetnych motywów, melodii i całą gamę pomysłów. To jeden z tych utworów, który rośni w sercu i duszy z każdym kolejnym przesłuchaniem. Uderzające zakończenie klasycznego albumu przyprawiające mnie o dreszcze…

Dzięki temu albumowi, listopadowej trasie koncertowej, dzięki agresywnej reklamie i promocji Dawn Records diametralnie wzrosły wyniki sprzedaży także poprzednich płyt. FRUUPP wychodził z cienia Aylesbury i Belfastu, a przyszłość zaczęła się rysować w jasnych barwach. Niespodziewane odejście ze składu Stephena Houstona w styczniu 1975 roku było dla wszystkich szokiem. Klawiszowiec miał już inne zainteresowania – jego duchowe poszukiwania stały się tak intensywne, że opuścił Albion i dołączył do teksańskiej grupy misyjnej o nazwie Liberation Suite. Pod koniec lat 70-tych wstąpił do kolegium teologicznego i przyjął święcenia kapłańskie. W marcu jego miejsce zajął John Mason i to z nim grupa zarejestrowała płytę „Modern Masquerades”. Niestety, ostatnią.

Czwarty i ostatni album „Modern Masquerades” (1975)

Producentem albumu był Iana McDonald, który gościnnie zagrał na saksofonie altowym i perkusyjnych „przeszkadzajkach”. Okazało się, że Houston wiele znaczył dla zespołu, ponieważ część uroku jego charakterystycznego brzmienia ulotniło się. Zmiana była głęboka, ale wszelkie wątpliwości, że FRUUPP stał się mniej progresywny zostały natychmiast rozwiane gdyż „Modern Masquerades” to wciąż dobre dzieło symfonicznego rocka. Styl gry Masona był tylko nieco podobny do stylu poprzednika i chociaż jest mniej wyrazisty to jego el-piano nadaje niektórym fragmentom nieco bardziej jazzowego charakteru. Słychać to zwłaszcza w „Misty Morning Way” i w „Sheva’s Song”. Trwający ponad dziesięć minut „Gormenghast” autorstwa Masona był jednocześnie najdłuższym utworem, jaki kiedykolwiek nagrali. Dzieło o wielkiej urodzie, bardzo delikatne i bogate w detale. Melancholijne, ale nie przygnębiające. Sztuka mieszania muzyki lounge i rocka symfonicznego z progresywnym instrumentarium przeskoczyła tu kamienie milowe…  Najlepszym i najbardziej typowym dla zespołu utworem na tym albumie jest bez wątpienia „Masquerading With Dawn”. Co prawda partie wokalne pod względem harmonii brzmią nieco naiwnie i „beatlesowo”, ale podczas bombastycznego finału, w którym następuje imponująca orgia klawiszy robi się genialnie i szczęka opada. Można pokusić się o stwierdzenie, że to jeden z ich najlepszych utworów kuszący refleksami namiętnego prog rocka… Ale to nie wszystko, albowiem taki „Mystery Might” zawiera jedne z najbardziej energetycznych fragmentów, jakie zespół kiedykolwiek nagrał. W niektórych jego częściach są odczuwalne wpływy funku i (o dziwo) wypadają one zaskakująco dobrze.

Rozwój punk rocka zrobił sporą dziurę w sprzedaży albumów grupy, co w połączeniu z utratą taśm w pożarze domu Vincenta  zawierającymi materiał na planowany album koncertowy spowodowało, że zespół przedwcześnie się zwinął. Ostatni koncert FRUUPP dali we wrześniu 1976 roku w londyńskim Roundhuose. Na scenie towarzyszył im wówczas zespół 101ers, który kilka tygodni później zmieni nazwę na The Clash…

4-płytowy box Esoteric Records „Fruupp. Wise And Wisdom” (2019)

Mimo, że zespół rozwiązał się w 1976 roku to jednak jego historia na tym się nie kończy. W przeciwieństwie do większości irlandzkich zespołów rockowych, które wówczas pojawiły się i odeszły reputacja FRUUPP w ciągu kolejnych dekad wydaje się wciąż rosnąć. Wszystkie ich albumy są nadal wznawiane i dostępne. Przykładem 4-płytowy box „Wise And Wisdom” wydany w lakierowanym pudełeczku przez niezawodny Esoteric Records w 2019 roku. I co by nie mówić –  dobrze jest mieć w swojej kolekcji takie płyty zespołu progresywnego rocka, który wydał TYLKO dobre albumy i przez cały okres swojej kariery pozostawał progresywny.

Mariaż mody z tęczową psychodelią. THE FOOL (1968).

Kto kogo uwiódł pierwszy?  Moda muzykę czy muzyka modę? Niewątpliwie od lat te dwie sfery wzajemnie się przyciągają i przenikają, a inspiracja jaką czerpią artyści nawzajem z mody i muzyki jest czymś oryginalnym i jednocześnie wyjątkowo atrakcyjnym. Elvis Presley, wielka muzyczna gwiazda był także ikoną mody. W latach 50-tych wylansował na szeroką skalę fryzurę z zaczesaną do tyłu grzywką, wąskie spodnie i kurtki noszone z T-shirtami. Ubierał się w za duże garnitury i koszule z postawionymi kołnierzykami. Kochał dżins. Denimowe komplety, które nosił, zaczęły po raz pierwszy być utożsamiane z młodzieżowym wyglądem, a nie jak przed wojną – z robotniczym materiałem. Inny produkt, któremu reklamę zapewniła muzyka to okulary typu „lenonki”. Są ponadczasowe, tak samo jak wizerunek wokalisty zespołu, który je wypromował. Beatlesi zmienili nie tylko oblicze muzyki – mieli też swój wielki udział w modzie. Przez dekadę wspólnej działalności kilka razy zmieniali image. Zaczynali jako „grzeczni chłopcy” z elegancko przyciętymi grzywkami w garniturach z wąskimi krawatami, by potem nosić się na wzór modsów, a z czasem zostać hipisami. Porzucili skórzane i dżinsowe kurtki na rzecz dopasowanych marynarek. Nosili spodnie przed kostkę w zestawie z golfem. A także czapki „beatlesówki” z daszkiem, buty na ściętym obcasie, zaprojektowane przez firmę Anello & Davide w Londynie…

The Beatles – zmienili oblicze muzyki i kształtowali młodzieżową modę.

W latach 70-tych mania naśladowcza poszła jeszcze dalej. Przypomnijmy sobie ultra teatralną osobowość, która progresywnie wpłynęła na postrzeganie tożsamości seksualnej, czyli Davida Bowie. Prezentował on osobowość omniseksualną jako dopełnienie hetero, homo czy trans, szanującą wszystkie opcje. Przebierał się niezwykle często, malował twarz na biało, nosił ubrania z falbanami i buty na niebotycznych koturnach… Królowa stylu punk jeszcze mocniej związała modę z muzyką. Vivienne Westwood wówczas jeszcze nie rudowłosa i nie projektantka mody. Razem z partnerem Malcolmem McLarenem lansowała punk – styl ubierania się i muzykę. W 1974 roku pierwsza odsłona ich butiku z odzieżą pod nazwą „Sex” zbiegła się z debiutem skandalizującej punkowej grupy muzycznej Sex Pistols (McLaren był jej menedżerem). Westwood czasem pisała dla nich teksty, ale przede wszystkim ubierała artystów… Pod koniec lat 70-tych debiutował Judas Priest i jako jeden z licznych zespołów wypromował wygląd heavymetalowca ubranego w obcisłe ciuchy, z natapirowanymi długimi włosami. Nie brakowało dżinsu, skórzanych kamizelek, dużych kapeluszy i kowbojskich butów. Dominowało wrażenie niedbałości. Dodatki miały szokować – chętnie sięgano po wzorce religijne i satanistyczne. Potem przyszedł new romantic, grunge… O rany, ale się zagalopowałem! Wstęp miał być krótkim nawiązaniem do kolektywu THE FOOL, który też miał swój związek z muzyką.

Marijke Koger i Simon Posthuma – twórcy kolektywu The Fool.

Chociaż dziś nie są powszechnie znani (a powinni) ten holenderski kolektyw stworzył jedne z najpotężniejszych, najbardziej uderzających i egzotycznych wizerunków psychodelicznej ery. Ich hipisowsko-cygańskie ubrania były noszone przez Beatlesów i ich żony, nosili je muzycy Cream i inne gwiazdy rocka. Stworzyli  projekty wielu okładek płyt zespołom, które są ikonami pop kultury. Nagrali też niesamowity, choć kompletnie zapomniany album.

Liderką i założycielką kolektywu była niespełna osiemnastoletnia artystka-wizjonerka Marijke Koger, oraz cztery lata od niej starszy muzyk i początkujący projektant Simon Posthuma, którzy spotkali się w 1961 roku pomagając w urządzaniu kontrkulturowego butiku w Amsterdamie o nazwie „Trend”. Nazwa THE FOOL (Błazen, Głupiec, Trefniś) nawiązywała do jednej z 78 kart Tarota – uważana za część Wielkich Arkanów jest jedną z najbardziej wartościowych kart w talii. Stało się to po spotkaniu z Grahamem Bondem mającym obsesję na punkcie Crowleya, który wprowadził ich w świat Tarota. . Duet przeniósł się wkrótce na hiszpańską Ibizę, gdzie sprzedawali swoje obrazy, plakaty, oraz projektowali ubrania głównie dla hipisowskiej społeczności. To właśnie tam, w 1966 roku odkrył ich angielski fotograf Karl Ferris. Zafascynowany zrobił zdjęcia ich prac, wysłał do Londynu gdzie zostały opublikowane w „The Times” wywołując zachwyt. Anglia, która wtedy zaczynała wychodzić z szarych powojennych barw na psychodeliczne i swingujące day-glo oniemiała z zachwytu. Za namową Ferrisa dwójka artystów przeniosła się do Londynu, otworzyli studio i zaczęli projektować ubrania, oraz artystyczną sztukę.

Marijke Koger – psychodeliczna artystka i modowa wizjonerka.

Marijke ściągnęła z Amsterdamu swoją przyjaciółkę Josje Leeger, a tuż po niej dołączył Barry Finch, niezależny człowiek od public relations pracujący m.in. dla Briana Epsteina. To właśnie on załatwił im pierwsze kontrakty z zespołami The Hollies i Procol Harum. Niedługo potem menadżer Cream, Robert Stigwood, przyszedł do nich z nietypowym zleceniem: pomalowanie Gibsona SG Erica Claptona (jednej z najbardziej kultowych gitar w historii rocka) basu Jacka Bruce’a i naciągu bębna basowego Ginger Baker.

Tył i przód gitary Gibson SG Erica Claptona.

Dodatkowo mieli zaprojektować i wykonać stroje sceniczne, oraz plakaty na pierwszą trasę Cream po USA. Końcowy efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania.

Cream w strojach zaprojektowanych przez Marijke i Simona.

Zaraz potem posypały się kolejne zlecenia, w tym okładki do albumów dla The Incredible String Band („The 5000 Spirits Or The Layers Of The Onion” – nota bene ulubiony album roku 1967 Paula McCartneya), The Hollies („Evolution”) i The Move („The Move”), oraz ilustracje do programu koncertowego w Saville Theatre Beatlesów  w Covent Garden. Oczywiście nie jest zaskakujące, że sami Beatlesi chcieli pracować z tak myślącymi przyszłościowo i kreatywnymi młodymi ludźmi. Pierwszymi z liverpoolskiej czwórki, którzy zafascynowali się sztuką THE FOOL byli John i Paul. Wspomina Simon: „John wszedł pierwszy i zobaczył nasze rzeczy: meble i plakaty, a także ubrania i powiedział: „To jest miejsce, w którym chcę żyć.” Potem zobaczyli „Wonderwall”, kompozycję składającą się ze zdobionej szafy i popiersia na łukowatej ścianie pomalowanej w stylu, który do tej pory był nowy dla świata. „Uwielbiam to!” – ekscytował się John. Później Marijke położyła karty Tarota dla Paula. Okazało się to inspiracją do napisania przez niego „The Fool On The Hill”.”

Lennon, nie chcąc być gorszy od Claptona, poprosił o podobną przysługę – pomalowanie Bentleya i ulubionego instrumentu. W odróżnieniu do Claptona nie chciał, by była to gitara, a fortepian.

Malowanie fortepianu Johna Lennona

Współpraca z Beatlesami rozwijała się wzorcowo i obie strony czerpały z tego same korzyści. THE FOOL miało znakomitą reklamę, a muzycy oryginalne i niepowtarzalne ciuchy, choćby takie jak w sekwencji „I Am The Walrus” z „Magical Mystery Tour”. Nieco później Beatlesi poprosili ich o współpracę przy aranżacji sklepu „Apple” na Baker Street. To była wielka praca, ponieważ Fab Four zasadniczo zlecił THE FOOL zaprojektowanie zewnętrznej części sklepu (w tym kontrowersyjnego muralu), który z kilkoma studentami sztuki namalowali w ciągu weekendu. Kilka lat później na żądanie mieszkańców budynek „Apple” został przemalowany.

Mural siedziby „Apple Boutique” przy Baker Street w Londynie.

W samym sklepie nie mogło rzecz jasna zabraknąć ubrań i kostiumów zaprojektowanych dla Beatlesów i ich żon, które na specjalnych pokazach nosiły piękne modelki. Chętnie dołączała do nich Patti Boyd, żona George’a Harrisona.

Patti Boyd (stoi) i modelki w strojach zaprojektowanych przez  The Fool.

I jeszcze jedna ciekawostka związana z The Beatles. Folderowe wnętrze albumu „Sgt. Pepper” miało zawierać obraz stworzony przez Marijke i Simona, ale Robert Fraser przekonał zespół do zastąpienia go zdjęciem grupowym. Hm, trochę szkoda…

Proponowana przez The Fool  wewnętrzna wersja okładki „Sgt Peppers” The Beatles.

Inspiracją dla reżysera Joe Massota była wspomniana już obudowa „Wonderwall”, która zachwyciła Lennona i która stała się tytułem filmu psychodelicznego z Jane Birkin w roli głównej. Mało kto o tym pamięta, ale to właśnie THE FOOL namówili George’a Harrisona do zrobienia ścieżki dźwiękowej. Sami członkowie THE FOOL przez moment pojawili się w tym filmie.

Marijke i Simon z szafką „Wonderwall”, która zainspirowała Joe Massota.

Skoro mowa o ścieżkach dźwiękowych dochodzimy w tym miejscu do płyty nagranej przez THE FOOL. Być może wydaje się to wręcz nieprawdopodobne – awangardowi projektanci mody, twórcy oszałamiających okładek też nagrywali? Okazuje się, że tak. I wyszło im to rewelacyjnie! THE FOOL, podobnie jak The Incredible String Band, kroczyli folkową ścieżką rocka z odcieniami kwiatowego popu a la Donovan, popowej psychodelii, z odrobiną jazzowego kolorytu w stylu Grahama Bonda! Album, pełen egzotycznej instrumentacji i figlarności będący ucztą Lata Miłości ery Wodnika, ukazał się pod koniec 1968 roku nakładem wytwórni Mercury.

Front okładki płyty „The Fool” (1968)

Wyprodukował go Graham Nash tuż przed rozstaniem z The Hollies, ale jeszcze przed założeniem Crosby, Steels And Nash. „The Fool” to album zawierający wiele angielskich elementów folkowych, w tym tak rzadko używane poza muzyką ludową szkockie dudy! Ale to nie jest album z muzyką ludową. W pewnym sensie przypomina mi niedocenianą ścieżkę dźwiękową do „Wonderwall” George’a Harrisona: obie są wczesnymi prekursorami world music. Tyle, że krążek „The Fool” to coś znacznie więcej.

Płyta otwiera się „kosmicznymi”, psychodelicznymi efektami, które z prostą folkową melodią płyną bezpośrednio do Fly”  i prowadzą (w bezpośrednim przejściu) do „Voice On The Wind” z odgłosami bijącego dzwonu, hejnału grającego gdzieś w oddali, z lirycznym fortepianem, głębokim, organowym akompaniamentem i żeńskim, niebiańskim wokalem. Ależ śliczne, nastrojowe wprowadzenie do albumu… Użycie dud i wielu innych egzotycznych instrumentów w rockowym „Rainbow Man” sygnalizowało chęć stworzenia czegoś odważnego i oryginalnego. Co prawda nie przepadam za brzmieniem dud, ale na tym albumie dobrze się sprawdzają. Na okładce widzimy je w rękach Simona. W każdym bądź razie ta nieco hipisowska, podkolorowana harmonijką ustną piosenka brzmi jak mantra wbijająca się w pamięć…  Cry For Me” ze swoim łkającym banjo dowiodło opanowaniu przez THE FOOL melodii wzmocnionej  pewnym siebie wokalem i atmosferycznymi efektami dźwiękowymi szumiącego morza… No One Will Ever Know” z wyczuciem łączy pop z folkiem, a znajomy już ciepły dźwięk skirl (dudy) łapie za serce. Krótkie (2:51), ale za to jakie ładne..!

Zdjęcie zespołu w środku rozkładanej okładki.

Trąbka, gwizdki i śpiew w stylu gospel są częścią „Reincarnation” płynnie przechodząc w „Hello Little Sister” z riffem zagranym na banjo przypominającym „Walk Don’t Run” The Ventures, który z kolei zostaje przejęty przez „Keep On Pushin” nabierając transowo jazzowej nuty. Utwór jest oparty na organach Hammonda z kapitalnymi partiami saksofonu tenorowego. To może sugerować, że podczas sesji nagraniowej w studio pojawił się weteran rhythm and bluesa Graham Bond, który w tym czasie widywany był często z członkami kolektywu. Nie mniej brzmi to jak cytat Rolanda Kirka grającego z Charlesem Mingusem w 1962 roku – wyszło z tego małe arcydzieło! „Inside Your Mind” to kolejny utwór folkowy, ale mi kojarzy się bardziej z niedzielną pieśnią śpiewaną w Kościele anglikańskim. Kiedy pierwszy raz dostałem ten album, uderzyła mnie natura jego melodii. Wydawało się, że częściowo wywodzą się one ze starych angielskich hymnów kościelnych zmieszanych z bluesem, boogie i rockiem. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Ale oryginał, nic mi to nie przypomina. Nic co było przed, ani po…” Płytę kończy pełna upojnej psychodelii piosenka Lay It Down”, po której chce się ją odsłuchać jeszcze raz, a potem kolejny…  Kompaktowe reedycje zawierają dwa dodatkowe nagrania: urocze „We Are One” i skoczne „Shining Light”, obie wyprodukowane tym razem przez Cyrusa Faryara, byłego członka amerykańskiego zespołu The Modern Folk Quartet i wydane na singlu w tym samym roku co duża płyta.

Ilustracja tylnej strony okładki.

Ten album pochodzi z czasów poprzedzających narodziny prog rocka, ale zapowiada go przygodą i barwną muzykalnością. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego nie nagrali kolejnego, który byłby jego kontynuacją? Nieszczęściem zespołu było chyba to, że moc flower power po 1968 roku słabła, a ich wysiłek pozostał w dużej mierze niedoceniony. Niesamowite, że kiedy się w nim zakochałem miałem wrażenie, że znam go od dzieciństwa. Każda piosenka tak bardzo wdarła mi się do głowy, że została tam na zawsze. Niewątpliwie jest to jedna z tych płyt, w którą warto się wsłuchać, włożyć choćby odrobinę wysiłku nawet jeśli początkowo wyda nam się dziwna. Ale czyż nie podobnie było tak z płytami Incredible String Band, Franka Zappy, a nawet Pink Floyd..?.  Spójrzmy na tych ludzi, na ich dzieła i projekty także pod kątem muzyki – są absolutnie psychodeliczne. Tęczowo psychodeliczne.

Simon i Marijke wyjechali do Los Angeles, gdzie na fasadzie Aquarius Theatre stworzyli największy w tamtym czasie (1969) mural na świecie promujący musical „Hair”. Wspólnie malowali teatry w San Francisco, Seattle, Chicago… Na początku 1970 roku nagrali album „Son Of America” dla A&M Records. Producentem ponownie był Graham Nash. Niestety, tym razem miałka i bez wyrazu popowa muzyka nie zainteresowała amerykańskiej publiczności. Krążek sprzedał się słabiutko, a THE FOOL wkrótce się rozstali. Simon, Barry i Josje ostatecznie wrócili do Amsterdamu, podczas gdy Marijke po rozstaniu z Simonem pozostała w Los Angeles, aby kontynuować swe artystyczne przedsięwzięcia. Z tego co udało mi się ustalić Barry Finch i Josje Leeger pozostali parą. Simon Posthuma zmarła 28 lutego 2020 roku w wieku 81 lat…

TITUS GROAN „Titus Groan” (1970).

Titus Groan to postać z powieści o tym samym tytule wydanej w 1946 roku napisana przez angielskiego pisarza Mervyna Peake’a,  która zapoczątkowała trylogię o baronie z zamku Gormenghast. Dzieło, porównywalne do twórczości J.R. Tolkiena, w Europie Zachodniej od dawna ma status kultowy, otaczając się do dziś oddaną armią fanów. Jednym z entuzjastów literackiej sagi był Stewart Cowell – młody, utalentowany muzyk grający na gitarze, organach i pianinie. Kiedy w 1969 roku przyszedł mu do głowy pomysł, aby założyć własny zespół, problemu z nazwą nie miał. Do współpracy zaprosił swego przyjaciela, perkusistę Jima Toomeya; dwa lata wcześniej obaj grali w popowej grupie Jon, z którą nagrali całkiem fajnego singla „Is It Love” (dostępny na YouTube). Gdy do tej dwójki dołączył basista John Lee, oraz grający na dętych (saksofon, flet, obój) Tony Priestland formacja TITUS GROAN gotowa była na podbój brytyjskiej sceny muzycznej.

Kwartet Titus Groan (1970)

Zadebiutowali na festiwalu Hollywood Pop w maju 1970 roku u boku Gingera Bakera i jego formacji Air Force, zespołu Mungo Jerry, oraz goszczącej po raz pierwszy na Wyspach grupy Grateful Dead – głównej atrakcji imprezy. Eklektyczną muzyką będącą mieszanką progresywnego rocka z jazz rockiem wzbudzili zainteresowanie przedstawicieli wytwórni Dawn Records. Na efekt nie trzeba było długo czekać, bo już jesienią 1970 roku muzycy weszli do londyńskiego studia Pye Records, gdzie pod okiem producenta Barry Murraya (dziś kojarzonego głównie z sukcesami Mungo Jerry) nagrali swą jedyną płytę. Album zatytułowany po prostu „Titus Groan” z okładką zaprojektowaną przez Sue Baws, żonę menadżera został wydany w listopadzie tego samego roku.

Front okładki płyty „Titus Groan” (1970)

Longplay wypełnia pięć nagrań z pogranicza rocka progresywnego (momentami ciężkiego) i jazzu, ale te elementy nie są wszechobecne albowiem muzyka dryfuje od stylu do stylu, obejmując także country rock, blues, folk… Nie ma co ukrywać – zespół brzmiał niesamowicie. Jak skrzyżowanie Czar bez melotronu, The Move z okresu „Message From The Country” z odrobiną Jethro Tull dorzuconym na dokładkę. Oznacza to wysokoenergetyczne melodyjne piosenki z dużą ilością gitar, saksofonu, fletu i… oboju (rzadko wykorzystywanego w rocku). Mamy tu harmonie wokalne i świetną grę na perkusji, są okazjonalne organy i pianino elektryczne. Wokal brzmi niesamowicie jak Ian Anderson. Nie mam pojęcia, który z czterech członków zespołu zadbał o głos prowadzący, ale jest świetny. I jeśli kochasz Tulla (ja!) pokocha się go od razu. Gitara, która jest mocna i pewna również przywodzi na myśl tę grupę, podczas gdy bas i perkusja mają bardziej jazzowe podejście, jak Cream czy King Crimson. Każdy utwór jest doskonały, nie ma tu żadnego wypełniacza.

Całość otwiera porywający, hard blues rockowy „It Wasn’t For You” z lekkim odcieniem psychodelii, mocną sekcją rytmiczną połączoną z żywiołowym podmuchem saksofonu utrzymanym w duchu jazz-fusion. Znakomite otwarcie, po którym dostajemy 12-minutowy, czteroczęściowy „Hall Of Bright Carvings” –  epicki utwór zawierający wiele odcieni progresywnego spektrum od przerywanych intonacji folkowych, po wyśmienity jazz-rock doprawiony melodyjnymi chorałami. Ten muzyczny tour de force wypełniają ekstrawaganckie flety, gitarowe riffy w stylu „byłego boga” Claptona, dudniące linie basu i ciężka perkusja. Wydaje się, że to koniec świata, jakby piekło się rozpętało. Dynamiczny kontrast pomiędzy delikatnymi melodyjnymi pasażami w połączeniu z nagłymi wybuchami bliskimi ostrzału artylerii, oraz swobodne improwizowane granie w środkowej i końcowej części utworu rozpalają z mocą i pasją moją (i nie tylko moją) muzyczną wyobraźnię. Oto TITUS GROAN w swoim artystycznym rozkwicie, który niesymfoniczny progres z lat 70-tych podsumował tak naprawdę w tej jednej kompozycji.

Label wytwórni See For Miles winylowej reedycji  z 1989 roku

Druga strona oryginalnej płyty zaczyna się od „I Can’t Change”, która jak na ironię jest piosenką pełną ciągłych zmian. Rezonansowy refren napędzany fletem w sposób oczywisty porównuje ją z Jethro Tull, chociaż w połowie przyjmuje bardzo nieoczekiwany zwrot kierując się w stronę przyjemnej odmiany country rocka, po czym powraca na bardziej znane jazz rockowe pastwiska. Tak czy inaczej, jest to świetna piosenka, która prze do przodu zawierając przy tym wystarczającą ilość nagłych zmian tempa czym zachwyci wielbicieli jazzu i prog-rocka… „It’s All Up With Us” to namiętna, rockowa ballada w srebrnej tonacji pozytywnie tryskająca optymizmem, a podnoszące na duchu dźwięki brzmią jak promyki tęczy po letnim deszczu. Jednym zdaniem – ponadczasowa, wiecznie zielona muzyka z kwitnącymi kolorowo kwiatami w ogrodzie. Aż dziw, że nie wydano tego na singlu. A skoro mowa o kwiatach – pojawia się tu „Fuschia” (napisana z błędem?), która niestety jest ostatnią piosenką na płycie. W tym przypadku nie chodzi jednak o fuksjękwiat, ale o Lady Fuchsia Groan, postać przewijającą się w książce Peake’a o Titusie Groanie. To kolejne kapitalne połączenie funku z tętniącą, optymistyczną i podnoszącą na duchu jazz-rockową energią. Jednym słowem – perełka.

Większość kompaktowych reedycji zawiera trzy dodatkowe nagrania pochodzące z EP-ki wydanej w tym samym czasie co album. Cover Boba Dylana „Open the Door Homer” jest prawdopodobnie najbardziej znanym dziełem zespołu, który pojawiał się na licznych  kompilacjach jakie Dawn wydawał przez lata, chociaż piosenka o zabarwieniu boogie oddalona jest o setki mil od ich oryginalnego stylu… „Woman Of  The World”, żałobna ballada o utraconej miłości, jest kolejnym interesującym aspektem zespołu, zaś „Liverpool” to organowym tasak, który świadomie odzwierciedla brzmienie Mersey Beat, aczkolwiek z progresywnym sznytem.

Może album „Titus Groan” to nie arcydzieło, ale prawie. Muzycy wzięli sobie mocno do serca eksperymentalny etos rocka progresywnego i zadali sobie dużo trudu nagrywając bardzo dobry album. Uważam, że ten niesłusznie zapomniany klejnot wart jest tego, by wracać do niego często.

Chichot losu, czyli słodko-kwaśna opowieść o zespole CYTRUS (1979-1985).

Trójmiejski CYTRUS zapisał się w historii polskiego rocka nie tylko jako jedna z najciekawszych grup, jakie pojawiły się w latach 80-tych, ale też jako jedna z najbardziej pechowych: nie doczekali się w czasie swojej egzystencji nawet singla. Na szczęście pozostawili po sobie nagrania radiowe, które zostały wydane na płytach CD przez Metal Mind Production w 2006 („Kurza twarz”) i w 2007 roku („Tęsknica”). Ku mojej rozpaczy wówczas nie zdążyłem się na nie załapać. Naiwny liczyłem, że za jakiś czas zostaną wznowione. Nie zostały… Na ponowną publikację nagrań zespołu przyszło mi czekać długie lata. W końcu moja cierpliwość, która podobno  jest cnotą trudno dostępną nawet dla mistrzów, została nagrodzona poprzez  pochodzące z Sosnowca wydawnictwo muzyczne GAD Records, specjalizujące się w archiwalnych nagraniach z kręgu jazzu i rocka. Dzięki niemu na moją półkę trafiły w końcu nagrania zespołu zebrane na srebrnych krążkach „Trzecia łza od słońca” (2018) i „Raj utracony” (2020).

Zespół powstał w czerwcu 1979 roku w Sopocie i tworzyli go: perkusista Andrzej Kalski (ex- Ragtime Septet), gitarzysta Andrzej Kaźmierczak (mający za sobą współpracę z grupami Kawałek Ściany i Truskawkowy Budzik), basista Waldemar Kobielak (nagradzany na przeglądach młodych talentów) oraz grający na skrzypcach, flecie, fortepianie i gitarze Marian Narkowicz (grywał w formacjach Parowóz Stephensona i Nord Band, oraz „kolaborował” z Helmutem Nadolskim i Andrzejem Przybielskim).

Początkowo mieli nazywać się Zoppot, jak rodzinne miasto. Tę niezbyt poprawną wówczas politycznie nazwę wybił im z głowy menadżer zespołu, Marcin Jacobson (w tym czasie także opiekun Dżemu i grupy Krzak). Były też i inne pomysły: Władcy Much, Belzebub, Kawałek Ściany… Żadna nie zyskała zespołowej akceptacji. Andrzej Kaźmierczak: „Zazwyczaj wszyscy szukają jakiś wymyślnych, czasem bulwersujących prowokacji słownych. Mnie olśniły małe, żółte cytryny – jakież to proste! Mocna cytryna potrafi porządnie ściąć gardło, a nadmiar kwasu zeżreć szkliwo. Chcieliśmy być właśnie taką cytryną – kwaśnym Cytrusem powodującym orzeźwiający smak i kwaśną minę po wypiciu jego soku.”

Zespołowi udało się stworzyć własne, oryginalne brzmienie, które było wypadkową muzyki jaką sami się fascynowali, a więc Jethro Tull, Carlos Santana (z okresu płyty „Caravanserai”), Chick Corea, Return to Forever, East Of Eden, Flock… Jeden z ówczesnych krytyków określił ich muzykę jako heavy rock grany z jazzowym zacięciem. Kaźmierczak widział to inaczej: „Ja bym powiedział, że to był rock-jazz. Nie jazz-rock. Wiadomo, że się mówi odwrotnie, ale to nie był ani czysty rock, ani czysty jazz. Dużo improwizowaliśmy – studyjne wersje rzadko kiedy pokrywały się z tym co graliśmy na żywo.” Moim zdaniem grali po prostu progresywnie.

Trudności sprzętowe i lokalowe spowodowały, że na sceniczny debiut trzeba było czekać aż do lutego 1980 roku. Dzięki pomocy katowickiej grupy Kwadrat, która zjechała wtedy na Wybrzeże z serią klubowych występów mogli sprawdzić swe muzyczne koncepcje i siebie przed młodzieżową publicznością. Debiut był tak udany, że Kwadrat zaproponował im dalsze wspólne koncerty (w sumie było ich osiem) biorąc wszystkie sprawy organizacyjną na swe barki. Szybko zwrócili na siebie uwagę fanów i fachowców wygrywając kilka lokalnych konkursów, w tym Przegląd Zespołów Rockowych w gdańskim „Żaku”, skąd zostali wysłani na Warsztaty Artystyczne w Bolesławcu i Chodzieży. Dodatkowo zdobyli także przepustkę do studia Polskiego Radia w Gdańsku. Efektem pierwszej sesji radiowej były nagrania „Rock ’80”, „Tęsknica nocna” i „Żegnaj świecie”. Mało brakowało, a sesja nie doszłaby do skutku – pomoc przyszła od grupy Kombi, która udostępniła im aparaturę. Ten koleżeński gest miał duży wpływ na ich brzmienie i pracę w studio.

Jeszcze tego samego roku wzięli udział w I Ogólnopolskim Przeglądzie Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie oraz w III edycji Muzyki Młodej Generacji organizowanej w ramach sopockiego festiwalu Pop Session. Imprezy te zapoczątkowały ich ogólnopolską karierę znaczoną licznymi koncertami, oraz udziałem w kolejnych festiwalach w Łodzi, Jeleniej Górze, Jarocinie, Poznaniu…

Do gdańskiego Radia wracali parokrotnie realizując kolejne utwory w tym tak znane jak „Afera”, „Trzecia łza od słońca”, „Terroryści”, „Patryk (Narodziny Patryka)”… Niektóre pojawiły się na radiowych listach przebojów: „Bonzo” był przez dwa tygodnie numerem jeden na liście „Jedynki”, a „Kurza twarz” kilka tygodni spędziła na „Trójkowej” liście Top20. Sukces..? Marcin Jacobson: „Cytrus od samego początku miał pod górkę. Pojawili się na rynku lekko spóźnieni, bo Muzyka Młodej Generacji miała już wtedy swoje gwiazdy – Krzak, Exodus, Kombi, Kasa Chorych, Mech, oraz Porter Band. Poza tym na rynku funkcjonowały już dwie grupy o identycznym instrumentarium i podobnych klimatach muzycznych, wspomniany Krzak i Kwadrat.”

W 1981 roku z zespołu odszedł Kalski, który wyjechał do USA (po powrocie grał w grupach Babsztyl i Savana), a jego miejsce zajął Zbigniew Kraszewski dotychczasowy perkusista Mietek Blues Band. W tym samym roku dołączył do nich były wokalista Nord Bandu, Kazimierz Barlasz. Muzyka zaczęła ewoluować w stronę ciężkiego rocka, czego przykładem „Dokąd” – jeden z pierwszych utworów nagrany z Barlaszem. Gdy już zaczęli budować swoją markę i popularność wybuchł stan wojenny. To już nie pech – to było jakieś fatum. Andrzej Kaźmierczak: „Sam stan wojenny to był dla nas dramat, próby odwołane, nie było żadnych perspektyw. Każdy myślał tylko jak to przetrwać.” Marcin Jacobson: „Kiedy wszystko się poluzowało branżowi wyjadacze ponownie przejęli kontrolę nad rynkiem i namaścili nowe gwiazdy, które wypełniły czas antenowy – Maanam, Perfect i Lady Pank. W zaistniałej sytuacji Cytrus nie miał szans na utrwalenie swojej pozycji.”

Stan wojenny wpłynął na kolejne zmiany w składzie. Grupę kilkakrotnie opuszczał, po czym do niej wracał Zbigniew Kraszewski, który definitywnie odszedł i wstąpił do Kombi w1984 roku. Nieco później podobnie zrobił Waldemar Kobielak, którego gitarzysta CYTRUSA, Andrzej Kaźmierczak tak wspomina: „Waldek w zespole znalazł się trochę przypadkowo. W którymś momencie ktoś go do nas przyprowadził. Zaczęliśmy próby i Waldek powiedział, że ma klawisze. Okazało się, że to była dziecięca zabawka. Podłączyliśmy ją i nawet grała jakieś akordy. Nie mniej Waldek był świetnym materiałem! Potrafiłem go ustawiać. Mówiłem do niego: „Waldek masz grać jak ten facet z Rush i mieć taki sprzęt jak on”. I on to kupował. Szedł do rodziny, wymógł na nich by dali mu kasę i kupił sobie klawisze. To samo z gitarą basową – był bardzo ambitny, dużo ćwiczył, rozwijał się niesamowicie. Szkoda, że go już nie ma. Zakrztusił się na imprezie. Myśleli początkowo, że sobie jaja robi, ale chwila, moment i było po wszystkim. To było 19 maja 1994 roku.  Waldek to jest postać – gość, którego dzisiaj chciałbym mieć przy sobie. Był otwarty i kochał życie.”

Waldemar Kobielak (1958-1994) – basista zespołu Cytrus.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o najważniejszym człowieku w grupie, Marianie Narkowiczu. Ponownie Andrzej Kaźmierczak: „Liderem, w sensie profesjonalnym, był Maniek, ale on – nieskromnie powiem – nie byłby Mańkiem, gdyby nie nasze interakcje. Reprezentowaliśmy dwie sprzeczne osobowości. Był bardzo delikatny i wrażliwy. Sam fakt, że on grał na flecie i na skrzypcach, a ja na przesterowanej gitarze elektrycznej mówi dużo o układzie w zespole. Był bardzo delikatny i wrażliwy. Jednocześnie sprowadzał mnie na ziemię w kwestiach muzycznych, zawsze były między nami tarcia. To jedyna osoba, o której mogę powiedzieć, że znałem ją od podszewki – tak samo jak on mnie. Miewał odloty, co miało chorobowe podłoże, a potem znowu się zmieniał, śmiał i było dobrze. Dla mnie był niewykorzystanym talentem. Kiedy graliśmy dużo koncertów, to siłą rzeczy na próbach musiał dużo ćwiczyć – wtedy był najlepszy. Był za to antytalentem, jeżeli chodzi o organizacje. Jak mu coś odpadło od sprzętu, to bywał bezradny. Kobiety go za to kochały. Miał u nich niesamowite powodzenie i to w przedziale wiekowym od lat 15-tu do plus 40-tu. Był wyjątkową postacią.”

Marian Narkowicz – świetny multiinstrumentalista  i skromny człowiek.

Jeśli chodzi o grę na instrumentach Narkowicz miał różne etapy. W szkole muzycznej uczył się gry na pianinie. Potem musiał wybrać inny instrument i początkowo jego wybór padł na skrzypce po czym stwierdził, że one są może i fajne, ale jednak flet będzie lepszy. Gitara była do niego troszkę „doklejona” – to nie była jego bajka. „To nie jest tak, że Maniek pchał się do grania na wszystkim” – ciągnie swą opowieść Kaźmierczak – „On był strasznie ambitny, ale jeżeli uznał, że nie da rady to rezygnował. Jego miłością, głównym instrumentem był flet. Kiedyś Grzesiu Ciechowski, przyszedł lekko wkurwiony i zaczął bluzgać, że nie umiemy grać, że Maniek nie umie grać, ale tak naprawdę, jeśli chodzi o flet, to Maniek był lepszy od Grzegorza. Grzesiek może i miał dobre pomysły, od strony stylistyki, tekstów, ale na flecie Maniek był zdecydowanie lepszy. Jethro Tull słychać było u niego na kilometr.”

Po rozpadzie zespołu w 1985 roku gitarzysta odciął się na długie lata od muzyki. Jej zew odezwał się wiele lat później. „Miałem plan powrotu, ale Maniek mi umarł. I tak naprawdę, dopóki Maniek żył to reaktywacja była realna. Kiedy odszedł wszystko się zawaliło… Pamiętam Pop Session w Operze Leśnej, którą otwieraliśmy. Zagraliśmy pierwsze trzy dźwięki i okazało się, że ludzie ruszyli na płot, runęło całe ogrodzenie i siedem tysięcy wtargnęło do Opery. Był full jakiego nigdy nie widziałem. Jak Maniek umierał przypomniałem mu to. I to wspomnienie pomogło mu w przejściu na drugą stronę. Widziałem, że się rozjaśnił. Mam nadzieję, że kiedyś powita mnie tam z otwartymi rękami…”

M. Narkowicz i W. Kobielak – dedykacja z płyty „Trzecia łza od końca”

Po stanie wojennym brak perspektyw spowodował kolejne zawirowania personalne. Po Kraszewskim odeszli Waldemar Kobielak (Babsztyl) i Kazimierz Barlasz (Exodus, Mad Max). To był moment gdy kariera zespołu się załamała, a częste zmiany składu zmuszały zespół do ograniczenia działalności koncertowej. Na szczęście regularnie dokonywał kolejnych nagrań radiowych. To głównie dzięki nagraniom takim jak „Bycza krew” fani wiedzieli, że grupa wciąż istnieje.  Jeszcze w połowie 1985 roku na łamach „Wieczoru Wybrzeża” Andrzej Kaźmierczak i Marian Narkowicz z entuzjazmem mówili o planach nagrania płyty. Padły nawet tytuły utworów jakie zamierzali na niej umieścić: „Baśń o księżycowej karecie”, „Aleja gwiazd”, „Cytrusland”. Niewiele później wystąpili w Jarocinie i… zniknęli z estrady. Jak się okazało – na zawsze.

Mniej więcej po roku pięciu byłych muzyków CYTRUSA (Kobielak, Narkowicz, Kaźmierek, Barlasz i perkusista ich ostatniego składu, Leszek Ligęza) utworzyła heavy rockową kapelę Korba odnosząc spory sukces i wydając dwa albumy. „Korba miała być dodatkiem do Cytrusa, żebyśmy zaczęli zarabiać.”  – tłumaczy Kaźmierek – „Doszliśmy z Mańkiem do wniosku, że zespoły instrumentalne to obrzeże rynku komercyjnego. Próbowaliśmy zrobić coś, co robią inne zespoły rockowe, gdzie ten wokal zawsze był. Nawet Hendrix coś tam sobie podśpiewywał. Pojawił się też Bogdan Olewicz i przyniósł ze sobą niezłe teksty. Oba zespoły mogły funkcjonować obok siebie. Nie powiem, czasem wszystko mieszaliśmy śpiewając trochę z Korby, trochę z Cytrusa, a to nie zawsze było dobre. Należało być wyrazistym. Potem zaczęły się problemy. Firmy wydawnicze padały, Maniek poważnie się rozchorował…” Po odejściu Barlasza w 1991 roku próby znalezienia nowego wokalisty nie powiodły się. Dwa lata później Korba zawiesiła działalność i nigdy się nie reaktywowała.

Na płycie „Trzecia łza do słońca” znalazł się komplet studyjnych, instrumentalnych nagrań zespołu zrealizowanych w latach 1980-84. W książeczce zdjęcia zespołu i tekst Marcina Jacobsona.

Cytrus „Trzecia łza od słońca” (2018)

Słuchając tej płyty należy pamiętać, że są to zbiory radiowych nagrań w różnych studiach, z różnymi realizatorami, a nie przemyślana wizja artystyczna muzyków. Nie mniej otrzymujemy tu fantastyczną fuzję klasycznego rocka progresywnego, w którym dominuje ciężkie brzmienie gitar, drapieżny flet, szybujące ponad resztą skrzypce… Cudownie nośne i harmonijnie spójne melodie, przebojowe tematy, zaskakujące zwroty akcji są idealnymi nośnikami dla ognistych i porywających solówek na gitarze i flecie oraz energicznych partii sekcji rytmicznej. Gdyby ten materiał powstał dekadę wcześniej zostałby łatwo uznany za utraconą perełkę europejskiego prog rocka lat 70-tych. I rzeczywiście jest to klejnot, któremu nie można się oprzeć. Takie utwory jak „Afera”„Tęsknica nocna”, „Baśń o księżycowej karecie” to muzyka czarów. „Mayones to jest to” (chodzi tu o gitarę o nazwie Mayones), „Bonzo”, „Trzecia łza od słońca”, „Słoneczna loteria (Ćma)”, „Jeźdźcy smoków” to utwory pod względem aranżacji rewelacyjnie opracowane. Człowiek chłonie te dźwięki i zastanawia się, dlaczego o ich istnieniu wie tylko garstka fanatyków..? Płyta, dedykowana Waldkowi Kobielakowi i Marianowi Narkowiczowi, powinna zadowolić każdego wytrawnego słuchacza prog rockowej muzyki.

„Raj utracony” to drugi, po „Trzeciej łzie od słońca”, album z archiwalnymi nagraniami zespołu CYTRUS w katalogu GAD Records, zawierający nagrania z Kazimierzem Barlaszem. W książeczce, obok zdjęć zespołu, obszerny wywiad z Andrzejem Kaźmierczakiem.

Druga płyta zespołu Cytrus „Raj utracony” (2020)

Jak już wyżej zaznaczyłem, pierwsze nagrania CYTRUSA skrzyły się od instrumentalnych popisów gitar, fletu i skrzypiec. Gdy w składzie pojawił się Kazimierz Barlasz, muzycy rozpoczęli poszukiwanie nowej formuły dla swojej muzyki. Nagrali wtedy w radiowych studiach szereg wciągających, nie zawsze oczywistych utworów, pełnych energetycznych gitar Andrzeja Kaźmierczaka, fletowych popisów Mariana Narkowicza z zapadającymi w pamięć melodiami wyśpiewanymi mocnym, rockowym głosem przez Kazimierza Barlasza. I trzeba powiedzieć, że mariaż z wokalistą sprawdził się idealnie.

Na płycie znalazło się dziesięć utworów i choć skojarzenia z Jethro Tull i Kansas są nieuniknione (flet, skrzypce) nie ma mowy o ślepym kopiowaniu. Słuchając takich numerów jak „Dokąd”, „W cieniu życia”, „Kangur czy Casanova”„Raj utracony” aż dziw bierze, że nie stały się klasykami polskiego rocka. To tutaj znajdziemy słynną „Byczą krew”– nagranie, w które mocno ingerował pan cenzor przyglądający się pracy muzykom w studio. Pozostałym kawałkom też niczego nie można zarzucić – wciągają od pierwszego taktu i trzymają wysoki poziom do ostatniej nuty. Dla miłośników ciężkich brzmień pozycja jak najbardziej obowiązkowa!

Za życia CYTRUS nie doczekał się płyty – po rozpadzie ma ich cztery. Czyż to nie chichot losu..?

PS. Wszystkie cytowane wypowiedzi Marcina Jacobsona i Andrzeja Kaźmierka pochodzą z wkładek dołączonych do płyt.